Koszyk 0

„W lekkiej formie przekazuję trudne informacje” - rozmowa z Tanyą Valko.

Przez ponad 20 lat mieszkała w krajach arabskich – najpierw w Libii, potem w Arabii Saudyjskiej. Swoją wiedzą i doświadczeniem dzieli się z czytelnikami na łamach bestsellerowej „Arabskiej sagi”. O edukacyjnym wymiarze twórczości i zadaniach pisarki-arabistki w dzisiejszym świecie rozmawiamy z Tanyą Valko.

Co w Pani życiu było pierwsze – fascynacja kulturą arabską czy marzenia o pisaniu? I kiedy zdecydowała Pani połączyć te dwie pasje?

Jako dziecko wymyślałam historyjki, a kiedy je opowiadałam, rodzice mówili mi: „Nie kłam, Tanyu”. Pierwsze słowa pisane w moim życiu to poezja, później, mając żyłkę reporterską i interesując się historią, pisałam reportaże, płodziłam krótkie opowiadanka oraz zarabiałam jako tłumacz. Po powrocie z Libii po około 15 latach postanowiłam podzielić się moją wiedzą i napisać coś o tym kraju. W ten sposób powstały dwie popularno-naukowe pozycje, a później powieść Arabska żona, która stała się bestsellerem i zainicjowała arabską sagę.

Wydarzenia w krajach arabskich, choć niezwykle istotne dziś dla sytuacji na całym świecie, są dla nas ciągle tajemnicze i niezrozumiałe. Wiele wypowiedzi w mediach, w Internecie świadczy o tym, że generalnie naprawdę niewiele wiemy o tamtej części świata... Jaką rolę w takiej rzeczywistości widzi Pani dla siebie – pisarki i arabistki? Czy pisząc swoje powieści, ma Pani także na uwadze ten aspekt edukacyjny swojej twórczości?

Każda moja książka naucza i poucza – tak jest od początku. Może jest to spowodowane żyłką nauczycielki-mentorki, która mi pozostała. Jako że Polacy przeważnie niewiele wiedzą o krajach arabskich czy azjatyckich, postanowiłam uchylić im rąbka tajemnicy i pokazać ten niezwykły świat. Za to też dziękują mi czytelnicy na spotkaniach autorskich – ze mną bowiem udają się w odległe krainy, żyją życiem nieznanym i często ekscytującym, poznają kulturę i zwyczaje, o których wcześniej nie mieli pojęcia. Cieszę się, że w lekkiej formie beletrystycznej mogę im przekazywać trudne i skomplikowane informacje.

Historie przedstawione na kartach „Arabskiej sagi” są fikcyjne, ale całe tło historyczno-obyczajowe jest jak najbardziej prawdziwe. Czuje Pani w sobie reporterską żyłkę, myślała Pani o napisaniu książki całkowicie non-fiction o życiu kobiet w krajach arabskich? Karierę pisarską zaczynała Pani bowiem od popularno-naukowych książek o życiu w Libii - „Libia od kuchni” i „Życie codzienne w Trypolisie”. Czy zamierza Pani kiedyś wrócić do takiego pisania?

Jak już wcześniej wspomniałam, w moich książkach jest wiele historycznej prawdy, ale też autentycznych ludzkich historii umieszczonych w kokonie literackiej fikcji. Znałam takie Doroty, Marysie czy Maliki i fragmenty ich losów umieściłam na kartach moich książek.

Nigdy nie zamieniłabym formy moich książek na historyczne czy popularno-naukowe, do których ludzie rzadko sięgają. Ja mam liczną rzeszę czytelników i wiele osób przy okazji ciekawych opowieści „niechcący” dowiaduje się o wielu poważnych i trudnych sprawach.

Cała „Arabska saga” skupia się wokół perypetii Polki, Doroty, i jej córeczek. Mamy tu więc do czynienia ze zderzeniem kultur, z pewnym konfliktem roli kobiety w społeczeństwie. To, na pierwszy rzut oka, przede wszystkim wciągające historie miłosne podszyte grozą współczesnego świata... Ale czy i sposób na oswojenie polskiego czytelnika z arabskimi tematami, które często postrzegane są stereotypowo i niekoniecznie są odpowiednio przepracowane? Myśli Pani o tym podczas pisania?

Moim priorytetem i ambicją jako pisarki nie są lekkie i rzewne historyjki miłosne. Pragnę przy okazji miłosnych perypetii przekazać wiedzę o narodach, o ludziach i ich życiu. A że lekką formę literacką lepiej się czyta i pisze, to z niej korzystam. Ciężkie „cegły” historyczne i drastyczne reportaże zostawiam nielicznym koneserom.

„Arabska krucjata” pojawia się na rynku wydawniczym w czasie, kiedy tematy związane z islamem wydają się w Polsce dosyć drażliwe. Z jakimi reakcjami na swoją książkę spotyka się Pani w ostatnich tygodniach? Czy wzbudziła jakieś kontrowersje, czy raczej spełnia swoje zadanie, „łagodząc obyczaje”?

Podczas autorskich spotkań oczywiście rozmawiamy o obecnej sytuacji na świecie, o uchodźcach i terroryzmie. To nie są łatwe tematy i często są powodem burzliwych dyskusji. Ja ze swojej strony, z moją orientalistyczną wiedzą i doświadczeniem, staram się naświetlić problem bez stronniczości i ukazać, jakie są prawdziwe przyczyny arabskiego exodusu do Europy i skutki niemądrych, nieprzemyślanych posunięć polityków. Przeważnie wszyscy obecni na takim spotkaniu wychodzą z niego z sercem bardziej otwartym na ludzkie nieszczęście i większym zrozumieniem problemów, które wypływają z Bliskiego Wschodu, ale obecnie już i nas dotyczą.

Przeczytałam na Pani stronie internetowej, że gdyby miała Pani wskazać tę ze swoich bohaterek, z którą najbardziej się Pani identyfikuje, byłaby to Dorota. Czy to dlatego, że w cyklu powieściowym pojawia się od samego początku? Czy można powiedzieć, że – w pewnym sensie – Dorota to Pani powieściowe alter ego, czy jednak to zbyt daleko idący wniosek? Jak wiele elementów ze swojej biografii przekazała Pani swoim bohaterkom?

Błagam, proszę nie utożsamiać mnie z Dorotą, która w pierwszej powieści zachowywała się jak skończona idiotka, a i teraz, pomimo zdobytego doświadczenia i wykształcenia, niejednokrotnie działa mi na nerwy. To czytelnicy mnie z nią utożsamiali, bowiem „Arabska żona” została napisana w pierwszej osobie i sądzono, że to mój pamiętnik. Niekiedy jednak Dorota trochę mnie przypomina, tak jak każda kobieta, lecz jest to zlepek charakterów poznanych przeze mnie osób.

Każda z postaci z mojej sagi to osoba, która jest po trosze człowiekiem mi znanym, lecz ja nie piszę niczyjej biografii, a tylko muszę mojego bohatera widzieć, więc „ubieram” fikcyjną postać w skórę znanej mi osoby, pozostawiając czasami parę jej charakterystycznych cech.

Marysia to cała moja córka, ale jedynie z charakteru, a nie wyglądu czy doświadczeń. Hamid Binladen to typ wyidealizowanego przeze mnie arabskiego bohatera, a z bojownikami z terroryzmem zetknęłam się, czytając arabską prasę czy przez media. Daria to klasyczny typ upartej i niedoświadczonej nastolatki, z którymi miałam do czynienia podczas mojej pracy w szkole. Meila zaś to bardzo pozytywna indonezyjska kobieta, która boryka się z biedą i ciężkim życiem, pracuje i dba o swoją rodzinę, marząc, że kiedyś będzie bogata. Mogłabym tak długo wymieniać.

Przez wiele lat mieszkała Pani w Libii i w Arabii Saudyjskiej, dzisiaj żyje Pani w Indonezji, która dla Polaków jest chyba jeszcze bardziej egzotyczna. To trzy kraje muzułmańskie – ale chyba zupełnie od siebie różne, choćby ze względu na położenie geograficzne? Jak to Pani ocenia? Jakie dostrzega Pani podobieństwa i różnice, gdzie Pani – jako przybyszowi z dalekiego kraju – żyło się najlepiej?

To racja – mieszkałam w różnych miejscach na ziemi, bardzo od siebie odległych, tak kulturowo jak i geograficznie. Jednak wszystkie te kraje są muzułmańskie, lecz Libia była najbardziej laicka, Arabia Saudyjska ortodoksyjna, zaś Indonezja... azjatycka i tolerancyjna.

Libia to kraj przeze mnie ukochany, miejsce mojej szczęśliwości, choć muszę wyznać, że można być szczęśliwym wszędzie. Marzę, że kiedyś uda się tam powrócić i jeszcze będzie co odbudować. Nadal mieszkają tam moi znajomi, którzy też mają taką nadzieję.

Arabia Saudyjska wydaje się nie do życia, szczególnie dla kobiet, których namacalne uciemiężenie jest widoczne na pierwszy rzut oka w postaci czarnej abaji (długi płaszcz) oraz chusty zakrywającej włosy czy nawet kwefu na twarzy. Jednak przy zdrowym rozsądku i dzięki pozytywnemu nastawieniu można dać sobie radę, a emancypacja kobiet przebiega tam powoli, lecz skutecznie.

Indonezja jest cudna i tolerancyjna, choć nie w każdym miejscu tego ogromnego kraju. Są regiony całkiem zbliżone obyczajowo do Arabii Saudyjskiej (np. ortodoksyjny Aceh), choć z drugiej strony występują tam różne religie, które ze sobą współegzystują. To w Indonezji najbardziej mi się podoba – tak wiele nacji, tak wiele kultur i religii potrafi zgodnie funkcjonować w jednym gigantycznym kraju. Wielu powinno z nich brać przykład.

Chciałabym zatrzymać się jeszcze na chwilę przy Indonezji. Jak się tam Pani znalazła i jak wygląda typowy dzień w Dżakarcie? Jakim narodem są Indonezyjczycy, jak się Pani wśród nich odnajduje?

Gdtybym chciała dać wyczerpującą odpowiedź na to pytanie, to nie wiem, czy zamknęłabym się w dziesięciu stronach. Dlatego zmuszona jestem informacje trochę „skompresować”.

Do Indonezji przeniosłam się z Arabii Saudyjskiej, żeby przynajmniej na chwilę zmienić „klimaty” i opuścić kraje arabskie, które stały się bardzo niebezpieczne, bowiem po arabskiej wiośnie dochodziły w nich do głosu najbardziej ortodoksyjne ugrupowania. Arabska wiosna zamiast przynieść im wolność, dobrobyt i demokrację, w wielu wypadkach doprowadziła do ruiny i domowej wojny.

Życie w Dżakarcie nie jest łatwe. Z jednej strony to miejsce nowoczesne, ciekawe i niezwykłe, z ogromną ilością centrów handlowych, wysokich biurowców, hoteli, restauracji i spa, a z drugiej pełne kontrastów i rzucającej się w oczy biedy. Zabija je ogromna ilość mieszkańców (aglomeracja miejska liczy ok. 23 mln) i codzienne korki. Ludzie przeważnie wychodzą z domu o 6.00-6,30 rano, bo na dojazd do pracy potrzebują co najmniej 2 godziny, a wracają o 18.30 lub później, bo jazda powrotna jest równie uciążliwa. Tak więc w samochodzie czy autobusie spędzają dziennie ok. 4-5 godzin. Ostatnio 2 km jechałam godzinę, więc nie mówię tutaj o dużych odległościach. Przez to nie da się tam żyć, a problem komunikacyjny i przeludnienie są największymi bolączkami tego miasta.

Indonezyjczycy to uroczy, życzliwi i uśmiechnięci ludzie, w 85% muzułmanie, ale tolerancyjni w stosunku do wyznawców innych religii, innych nacji i obcej kultury. W tym kraju nie odczuwa się nawet uciążliwości ramadanu, miesiąca postu, bowiem jeśli ktoś go nie przestrzega, bezkarnie może jeść czy pić nawet na ulicy, co w Arabii Saudyjskiej było nie do pomyślenia i groziło bardzo surowymi sankcjami.

Archipelag ponad 17 tys. wysp jest z jednej stony oszałamiająco piękny, a z drugiej potrafi być niebezpieczny i przerażający. Więcej informacji na temat Indonezji i jej mieszkańców można znaleźć w mojej azjatyckiej sadze: „Okruchy raju” oraz „Miłość na Bali”.

Na zakończenie chciałabym zapytać o dalsze plany – życiowe i wydawnicze. Dokąd dalej wyrusza Tanya Valko? Dokąd wyruszają jej bohaterki i czy „Arabska saga” będzie nadal trwać?

Moje plany są niezmienne – mieszkać tam, gdzie jestem szczęśliwa i nadal pisać. Bez pisania nie wyobrażam już sobie życia. Przez jakiś jeszcze czas będę przebywać w Indonezji, a dokąd stamtąd pojadę, to życie pokaże.

Marzy mi się powrót do krajów arabskich, ale jestem pragmatyczną osobą i czekam, aż sytuacja w arabskim świecie się ustabilizuje. Nikt nie chce mieszkać w miejscu ogarniętym wojną i z duszą na ramieniu. Moje bohaterki przeważnie są tam, gdzie ja w obecnej chwili lub tam, gdzie już byłam. Jako że tęsknię za arabskimi krajami, to przynajmniej na kartach moich książek chcę do nich powrócić. Tak więc akcja przyszłej powieści będzie toczyła się gdzieś w świecie, ale głównie w arabskich stronach.

Rozmawiał(a): Katarzyna Lipska