Koszyk 0
Opis:
Jak żyć w świecie, z którego przez noc zniknęło wszelkie życie? W świecie, w którym jest się życiem jedynym? Trzydziestokilkuletni Wiedeńczyk któregoś ranka nie znajduje na wycieraczce codziennej gazety, z radia dobiega tylko szum, ekran telewizora pozostaje pusty, internet nie działa, dziewczyna nie odpowiada na SMS-y, ojciec nie podnosi słuchawki telefonu. Na ulicy, o tej porze zwykle wypełnionej zgiełkiem, zupełna cisza: ani śladu pojazdów, a także ludzi. Nie słychać nawet ptaków.. ... Dzień mija Jonaszowi na poszukiwaniu choćby najmniejszych przejawów życia. Bez rezultatu. Miasto jest całkowicie wymarłe. Puste. Nieruchome. Co mogło się wydarzyć tej nocy? Jaka tajemnicza siła spowodowała, że ludzie nagle zniknęli bez śladu? Gdzie się podziali? I dlaczego on jeden ocalał z tej katastrofy? Co więcej, Jonasz stopniowo uświadamia sobie, że być może jest w ogóle jedynym człowiekiem, który pozostał na Ziemi. Bo wszelkie połączenia ze światem są martwe, jakby nigdzie – nigdzie – nie było nikogo, kto mógłby nadać lub odebrać jakąkolwiek wiadomość. Ale czy to możliwe? I czy człowiek jest w stanie pogodzić się z taką możliwością? Jak żyć w świecie absolutnej i ostatecznej samotności? Thomas Glavinic (ur. w roku 1972 w Grazu), prozaik austriacki, zanim poświęcił się literaturze, był taksówkarzem i pisał teksty reklamowe. Debiutował powieścią „szachową”, w powieści Susi (2000) rozprawił się ze zjawiskiem korupcji w piłce nożnej, w powieści kryminalnej Der Kameramörder (2001, Morderca z kamerą), za którą otrzymał nagrodę im. Friedricha Glausera, poddał surowej krytyce świat mediów. Powieść Za sprawą nocy (2006) była nominowana do nagrody Deutscher Buchpreis, jednej z najważniejszych nagród literackich w Niemczech. Jest autorem opowiadań, słuchowisk i reportaży. fragment (...) – Tata? Szybko zaryglował górny i dolny zamek. Zapalił światło. – Tata, jesteś? – wołał, zanim wszedł do któregoś z pomieszczeń. Usiłował nadać swojemu głosowi odpowiednią siłę i głębię. Z przedpokoju poszedł do kuchni. Stamtąd znowu przez przedpokój do dużego pokoju. Potem do sypialni. Nie zapomniał o łazience i toalecie. Zajrzał do spiżarni, gdzie w chłodnym powietrzu unosił się zapach fermentujących jabłek i warzyw. Ojca, tego chomika i liczy krupy, który smarował masłem spleśniały chleb, a przeterminowane konserwy umieszczał w kąpieli wodnej, nie było nigdzie. Tak jak wszystkich innych. I podobnie jak inni nie zostawił żadnej informacji. Wszystko wyglądało tak, jakby dopiero co wyszedł. Nawet okulary do czytania leżały jak zwykle na telewizorze. W lodówce znalazł słoik ogórków, nadających się chyba jeszcze do spożycia. Chleba nie było. Na kredensie leżała paczka sucharków. Musiały mu wystarczyć. Nie miał ochoty otwierać po raz drugi drzwi do spiżarni. Bez większej nadziei próbował jedząc złapać jakąś stację telewizyjną. Nie całkiem bez racji, bo przypomniał sobie, że ojciec ma telewizję satelitarną. Może problem stanowiła tylko sieć kablowa, natomiast przez satelitę można było odbierać programy? Migotanie. W sypialni ojca tykał miarowo stary zegar ścienny. Jonasz potarł oczy. Przeciągnął się. Wyjrzał przez okno. O ile mógł się zorientować, nic się nie zmieniło. Kawałek plastiku powiewał na wietrze. Żaden z samochodów się nie poruszył. Słońce było na zwykłym miejscu i wszystko wskazywało, że nadal przesuwa się po swojej orbicie. Powiesił koszulę i spodnie na wieszaku. Jeszcze raz nastawił uszu, czy nie słychać czegoś innego poza tykaniem zegara na ścianie. Potem wślizgnął się pod kołdrę. Miała zapach ojca. Panował półmrok. W pierwszej chwili nie wiedział, gdzie się znajduje. Jeszcze w półśnie, uległ za sprawą znanego mu z dzieciństwa tykania zegara chwilowemu złudzeniu, że obudził się w jakimś innym czasie i w innym miejscu. Słuchał tego tykania jako dziecko na kanapie w dużym pokoju, gdzie zwykle kładł się spać po południu. Najczęściej nie zasypiał nawet na moment. Śnił na jawie, dopóki matka nie przyszła z kubkiem kakao albo jabłkiem, żeby go zbudzić. Zapalił nocną lampkę. Wpół do szóstej. Spał ponad dwie godziny. Słońce stało widocznie tak nisko, że na tej wąskiej ulicy jego promienie docierały już tylko na wyższe piętra. W mieszkaniu panował wieczorny mrok. W slipach poczłapał do dużego pokoju, który sprawiał wrażenie, jakby jeszcze przed chwilą ktoś w nim był. Jakby dopiero co wyszedł stąd na palcach, żeby nie zakłócać jego snu. Jonasz czuł prawie fizycznie ślady obecności, które ten ktoś pozostawił po sobie w pokoju. – Tata? – zawołał, chociaż nie spodziewał się odpowiedzi. Ubierając się, wyglądał przez okno. Kawałek plastiku. Motorowery. Butelka w kuble na śmieci. Ani śladu jakiejkolwiek zmiany. (...) Rozdział siódmy (...) Zadzwonił telefon. Jednym potężnym susem przez szklany stół znalazł się przy aparacie. Na chwilę serce w nim zamarło. Kiedy zabiło znowu, poczuł ból. Tłukło mu się w piersi, nie mógł złapać tchu. – Ha......halo? – Lo? – Kto mówi? – Wi? – Czy pan mnie słyszy? – Szy? Ktokolwiek to był, nie dzwonił z Austrii. Połączenie było tak marne, a głos tak słabo słyszalny, że ten ktoś dzwonił chyba zza oceanu. – Halo? Czy pan mnie rozumie? Mówi pan w moim języku? English? Francais? – Se? Coś musiał zrobić. Nie był w stanie nawiązać rozmowy. Nie wiedział, czy ten ktoś w ogóle go słyszy. Wiedział, że jeśli nie, to za chwilę rozlegnie się trzask odkładanej słuchawki. – I am alive! – krzyknął. – I am in Vienna, Austria! Who are you? Is this a random call? Where are you? Do you hear me? Do you hear me? – Mi? – Where are you? -Ju? Zaklął. Słyszał tylko siebie, tamtego w ogóle nie. – Vienna! Austria! Europe! Nie chciał przyjąć do wiadomości, że nie doszło do nawiązania kontaktu. Coś mu mówiło, że to beznadziejne, nie odkładał jednak słuchawki. Robił przerwy w mówieniu. Nasłuchiwał. Krzyczał. Aż przyszło mu na myśl, że może telefonujący zorientował się, że są jakieś problemy, i zadzwoni jeszcze raz. I że wtedy połączenie będzie lepsze. – I do not hear you! Please call again! Call again immediately! Musiał zamknąć oczy, tak trudno mu było odłożyć słuchawkę. Nie otworzył ich też od razu. Położył głowę na wyciągniętych rękach, z dłońmi opartymi na słuchawce siedział na obrotowym stołku. Zadzwoń jeszcze raz, proszę. Zadzwoń.(...) Rozdział Trzynasty (...) Czuł się osłabiony. Kilkakrotnie doznawał uczucia zwątpienia w sens tego całego przedsięwzięcia, a w każdym razie rozważał, czy nie przełożyć tej szabrowniczej eskapady na jakiś bardziej stosowny dzień. Z nosa mu leciało, drapało go w gardle, w głowie mu dudniło. Ale nie był aż tak chory, żeby mieć prawo położyć się do łóżka. Poza tym coś mu mówiło, że nie powinien tracić czasu. Chociaż brzmiało to absurdalnie. Czasu miał aż nadto. Tak naprawdę nie było żadnej konieczności, żeby musiał robić cokolwiek. A mimo to coś go popychało do działania. Po powrocie znad Mondsee jeszcze bardziej niż przedtem. Po południu miał już auto tak zapchane, że w lusterku wstecznym widział same kartony. Było tego dwadzieścia kamer i dwadzieścia sześć statywów. Razem z tymi w domu miał więc blisko trzydzieści kompletnych zestawów do filmowania. Wystarczająco dużo. Sprawdził pobieżnie, czy w mieszkaniu wszystko jest w porządku. Nie wkładając rękawic roboczych, zszedł z latarką i strzelbą do piwnicy. Także tutaj nie zauważył żadnych zmian. Na chybił trafił sięgnął do któregoś kartonu. Spodziewał się znaleźć w nim fotografie, ale jego palce natrafiły na coś kosmatego. Przestraszony cofnął rękę. Poświecił latarką do wnętrza kartonu. Było to pluszowe zwierzątko. Nigdy go przedtem nie widział. Ciemnozielony miś bez lewego oka i z nadgryzionym prawym uchem. Był pobrudzony. Z tyłu wystawał mu sznurek. Jonasz pociągnął. Rozległa się jakaś melodia. Przeszedł go dreszcz. Te dźwięki przeniknęły go na wylot. Słuchał ich zdrętwiały. Ding-dang-dong, jasny dzwoneczek wydzwaniał miękki motyw. Kiedy umilkł, palce Jonasza automatycznie pociągnęły znowu za sznurek. Nie wiadomo skąd dotarło do niego, że to jest jego pozytywka. Ta melodia towarzyszyła mu jako niemowlęciu przy zasypianiu. Teraz przypomniał sobie także, co to za melodia. Jako niemowlak słyszał ją każdego wieczoru. On sam nic o tym nie wiedział, ale jakiejś jego cząstce ta melodia była bliska jak mało co na świecie. La-le-lu, la-le-lu y księżyc lula cię do snu. Nagle pojawiła się gorączka. Dosłownie w ciągu sekundy. Zakręciło mu się w głowie. Dotknął ręką czoła i w tym samym momencie poczuł, że zalewa go fala gorąca. W każdej chwili nogi mogły odmówić mu posłuszeństwa. Sprawa była poważna. Nie zdoła już dotrzeć do domu. Sukcesem będzie, jeśli uda mu się wydostać z piwnicy. Nieskończenie wolnym ruchem wsadził sobie misia pod koszulkę. I jednocześnie uświadomił sobie, na co się tym ruchem naraża. Skoncentrował się na tym, żeby nie dać za wygraną, żeby kontynuować ruch, nie zwracać uwagi na szum nadciągający skądś w dali. Wetknął koszulkę do spodni i obrócił się. Podpierając się strzelbą, z latarką zawieszoną na przegubie dłoni, człapał powolutku w stronę wyjścia. Gorące fale w nim nabierały impetu. Oddychał przez usta. Po przejściu dwóch metrów przystanął, żeby odpocząć. Jakoś dowlókł się do schodów na górę. Na drugim stopniu nogi się pod nim ugięły. Pomagając sobie rękami, usiadł. Nie bacząc na brud i pajęczyny, oparł głowę o ścianę. Była przyjemnie chłodna. Światło na schodach zgasło. Tylko przez małe okienko na półpiętrze wpadało do klatki schodowej kilka bladych promieni słońca. Dopiero po dłuższej chwili udało mu się zapalić wiszącą na ręce latarkę. Jaskrawa plama światła drżała na kamiennej posadzce. Poczuł się odrobinę lepiej. Zmusił się do tego, żeby wstać. Kręciło mu się w głowie. Serce łomotało. Stopień po stopniu podciągał się na poręczy. Jednocześnie próbował uciszyć w sobie głos paniki. Nie umrze tutaj. Nie miałoby to żadnego sensu. Kipnąć na zawał na klatce schodowej – nie, to się nie może tak skończyć. Kuśtykając do mieszkania, starał się ignorować powtarzające się raz po raz krótkie przerwy w pracy serca. Nie myślał już o niczym. Stawiał jedną stopę przed drugą, robił wdech, potem wydech. Odpoczywał. Szedł dalej.(...) Czytaj dalej >> << Zwiń
Mniej Więcej
  • Thomas Glavinic
  • 2008
  • 312
  • 205
  • 140
  • Kroki / Schritte
  • 978-83-06-03175-1
  • 9788306031751
  • W4144

Dodaj recenzję

Dołącz do grona naszych recenzentów. Dziel się z innymi miłośnikami książek wrażeniami z lektury. Cenimy wszystkie opinie naszych czytelników, stąd też w podziękowaniu za każdą opublikowaną recenzję proponujemy rabat - 5% na kolejne zakupy ...

Jak to działa?

Wyszukujesz książkę, którą chcesz się podzielić z innymi czytelnikami.
Piszesz recenzję. Logujesz się.
Możesz napisać kilka słów o sobie i wgrać swoje zdjęcie albo wybrać ilustrację z bazy awatarów.
Twoja recenzja czeka na akceptacje i publikację.
Po jej zatwierdzeniu:
a) otrzymasz w ciągu 24 godzin 5% kod rabatowy na kolejne zakupy.
- Rabat nie obejmuje podręczników.
- Kod rabatowy jest ważny miesiąc. Należy użyć go w czasie składania zamówienia.
b) dołączasz do grona recenzentów.

Więcej Zwiń

Twoja ocena

Zostaną nagrodzone najciekawsze wypowiedzi świąteczne w formie polecenia książki na prezent połączonego ze wspomnieniem świąt dzieciństwa, refleksją, dedykacją.