Koszyk 0

„Wykopaliska mają w sobie magię” - rozmowa z Martą Guzowską

Naiwnie myśleliście, że wszystkie odnalezione podczas wykopalisk obiekty trafiają do muzeów? Simona Brenner, doświadczona i ceniona w środowisku pani archeolog, skrywa przed światem zaskakującą tajemnicę… O powieści „Chciwość”, a także o wzajemnych wpływach kryminału i archeologii, rozmawiamy z Martą Guzowską.

Jest Pani kobietą wielu pasji. Co było pierwsze – literatura, archeologia, antropologia? A może jeszcze coś innego? Kiedy po raz pierwszy pomyślała Pani, że byłoby ciekawie połączyć te zainteresowania?

Pierwsza była chyba literatura. Moi rodzice twierdzą, że od kiedy nauczyłam się czytać, byłam najłatwiejszym w obsłudze dzieckiem: wystarczyło dać mi książkę. Do dziś czuję się źle, kiedy wiem, że będę musiała na przykład czekać w kolejce i nie mam niczego do czytania. Gdyby wszystkie książki zniknęły z powierzchni ziemi, czytałabym chyba etykietki na słoikach.

Archeologia musiała być druga, bo kiedy pierwszy raz wylądowałam na wakacjach w Libii, gdzie mój tata, z zawodu geodeta, pracował na kontrakcie, byłam już po pierwszej klasie podstawówki. Z miejsca zakochałam się w tym wszystkim, co jest tak typowe dla basenu Morze Śródziemnego: upale, czerwonawej ziemi, zapachu… A do tego rodzice, sami wielbiciele historii, zabierali mnie i brata do starożytnych miast. To była miłość, która szybko weszła w krew.

Antropologia była ostatnia. Zaraziłam się nią dopiero na studiach. Uznałam, że to fascynujące, móc tyle powiedzieć na podstawie kilku kości. Ale muszę od razu zaznaczyć, że jestem antropologiem-amatorem, nieźle wykształconym, ale jednak amatorem. Dlatego wszystkie moje książki obowiązkowo czyta mój przyjaciel i doktor antropologii Wiesław Więckowski. Dopiero kiedy on powie, że nie ma błędów, czuję się pewnie.

Miłość do książek bardzo długo była miłością bierną. Dopiero kiedy urodziłam pierwsze dziecko, musiałam się zmierzyć z całymi otchłaniami jałowego czasu, kiedy ręce są zajęte, ale umysł niekoniecznie. I znaleźć sposób, żeby wyrzucić z siebie cały strach i niepewność, którego doświadczają chyba wszystkie matki. Uznałam, że nie ma lepszego sposobu, niż pisanie kryminałów. A że lubię wiedzieć o czym piszę, postanowiłam pisać kryminały archeologiczne.

W jednym z wywiadów przyznaje Pani, że Mario Ybl, bohater Pani poprzednich książek, dzieli z Panią wiele cech charakteru. A ile Marty Guzowskiej można odnaleźć w Simonie Brenner, którą poznajemy na kartach Chciwości? Lubi Pani tę bohaterkę? Wydaje się, że nie jest łatwo ją polubić...

Ja Simonę lubię bardzo – myślę, że gdybyśmy się spotkały, natychmiast znalazłyśmy wspólny język. Podobnie jak ona, jestem bardzo niecierpliwa. Całkowicie pochłania mnie praca i cenię profesjonalizm, tak jak Simona nigdy nie zabieram się do wykonania zadania bez solidnych przygotowań.

Obie z Simoną mamy też w sobie pewną naiwność, jeśli idzie o związki miłosne. Ale ja mam więcej szczęścia…

Czytałam w jednej z rozmów z Panią, że akcję swoich powieści umieszcza Pani zawsze w miejscach, gdzie miała Pani okazję pracować osobiście. Które z tych miejsc lubi Pani najbardziej i wspomina najlepiej? Gdzie pracowało się Pani najlepiej i dokąd chciałaby Pani wracać częściej?

Lubię wszystkie. Wykopaliska mają w sobie magię, której nie potrafię wytłumaczyć, ale mogę ją opisać: kiedy mieszka się przez kilka lub kilkanaście tygodni w jednym miejscu, ciężko pracuje fizycznie i umysłowo (archeologia przecież to zagadki, które trzeba odkopać własnymi rękami), zawiera przyjaźnie z miejscowymi mieszkańcami… świat zaczyna nabierać niesłychanego uroku. Dlatego chyba archeolodzy są jak narkomani i jeśli przez kilka lat nie mogą popracować na wykopie, cierpią autentyczny głód.

Gdybym jednak miała wybrać jedno miejsce, byłaby to Kreta. Od kiedy postawiłam nogę na tej wyspie, wiele lat temu, czuje się tam jak u siebie. Kiedyś kupię tam dom i będzie to spełnienie największego marzenia mojego życia.

Pozostając w temacie – okolice Troi i turecka prowincja są w Pani powieści sportretowane dość krytycznie. Nie wydaje się to przyjazna przestrzeń… Czy to wynik osobistych doświadczeń? Czy taka jest właśnie rzeczywistość na wykopaliskach?

Proszę pamiętać, że wszystko co piszę w moich powieściach, przepuszczone jest przez punkt widzenia głównych bohaterów: zarówno Mario, jak i Simona są narratorami i oceniają rzeczy po swojemu. Kiedy pisałam „Wszystkich ludzi przez cały czas”, złościłam się nawet, że Mario krytykuje wyspę, po której ja stąpam w stanie permanentnej euforii. Ale moi bohaterowie żyją już własnym życiem. Nie mogę im niczego narzucić (uśmiech).

Nie jest Pani jedyną osobą w polskim środowisku literackim o wykształceniu archeologicznym – Filip Springer, ceniony reporter, również studiował archeologię. Jak Pani uważa, czy archeologia ma jakiś wpływ na pisarstwo? Czego uczy, jak pomaga pisarzowi? Nie chodzi mi tu tylko o kryminał jako gatunek, a raczej o literaturę w ogóle, sposób jej uprawiania.

Czy archeologia ma wpływ na pisarstwo – tego nie potrafię powiedzieć. Ale na pewno ma bardzo silny wpływ na sposób postrzegania rzeczywistości, a to, oczywiście, bezpośrednio przekłada się na to, co i jak człowiek pisze. Po pierwsze uczy pokory: wobec historii, wobec tego, że wszystko już było i tego, że nasze życia, choćby nam samym wydawały się najwspanialsze i najbardziej oryginalne, są tylko powtórzeniem życia kogoś, kiedyś, przed wiekami. A po drugie uczy miłości i szacunku do tego co było. I nie tylko do złota i klejnotów, ale do prostych skorup glinianych naczyń: dotykam ich i wiem, że ostatnio ktoś ich dotykał przed trzema tysiącami lat.

Od kilku lat wraz z Agnieszką Krawczyk (dawniej też z Adrianną Michalewską) prowadzi Pani stronę Zbrodnicze Siostrzyczki poświęconą polskim kryminałom. Skąd ten pomysł i z jaką reakcją odbiorców spotkał się na początku? Czy i jakie zmiany zaobserwowała Pani w tym gatunku na polskim rynku wydawniczym w czasie istnienia portalu? Czy uważa Pani, że możemy dziś mówić o „polskiej szkole kryminału”?

Agnieszka, Ada i ja spotkałyśmy się na warsztatach na opowiadanie kryminalne, organizowanych przez Międzynarodowy Festiwal Kryminału we Wrocławiu – wiele, wiele lat temu. Dla mnie było to prawdziwe odkrycie: poznać ludzi, którzy tak jak ja godzinami mogą rozprawiać o wiedzy medycznej w kryminałach Nesbo, czy feminizmie u Tess Gerritsen. Zbrodnicze Siostrzyczki początkowo były grupą nieformalną, żartem. A później założyłyśmy stronę, uznałyśmy, że taka energia nie może się marnować.

Zmiany na polskim rynku wydawniczym – mówimy teraz o kryminałach – są wyraźne i zdecydowanie są to zmiany na lepsze. Myślę, że w tej chwili tylko nasz niemożliwy polski język oddziela nas od czołówki światowego kryminału. Jeśli zagraniczni wydawcy przestana się bać polskiego, polscy pisarze kryminałów będą regularnie gościć w pierwszej dziesiątce bestsellerów New York Timesa.

Jako redaktorka wspomnianej strony często ma Pani kontakt z czytelnikami, jest Pani też dość aktywna w mediach społecznościowych. Jak ważne są dla Pani te relacje i czy mają wpływ na to, jak i o czym Pani pisze? A jak wyglądają Pani kontakty z innymi autorami? Jak scharakteryzowałaby Pani polskie środowisko pisarzy kryminałów i czy w ogóle można je jakoś scharakteryzować?

Wszystkie Zbrodnicze Siostrzyczki zaskoczyło wielkie zainteresowanie naszą stroną. Kiedy zaczynałyśmy, takich stron nie było zbyt wiele, teraz jest ich już więcej. Ale najwyraźniej nie tylko my, ale i nasi czytelnicy mieli niedosyt „gadania” o kryminałach (uśmiech). Muszę jednak powiedzieć, że apodyktyczne Siostrzyczki piszą, o czym chcą. Nie ulegamy modom ani gustom czytelników, wybieramy z (bardzo bogatej) oferty wydawniczej tylko rzeczy, które nas zafascynowały. I chyba to właśnie lubią nasi czytelnicy, że prezentujemy tak bardzo wyraźnie nasze własne gusta.

Polskie środowisko pisarzy kryminałów! Kiedyś jeden z moich kolegów po piórze podsumował je słowami „my się przecież naprawdę lubimy, bo jeśli nawet mamy jeden do drugiego jakieś negatywne uczucia, wyładowujemy je w książkach” (uśmiech). Na zawodową zazdrość lub niesnaski nie ma nic lepszego niż zamordować rywala na kartach powieści, może być nawet w wyrafinowanych cierpieniach. A potem już można spokojnie pójść razem na wino.

Poprzednie Pani powieści osnute były wokół przygód Mario Ybla. Czy możemy się spodziewać powrotu Simony Brenner na łamach kolejnych Pani utworów? Jakie są Pani dalsze literackie plany?

Kiedy siadałam do pisania przygód Simony, myślałam, że to będzie jednorazowa historia, coś w rodzaju skoku w bok od Maria, z którym, o czym wiedzą przecież wszyscy moi Czytelnicy, a zwłaszcza Czytelniczki, łączy mnie silne i ciągle gorące uczucie (uśmiech). Pomyliłam się. Simona to coś więcej. Już siedzę nad kolejnym tomem jej przygód, który ukaże się chyba w przyszłym roku. W ten sposób zostałam bigamistką (śmiech).

Ale wielbiciele Maria nie powinni ciskać we mnie gromów. Niedługo wyjdzie czwarta część jego przygód – Mario będzie musiał w niej zmierzyć się z wampirami! A w planach jest jeszcze piąta. Plany, jak widać, są bogate. Chciałabym mieć więcej czasu na pisanie.

Rozmawiał(a): Katarzyna Lipska