Koszyk 0

Rynek książki oczami debiutanta - rozmowa z Marcinem Jamiołkowskim

Pisarz współczesny – artysta czy przedsiębiorca, celebryta czy samotny rzemieślnik. O realiach tworzenia w dobie dzisiejszych przemian w literaturze i wyzwaniach polskiego rynku książki z perspektywy twórcy, rozmawiamy z Marcinem Jamiołkowskim - pisarzem z krótkim stażem, posiadającym jednak pewien dorobek literacki.

T.O. No właśnie, Marcinie, może na początek powiedzmy kilka słów o tobie, gdyż pomimo kilku wydanych książek, sam zaliczasz siebie do grona debiutantów.

M.J. Pisaniem na poważnie zająłem się dopiero pięć lat temu, a pierwsza z moich książek została wydana w 2014 roku. Do tej pory ukazały się trzy powieści, a czwarta pojawi się na rynku niebawem. Nadal jednak czuję się jakbym dopiero stawiał pierwsze kroki w świecie literatury. Może to przez fakt, że wciąż uczę się czegoś nowego, poznaję nowych ludzi, nieustannie coś mnie zaskakuje. Cały czas pracuję także nad swoim warsztatem.

T.O. Twoja debiutancka książka - „Okup krwi” – rozpoczęła cykl książek z gatunku urban fantasy o magu Herbercie Kruku. Dlaczego wybrałeś ten gatunek literacki?

M.J. Czytam od najmłodszych lat. Powieści Szklarskiego, Niziurskiego, Nienackiego czy też Karola Maya przestały w końcu wystarczać. Gdzieś miedzy nimi, oczywiście, trafiały się książki Jerzego Broszkiewicza jak choćby „Wielka, większa i największa” czy cykl „Przygód Alicji” autorstwa Kira Bułyczowa, ale prawdziwe zainteresowanie przyszło dopiero wraz z twórczością Bohdana Peteckiego. I nagle okazało się, że wystarczy trochę bardziej niż zwykle przymknąć oczy, by otworzył się wspaniały i bogaty świat fantastyki. Później odkryłem Lema, Zajdla, Tolkiena i Sapkowskiego. Przesiąkłem fantastyką i pewnie dlatego w „Okupie krwi” Herbert Kruk jest magiem, choć dość nietypowym, a sama Warszawa jest miastem magicznym.

T.O. Pozwól, że do twojej twórczości jeszcze wrócimy, ale najpierw chciałbym cię zapytać: Jak ci się debiutowało (śmiech)? Czy był to moment upragniony i wyczekiwany czy raczej pełen strachu i obaw?

M.J. Pamiętam to ogromne podekscytowanie, kiedy pierwszy raz skontaktował się ze mną Marcin Dobkowski – szef Wydawnictwa Genius Creations – i powiedział: „Bierzemy to!”. Nigdy nie zapomnę tej mieszanki uczuć, kiedy odbierałem telefon. Miałem mętlik w głowie i supeł w brzuchu. A kiedy powiedziałem, że oprócz „Okupu krwi” mam gotowe kolejne części o Kruku, usłyszałem, że wezmą wszystkie. W moim życiu zaczynał się nowy etap!

Podobną euforię czułem rok temu, kiedy wydawnictwo Czwarta strona przyjęło do publikacji moją powieść science fiction o kapitanie-awanturniku zatytułowaną „Keller”. To chyba nigdy się nie zmieni i nie znudzi (śmiech).

Chociaż muszę przyznać, że największe wrażenie zrobił na mnie widok mojej książki na półce i to nie w księgarni, ale w bibliotece.

T.O. W środowisku branżowym jest taki dość ponury żart: W Polsce jest więcej autorów niż czytelników. Czy rzeczywiście jest nadpodaż autorów, których nie ma kto czytać?

M.J. To chyba jest prawda. Miałem przyjemność być jurorem w dwóch konkursach literackich. Pierwszy to zorganizowany przez Genius Creations konkurs na opowiadanie fantastyczne „Dobro złem czyń”. Drugim był konkurs na drabble zorganizowany przez portal Literka.info oraz magazyn Smokopolitan. W obu przypadkach zgłoszeń było ponad dwa razy więcej niż się spodziewaliśmy.

A z tego, co wiem, inne konkursy, które odbywają się w świecie okołofantastyczym, również przyciągają wielu chętnych i jurorzy muszę się uwijać, aby rzetelnie ocenić prace i wyrobić się w regulaminowym czasie.

To wydaje się potwierdzać tezę, że piszących przybywa. Czy jest ich więcej niż czytelników? Nie sądzę. Ale na pewno rośnie liczba osób zainteresowanych tworzeniem literatury, a Internet daje aspirującym pisarzom wiele możliwości zaistnienia.

T.O. W jaki sposób znalazłeś wydawcę? Czy może wręcz przeciwnie – to wydawca znalazł ciebie?

M.J. Ponieważ miałem mgliste pojęcie o wydawnictwach fantastycznych na rynku, skupiłem się na poszukiwaniach w Internecie. Zebrałem niezbędne informacje i wysłałem serię e-maili do wybranych wydawnictw. W ciągu pół roku otrzymałem kilka odpowiedzi odmownych, podziękowanie z autorespondera (śmiech) oraz – w końcu – upragnione potwierdzenie. Takie wyczekiwanie na odpowiedź to dla autora chyba największa tortura.

T.O. A propos wydawcy – ostatnio coraz większą popularnością cieszy się wydawanie na życzenie, czyli tzw. vanity press. Autor płaci wydawnictwu za publikację jego książki i to on decyduje jak będzie ona wyglądać, jaki będzie nakład etc. - oczywiście wszystko za odpowiednią cenę. Odwieczny porządek, kiedy to wydawca decydował o tym, co wydaje, czy dany tekst ma wartość literacką, zostaje zachwiany. Teraz wydawnictwa stają się firmą świadczącą usługi. Co o tym sądzisz? Czy sam zastanawiałeś się nad takim sposobem publikacji?

M.J. Zaczynając przygodę z pisaniem, a właściwie z próbami znalezienia wydawcy, otarłem się o wydawnictwo typu vanity. Do jednego z nich wysłałem powieść i dość szybko otrzymałem szablonową odpowiedź. Wynikało z niej, że moja książka jest ciekawa i warto ją wydać. Niestety, ponieważ byłem debiutantem, a wydawca ponosi związane z tym ryzyko, byłoby dobrze, gdybym partycypował w kosztach. To mnie zmroziło. Jak to? – pomyślałem – przecież to zwykle wydawca płaci autorowi, a nie odwrotnie! W tym przypadku miałbym wyłożyć pieniądze i to niemałe. Co dostałbym w zamian? Teoretycznie redakcję, korektę, promocję i dystrybucję. Niestety im więcej dowiadywałem się o tym wydawcy, tym mniej mi się to podobało. Każdy pisarz robi błędy – tego byłem świadomy. Okazało się jednak, że redakcja byłaby minimalna, korekta znikoma a promocja słaba. Dystrybucja? Nie byłoby czego dystrybuować, bo nakład był śmiesznie mały. Zacząłem liczyć i okazało się, że gdybym wydał tę powieść sam, wydrukował kilkaset sztuk „z dostawą do domu”, to wyszedłbym na tym o wiele lepiej. I dopiero wtedy zrozumiałem, że wydawnictwo vanity nie zarabia na sprzedaży książek. Pieniądze, które wpłaca autor, myśląc, że to dzielenie się kosztami pół na pół, w rzeczywistości pokrywają znikome prace nad książką a reszta trafia do kieszeni wydawnictwa jako zysk. W tym wydawnictwie nikt tak naprawdę nie wierzył, że moja powieść była dobra. Chcieli jedynie żebym zapłacił.

T.O. Jest jeszcze self-publishing, który polega na wykorzystaniu narzędzi internetowych do publikacji własnej książki, udostępnianych przez wydawców i dystrybutorów. Są to najczęściej płatne edytory tekstu pozwalające stworzyć e-książkę, której dystrybucja odbywa się na platformach internetowych sprzedających e-booki. W Polsce nie jest to jeszcze forma popularna, jednakże w Stanach Zjednoczonych i owszem – niewiele osób wie, że najpierw, na zasadach self-publishingu, została wydana doskonale wszystkim znana książka E.L James – „Pięćdziesiąt twarzy Gray’a” czy „Marsjanin” Andy Weira.

M.J. Wydaje mi się, że największym problemem self-publishingu jest brak profesjonalnej redakcji i korekty. Są to dwie rzeczy, które często dyskwalifikują utwór i mogą zabić nawet najciekawszą opowieść. Ciągłe potknięcia i błędy językowe sprawiają, że czytelnik szybko się zniechęca. Jednak muszę przyznać, że niektóre pozycje wydawane własnym sumptem czyta się zaskakująco dobrze.

To był mój plan „B”, gdyby „Okup krwi” nie został przyjęty do publikacji w żadnym wydawnictwie.

T.O. Czy według ciebie ostatni rozwój nowych sposobów publikowania książek - zakładających dużo mniejszy udział wydawcy, niż to było dotychczas - to sposób na odnalezienie wielu talentów oraz skrócenie ich drogi do zaistnienia na literackiej scenie, czy raczej jest to prosta droga do zalewu czytelników dużą ilością różnych tekstów, o miernej wartości literackiej?

M.J. Obawiam się, że niestety to drugie. Mniejszy udział wydawcy lub jego brak oznacza słabszą jakość tekstów. Większa dostępność platform publikacji cyfrowych oznaczać będzie publikacje niedopracowane. Czy będzie to zalew? Niekoniecznie, ale na pewno liczba takich pozycji będzie bardzo duża. Stracą czytelnicy, którzy kupując takiego e-booka, otrzymają produkt z błędami. Stracą na pewno też ci self-publisherzy, którzy zadbali o językowy poziom tekstów – będzie po prostu trudniej ich odszukać pośród gorszych pozycji. Nie wiem, czy wydawcy szukają talentów wśród tego typu publikacji. Każde wydawnictwo chciałoby wypuścić bestseller na miarę „Grey’a”, ale wydaje mi się, że nikt nie ma czasu na takie poszukiwania. Wydawcy mają wystarczająco dużo zgłoszeń tradycyjną drogą.

T.O. Wróćmy jeszcze do twoich książek. Wiemy już, czemu urban fantasy. Ale czemu Herbert Kruk to mag-krawiec? To dość egzotyczne połączenie.

M.J. Potrzebowałem jakiegoś zawodu, który Herbert mógł wykonywać i ten pasował mi doskonale. Krawiec zszywa kawałki materiału, Herbert „zszywa” niejako otaczającą go rzeczywistość. Choć chyba słowo „łata” byłoby lepsze (śmiech).

T.O. Wielką zaletą głównego bohatera jest jego zdolność magiczna, która polega na wykorzystywaniu najprostszych przedmiotów w sposób niezwykle sprytny i nietuzinkowy. Coś, co można uznać za rzecz kompletnie nieprzydatną, Herbert Kruk potrafi zamienić w swoją najsilniejszą broń. Przyznam, że to bardzo ciekawy i oryginalny chwyt. Czemu zrezygnowałeś z tradycyjnej koncepcji magii, znanej z innych książek gatunku, na rzecz właśnie takich „zdolności” głównego bohatera?

M.J. Magia sama w sobie jest skrótem, rozwiązaniem typu „deus ex machina”. Nie do końca byłem przekonany do tego, by bohater rozprawiał się ze wszystkimi przeciwnościami tylko za pomocą różdżki, albo szepcząc wyuczone zaklęcia, czy machając rękami. Herbert nagina rzeczywistość, ale korzystając z tego, co go otacza. Czasem zdarza mu się zrobić coś, do czego sam nie jest przekonany, jakby wyczuwając „kierunek”, w którym zmierza jego zaklęcie. Uważam, że nadało to Herbertowi trochę świeżości i oryginalności na tle bohaterów innych powieści.

T.O. W pierwszej części sagi Kruk przebywa drogę z podwarszawskiej Podkowy Leśnej do samej stolicy. Potem akcja dzieje się już w Warszawie – w książce wymienione są nawet nazwy ulic. Czy przebyłeś drogę swojego bohatera, by lepiej oddać jego wędrówkę?

M.J. Wreszcie pytanie, na które mogę odpowiedzieć krótko (śmiech). Tak. Część drogi przeszedłem, część była mi znana i korzystałem także ze znajomych mi miejsc.

T.O. Na twoim blogu pojawiła się informacja o bliskiej premierze trzeciej części sagi o Herbercie Kruku, na co twoi czytelnicy już pewnie zacierają już ręce. Jej treść niech jeszcze pozostanie tajemnicą. A gdybyś miał napisać książkę i nie mogłoby to być nic z fantastyki – co by to było?

M.J. Zgadza się, na koniec maja zaplanowana jest premiera kolejnej części przygód Herberta Kruka. Po „Okupie krwi” i „Orderze” nadchodzi czas na „Bezsennych”. Ale faktycznie nie ma co psuć przyjemności czytania i nie będę zdradzał szczegółów.

Kilka lat temu zacząłem pisać powieść obyczajową zatytułowaną „Suka”, która obecnie leży w szufladzie i czeka na dokończenie. Myślę jednak, że niezwykle trudno byłoby mi utrzymać się z daleka od fantastyki. Jestem pewien, że ściągnęłoby mnie odrobinę w stronę realizmu magicznego. Ale zachęcam do przejrzenia moich „Migawek”. To zbiór drabbli i krótkich opowiadań, które są do pobrania za darmo w Internecie. Tam na pewno znajdzie się coś spoza fantastyki.

T.O. Dziękuję ci za tę rozmowę i życzę kolejnych sukcesów na scenie literackiej i nie tylko.

M.J. Dziękuję bardzo.

Rozmawiał(a): Tomasz Osiński