Koszyk 0
Opis:
„Sherlock” produkcji BBC to serial, który bije rekordy popularności na całym świecie, ma rzesze fanatycznych wręcz wielbicieli i uznany został za najlepszą adaptację przygód Sherlocka Holmesa, jaka do tej pory powstała. „Sherlock”, w postać którego wciela się Benedict Cumberbatch, korzysta ze smartphone’a, laptopa i Internetu. Jest zabójczo przystojny i elegancki, choć przy tym mocno ekscentryczny, ale też diabelsko inteligentny i równie cyniczny ... Jest człowiekiem na wskroś nowoczesnym - umie rozpoznać programistę po krawacie, a pilota samolotów po kciukach. Ma analityczny umysł, a zarabia rozwiązując zagadki kryminalne. Im dziwniejsze, tym lepiej. Watson natomiast twardo stąpa po ziemi. Razem tworzą duet, którego nic nie powstrzyma. Mistrzowski scenariusz i dialogi sprawiają, że film hipnotyzuje od pierwszych minut i pozostawia widza w napięciu do ostatniego ujęcia. W rolę słynnego detektywa wcielił się Benedict Cumberbatch („Pokuta”, „Szpieg”). Rola doktora Watsona przypadła Martinowi Freemanowi, znanemu z serialu „Biuro” lub filmu „Autostopem przez galaktykę”. Box zawiera odcinki pierwszej serii „Sherlocka“ : „Studium w różu“, „Niewidomy bankier“, „Wielka gra“. Czas trwania: 270 minut Dźwięk: Dolby Digital 2.0 Napisy: polskie Wersje językowe: angielski, lektor polski Format obrazu: 16:9. Czytaj dalej >> << Zwiń
Mniej Więcej
  • 193
  • 138
  • 5906619091840
  • ZBH4D

Recenzje czytelników

Recenzja czy westchnienia Fangirl?

Ocena:
Autor:
Data:
THE GAME IS ON

SHERLOCK – ODCINEK 1 - STUDIUM W RÓŻU

W życiu recenzenta przychodzi kiedyś taki moment, że trafia na coś, co bezgranicznie kocha i ubóstwia do tego stopnia, że zaczyna się to zmieniać w chorobę psychiczną. I za ruskie Chiny nie jest w stanie zrecenzować tego czegoś obiektywnie, albo chociaż porządnie i bez spoilerów. Ja tak właśnie mam z serialem Sherlock BBC. Dobra, więc tak *wdech, wydech*. Spróbujmy. Ale ostrzegam, będę spoilerować ... I przez zboczenie zawodowe będę trochę rozkminiać charakter i postępowanie bohaterów. Może ta notka (i kolejne z następnymi odcinkami) będzie nawet ciekawsza dla tych, którzy oglądali i wiedzą co i jak. Zobaczymy. Chyba. Nie wiem. Już mnie nosi.


Serial rozpoczynamy od traumatycznych przeżyć i wspomnień doktora Johna Watsona. Był na wojnie, jako lekarz-żołnierz, w Afganistanie. Został postrzelony i teraz jest zmuszony (się jeszcze okaże) chodzić o lasce. Widzimy, jak ciężko to przeżywa, jak męczą go koszmary i jak cierpi w samotności. Drogie panie, tak, wiem, wszystkie w tym momencie chcemy go pocieszyć. Spotyka się z terapeutką, która poleca mu pisać bloga. Ale to nie jest takie łatwe, psychika robi swoje, a samotne siedzenie w czterech ścianach wcale nie pomaga. Wyjście? Znaleźć sobie współlokatora. I tak trafiamy na Baker Street 221B i poznajemy Sherlocka Holmesa.


Sherlock to, jak sam siebie nazywa, detektyw-konsultant, czyli jego pracą (to może nieodpowiednie słowo, bo nie dostaje za to pieniędzy) jest pomoc policji w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych, gdyby ta z jakiegoś powodu sobie nie radziła (czyli ciągle). To człowiek wyjątkowo specyficzny. Ma typowy czarny humor i kompletnie nie rozumie ludzkich uczuć czy sentymentów. I nawet nie próbuje ich zrozumieć. Zdania jego współpracowników ewidentnie pokazują, że jest z niego kawał dupka. On sobie z tego nic nie robi. Ambicja, popisywanie się inteligencją i ciekawość czasem zwycięża z jego niemal idealnym rozumem. Bo serca chyba nie ma (chociaż?). Widzimy, jak bardzo bezczelny być potrafi i nie może nadziwić się, że ludzie nie myślą tak, jak on. Bo ile można im tłumaczyć tak oczywiste rzeczy? I nie, nie jest skromny. Ani trochę. Jednak Johnowi to wszystko nie przeszkadza. Jest zachwycony umysłem nowego znajomego a i Holmes zaczyna się przy nim powoli zmieniać…


Sprawa kryminalna (bo i taka musi być, jeśli wciąż myślimy o Doyl’u, chociaż nie ma co ukrywać, że w tym serialu fani skupią się raczej na osobowościach bohaterów, niż na pościgach) to trzy (a konkretnie cztery – ku uciesze Sherlocka) samobójstwa (a może i nie?). Ofiar teoretycznie nic nie łączy (przy czym „teoretycznie” nie zostało tu użyte przypadkowo). My skupimy się na ostatnim z nich, a konkretnie na eleganckiej pani odzianej w róż. Na miejsce przybywają Sherlock, który od razu zaczyna doszukiwać się błędów policji i Watson, który po przebadaniu zwłok stwierdza, że są martwe – i zaczyna się zabawa.


Sherlock wciąż nas zadziwia. Jak był w stanie dotrzeć do tych wszystkich dziennikarzy? Jak umie rozpoznać po stanie płaszcza skąd pochodziła ofiara (co w sumie wydaje się dość oczywiste, gdy już nam to wyjaśni)? Jak wiele może odczytać z obdrapanego telefonu? I jak udowodnić Johnowi, że jego problemy z nogą siedzą tylko w głowie? (Bo postrzelony był, ale wcale nie w nogę). I ogólnie rzecz ujmując, John przy Sherlock zapomina o swojej lasce (jakkolwiek głupio to brzmi). Chociaż trzeba przyznać, że oglądając odcinek po raz drugi, wszystko nabiera sensu, odkrywamy podwójne znaczenie każdego słowa, wszelkie zależności, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia i pukamy się w czoło, dlaczego nie wpadliśmy na to od razu. I ten jego dowcip. Humor, który czasem przeraża. Ale od początku wiemy, jaki to będzie bohater. Wystarczyła pierwsza scena, w której patrzymy na niego z perspektywy zwłok. Tak. Smacznego. Ogólnie rzecz biorąc to, co wyrabiają z nami Moffat i Gatiss (czyli panowie reżyserowie, panowie scenarzyści, panowie producenci i cała reszta, która wpakowała mnie w ten nałóg) jest nie do opisania. Ich pomysły nie mają granic, a wiem, że z odcinka na odcinek będzie tylko lepiej.


Bałam się, jak twórcom uda się przenieść XIX-wiecznego detektywa do czasów współczesnych i ukazać wszystko w formie serialu (nie wspominając, że każdy odcinek trwa 90 minut a dla mnie to i tak za krótko). Jednak pokochałam sposób, w jaki z tego wybrnęli. Połączenie kanonu Doyla z czasami dzisiejszymi, telefonami komórkowymi, laptopami i plastrami nikotynowymi wydawało mi się początkowo niemożliwe, a jednak doszczętnie mnie zachwyciło. To, co najbardziej mnie zaskoczyło, to oczywiście pojawiające się na ekranie teksty smsów czy dedukcje – myśli Sherlocka. Oszczędza nam to zbędnych i nudnych dialogów, a pozwala zanurzyć się w ten niesamowity umysł i spróbować myśleć tak, jak on.


Marzę o takiej umiejętności dedukcji (lub też abdukcji, bo podobno autor nieprawidłowo użył w kanonie słowa „dedukcja”, ale tak już zostało i teraz na portalach robi się gorąco od kłótni na ten temat). Serio. Zaczęłam się przyglądać koszykom w supermarketach i zastanawiać się, jak może wyglądać osoba, która do niego podejdzie. Wybieram dość długo herbatę i czekam, aż wróci właściciel by sprawdzić, czy miałam rację. Albo obserwuję ludzi w autobusach i stawiam hipotezy na temat ich zawodu, charakteru, rodziny i traumatycznych przeżyć z dzieciństwa. Aż mnie czasem kusi, żeby podejść i spytać, czy miałam rację…


Może to trochę sztuczne, ale od razu można zauważyć więź łączącą głównych bohaterów. Johna ewidentnie ciągnie do niebezpieczeństwa, najwidoczniej tęskni za wojną. Wystarczy wspomnieć o grożącym zagrożeniu, by już pojawił się u boku „świra”. Jeden jest gotów zabić dla drugiego. A drugi nawet nie będzie próbował go wydać. Sherlock wyczuwa, że wreszcie trafił na kogoś, komu skrzypce, godziny milczenia, czy wezwanie w środku nocy z drugiego końca miasta tylko po to, by podać mu karteczkę ze stołu nie przeszkadzają. Ta więź może jest za bardzo wyolbrzymiona jak na jeden dzień ich znajomości, ale co tam. Czuję w tym moc. A postacie drugoplanowe, takie jak Anderson (zaniżający IQ na całej ulicy), zakochana w Sherlocku Molly (od razu to widać, nie oszukujmy się), Lestrade („uzależniony” od naszego detektywa) czy Donovan (której stan kolan jest wyjątkowo podejrzany) dodają smaczku całej historii.


W serialu wiele jest aluzji. Chyba wiecie jakich. I serio, to był dopiero początek  Ciekawy sposób na przedstawienie Sherlocka w nieco innym świetle (wg. Doyla był on aseksualistą, tutaj podążyli za modą i trochę to odwrócili. Boże, oby w czwartym sezonie nie pojawił się gender). Ale na te aluzje można przymknąć oko. Jeśli się chce. A ja nie chciałam  Czy tylko ja zauważyłam, że podczas romantycznej sceny w restauracji, kiedy Sherlock powiedział, że nie ma dziewczyny, John miał normalną minę, ale zaczął się uśmiechać, gdy usłyszał, że ten nie ma chłopaka? Taaak, całkowicie shippuję Johnlocka. Wyłapię wszystko, nawet to, co nie było zamierzone  A tumbr aż się trzęsie – zwyczajna scena ubarwiona odpowiednim podpisem łamie serca.


Muzyka. Niby cały czas słyszymy ten sam motyw (również w kolejnych odcinkach), a jednak za każdym razem nieco ubarwiony, w zależności od tego, co dzieje się na ekranie. Ja osobiście pokochałam muzyczkę z czołówki (też byście pokochali, gdybyście oglądali wszystkie odcinki gwałcąc przycisk „replay”). I cóż. Ustawiłam go sobie jak dzwonek. Także tego….

Nie ma co ukrywać, że kiedy oglądałam pierwszy odcinek Sherlocka po raz pierwszy, nie mogłam skupić się na fabule. Gapiłam się tylko na dziwną twarz Benedicta Cumberbatcha, która przypominała mi ufoludka (chociaż teraz, gdy trochę pobuszowałam po internecie, ewidentnie dostrzegam w nim wydrę). No ale z sercem nie wygrałam i kilka odcinków później stałam się jego wielką fanką. Talent i humor (no, naoglądałam się wszelki wywiadów, o Krakowie nie wspominając…) zasłoniły mi brzydką oryginalną twarz. I te oczy. Czy widzieliście te oczy? W serialu tego nie widać. Boże, jakie on ma oczy. Heterochromia rulezzz!


Jak już przy aktorach jesteśmy, to może parę słów o ich grze. Jedno słowo. Niesamowita. Może to przez to, że Ben i Martin przyjaźnią się również w życiu prywatnym (o innych „rodzinnych” aktorach opowiem Wam przy kolejnych recenzjach. Możecie powiedzieć, że to obsadzanie znajomych, ale serio, dzięki temu serial jest jeszcze lepszy i taki prawdziwy). Przez to miałam wrażenie, że to oni rozmawiają, a nie Sherlock i Watson (chociaż w trzeciej serii widać to najbardziej). Mimo to miałam wrażenie, że żadna mina (niby kamienna twarz, a tak wiele można z niej wyczytać), żadne spojrzenie nie jest przypadkowe, że wszystko ma swój sens i w tym momencie wspominają coś, co razem przeżyli. Radzę również oglądać serial z napisami. Bo po pierwsze, niektóre tłumaczenia na polski nie mogą odwzorować tego, co naprawdę miało się na myśli. A po drugie – głosy. Tak świetnie odzwierciedlają emocje, a wraz z odpowiednią mimiką twarzy doprowadzały mnie do śmiechu lub łez. Swoją drogą, słyszeliście, że głos Cumberbatcha sprawia, że kobiety zachodzą w ciążę? Tak tylko mówię. 


Twórcy naprawdę się postarali. Kiedy serial był emitowany na bieżąco, rzeczywiście założyli strony, które prowadzili John i Sherlock. Głupia zabawa? Może. Ale i chwyt psychologiczny. Dla fanów to doskonały bodziec, że serial jest tak realistyczny, tak prawdziwy, że postacie naprawdę istnieją i żyją własnym życiem. Te role prawdopodobnie pozostaną z aktorami na zawsze, bo jednak całkowicie stali się częścią historii. Tak, I believe in Sherlock Holmes.


To, jak dla mnie, najlepsza ekranizacja Doylowskiego Holmesa. Z różnych powodów. Głównie tych, o których wspomniałam wyżej. Jak i to, że Watson nie stoi tu w cieniu detektywa, choć nadal jest tylko chłopcem na posyłki (co się jednak zmieni). Zagadki kryminalne nie grają tu głównej roli (przynajmniej dla mnie, ja kompletnie odpłynęłam w stronę życia bohaterów). To świetny serial dla fanów kanonu, a dzięki technologii i młodzież znajdzie tu coś dla siebie. Byłam tym odcinkiem zachwycona. Co prawda, po obejrzeniu go jeszcze kilka razy, a także po zapoznaniu się z kolejnymi stwierdzam, że panowie Moffat i Gatiss dopiero zaczęli się rozkręcać. A za chwilę wstąpi w nich demon.

Moja ocena:
5+/6

Najlepsze teksty:

S: Shut up everybody, shut up! Don't move, don't speak, don't breathe! I'm trying to think! Anderson, face the other way, you're putting me off!
A: What? My face is?!
L: Everybody quiet and still, Anderson, turn your back!
*
S: Anderson don't talk out loud, you lower the IQ of the whole street!
*
Look at you lot. You're all so vacant. Is it nice not being me? It must be so relaxing.
*
Oh, what, now? I'm in shock! Look, I've got a blanket.
*
S: Did he offer you money to spy on me...?
J: Yes.
S: Did you take it?
J: ...No?
S: Pity, we could've split the fee. Think it through next time.



Za Sherlock. Sezon I serdecznie, z całego serca dziękuję księgarni Matras. Nie będę się w stanie za to odwdzięczyć. Zapraszam wszystkich do zakupu po promocyjnych cenach (klik w logo poniżej).
Czytaj dalej >> << Zwiń
Czy ta recenzja była przydatna?

Poszukiwania Chińskiego Spidermana

Ocena:
Autor:
Data:
Pierwszy odcinek mnie zachwycił. Drugi już trochę mniej. Chociaż nie. Inaczej. Jak oglądałam pierwszy raz, każdy odcinek mnie zachwycał. A właśnie przy ponownym obejrzeniu ten drugi odcinek wydał mi się taki średni, nijaki. Ale i tak się chichrałam, shippowałam i odkrywałam podwójne znaczenia każdego słowa. Bo jedno drugiego nie wyklucza. A ja coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że im częściej oglądam jeden i ten sam odcinek, tym więcej szczegółów, ciekawostek ... czy niechcący wprowadzonych przez scenarzystów aluzji wyłapuję. Fandom zmienia ludzi.

A, tak, zapomniałabym. Mówię o serialu Sherlock BBC. Odcinek 2. Blind Banker. Zapomniałam o tym wspomnieć. To było dla mnie takie oczywiste. J I spoilery. Będą. Bez nich się nie da. I będzie chaotycznie. Bo bez tego też się nie da. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak wygląda moja kartka z notatkami po oglądaniu każdego odcinka. Nic się kupy nie trzyma, a przecież wiadomo, że kupa to rzecz dobra, bo przecież miliony much ją kochają. Więc dla kogoś, kto nie wie, kim Sherlock jest, może to wszystko wydawać się bez ładu i składu.

Początek odcinka pokazuje nam chińskie, porcelanowe czajniczki stojące w muzeum. Widzimy młodą kobietę dbającą o nie jak o własne dzieci. Żeby materiał się nie zniszczył, trzeba często parzyć w nich herbatę, bo inaczej, gdy wyschnął, rozsypią się w drobny mak. (Ostatnio zauważyłam, że herbata gra w Sherlocku bardzo ważną rolę, tak samo jak taksówki, o których wspomnę później). W każdym razie opiekunka owych czajniczków coś ukrywa, ale my nie zdajemy sobie jeszcze sprawy, co to takiego (chyba, że ogląda się to któryś z rzędu raz). W tym samym czasie ktoś napadł na bank, jak się okazuje, nic jednak nie ukradł, a zostawił grafitową wiadomość (żółtą kreskę) na jednym z obrazów. Tych znaków zaczyna pojawiać się coraz więcej, jednak nikt nie wie, co oznaczają. Jak Sherlock to rozpracuje? Czy odnajdzie człowieka-Spidermana? Czy popisze się swoją inteligencją i spostrzegawczością, a także czarnym humorem? Czy będzie podskakiwał w banku?

Zacznijmy od tytułu odcinka, który został, wg. mnie, źle przetłumaczony. Blind Bankier przetłumaczono jako Niewidomy Bankier. Niby poprawnie, ale lepiej pasowałby chyba Ślepy Bankier. Różnica niewielka, a jednak. Dlaczego? Po pierwsze żółta kreska na oczach faceta z obrazu. Ale to pół biedy. Ślepy nie w znaczeniu, że ma problemy ze wzrokiem, bo wtedy, rzeczywiście, takie wyrażenie można by uznać za obraźliwe. Ślepy w sensie, że nie widzi tego, co widzieć powinien. Że gdy zobaczy, to zrozumie, ale nikt tego nie widzi. Ale to taki drobny szczegół.

Co jeszcze ważnego się dzieje, pomijając sprawę kryminalną? John Watson znajduje pracę. W przychodni. Bo pracować musi, przecież dla Sherlocka rozpracowywanie morderców jest zabawą i nie bierze za to wynagrodzenia, a ktoś rachunki za prąd płacić musi, inaczej części ciała leżące w lodówce się popsują. Okazuje się, że wyjątkowo ciężko jest mu pogodzić obowiązki lekarza w przychodni i asystenta detektywa-konsultanta. Zaznaczmy, że jedynego na świecie detektywa-konsultanta, bo Sherlock chciałby, aby to uwypuklić. Swoją drogą John zaczyna się uczyć od Holmesa. Zaczyna już dostrzegać pewne ślady, zależności i wie, co warto jest sfotografować. I to właśnie on w tym związku jest od pocieszania i wyrażania współczucia, bo Sherlockowi to nie za bardzo wychodzi. Ale, ale. John znajduje coś jeszcze. I nie jest to jednocentówka, nie. John znajduję… Dziewczynę. Taką rodzaju żeńskiego. A ta, jak można się domyślić, naszego Holmesa niezwykle irytuje. Nie wiadomo, czy tylko dlatego, że jest, kręci się i w kółko gada, czy dlatego, że może mu odebrać… Przyjaciela.

Co do Sherlocka to wciąż jest oziębły i poważny, nawet nieco przerażający z tymi swoimi kośćmi policzkowymi. Wciąż trzyma się na dystans, a jednak zauważyłam, że zaczyna dbać o Johna. Nie chce, aby się martwił, więc chowa noże, którymi walczył z wrogami podczas gdy Watson urządzał sobie pogawędkę z maszyną w supermarkecie (toż to takie inteligentne stworzenie). Wciąż, przynajmniej dla mnie, rzucają sobie dziwne i czasem sprzeczne spojrzenia odnośnie ich partnerstwa. I, no wiem, Sherlock gejem nie jest. Jest aseksualistą i poślubił własną pracę. Ale, cholera jasna, skojarzenia same się pojawiają i nic na to nie poradzę.

Sherlock taki już jest. Potrzebuje obecności Johna i jednocześnie, kiedy namiętnie o czymś myśli, nawet nie zauważa, że nie ma go od kilku godzin w domu. John (a może powinnam powiedzieć Jawn), po prostu musi siedzieć na fotelu obok, nawet jeżeli miałoby to być spędzanie czasu w całkowitej ciszy. Zresztą coraz częściej można zauważyć, że bez jakiejś drobnej pomocy Watsona, naszemu detektywowi nie udałoby się rozwiązać zagadki tak szybko, łatwo i przyjemnie(bo to oczywiste, że kolejne morderstwa są przyjemne). John przez Sherlocka wpada w coraz to nowe tarapaty, a mimo to wciąż dla niego ryzykuje. Sherlock natomiast przedstawia Watsona jako swojego „przyjaciela” (ku zdziwieniu wszystkich innych) i ratuje go (czytaj: damę) z opresji. Mają, w porównaniu z pierwszym odcinkiem, o wiele więcej scen razem, jednak wciąż w dwóch krańcach ekranu. Co się zmieni w późniejszych odcinkach (ale spoiler).

Co można zauważyć w tej kolejnej sprawie rozwiązywanej przez naszego (nie)kochanego detektywa? Po pierwsze to, że nie chce się przyznać do swoich błędów i porażek. Prawie by zginął, ale co tam, po co o tym wspominać, popsuje mu to wszak reputacje, czy co to tam ma. No i to, jak potrafi być wredny, że zawsze chce postawić na swoim, wyjść na lepsze i broń Boże nie pokazać nikomu, że ktokolwiek jest w stanie go rozgryźć. Facet z banku wie, że jestem w stanie odkryć jego zainteresowania i przeszłość przez wyłapanie szczegółów ubioru? Dobra, powiemy mu, że wiem to od sekretarki. Pal licho, że sekretarki na oczy nie widziałem.

Ale Sherlock to Sherlock. Ta jego niezastąpiona mimika twarzy (nie oszukujmy się, Cumberbatch to Sherlock od pierwszych minut i choć na początku zastanawiałam się, dlaczego wybrali kogoś takiego, teraz już wiem, jak bardzo jest unikatowy). Tylko od potrafi zrobić takie miny. (Żeby nie było pokrzywdzonych, Martin Freeman też jest niczego sobie. Świetnie gra – szczególnie w późniejszych odcinkach – i dokładnie pokazuje nam emocje. I BAFTA, więc tego, nie ma co mówić).

Ale Holmes. Mimika i humor i moja ukochana scena pod domofonem albo wyginanie się reprezentujące strzał w głowę. Nie ukrywa, jak bardzo irytują go nieinteligentni ludzie (też tak mam). Uwielbiam jego słowotok, kiedy wyjaśnia ułomnym typkom ich błędy i oczywiste wytłumaczenie powodów masła znajdującego się po prawej stronie noża. Bo to takie banalne. Nawet w chwilach zagrożenia jest w stanie palnąć coś głupiego, a już na pewno niestosownego. Żeby uzyskać to, co chce, potrafi nawet powiedzieć komplement (i tu znowu jedna z moich ulubionych scen z Molly na temat fryzury tylko po to, by dostać truposza).

Podsumowując, ten odcinek miał może trochę mniej humoru, ale za to więcej akcji, poświęceń i pechowych randek (i tu pada Sherlockowe „whaaaaat? Właśnie zaprosiłem cię na randkę”), pokazania Johna jako Womenizera i sprytnego Holmesa oraz tajemniczego pana M który na chwilę się pojawił i zniknął po to, by wrócić do nas w kolejnym odcinku. I jeszcze taka ciekawostka. Babeczka, która grała sekretarkę i kochankę bankiera. Tak, taka blondynka od chińskiej spinki. To Olivia. Ówczesna dziewczyna Benedicta, z którą był przez 12 lat. Sherlock to, z odcinka na odcinek, coraz bardziej rodzinny serial.
Czytaj dalej >> << Zwiń
Czy ta recenzja była przydatna?

Dodaj recenzję

Dołącz do grona naszych recenzentów. Dziel się z innymi miłośnikami książek wrażeniami z lektury. Cenimy wszystkie opinie naszych czytelników, stąd też w podziękowaniu za każdą opublikowaną recenzję proponujemy rabat - 5% na kolejne zakupy ...

Jak to działa?

Wyszukujesz książkę, którą chcesz się podzielić z innymi czytelnikami.
Piszesz recenzję. Logujesz się.
Możesz napisać kilka słów o sobie i wgrać swoje zdjęcie albo wybrać ilustrację z bazy awatarów.
Twoja recenzja czeka na akceptacje i publikację.
Po jej zatwierdzeniu:
a) otrzymasz w ciągu 24 godzin 5% kod rabatowy na kolejne zakupy.
- Rabat nie obejmuje podręczników.
- Kod rabatowy jest ważny miesiąc. Należy użyć go w czasie składania zamówienia.
b) dołączasz do grona recenzentów.

Więcej Zwiń

Twoja ocena

Zostaną nagrodzone najciekawsze wypowiedzi świąteczne w formie polecenia książki na prezent połączonego ze wspomnieniem świąt dzieciństwa, refleksją, dedykacją.