Ulice, które pamiętały wojnę
Wioletta Filipowska
Książka
| Wydawnictwo: | Filia |
| Rodzaj oprawy: | Okładka broszurowa (miękka) |
| Wydanie: | 1 |
| Liczba stron: | 312 |
| Format: | 135x205 |
| Rok wydania: | 2026 |
O książce Ulice, które pamiętały wojnę
Wojna odebrała Apolonii wszystko – dom, przyjaciółki i poczucie bezpieczeństwa. Razem z matką i młodszą siostrą trafia do okupowanej Łodzi, gdzie codzienność staje się nieustanną walką o przetrwanie, a drobne radości są prawdziwymi skarbami. Pewnego dnia podczas podróży poznaje Julka – chłopaka, który staje się jej ostoją i pierwszą prawdziwą miłością. Gdy Julek nagle znika, Apolonia musi odnaleźć w sobie siłę, by zacząć życie od nowa. Na jej drodze pojawiają się również kobiety pełne pasji i charakteru: szalona Stefania nie-Poniatowska, Chuda Edka, której życie nie szczędziło trudów, oraz sprytna Felusiowa, twarda z pozoru, a o miękkim sercu. Każda z nich wnosi coś wyjątkowego do życia Apolonii, a wszystkie łączy jedna cecha – niezwykła siła, dzięki której można przetrwać nawet w najtrudniejszych czasach.
TO OPOWIEŚĆ O STRACIE I MIŁOŚCI, O PRZYJAŹNI, ODWADZE I NADZIEI, KTÓRA POTRAFI ROZKWITNĄĆ NAWET W CIENIU WOJNY.
Szczegółowe informacje na temat książki Ulice, które pamiętały wojnę
| Wydawnictwo: | Filia |
| EAN: | 9788384410592 |
| Autor: | Wioletta Filipowska |
| Rodzaj oprawy: | Okładka broszurowa (miękka) |
| Wydanie: | 1 |
| Liczba stron: | 312 |
| Format: | 135x205 |
| Rok wydania: | 2026 |
| Data premiery: | 2026-03-18 |
| Podmiot odpowiedzialny: | Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o Kleeberga 2 61-615 Poznań PL e-mail: [email protected] |
Podobne do Ulice, które pamiętały wojnę
Inne książki z kategorii Literatura obyczajowa
Oceny i recenzje książki Ulice, które pamiętały wojnę
Pomóż innym i zostaw ocenę!
Książka Ulice, które pamiętały wojnę autorstwa Wioletta Filipowska to poruszająca powieść obyczajowo-historyczna, która z dużą wrażliwością ukazuje codzienność ludzi żyjących w cieniu wojny. Styl autorki jest bardzo emocjonalny, ale jednocześnie prosty i przystępny – nie znajdziemy tu przesadnego patosu, lecz autentyczność i skupienie na przeżyciach bohaterów. Dzięki temu historia trafia prosto do serca i zostaje z czytelnikiem na długo. Fabuła koncentruje się na losach Apolonii, młodej dziewczyny, której wojna odbiera wszystko – dom, poczucie bezpieczeństwa i beztroskę. Wraz z rodziną trafia do okupowanej Łodzi, gdzie każdy dzień jest walką o przetrwanie. W tej trudnej rzeczywistości pojawia się Julek – pierwsza miłość i promień nadziei, który daje bohaterce siłę. Jednak los nie jest dla niej łaskawy i kiedy chłopak znika, Apolonia musi zmierzyć się z kolejną stratą i nauczyć się żyć od nowa. Ogromnym atutem książki są bohaterowie – nie tylko główna postać, ale też kobiety, które pojawiają się na jej drodze. Stefania nie-Poniatowska, Chuda Edka czy Felusiowa to postaci wyraziste, silne i bardzo ludzkie. Każda z nich niesie swoją historię, swoje rany i swoją siłę, a razem tworzą obraz kobiecej solidarności i odwagi w najtrudniejszych czasach. W powieści wyraźnie wybrzmiewają motywy straty, miłości, przyjaźni, przetrwania oraz nadziei. Autorka pokazuje, jak nawet w najbardziej dramatycznych okolicznościach człowiek potrafi odnaleźć sens i siłę do dalszego życia. Podczas lektury towarzyszy wiele emocji – od smutku i wzruszenia, przez napięcie, aż po ciepło i nadzieję, które pojawiają się w najmniej spodziewanych momentach. To książka dla osób, które cenią literaturę obyczajową z tłem historycznym, lubią historie oparte na emocjach i silnych bohaterach oraz chcą spojrzeć na wojnę z bardziej osobistej, ludzkiej perspektywy. Spodoba się szczególnie tym, którzy szukają poruszających opowieści o życiu, relacjach i sile przetrwania. „Ulice, które pamiętały wojnę” to historia pełna bólu, ale też niezwykłej siły i nadziei, która pokazuje, że nawet w najciemniejszych czasach można odnaleźć światło. To książka, którą warto przeczytać, zwłaszcza jeśli lubisz emocjonalne, życiowe opowieści o ludziach, którzy mimo wszystko potrafią iść dalej.
Przez całe życie gromadzimy wokół siebie różne przedmioty. Otaczamy się nimi. Ich widok cieszy nasze oczy. Podziwiamy je. Lubimy pokazywać innym. Jednak najpiękniejsze są te, z którymi wiąże się jakaś historia. Miłe wspomnienie... To jest wartość dodana. I niezwykła Rzeka płynie... I czas płynie, tak jak rzeka, w jedną stronę. Nic nie wraca.Rzeka płynie... I czas płynie, tak jak rzeka, w jedną stronę. Nic nie wraca. Są książki, które zachwycają wartką akcją. Są takie, które zaskakują nieoczekiwanymi zwrotami fabularnymi. Ale są też powieści, których największą siłą są emocje, autentyczność i zwykłe ludzkie wspomnienia. ❤️ Dla mnie właśnie do tej ostatniej grupy należy „Ulice, które pamiętały wojnę” Wioletty Filipowskiej. To niezwykle udany debiut literacki, który poruszył mnie od pierwszych stron i na długo pozostanie w mojej pamięci. Autorka oddaje głos Apolonii – starszej kobiecie, która postanawia opowiedzieć swojej wnuczce historię swojego życia. Historię pełną bólu, tęsknoty, utraconych marzeń, ale także nadziei i miłości. Dzięki tej formie narracji nie obserwujemy wojny z perspektywy wielkich bitew czy politycznych decyzji. Poznajemy ją oczami zwykłej dziewczyny, której młodość przypadła na najtragiczniejszy okres XX wieku. Na początku poznajemy Apolonię jako pełną marzeń młodą dziewczynę mieszkającą w Sulejówku. Ma rodzinę, przyjaciółki, plany i nadzieję na spokojną przyszłość. Wszystko zmienia się jednak w jednej chwili. Wojna odbiera jej poczucie bezpieczeństwa i zmusza do bardzo szybkiego dorastania. Los prowadzi Apolonię, jej młodszą siostrę, mamę oraz babkę do Łodzi. Tam każdego dnia muszą walczyć o przetrwanie. Głód, nieustanny strach, wszechobecna śmierć i niepewność jutra stają się ich codziennością. Autorka nie epatuje okrucieństwem, ale właśnie dzięki temu jej opowieść jest tak przejmująca. Pokazuje wojnę taką, jaką była dla zwykłych ludzi – pełną cichego cierpienia, codziennych wyrzeczeń i dramatycznych wyborów. Mimo wszechobecnego mroku w życiu Apolonii pojawia się również pierwsza miłość. To właśnie ona staje się promieniem światła w świecie pogrążonym w wojennej ciemności. Daje nadzieję, że nawet wtedy człowiek może jeszcze marzyć o szczęściu. Niestety wojna nie oszczędza nikogo i nie wszystkie marzenia mają szansę się spełnić. Bardzo podobało mi się, że autorka nie skupiła się wyłącznie na cierpieniu. Pokazała również drobne chwile radości, uśmiechy, rozmowy i zwyczajne momenty, które pozwalały bohaterom choć na chwilę zapomnieć o otaczającym ich koszmarze. To właśnie te pozornie nieistotne sceny sprawiły, że cała historia wydała mi się jeszcze bardziej prawdziwa. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie również kobiety, które pojawiły się na drodze Apolonii – Stefania, Chuda Edka i Felusiowa. Każda z nich wniosła do tej historii coś wyjątkowego. Ich przyjaźń, wzajemna troska i gotowość do niesienia pomocy pokazują, jak wielką siłę potrafi dać drugi człowiek. W świecie, w którym każdego dnia można było stracić wszystko, właśnie takie relacje stawały się największym skarbem. Nie sposób nie wspomnieć o salaterce z anyżowymi landrynkami. To z pozoru zwyczajny przedmiot, który zyskuje ogromne znaczenie. Staje się symbolem dzieciństwa, rodzinnego domu, wspomnień i świata, który bezpowrotnie przeminął. To jeden z tych motywów, które zostają z czytelnikiem jeszcze długo po zakończeniu lektury. Przed rozpoczęciem czytania natknęłam się na opinie, że książce brakuje dramatyzmu i emocji. Im bardziej zagłębiałam się w historię Apolonii, tym bardziej zastanawiałam się, jak można dojść do takich wniosków. Czy naprawdę można powiedzieć, że opowieści o wojnie brakuje dramatyzmu? Przecież każdy dzień bohaterów był walką o życie. Każdy poranek przynosił niepewność, czy nadejdzie kolejny. Wojna sama w sobie jest największym dramatem i nie potrzebuje spektakularnych zwrotów akcji ani sensacyjnych wydarzeń. Najbardziej poruszające są właśnie te zwykłe ludzkie historie. Dla mnie największą siłą tej powieści są wspomnienia Apolonii. To one sprawiają, że czytelnik przeżywa razem z nią każdy lęk, każdą stratę, każdą chwilę zwątpienia i każdy promyk nadziei. Autorka pokazuje również, że zakończenie wojny nie oznaczało końca cierpienia. Trzeba było nauczyć się żyć od nowa, odbudować dom, rodzinę i własne serce. Bardzo poruszył mnie także sposób, w jaki Wioletta Filipowska ukazuje miłość. To uczucie spokojne, wierne i niezwykle dojrzałe. Miłość, która nie potrzebuje wielkich deklaracji, bo wyraża się troską, obecnością i codziennym wsparciem. Taka, która potrafi przetrwać nawet najciemniejsze chwile. To książka napisana z ogromną wrażliwością i szacunkiem dla ludzi, którzy przeżyli podobne wydarzenia. Nie znajdziecie tutaj niepotrzebnego patosu ani sztucznie podkręcanych emocji. Zamiast tego otrzymujecie historię, która płynie własnym rytmem, wzrusza swoją prostotą i przypomina, że za wielką historią zawsze stoją zwyczajni ludzie. Po zamknięciu ostatniej strony jeszcze długo myślałam o Apolonii i jej rodzinie.
Książka Ulice, które pamiętały wojnę autorstwa Wioletta Filipowska to poruszająca powieść obyczajowo-historyczna, która z dużą wrażliwością ukazuje codzienność ludzi żyjących w cieniu wojny. Styl autorki jest bardzo emocjonalny, ale jednocześnie prosty i przystępny – nie znajdziemy tu przesadnego patosu, lecz autentyczność i skupienie na przeżyciach bohaterów. Dzięki temu historia trafia prosto do serca i zostaje z czytelnikiem na długo. Fabuła koncentruje się na losach Apolonii, młodej dziewczyny, której wojna odbiera wszystko – dom, poczucie bezpieczeństwa i beztroskę. Wraz z rodziną trafia do okupowanej Łodzi, gdzie każdy dzień jest walką o przetrwanie. W tej trudnej rzeczywistości pojawia się Julek – pierwsza miłość i promień nadziei, który daje bohaterce siłę. Jednak los nie jest dla niej łaskawy i kiedy chłopak znika, Apolonia musi zmierzyć się z kolejną stratą i nauczyć się żyć od nowa. Ogromnym atutem książki są bohaterowie – nie tylko główna postać, ale też kobiety, które pojawiają się na jej drodze. Stefania nie-Poniatowska, Chuda Edka czy Felusiowa to postaci wyraziste, silne i bardzo ludzkie. Każda z nich niesie swoją historię, swoje rany i swoją siłę, a razem tworzą obraz kobiecej solidarności i odwagi w najtrudniejszych czasach. W powieści wyraźnie wybrzmiewają motywy straty, miłości, przyjaźni, przetrwania oraz nadziei. Autorka pokazuje, jak nawet w najbardziej dramatycznych okolicznościach człowiek potrafi odnaleźć sens i siłę do dalszego życia. Podczas lektury towarzyszy wiele emocji – od smutku i wzruszenia, przez napięcie, aż po ciepło i nadzieję, które pojawiają się w najmniej spodziewanych momentach. To książka dla osób, które cenią literaturę obyczajową z tłem historycznym, lubią historie oparte na emocjach i silnych bohaterach oraz chcą spojrzeć na wojnę z bardziej osobistej, ludzkiej perspektywy. Spodoba się szczególnie tym, którzy szukają poruszających opowieści o życiu, relacjach i sile przetrwania. „Ulice, które pamiętały wojnę” to historia pełna bólu, ale też niezwykłej siły i nadziei, która pokazuje, że nawet w najciemniejszych czasach można odnaleźć światło. To książka, którą warto przeczytać, zwłaszcza jeśli lubisz emocjonalne, życiowe opowieści o ludziach, którzy mimo wszystko potrafią iść dalej.
Zacznę bardzo nietypowo od cytatów: „Zimą zawsze przykładałam dłoń do ciepłego imbryka: myślałam (…) Zostawiła po sobie takie ciepłe wspomnienie. W postaci imbryka z ciepłą herbatą”. „Przez całe życie gromadzimy wokół siebie różne przedmioty. Otaczamy się nimi. Ich widok cieszy nasze oczy. Podziwiamy je. Lubimy pokazywać innym. Jednak najpiękniejsze są te, z którymi wiąże się jakaś historia. Miłe wspomnienie. To jest wartość dodana. I niezwykła”. „I tak to…” – tak kończyła swoje opowiadania babcia Apolonia. Książka Wioletty Filipowskiej trafiła do mnie z „klucza”. Czytam, jak już nie raz pisałem, literaturę od okresu międzywojennego do końca PRL-u. Oczywiście nie tylko taką, ale to głównie mnie pasjonuje. Z blurba dowiaduję się, że to opowieść o trzech kobietach – okupowana Łódź, wyzwolenie, powrót do zniszczonego doszczętnie Sulejówka, nowe życie w nowym miejscu, wojenne traumy, przeżycia straty. Czy można ten temat ugryźć inaczej? Zacząłem czytać i trochę się źle nastawiłem. No bo schemat tak bardzo lubiany przez współczesnych piszących: dwie warstwy czasowe – współczesna i powrót do czasów wojny oraz powojennej rzeczywistości. No i jeszcze tytuł, który mi nie pasował do treści… Kolejne strony: salaterka, a właściwie jej dwa wcielenia, pachnące białe landrynki anyżowe, imbryk Walentyny z ciepłą herbatką, apaszka od Julka, portret od Julka, ziemniaki zwane kochanymi, dżdżownica wychodząca z jabłka… Dziwny zestaw? Nie, absolutnie, bo autorka to wszystko pięknie skomponowała: „Przez całe życie gromadzimy wokół siebie różne przedmioty. Otaczamy się nimi. (…) Jednak najpiękniejsze są te, z którymi wiąże się jakaś historia”. Jak chociażby salaterka i landrynki anyżowe, które są pretekstem do snucia wielu wspomnień przez babcię Apolonię swojej dorosłej wnuczce. No właśnie, i to jest to, co najważniejsze w tej książce. To jest coś, czego wielu z nas nigdy nie doświadczyło – ja również. Czas spędzony ze swoimi najbliższymi, którzy opowiadają o sobie. A tu babcia Apolonia mówi o pierwszej miłości, uczuciach, wspomina także o wojnie. Są też bardzo drastyczne obrazki, ale one są przyćmione tym, na co składała się wojenna codzienność. Głód, któremu dawało się zaradzić, ziemniaki jedzone niemal codziennie nazywały się kochane, a i na spacer szło się z chłopakiem… Kiedy popatrzę w przeszłość, wiem, że obie babcie doświadczyły sporo w czasie wojny – jedna była w Niemczech na robotach w zakładach zbrojeniowych, druga w obozie koncentracyjnym. Na ścianie wisi obrazek z Mannheim, gdzie babcia była na robotach, a w pudełeczku jest trójkąt z literą P, przechowywany jak relikwia. Ale nigdy nie siedliśmy i nigdy nikt nie opowiadał tak, jak babcia Apolonia swojej wnuczce – popijając herbatkę czy jedząc smakowity placek. Nie inaczej z moimi rodzicami. Nie ma już ich, a ja tak naprawdę wiem niewiele… I tak to… „Ulice, które pamiętały wojnę” dla mnie to „Historia salaterki i anyżowych landrynek”, bo to one grają może nie pierwsze skrzypce w tej orkiestrze, ale bez nich utwór nie zabrzmiałby tak samo. Po lekturze książki czułem się bardzo zadowolony, bo to opowieść o wojnie, ale opowiedziana inaczej – nie militarnie. Wspomnienia snują się jak parująca herbata z imbryka Walerii. I tak to… Nie omijajcie tej książki! I przypomnijcie sobie o pamiątkach, które macie w domu, a które otwierają Waszą pamięć na wspomnienia. Ja to zrobiłem... Przynajmniej tyle mi zostało. A i jeszcze jedno to debiut. Zachęca mnie do czekania na kolejną powieść.