Koszyk 0
Opis:
„Ptak dobrego Boga” Jamesa McBride’a to książka, która czerpie z najlepszych tradycji amerykańskiej powieści łotrzykowskiej i twainowskiego humoru. W 1857 roku ważą się losy stanu Kansas, rozdartego między zwolennikami niewolnictwa a jego przeciwnikami. Mały Henry Shackleford zrządzeniem losu zostaje wciągnięty w oko tego cyklonu. Porwany przez znanego abolicjonistę Johna Browna, włą ... czony do jego armii obdartusów i głodomorów walczących z niewolnictwem, próbuje uniknąć śmierci przebrany za dziewczynę. Dzięki sugestywnemu językowi i brawurowemu poczuciu humoru McBride stworzył fascynujący obraz Ameryki sprzed wojny secesyjnej, daleki od  wszystkiego, co znamy z literatury i kina. Książka zdobyła wiele nagród, przede wszystkim National Book Award 2013 oraz wiele innych wyróżnień, była wymieniana wśród najważniejszych książek 2013 m.in. przez "New York Times", "Financial Times", "Washington Post", "Chicago Tribune" i National Public Radio. Czytaj dalej >> << Zwiń
  • Czarne
  • twarda
Mniej Więcej
  • James McBride
  • 2016
  • 1
  • 440
  • 223
  • 144
  • *, 978838049-183-0
  • 9788380491830
  • ZD3QA

Recenzje czytelników

Humor i powaga, abolicjonizm

Ocena:
Autor:
Data:
Jest to powieść łotrzykowska, napisana w klimacie Szwejka, ale w sposób oryginalny, bez powtarzania schematów. Co ma ze Szwejka? Otóż ma z niego lekkie podejście do spraw poważnych, obśmianie problemów nie do śmiechu i wydobycie z tych problemów, z całej historii prawdziwego liryzmu.
Akcja dzieje się w Stanach Zjednoczonych przed wojną secesyjną. Do 'bandy' Jona Browna ... abolicjonisty i człowieka walczącego o zniesienie niewolnictwa (znanego Polakom z wiersza Cypriana Kamila Norwida) dołączona została Cybulka, mały chłopiec, któremu Brown zastrzelił ojca, czarnoskóry o jasnej cerze, ubrany w stary worek i z długimi włosami. Brown pomyślał, ze to dziewczynka i się nią zaopiekował. I tak wędrowali przez lata. Dlaczego Cybulka? Bo zjadł 'cybulkę', amulet Browna, przynoszący mu szczęście. Książka pisana jest gwarą i tę gwarę przetłumaczył tłumacz. Na język z moich okolic, więc czułam się zadowolona czytając powieść 'kuń', 'piniędzy', 'cybulka' itd, gwara wschodnia.
Chłopiec jest sierotą i jego głównym celem jest ocalenie głowy, najedzenie się i chyba powolutku bezpieczeństwo. Chłopiec ucieka od Browna i do niego powraca. Nie jest idealistą. Pomimo młodziutkiego wieku, wie co to jest zło świata i zna już ludzi. Wie też, że niewolnicy nie pobiegną wywalczyć sobie wolności, bo wolność to głód, to narażanie się na zastrzelenie, aż wreszcie wolność to długotrwały proces! Że najpierw i sami niewolnicy i biali muszą w nich zauważyć ludzi, a nie przedmioty. Może dlatego, ze ten mały Cybulka nie spodziewa się wiele po świecie, to tak bardzo zaskakuje go każdorazowo zauważona odwaga ludzi, to, że chcą narażać siebie i rodziny. Cybulka jest dzieckiem niewolnika, wie więc, że oni też mają swoje rodziny, żony, dzieci, mają panów dobrych lub złych, że muszą być cicho, żeby nie sprzedano im rodziny, albo są rozżaleni, bo im je sprzedano.
Cybulka podczas książki oprowadza czytelnika po całych Stanach, jedzie do burdelu i do porządnego domu wyzwolonego, bogatego czarnoskórego mężczyzny w Bostonie, jest w punktach przerzutowych zbiegłych niewolników i w szopie dla niewolników najbiedniejszych. I oczywiście towarzyszy Brownowi. Sam Brown w książce jest szalonym wariatem opętanym misją zniesienia niewolnictwa. Uwielbia życie w lasach na cebuli i zupie żółwiowej, czyta książki wielkich taktyków wojennych, ma dwadzieścioro dwoje dzieci, godzinami modli się do Boga i chodzi obdarty jak żebrak. Jest też bardzo przesądny, wierzy w dobrą passę, która jest wtedy, gdy towarzyszy mu Cybulka, ale i wierzy w talizman, którym jest pióro ptaka dobrego Boga, dzięcioła.
Tytuł ten jest wieloznaczny, gdy się tak zastanowić, ma podtekst. I słusznie, bo odnosi się do Cybulki ukrywającego się pod przebraniem dziewczyny. O męskości często mówi Cybulka w czasie swojej wieloletniej wędrówki przy Brownie. I chyba w końcu widzi czym jest prawdziwa męskość. Nie tym, co jest fizjologiczne, ale tym co mamy w środku! Męskość to odwaga bycia sobą i nawet pójścia na śmierć za swoje przekonania! Cybulka przekonał się kto był prawdziwym facetem wśród abolicjonistów. Przekonał się czym jest prawdziwy fanatyzm i chyba zrozumiał, że życie jest nie tylko od-do, takie wymierzalne, ciepłe i przewidywalne. Że porażka w dłuższej perspektywie jest moralnym zwycięstwem, a ocalenie skóry - tchórzostwem i moralną klęską.

Książka przy tym całym ładunku moralnym, emocjonalnym i historycznym jest przepiękna. Jest to bowiem opowieść o małym czarnoskórym chłopcu, który jest sierotą, którym zaopiekował się biały szaleniec, który zabił mu ojca! Chłopcu, który początkowo w swoich fascynacjach kobietami nie śmiał patrzeć wyżej niż na prostytutki i alkoholiczki, który w przyjaźni otworzył się jedynie przed opóźnionym umysłowo Frankiem, bo przy nim nie musiał mówić prawdy o sobie. W tej książce widzimy, że na ludzi należy patrzeć szerzej, głębiej.
Książka jest przy tym nieustającym pasmem gagów niczym z Chaplina oraz komizmu językowego! Śmiałam się od drugiej strony aż do końca. Choć przy końcu był to śmiech przez łzy. Naprawdę się wzruszyłam!!!!!
Rekomenduję tę książkę!!!!!!!!!!
http://literackie-zamieszanie.blogspot.com/2016/02/james-mcbride-ptak-dobrego-boga-humor-i.html
Czytaj dalej >> << Zwiń
Czy ta recenzja była przydatna?

***

Ocena:
Autor:
Data:
Henry Shackleford byłby zapewne jednym z milionów anonimowych osób, którym przyszło żyć na świecie w niewiadomym czasie, gdyby nie to, iż pewien autor, żyjący z XXI wieku zdecydował się wykorzystać jego imię i nazwisko w swojej powieści „Ptak dobrego Boga.” I nie wiadomo czy prawdziwy Henry był tym, kim był Henry z książki; być może ten prawdziwy, realny, żył tak naprawdę w innym miejscu i w innym czasie, jednakże wszystkim, którzy przeczytają najnowszą książkę Jamesa McBride'a ... każdy Henry Shackleford będzie kojarzył się jedynie z chłopcem, który udawał dziewczynkę.

Książkowy Henry teoretycznie był Murzynem; w praktyce jednak jego skóra miała odcień kawy z mlekiem i gdyby przymknąć bardziej oczy można by wziąć go za białego, ewentualnie za mieszkańca Hiszpanii czy Egiptu. Jednak z Ameryce, w czasach, gdzie niewolnictwo kwitło i miało się dobrze, nikt nie miał zamiaru rezygnować z jeszcze jednych rąk do pracy i dawać mu wolności tylko dlatego, że jego matka była biała. Tak więc Henry uważany był za Murzyna, chociaż Murzynem w całości swoich genów nie był a jedynie w połowie.

Przyszło mu żyć w czasach, gdy w wielu stanach Ameryki rozgorzała walka tych, którzy byli przeciwko niewolnictwu i tych, którzy byli za utrzymaniem tego procederu. Później konflikt ten zaognił się do takich rozmiarów, iż rozgorzała wojna secesyjna.

Jednak mały Henry nie miał pojęcia po co ten cały cyrk i po co całe to wyzwalanie; osobiście był o wiele szczęśliwszy i bardziej najedzony będąc niewolnikiem aniżeli podróżując po kraju razem ze swoim wyzwolicielem, niejakim Johnem Brownem.


John Brown miał opinię człowieka, który nie dość że zabija każdego, kto stanie mu na drodze, to w dodatku zjada oczy przeciwnika a z jego skalpu robi abażur na nocną lampkę. Jego zła sława kroczyła kilka kilometrów przed nim i dobrze, bo w rzeczywistości jego armia była na tyle licha i przygłupia, że cudem udawało się im kogokolwiek zabić.

Pewnego dnia owa „bestialska” grupa trafiła do miejsca, gdzie znajdował się Henry, jego ojciec, inni Murzyni i ich właściciel – Dutch. Po niedługiej i wcale niezaciekłej walce, ojciec Henry'ego przypadkiem zginął wbijając sobie olbrzymią drzazgę w serce a John Brown uciekł, zabierając ze sobą chłopca, którego planował wyzwolić. Pech chciał, że Brown wziął chłopca za dziewczynkę a ojciec przed dziwaczną śmiercią nie zdążył wyprostować tego błędnego rozumowania (poza tym, kto to widział, żeby Murzyn nie zgadzał się ze zdaniem białego? Nawet jeśli zdanie to było nieprawdziwe i bezbożnie głupie?). Można śmiało powiedzieć, że w momencie, gdy Henry stracił ojca, stracił też swoje męstwo i od tamtej pory – by nie rozgniewać Browna i nie wytykać mu błędu – nosił sukienki i udawał dziewczynkę.

„Bo trzeba wam wiedzieć, że nazywam się Henry Shacklefors a Starzec usłyszał „Henry nie” i wzioł to za „Henrietta”, bo tak działał jego umysł. Jak w coś uwierzył, to wierzył. Nie było dla niego ważne, czy to rzeczywiście jest prawda czy nie. Po prostu przekształcał prawde, dopóki mu nie przypasowała. Pod tym wzglendem był typowym białym.”

Wzruszony swoją dobrocią wybawiciel Henry'ego, kilka godzin po opuszczeniu miasteczka, podarował mu pewien przedmiot. Chłopiec nie wiedząc co to jest, zdecydował, że najlepszą decyzją będzie skonsumowanie tego przedmiotu. Nieco zdziwiony, ale nadal wzruszony John Brown, wykrzyknął, iż Henry zjadł jego najdroższy amulet i od tamtej chwili zaczął darzyć go a raczej ją, swoistą sympatią. Nadał mu przezwisko „Cybulka” i postanowił wspierać ją (go? W żadnej recenzji zaimki aż tak mnie nie przerażały jak tutaj) w nowo odkrytej wolności.

Cybulka wędrowała razem z Brownem i jego kompanią przez kilka amerykańskich stanów i patrzyła jak przywódca abolicjonistów waha się na granicy szaleństwa i bohaterstwa, oraz jak nieudolnie goni ciągle swoich przeciwników, chcąc walczyć. Karykaturalna charakterystyka Johna Browna mogłaby z powodzeniem zastąpić opisy niektórych z największych wodzów w historii; tak ambitnie gonił za swoimi marzeniami, by wyzwolić Murzynów a swoich synów i swoją armię traktował gorzej niż właściciele swoich czarnych poddanych.

Cała historia opowiadana jest przez Henry'ego vel Cybulkę. Jako, że był to chłopiec niewykształcony język powieści odchodzi lekko od zasad ortografii i stylistyki. W tym momencie wielkie brawa należą się tłumaczowi, panu Maciejowi Świerkockiemu, który w idealny wręcz sposób przełożył książkę. Już samo wczytanie się w powieść wywołuje śmiech i radość i jak widać, wystarczy niekiedy znieść zasady, że „- uje się nie kreskuje” a literatura może nagle bawić a nie tylko uczyć. Oto przykład:

„Wyjechaliśmy pendem z miasteczka, zostawiliśmy za sobom udeptany szlak kalifornijski i skierowaliśmy się prosto na niziny Kansas. Było ich trzech: Starzec i dwóch młodych. Młodzi szarżowali przed nami na kuniach łaciatych, a Starzec i ja podskakiwaliśmy na srokaczu, co miał jedne oko niebieskie, a drugie bronzowe i należał do Dutcha – znaczy Starzec był także kuniokradem.”

Po lekturze tej książki zdecydowanie trzeba zaniechać wypełniania wszelakich dokumentów, aż mózg wróci na swoje miejsce i na nowo pojmie zasady ortografii.

Jak dla mnie „Ptak dobrego Boga” to jedna z lepszych książek jakie czytałam w życiu. Pełna ironii, sarkazmu, obnaża wszelkie „wielkie rewolucje”, które dla osób biorących w nich udział, nie miały w sobie nic podniosłego i patetycznego. Wręcz przeciwnie, były to czasy, w których się głodowało a wielcy bohaterowie mieli zazwyczaj niezbyt równo pod sufitem. Każda rewolucja była szarą codziennością, która dopiero później, przekazywana z ust do ust nabrała kolorów krwi, wyrzeczeń i bohaterstwa.
Czytaj dalej >> << Zwiń
Czy ta recenzja była przydatna?

Dodaj recenzję

Dołącz do grona naszych recenzentów. Dziel się z innymi miłośnikami książek wrażeniami z lektury. Cenimy wszystkie opinie naszych czytelników, stąd też w podziękowaniu za każdą opublikowaną recenzję proponujemy rabat - 5% na kolejne zakupy ...

Jak to działa?

Wyszukujesz książkę, którą chcesz się podzielić z innymi czytelnikami.
Piszesz recenzję. Logujesz się.
Możesz napisać kilka słów o sobie i wgrać swoje zdjęcie albo wybrać ilustrację z bazy awatarów.
Twoja recenzja czeka na akceptacje i publikację.
Po jej zatwierdzeniu:
a) otrzymasz w ciągu 24 godzin 5% kod rabatowy na kolejne zakupy.
- Rabat nie obejmuje podręczników.
- Kod rabatowy jest ważny miesiąc. Należy użyć go w czasie składania zamówienia.
b) dołączasz do grona recenzentów.

Więcej Zwiń

Twoja ocena

Zostaną nagrodzone najciekawsze wypowiedzi świąteczne w formie polecenia książki na prezent połączonego ze wspomnieniem świąt dzieciństwa, refleksją, dedykacją.