Zapraszamy do zapoznania się z naszym lipcowym Informatorem Sieci Księgarskiej Matras. Pobierz… czytaj dalej »
Data: 8 lutego 2010 | Komentarze |
W chwili, gdy postanowiliśmy zatelefonować do Wojciecha Kassa zima za oknami była śnieżna i mroźna. Może właśnie dlatego przypomnieliśmy sobie o Panu Wojtku. Tutaj trzeba dodać niewtajemniczonym, że Wojciech Kass mieszka w leśniczówce, ale nie w byle jakiej leśniczówce, tylko w leśniczówce Pranie! Ten eseista, poeta wraz z żoną Jagienką opiekuje się Muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Mieszka tam też dwójka ich dzieci. Kiedy więc zatelefonowaliśmy okazało się, że Wojciech Kass odśnieża i jest to najważniejsze teraz zajęcie. Przesłał nam jednak dwa teksty, za które dziękujemy. W następnym numerze zamieścimy „Świat pełen zielonych gęsi”. Jak się Państwo domyślają będzie to tekst o najmniejszym teatrzyku świata…
Czegoś więcej
O Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim z poetką Julią Hartwig rozmawia Wojciech Kass.
Czy mogłaby Pani odtworzyć pierwsze spotkanie z Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim?
Poznałam Konstantego i Natalię w 1946 roku w Łodzi. Spotkanie to było trochę przypadkowe, bo zostałam zaproszona na herbatę do rysownika i karykaturzysty Jerzego Zaruby. Poeta z żoną też tam przyszli. Z gospodarzem przyjaźnili się od kilku lat. Byli sąsiadami przed wojną, w Aninie koło Warszawy, coś wspólnie pisali dla jakiejś gazetki.
Pamiętam ten wieczór jako bardzo miły, przy kominku. Zostałam oczarowana wdziękiem i dowcipem Konstantego, urodą Natalii i ich ogromną życzliwością dla mnie. Gałczyński trochę znał moje wiersze, które już wtedy drukowałam, lecz wciąż przecież miałam status początkującej poetki; on poświęcał zresztą sporo uwagi ludziom, którzy piszą, często był dla nich aż zanadto wyrozumiały. Wielokrotnie cytował zdanie Louisa Aragona: „Trzeba umieć witać najmłodszych”. Gałczyńskiego „odkrycia” nie zawsze były szczęśliwe. Zanadto ponosiła go dobra wola i wyobraźnia. Był bardzo miły i ciepły dla ludzi, żywo interesował się ich sprawami i problemami.
Podczas pogawędki u Zaruby z ciekawością przyglądałam się Natalii i Konstantemu, więcej słuchając niż mówiąc. Wciąż korciło mnie, aby zapytać go, czy pamięta mój list, który jako uczennica wysłałam do niego jeszcze przed wojną z Lublina. Odpowiedź poety, ku mej rozpaczy, zaczynały słowa „Drogi Panie”. Przypomniałam mu o tym dopiero po latach, ale szybko przeszedł do innych tematów, jakby zakłopotany swoim ówczesnym roztargnieniem.
W tym czasie odbył się również w Łodzi jego wieczór autorski. Zgromadził tłumy wielbicieli, ale mało kto przyszedł z redakcji „Kuźnicy”, która nadawała już ton życiu literackiemu w kraju. Związali się z nią pisarze, którzy krytycznie osądzali twórczość Gałczyńskiego. Również z tych tłumów z widowni, z pierwszych rzędów, padały bolesne dla poety epitety: cygański, błazeński, niepoważny, małomieszczański.
Po tym spotkaniu u Zaruby, przy świetnej – jak zawsze u niego – herbacie, nie widziałam Gałczyńskich blisko cztery lata, które jako stypendystka spędziłam we Francji. Po powrocie do kraju w 1950 roku nawiązała się między naszą trójką zażyłość, oparta na wielu kredytach przyjaźni, przyznawanych mi licznie przez Natalię i Konstantego, zarówno w dobrej, jak i złej doli. Gałczyńscy szukali ze mną kontaktu. Widocznie to pierwsze spotkanie w Łodzi utkwiło im w pamięci. Niepostrzeżenie dla mnie, kurtuazyjna, łódzka znajomość, zaczęła przeradzać się w przyjaźń.
W ich domu przy Alei Róż w Warszawie byłam częstym gościem. Wszyscy, którzy ich odwiedzali, podlegali temu samemu rytuałowi. Wielu ludzi opisuje te wieczory. Najpierw była to skromna, ale starannie przygotowana kolacja. Zazwyczaj wędlina, sery lub czasami wspaniała szynka z dzika, którą poeta przywoził do Warszawy z Prania od leśniczego Stanisława Popowskiego. Do kolacji podawano marynaty, a do herbaty konfitury lub – jeśli kto woli – varienie. Język rosyjski bowiem często pobrzmiewał w tym domu. Echa jego dobiegały z korytarza lub z kuchni, jeśli znalazła się tam Natalia i jej matka, pani Awałow. Cytaty z ulubionego poety Natalii, Błoka, nierzadko pojawiały się w trakcie rozmów.
Gałczyńskiemu zawsze dopisywał apetyt i znał się na jedzeniu. Opowiadano mi w Oborach, kiedy wprowadziłam się tam na kilka miesięcy przed otrzymaniem mieszkania, że już o siódmej rano Gałczyński, podczas gdy inni goście wstawali około południa, zjawiał się w szarej jeszcze od nocnego mroku jadalni. Nastawiał najpierw na cały regulator radio i człapiąc po pokoju oraz zaglądając we wszystkie drzwi, zwłaszcza kuchenne, gdzie dopiero rozpalano ogień pod blachą, przygotowywał się do porannej porcji wierszowania.
Podczas spotkań w mieszkaniu przy Alei Róż Gałczyński był zawsze niefrasobliwie przyodziany, w jakiś domowy strój, w wygodny sweter i spodnie pozbawione kantów i – co mnie zawsze zdumiewało – przyjmował gości w kapciach. Kontrastowało to z wyglądem Natalii, jej dbałością o lśniące jak lustra podłogi i półki z książkami, jej bizantyjskim zamiłowaniem do połysków, złota, czerwieni. Po kolacji poeta zaczynał nastawiać swoje ulubione płyty.
Jakiej muzyki słuchaliście?
Poza, do znudzenie wymienianymi, Koncertami brandenburskimi i Chopinem (dwoma mazurkami w wykonaniu Witolda Małcużyńskiego) często słuchaliśmy I Koncertu skrzypcowego Prokofiewa w wykonaniu Ojstracha, Szostakowicza muzyki do Hamleta, jednego z koncertów Mozarta granego przez Rubinsteina, Mozarta divertimenta. Z Francji przywiozłam trochę płyt, więc przy różnych okazjach eksploatowaliśmy Mszę Machauta, Couperina Indes galantes, Lecons de Tenebres, Joannę d’Arc na stosie Honeggera i oczywiście IX Symfonię Beethovena, zwłaszcza Finał. I rzecz jasna, ulubioną przez Gałczyńskiego Fugę g-moll Bacha i każdy inny utwór tego kompozytora, który udało się pożyczyć lub nabyć. Jedna z tych płyt wróciła do mnie w takim stanie, że ktoś powiedział, iż Konstanty używał prawdopodobnie przy odtwarzaniu monety zamiast igły. A on po prostu wygrał ją do końca. Spis ten jest niekompletny.
Ciekawostką było należące do poety nagranie recytacji studentów w Londynie: monologu Hamleta, Sonetu XVIII Szekspira, Ody do Wiatru Zachodniego Shelleya. Gałczyński recytował razem z głosami na płycie. Dobrze znał angielski, po francusku nienagannie potrafił powtórzyć jakiś fragment, cytat, tytuł. Często wtrącał angielskie idiomy, sformułowania. Pamiętam, że podczas jakiejś przemowy w języku Szekspira powiedział o Dzierżyńskim: „He was a little leftist” („Był trochę lewicujący”). Ten inteligentny dowcip wykraczał poza ramę tamtego czasu. Teatrzyk „Zielona Gęś” była niejako naturalną emanacją jego osobowości i surrealistycznego dowcipu. Miał dar do języków i świetny słuch. Był bardzo muzykalny, choć sam nie grał na żadnym z instrumentów. Nie tylko słuchał muzyki, ale stojąc na środku pokoju, podśpiewywał i dyrygował niewidzialną orkiestrą.
Podczas tych kolacji czytał swoje utwory?
Czytał. I to jak! Lubił to, nie trzeba było go do tego zachęcać. Obok Broniewskiego należał do poetów najlepiej recytujących swoje wiersze. Po nich także Miłosz. Gałczyński czytał bardzo teatralnie, przyjmował postawę, unosił rękę i wszyscy w pokoju cichli. Poza tym miał ujmujący głos – niski, piękny. Podczas jednego z jego pobytów w Oborach byłam świadkiem nieustających improwizacji, poetyckiego żartu, wygłaszanego w różnych językach. Słuch i zdolność naśladownictwa językowego były w nim wprost niewiarygodne.
Czy Natalia uczestniczyła w tych spotkaniach, czy przyglądała im się trochę z boku?
Uczestniczyła intymnie, delikatnie. Nie wtrącała się w to, co mówił Konstanty, nie miała żadnej takiej potrzeby, by poprawiać poetę lub wchodzić mu w słowo. Miała rolę bardzo sympatyczną – osoby, która potrafi zachęcić go do czegoś, np. mówiła: przeczytaj jeszcze ten wiersz. On jakby na to czekał. Wiadomo jak mocne i trwałe uczucie ich łączyło, jak byli sobie bliscy Ale bywało, że Konstanty pozwalał sobie żartować z Natalii. Tłumaczyła trochę z prozy rosyjskiej i poeta potrafił powiedzieć: „Ach, ta nasza Orzeszkowa”. Na szczęście nie brała tego poważnie. Z jego strony to były przekomarzania. Takie miał usposobienie. Nie było w tym nic z przygany ani złośliwości. Natomiast pamiętam, że bardzo trudne były ich kontakty z córką Kirą.
Marian Brandys w swoim Dzienniku z 1976 roku przytacza niepochlebne opinie Gałczyńskiego o córce, gdy miała czternaście lat.
Kira pojawiała się na wspólnych spotkaniach rzadko, zbyt zajęta chodzeniem na łyżwy, lekcjami i koleżeńskimi spotkaniami. Wtedy kładło się to na karb przejściowego wieku. Później straciłam ją trochę z oczu. Politycznie znalazła się po drugiej stronie, było to przedmiotem wielu komentarzy.
Natomiast Konstantego i Natalię widzę w mojej pamięci zawsze razem, jakby się nie rozstawali. Powracają do mnie takie obrazy: zimą koło pomnika Mickiewicza Konstanty idzie z Natalią okrytą szarym, aksamitnym kapturem, z „Kobietą w szarym kapturze”; jesienią na Mokotowskiej z Natalią trzymającą w obu rękach żółte nagietki.
Rozstawali się tylko wtedy, kiedy Gałczyński wpadał w stan zapoju alkoholowego. Ten zły okres wracał trzy, cztery razy do roku. Widziałam go, gdy jechał pijany dorożką i wulgarnie przepędzał przechodniów. Wspominałam już Obory. I tam przyjeżdżał, gdy miał swoje alkoholowe ciągi. Kiedyś próbowano go wywieźć na wózku zaprzężonym w konia, którego nazwał Pomidorem. Gałczyński urwał się gdzieś po drodze, niezauważony przez woźnicę i woźnego, Józefa. Odnalazł się Konstancinie w willi Żeromskiego, do której się udał, by złożyć wyrazy poważania zaskoczonym paniom Żeromskim.
Jak postrzegano te zachowania?
Te wybryki uchodziły mu, ponieważ status Gałczyńskiego był szczególny. Wiedzieliśmy, że jest właśnie taki, przymykaliśmy na to oczy. Chroniło go powszechne, jak sądzę, przekonanie, że jest wielkim poetą. Nie mieliśmy wtedy nikogo o tak spontanicznym, błyskotliwym, a zarazem przekornym talencie. Poezja wypływała z niego jasnym, żywym strumieniem, przybierała formy bardzo współczesne. Nie była to poezja tradycyjna. Odbiegała od poważnego tonu panującego na ogół w polskiej poezji, od jej tematyki, od przyjętego, dość wąskiego kanonu prześmiewania i wykpiwania. U nas jeśli mówi się o wadach narodowych, to ze śmiertelną powagą. On był wtedy jedynym, który potrafił je wykpić: żartobliwie, nawet ciepło, a czasem bardzo ostro. Wielbiłam Teatrzyk „Zielona Gęś” i Listy z fiołkiem publikowane w „Przekroju”. Nikt przed nim i nikt po nim tak nie pisał. Było to, jak na tamte czasy, bardzo odważne. Wolimy pochlebstwo albo nawet samochwalstwo. I nagle słyszymy prawdę o sobie, podaną na domiar w obraźliwym, błazeńskim tonie.
Gałczyński lubił otaczać się różnymi przedmiotami. Były to rzeczy kupowane lub przypadkiem znajdowane. Wymyślał im rodowód, pochodzenie, dorabiał im historie. Jakby litował się nad ich samotnością. Przypomina sobie Pani któreś z nich?
Najczęściej podejmowana byłam w salonie. W nim stał najwygodniejszy fotel dla gości, jaki znam. Dobrze się w nim wypoczywało. Przedmioty, do których poeta bardzo był przywiązany, stały lub – o ile dobrze pamiętam – wisiały w jego gabinecie. Przypominam sobie zabawną historię, która miała miejsce w Zakopanem. Ona po trosze o tym mówi, naświetla także figlarną i spontaniczną naturę Gałczyńskiego. Dzięki niemu poznałam w Zakopanem dom Kenarów. Nazajutrz po występie w szkole rzeźbiarskiej, którą prowadzili Kenarowie i gdzie poeta czytał Wita Stwosza, pojechaliśmy do nich z wizytą. W pewnej chwili Konstanty zeskoczył z sań i zniknął w ciemnościach. Zatrzymaliśmy się, czekamy. Aż tu nagle słyszymy jakieś dzwonienie, jakby z naprzeciwka zbliżały się do nas inne sanie. To był Gałczyński, który nakłonił mijającego nas górala do sprzedaży dzwonka i potrząsając nim, biegł przed naszymi saniami. Zanim jednak przejechaliśmy kawałek drogi, dzwonek upadł w śnieg. Noc i pośpiech nie pozwoliły go odnaleźć ku dziecięcemu rozżaleniu Konstantego.
Po V Zjeździe Literatów Polskich w Warszawie, po którym zakazano publikowania utworów Gałczyńskiego, poeta był przygnębiony i załamany. Pamięta Pani ten okres?
To było zaraz po moim przyjeździe z Paryża. Zachowywał się dzielnie, ale odczuwał całą niesprawiedliwość tego, co wyrządził mu aparat polityczny i partyjni znajomi. Wiedział, że jest uwielbiany przez swoich czytelników i nie mógł pogodzić się z tym, że odcina mu się do nich drogę. Zaczęły się kłopoty finansowe, bo redaktorzy i wydawcy bali się albo nie mogli go drukować. Także przyjaciel Marian Eile z „Przekroju”. Ale Gałczyńscy z godnością znieśli ten trudny okres. Przynajmniej tak mi się wydawało. Utkwił mi jednak w pamięci pewien incydent z Zakopanego. Wyszliśmy we trójkę na spacer, Konstanty spojrzał na moje buty, które przywiozłam sobie z Francji, porządne, sznurowane, na flaneli, takie buty, które były wtedy na wagę złota i jęknął: „Dlaczego Natalia takich nie ma?” A Natalia brnęła po śniegu w czarnych butach męża. Proszę mnie dobrze zrozumieć. Natalia bardzo dbała o siebie, była piękną osobą, lecz akurat butów zimowych nie miała. A przecież zajmowali luksusowe mieszkanie w Alei Róż, w jednym z domów, gdzie mieszkali ludzie akceptowani przez władzę: Borejsza, Dobrowolski, Sokorski. Finansowe apanaże nie były Gałczyńskiemu obojętne, z czym też się nie krył. Często pisał o kasie, o tym świętym miejscu, w którym otrzymuje się pieniądze. Niby to wyśmiewał, ale i trochę adorował. Wiedział, że ludzie przemilczają swoje pragnienia. Marzą o dobrobycie, ale wstydzą się o tym mówić. On się nie wstydził. Chciał zarabiać, aby jego rodzina mogła żyć na przyzwoitym poziomie.
Należał do poetów, który utrzymywał rodzinę wyłącznie z pisania…
Tak jak Broniewski. Dużo mu wydawano. Był akceptowany przez reżim, był też rozchwytywany przez czytelników. Wiele pisał i publikował.
Dochodziły do Pani jakieś informacje o samobójstwie poety?
Pierwszy raz o czymś takim słyszę. Nigdy w Konstantym nie dostrzegałam jakichkolwiek skłonności samobójczych. O niczym to jednak nie świadczy. Badania wykazują, że samobójstwa popełniają osoby, których najmniej można by o to podejrzewać. Choć myślę, że hipotezy o samobójstwie Gałczyńskiego to tylko plotki. Zaraz na drugi dzień po śmierci poety pobiegłam na Aleję Róż. Zastałam zrozpaczoną Natalię. Sądzę, że odczułabym to jakoś, gdyby śmierć Konstantego nie była naturalna, łączyły nas przecież z Natalią bliskie więzy. Ani wtedy, ani później nie padło z jej ust nic, co zwróciłoby moją uwagę, nic, co mogło zasiać we mnie jakieś podejrzenie. Jeśli chodzi o śmierć wielkiego człowieka, snuje się różne domysły. Tego typu informacja o śmierci poety rozeszłaby się natychmiast. Byłaby sensacją, tematem żałobnych dni.
Po pięćdziesięciu latach widać, że wiele utworów Gałczyńskiego odbiega od poziomu poezji natchnionej. Zdaje się, że powstawały po prostu dla pieniędzy.
Uważał się za rzemieślnika literatury i nie było to dla niego powodem do wstydu. Pozwalał sobie na to, gdyż był w jakimś sensie genialny. Zresztą, co on o sobie myślał, to już jego sprawa, w każdym razie świadczy o nim ładnie, bo nie wynosił się, nie pysznił, że jest poetą. Miał dystans do tego rodzaju dumy.
Teraz trochę wstydzimy się być poetami, tzn. nie krzyczymy o tym wszem i wobec.
Chyba tak. Poeta to ktoś, kto ma dużo czasu, aby pisać rzeczy, które nie są konieczne. W każdym razie wydaje się, że bez pisania można się obejść. Pozwolę sobie mieć o tym inne zdanie. Z drugiej strony nie jest zdrowym poczucie Ja, poeta.
Jako poecie Gałczyński pokazywał sobie język.
Znaczącym jest fakt, ze Miłosz uznał go za błazna, ale z przekonaniem pisze też o nim jako o najwybitniejszym poecie polskim XX wieku. Kiedy się czyta przemówienie Iwaszkiewicza nad grobem Konstantego ma się poczucie, że jest ono hołdem złożonym jednej z pierwszych wielkości poetyckich. Każdy o tym wiedział, nawet Ważyk, nawet Jastrun, choć za nim nie przepadali.
To widać w wydanych niedawno Dziennikach Jastruna, gdzie Gałczyński jest potraktowany dość zjadliwie.
Jastrun nie mógł zapewne wybaczyć Gałczyńskiemu jego antysemickich wystąpień w „Prosto z mostu”. To prawda, mnie również trudno je usprawiedliwić. Ale przeszedł tułaczkę obozową i nigdy po wojnie tego tematu nie poruszał. Trudno przez całe życie obciążać człowieka jednym grzechem, choćby był śmiertelny. Ale Jastrun to pamiętał. Ponadto miał zupełnie inne wyobrażenie o poezji, traktował ją jak nabożeństwo. W tym kontekście i siebie postrzegał z niezwykłą powagą. Więc kuglarska postawa Gałczyńskiego obrażała go osobiście. Jeśli można poezję „postponować” w sposób, jaki czynił to autor Listów z fiołkiem, to Jastrun też czuł się postponowany. Faktem jednak jest, że pisał o Gałczyńskim źle.
Poza żółcią wylewaną na innych, pisał w Dziennikach głównie o sobie.
Tu trochę bym go jednak usprawiedliwiała. Miał usposobienie neurotyczne. Poeta często się waha – jestem coś wart, nie jestem wart. Każdy z nas zna podobne rozterki. On to napisał, uzewnętrznił. Ale rzeczywiście, zdumiewający jest ograniczony horyzont tych dzienników, nieproporcjonalny do poezji, w której Jastrun sięga najwyższych rejonów. Usiłował przecież iść w ślady Rilkego.
Autor Zaczarowanej dorożki napisał wers „Jastrun Mieczysław, Mieczysław Jastrun ma dużo fałszywych strun”.
Proszę, jeszcze jeden powód do resentymentu.
Gałczyński w kontaktach prywatnych wciąż tylko żartował, robił się na kuglarza, gnoma, czarownika, dowcipnisia, czy też potrafił z całą powagą i żarliwością mówić o ideach lub bronić wartości?
Błazenada miała swoje granice. A tą granicą niewątpliwie była sztuka, muzyka, Szekspir, Horacy. O sztuce potrafił mówić z pasją, poważnie i prawdziwie. Zdarzało mi się słyszeć takie tyrady i to nie raz. Gdy jednak kończył, czuł się trochę nieswojo, wstydził się, próbował to jakimś żartem podważyć, przekreślić. Chyba nie lubił kazań, nie lubił wypowiadać się wprost. Myślę, że Gałczyński sporo przemyślał i paradoksalnie ten brak powagi był tego konsekwencją. Żartował, bo tyle wiedział. Szekspira cytował całymi partiami. Wciąż czytał starą poezję polską, świadczą o tym choćby Kronika olsztyńska czy Pieśni, które są kontynuacją czy raczej nawiązaniem do Jana Kochanowskiego. Niektóre strofy mazurskie, zwłaszcza te lapidarne, opisowe, choć tak polskie, przywodzą mi na pamięć przyrodę Szekspira, zwieńczoną tragicznym symbolem „rannego łosia”. W Praniu tłumaczył Sen nocy letniej. Nie napisałby tego człowiek, który poważnie nie traktował sztuki.
Gałczyński nie miał epigonów. Trudny był nie tyle do podrobienia, co przetworzenia.
To dobrze o nim świadczy, o jego czystym talencie. Gałczyńskiego nie da się podrobić. Albo ma się ten typ talentu, albo nie. Twórczość jego ma ton, którego w Polsce nigdy nie było. Trochę sowizdrzalski, ale i ten w naszej historii literatury jest mało znany. Nie mamy w niej ani czarnego humoru angielskiego, ani ludowego humoru czeskiego czy włoskiego. Polski humor jest raczej rubaszny. Gałczyński wprowadził doń jakąś lekkość, niechcianą ekwilibrystykę, takie chodzenie po linie, któremu towarzyszy śmiech.
Co Pani sądzi o poezji Gałczyńskiego po pięćdziesięciu latach od jego śmierci?
Przed naszą rozmową sięgnęłam ponownie do tych wierszy. One się pięknie czytają, choć ta lekkość dzisiaj wydaje mi się trochę nieznośna. Oczywiście motywy, sytuacje bardzo zabawne, obrazy, metafory, porównania pełne wynalazczości. Ale mogłoby być coś więcej. Kiedy Gałczyński czytał moje wiersze, mówił: „Julio, chciałbym czegoś więcej”. Kiedy pytałam o konkrety, uśmiechał się tylko i powtarzał: „Czegoś więcej”. Tego samego po tych pięćdziesięciu latach chciałabym od niego. Czegoś więcej. On mógł, ale unikał. Widocznie taka była natura jego talentu. Ale na pewno będzie czytany.
Gałczyński jest czytany…
W środowisku literackim, choć nie jest to może najlepsze środowisko do lektur, Gałczyński był długo nieobecny. Czytało się go na obrzeżach. Ktoś czytał, ale nie wiadomo kto. Teraz zaczyna wracać.
Jego twórczość poszerzyła normę powszechności poezji. Czytają ją ludzie nie obyci z poezją na co dzień. Jest dla nich łatwa, przyjemna, jak Pani powiedziała, lekka.
Ta powszechność, o której pan mówi, wydaje mi się jednak podejrzana. Dotyczy wąskiego aspektu jego twórczości – tej łezki, sentymentalizmu. Nie myślę, żeby powtórzyła się jego pełna żywotność, by wrócił w pełni jak zaraz po wojnie. Były to okropne, duszne i szare czasy. W nich ta poezja świeciła niezwykłym blaskiem, pachniała wręcz egzotyką. Dzisiaj tak nie zaskakuje, ale nadal jest piękna.
Wiersze Gałczyńskiego chętnie śpiewane są przez satyryków, bardów zespoły specjalizujące się w tzw. poezji śpiewanej.
W repertuarze tym nie ma jednak najambitniejszych utworów. Poezja Gałczyńskiego jest bardzo muzyczna, zachowuje nierzadko tradycyjne metrum. Nie dziwi więc fakt, że chętnie jest śpiewany.
Czy posiada Pani jakieś pamiątki po autorze Pieśni?
Kiedy Gałczyński przebywał na kuracji w Instytucie Hematologii, słał we wszystkie strony Warszawy kartki z prośbą o odwiedzenie go i pamięć. Dwie takie kartki otrzymałam. Gałczyński pracował nad przekładem jednego z liryków Safony. Postać jej żywo poruszała jego wyobraźnię, bo często się na nią powoływał. Jeśli miał jakieś wątpliwości co do swojej greki, radził się Anny Kowalskiej. Na odwrocie zdjęcia z Zakopanego, na którym uchwycony jest razem z kompozytorem Janem Krenzem, znajduje się dedykacja, zakończona apostrofą: „Prośba: Julio, zostań Safą słowiańską”. Dobry żart. W mojej bibliotece znajdują się książki, które czytał. W tomie Alcools Apollinaire’a wynalazł dla siebie wiersz, który szczególnie podziwiał. Były to Les sapins. Z tomu Valery’ego najczęściej wybierał Cimetiere marin, które cytował całymi strofami. Na kartkach, które przysłał mi ze szpitala, znajdują się zręczne i zabawne trawestacje właśnie z Cmentarza morskiego.