Koszyk 0

Profil recenzenta:
Agnieszka

  • miasto: Piaseczno
  • recenzje: 162
  • osób uznało recenzje za przydatne: 77

Recenzje użytkownika

Hobbit

Ocena:
Autor: Agnieszka
Data:
John Ronald Reuel (albo jak ktoś woli J.R.R.) Tolkien to postać niezwykła. Już samo nazwisko jest znane każdemu, a co dopiero jego dzieła. Jeśli nawet ktoś nie czytał, to na pewno oglądał „Władcę pierścieni”. Urodzony w końcu XIX wieku stał się prekursorem współczesnej fantastyki.
Miałam okazję sięgnąć po jedną z jego książek. „Hobbit” (pełny tytuł: „Hobbit, czyli tam i z powrotem”) to opowieść wydana pierwszy raz w roku 1937. Opowiada ona o przygodzie, jaką przeżył Bilbo Baggins, tytułowy hobbit.
Bilbo prowadzi spokojne życie w swojej norce na Pagórku. Pewnego dnia spotyka go Gandalf, który ma chęć zrobić mu psikusa. Następnego dnia odwiedza go wraz z trzynastoma krasnoludami i namawia do wyprawy po złoto ukryte w Samotnej Górze. Początkowo hobbit jest przerażony – jego nacja nie ma w zwyczaju podróżować. Jednak pod wpływem impulsu udaje się w raz z nimi, po drodze spotykając mnóstwo nowych istot i przeżywając wiele dziwnych historii.
Najważniejsze dla czytelnika, takiego jak ja, czyli laika, jest to jak w posiadanie Bilbta trafia pierścień. Błyskotka ta to magiczny pierścień, który przypadkiem znajduje hobbit w czasie jednej z przygód. Potem wiele razy ratuje mu on życie. Zresztą nie tylko jemu.
Główne wątki powieści to zdecydowanie motyw podróży. Trwa ona przez niemal wszystkie stronice. Przy tej okazji pojawiają się również przygody, które SA kolejnym wątkiem książki. Oprócz tego ważna jest także przemiana wewnętrzna Bilba, która dokonuje się powoli, dlatego jest tak dokładnie opisana. Dodatkowo wyróżniłabym też motyw fantastyczny – nie brak go ani przez chwilę – pojawiają się bowiem krasnoludy, elfy, czarodzieje, olbrzymy, trolle, a nawet smok.
Książka zdecydowanie jest idealnym przykładem powieści fantastycznej. Jest napisana prostym, przyjemnym językiem. Jedyne co może sprawiać trudności to nazwy własne a także wielość imion krasnoludów, które ciągle przewijają się przez karty powieści.
Jest też pewien minus. Początkowo nie mogłam oderwać oczu od pięknie napisanych zdań, potem jednak zauważyłam, że redakcja zaczęła sobie odpuszczać. Wypowiedzi jednej osoby często rozbite są na dwa myślniki, a przed „i” lub „oraz” pojawiają się dywizy, kompletnie niepotrzebnie. Rozbija to szyk zdania, sprawiając że czytelnik nie wie, o co chodzi. Poza tym pod koniec powieści widocznie zaniedbano znaki interpunkcyjne (brakuje kropek na końcu zdań, lub przecinki stoją w złych miejscach).
Poza tym książkę czyta się szybko i przyjemnie. Nie ma tam dużo opisów, a te które się pojawiają są fantastycznie stworzone, pomagając wyobraźni pracować na pełnych obrotach. Dialogi są zazwyczaj krótkie. Czasem tylko, gdy występuje bardziej rozbudowana kwestia, rozdzielono ją na akapity, co mnie osobiście bardzo się nie podoba – nieuważny czytelnik mógłby odebrać opowieść snutą przez jednego bohatera jako wypowiedź i narrację.
Nie należy też zapominać o pięknych ilustracjach Alana Lee. Są one przerywnikiem podczas opowieści, mają cudowne kolory, są klimatyczne a kartki są nienumerowane, przez co czytelnik nie gubi się. Okładka zachęca do sięgnięcia po książkę, właśnie dzięki temu zestawieniu: wspaniała ilustracja i znany autor.
Moim zdaniem powieść jest ciekawa. Spodziewałam się jednak czegoś innego. XXI wieczna fantastyka przyzwyczaiła mnie do tego, że w powieści leje się krew, występują młodzi i przystojni bohaterowie, a w tle zawsze wisi romans w trójkącie. Tu fabuła jest zupełnie inna, dlatego byłam zaskoczona tą odmiennością.
Najciekawszy moim zdaniem jest narrator – wydaje się jakby snuł on swoją opowieść w ciepły wieczór przy herbacie, a my byśmy go słuchali. Wrażenie to dodaje mu wiele uroku. Poza tym zwraca się on do nas jak do znajomych. Jest wszechwiedzący – nie tylko opisuje co dzieje się z Bilbem, ale też wie jak zachowują się w tym czasie inne, kluczowe dla powieści postacie w oddalonej od tytułowego bohatera części Śródziemia. To bardzo ułatwia nam zrozumienie wielu kwestii.
Podobała mi się ta lektura. Połknęłam te 300 stron w mgnieniu oka. Był to bardzo przyjemnie spędzony czas.
Komu mogłabym polecić książkę? Na pewno każdemu, kto lubi fantastykę. Tu odkryje początki tego gatunku. Nie ma co jednak spodziewać się fajerwerków. To przyjemna opowieść, napisana tak, że nie czyta się jej z wypiekami na twarzy (choć są bitwy, niebezpieczeństwa i ucieczki). Po „Hobbita” powinni sięgnąć też ci, którzy znają Tolkiena z filmowego „Władcy pierścieni”. Ja należałam do tej drugiej grupy i przyznaję, że nie zawiodłam się.
Czy ta recenzja była przydatna?

Hobbit

Ocena:
Autor: Agnieszka
Data:
John Ronald Reuel (albo jak ktoś woli J.R.R.) Tolkien to postać niezwykła. Już samo nazwisko jest znane każdemu, a co dopiero jego dzieła. Jeśli nawet ktoś nie czytał, to na pewno oglądał „Władcę pierścieni”. Urodzony w końcu XIX wieku stał się prekursorem współczesnej fantastyki.
Miałam okazję sięgnąć po jedną z jego książek. „Hobbit” (pełny tytuł: „Hobbit, czyli tam i z powrotem”) to opowieść wydana pierwszy raz w roku 1937. Opowiada ona o przygodzie, jaką przeżył Bilbo Baggins, tytułowy hobbit.
Bilbo prowadzi spokojne życie w swojej norce na Pagórku. Pewnego dnia spotyka go Gandalf, który ma chęć zrobić mu psikusa. Następnego dnia odwiedza go wraz z trzynastoma krasnoludami i namawia do wyprawy po złoto ukryte w Samotnej Górze. Początkowo hobbit jest przerażony – jego nacja nie ma w zwyczaju podróżować. Jednak pod wpływem impulsu udaje się w raz z nimi, po drodze spotykając mnóstwo nowych istot i przeżywając wiele dziwnych historii.
Najważniejsze dla czytelnika, takiego jak ja, czyli laika, jest to jak w posiadanie Bilbta trafia pierścień. Błyskotka ta to magiczny pierścień, który przypadkiem znajduje hobbit w czasie jednej z przygód. Potem wiele razy ratuje mu on życie. Zresztą nie tylko jemu.
Główne wątki powieści to zdecydowanie motyw podróży. Trwa ona przez niemal wszystkie stronice. Przy tej okazji pojawiają się również przygody, które SA kolejnym wątkiem książki. Oprócz tego ważna jest także przemiana wewnętrzna Bilba, która dokonuje się powoli, dlatego jest tak dokładnie opisana. Dodatkowo wyróżniłabym też motyw fantastyczny – nie brak go ani przez chwilę – pojawiają się bowiem krasnoludy, elfy, czarodzieje, olbrzymy, trolle, a nawet smok.
Książka zdecydowanie jest idealnym przykładem powieści fantastycznej. Jest napisana prostym, przyjemnym językiem. Jedyne co może sprawiać trudności to nazwy własne a także wielość imion krasnoludów, które ciągle przewijają się przez karty powieści.
Jest też pewien minus. Początkowo nie mogłam oderwać oczu od pięknie napisanych zdań, potem jednak zauważyłam, że redakcja zaczęła sobie odpuszczać. Wypowiedzi jednej osoby często rozbite są na dwa myślniki, a przed „i” lub „oraz” pojawiają się dywizy, kompletnie niepotrzebnie. Rozbija to szyk zdania, sprawiając że czytelnik nie wie, o co chodzi. Poza tym pod koniec powieści widocznie zaniedbano znaki interpunkcyjne (brakuje kropek na końcu zdań, lub przecinki stoją w złych miejscach).
Poza tym książkę czyta się szybko i przyjemnie. Nie ma tam dużo opisów, a te które się pojawiają są fantastycznie stworzone, pomagając wyobraźni pracować na pełnych obrotach. Dialogi są zazwyczaj krótkie. Czasem tylko, gdy występuje bardziej rozbudowana kwestia, rozdzielono ją na akapity, co mnie osobiście bardzo się nie podoba – nieuważny czytelnik mógłby odebrać opowieść snutą przez jednego bohatera jako wypowiedź i narrację.
Nie należy też zapominać o pięknych ilustracjach Alana Lee. Są one przerywnikiem podczas opowieści, mają cudowne kolory, są klimatyczne a kartki są nienumerowane, przez co czytelnik nie gubi się. Okładka zachęca do sięgnięcia po książkę, właśnie dzięki temu zestawieniu: wspaniała ilustracja i znany autor.
Moim zdaniem powieść jest ciekawa. Spodziewałam się jednak czegoś innego. XXI wieczna fantastyka przyzwyczaiła mnie do tego, że w powieści leje się krew, występują młodzi i przystojni bohaterowie, a w tle zawsze wisi romans w trójkącie. Tu fabuła jest zupełnie inna, dlatego byłam zaskoczona tą odmiennością.
Najciekawszy moim zdaniem jest narrator – wydaje się jakby snuł on swoją opowieść w ciepły wieczór przy herbacie, a my byśmy go słuchali. Wrażenie to dodaje mu wiele uroku. Poza tym zwraca się on do nas jak do znajomych. Jest wszechwiedzący – nie tylko opisuje co dzieje się z Bilbem, ale też wie jak zachowują się w tym czasie inne, kluczowe dla powieści postacie w oddalonej od tytułowego bohatera części Śródziemia. To bardzo ułatwia nam zrozumienie wielu kwestii.
Podobała mi się ta lektura. Połknęłam te 300 stron w mgnieniu oka. Był to bardzo przyjemnie spędzony czas.
Komu mogłabym polecić książkę? Na pewno każdemu, kto lubi fantastykę. Tu odkryje początki tego gatunku. Nie ma co jednak spodziewać się fajerwerków. To przyjemna opowieść, napisana tak, że nie czyta się jej z wypiekami na twarzy (choć są bitwy, niebezpieczeństwa i ucieczki). Po „Hobbita” powinni sięgnąć też ci, którzy znają Tolkiena z filmowego „Władcy pierścieni”. Ja należałam do tej drugiej grupy i przyznaję, że nie zawiodłam się.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Agnieszka
Data:
W. Bruce Cameron urodził się w 1960 roku. Jego książka „Jak wytrzymać z nastolatką” przyniosła mu wielką sławę, jednak dopiero „Misja na czterech łapach” zachwyciła czytelników na tyle, by jego nazwisko nie schodziło z list bestsellerów przez wiele tygodni.

„Misja na czterech łapach” wydana w 2010 roku, w Polsce ukazała się dopiero dwa lata później, dzięki wydawnictwu Illuminatio.

Książka opowiada o losie psa, który wcale nie ma łatwo w życiu. Jego matka jest dzikim psem, nie ufa ludziom i ceni sobie wolność. Dzieci to dla niej raczej przykry prezent niż błogosławieństwo. Szczeniak nie spędza z nią jednak zbyt wiele czasu – niedługo po urodzeniu trafia do schroniska, gdzie przeżywa wiele spokojnych tygodni. Potem jednak coś się dzieje – ludzie zaczynają nerwowo spoglądać na Podwórko, aż pewnego dnia psiak budzi się ponownie jako szczenię. Nie może pojąć co się stało. Tym razem nie trafia już do schroniska, ale ma rodzinę, która bardzo go kocha. Spędza z nimi wiele lat, obserwując jak jego pan dorasta, jak zmieniają się jego rodzice i ze zdziwieniem odnotowuje jak wiele emocji ma w sobie człowiek. Jednak znowu coś jest nie tak – kolejny raz budzi się jako szczenię. Dlaczego? Co gorsza – pamięta swojego przyjaciela i bardzo za nim tęskni! Ile razy jeszcze będzie powtarzać tę samą drogę?

Pies ten miał tyle imion ile wcieleń. Po pewnym czasie zdał sobie sprawę, że kolejne jego życia wiążą się z coraz nowszymi misjami, które musi wykonać, by ludziom żyło się lepiej. Nie przynosi mu to jednak ukojenia i jego dusza dalej znajduje się na ziemi, w coraz to nowszych postaciach. Co przyniesie mu ulgę? Czy znajdzie sens swojego życia?
Książka napisana jest prostym i lekkim językiem. Narratorem jest tu pies, który świetnie pokazuje nie tylko to, co mogą myśleć zwierzęta, ale też to jak wiele uczą się oni od nas i jak bardzo są od nas uzależnione. Poprzez narrację możemy też dostrzec wiele zachowań ludzi, którzy otaczają psa. Są to rzeczy przedstawione w przedziwny sposób – ślub jest pokazany nie jako ceremonia połączenia dwójki ludzi, lecz jako pokaz grzeczności i umiejętności psa. Moim zdaniem to świetny zabieg, który wprowadza element komizmu na karty książki.

Bardzo ciekawy jest sam główny bohater. Na jego przykładzie możemy obserwować jak bardzo zmienia się charakter żyjącej istoty i jak poprzednie doświadczenia wpływają na jego życie „tu i teraz”. Pod koniec książki podkreśla to zresztą sam bohater.

Głównym wątkiem jest tu zdecydowanie sens życia. Tytułowa „misja” jest tu tym, na co autor chciał zwrócić szczególną uwagę czytelnika. Na podstawie przemyśleń zwierzęcia jesteśmy w jakiś sposób zmuszeni do zastanowienia się nad własną egzystencją.

Jeśli chodzi o oprawę graficzną to na pierwszy plan wysuwa się piękna okładka. Niebanalne zdjęcie i prosta czcionka tytułu przyciągają wzrok. Wewnątrz mamy mniej ozdobników, lecz i one zasługują na uznanie – pod każdym nowym rozdziałem pojawia się mała, czarna miniaturka psa w różnych pozycjach.

Jeśli chodzi o minusy – znalazłam ich bardzo mało. Po pierwsze mamy tu niekonsekwencję – na jednej stronie pies nazywany jest Kolegą, by kilka stron dalej nazwa ta zmieniła się na Kumpel. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby błąd ten nie pojawił się w narracji. Raz czy dwa zauważyłam brak przecinka, a w jednym ze zdań postawiono dodatkową, bezsensowną kropkę, której korekta nie wychwyciła. Dodatkowo dla wielu czytelników minusem może być główny bohater – pierwsze rozdziały pokazują go jako głupiutkiego, naiwnego pieska, który może denerwować swoim zachowaniem. Warto jednak przez to przebrnąć, by na koniec dostać w pełni dojrzałego psychicznie psa, który wyczuwa wiele emocji, rozumie wiele sytuacji i zna swoje przeznaczenie.
Moim zdaniem książka jest interesująca. To piękna opowieść o przywiązaniu, pełna uczuć historia opowiedziana przez niezwykłego narratora. Warto po nią sięgnąć choćby dlatego, by poznać, co tym naszym pupilkom może siedzieć w głowach. Poza tym powieść funduje nam chwilę zastanowienia nad naszym losem i celem w życiu, a także zwraca uwagę na codzienne sytuacje, które bagatelizujemy.

Komu mogę polecić książkę? Chyba tym osobom, które są bardzo zżyte ze swoimi psami. Będzie to dla nich świetna lektura. Poza tym na pewno polecam ją każdemu, kto chce spędzić miło czas z powieścią, w której mamy ciekawą historię, pełną uczuć i emocji. Autor przeżył coś podobnego w swoim życiu, stąd książka jest tak dobrze skonstruowana, tylko z innej perspektywy. Moim zdaniem warto po nią sięgnąć.
Czy ta recenzja była przydatna?

Lament

Ocena:
Autor: Agnieszka
Data:
Maggie Stiefvater to trzydziestolatka, o której ostatnio głośno dzięki powieści „Drżenie”. Jej kariera zaczęła się jednak parę lat temu, m.in. dzięki książce „Lament. Intryga królowej elfów”, która w Polsce ukazała się w 2011 roku, dzięki wydawnictwu Illumiantio.
Książka ta opowiada historię Deirdre – szesnastoletniej dziewczyny, która gra na harfie, jest cicha, nieśmiała i zamknięta w sobie. Pewnego dnia, podczas konkursu muzycznego, poznaje Luke’a. To spotkanie odmienia jej życie. Nowa znajomość wydaje się dziewczynie niebezpieczna, ale również… pociągająca. Dee wie, że z Lukem jest coś nie tak, ale oboje udają, że wszystko jest w normie. Sprawy zaczynają się jednak komplikować, gdy pojawiają się zagrożenia ze strony magicznych stworzeń, których celem jest dziewczyna. Dee ma jednak wiele szczęścia, ciągle udaje jej się wymknąć niebezpieczeństwu. Ma jednak mieszane uczucia co do całej sytuacji i co do Luke’a. Czy Luke jest po jej stronie, czy po ich? Czy uczucie, które zaczyna ich łączyć, może okazać się niebezpieczne?
Książka opiera się na kilku wątkach. Głównym motywem jest tu miłość, która wysuwa się na pierwszy plan. Młoda dziewczyna, nieco straszy chłopak i uczucie, którego oboje do tej pory nie mieli okazji poznać. Dodatkowo mamy tu też dobrze rozwinięty wątek fantastyczny. Elfy, które wcale nie są tak miłe jak się powszechnie wydaje, mają złe zamiary względem dziewczyny. Oprócz tego nieco słabiej zarysowany jest motyw relacji rodzinnych – trudnych i skomplikowanych. Dee i jej rodzina nie są osobami, które łatwo ukazują emocje. Trudno jest im ze sobą rozmawiać, po prostu egzystują we własnym towarzystwie. Ostatnim tematem, który bym wyróżniła to temat przyjaźni damsko-męskiej. Jest on widoczny, ale nie najważniejszy. Niestety, jest też łatwy do przewidzenia.
Książka napisana jest w sposób niecodzienny. Narracja pierwszoosobowa pomaga nam zrozumieć uczucia głównej bohaterki. Początkowo język jest stonowany, prosty, swobodny. Czyta się to przyjemnie, mimo że brakuje to wyraźnie konsekwencji – czy ma być to piękny, literacki styl, czy bardziej potoczny? Dopiero w połowie powieści zaczyna się konkret – tekst staje się wspomnieniem, czymś w rodzaju pamiętnika. Przyjemnie się to czyta, nie przeszkadzają potoczne słowa w środku narracji – czytelnik ma wrażenie, że naprawdę pisała to szesnastolatka!
Powieść podzielona jest na sześć ksiąg, w których znajdują się rozdziały. Nie są one długie, każdy zaczyna się na nowej kartce, wszystko wygląda estetycznie.
Minusem książki są słowa, które często w ogóle nie mają sensu. Pojawiło się ich wiele, nie znałam niektórych z nich, a ich znaczenie nie wynikało z kontekstu. Słowa ważne dla powieści mają przypisy, które pomagają w zrozumieniu treści. Potoczna mowa została jednak zostawiona. Problemem są też znaki interpunkcyjne, które czasem zawodzą, a także pojedyncze wpadki typu dialog w środku narracji.
Plusy, których zdecydowanie jest więcej – na początek okładka. Piękna, zielona, soczysta. A na niej – oryginalna czcionka, niebrzydka dziewczyna, a z tyłu koniczynki miłe w dotyku. Na uwagę zasługuje też idealna oprawa graficzna w środku – strona tytułowa, w tle której mamy furtkę do innego świata, każda karta początkowa księgi posiada ładny rysunek.
Kolejnym plusem jest główna bohaterka – dziewczyna, która sama nie wie czego chce. Z jednej strony wie, że Luke jest nieodpowiednią dla niej partią, z drugiej całe jej ciało pragnie jego bliskości. Dee ma w sobie dużo odwagi, jest zabawna, ironiczna, pełna sprzecznych emocji. To dojrzewająca nastolatka, której hormony odbierają zdolność logicznego myślenia i oceniania sytuacji. Musimy jej to jednak wybaczyć, gdyż dziewczyna przeżywa swoją pierwszą w życiu miłość.
Trochę mniej podobała mi się postać Luke’a. Jest on momentami za bardzo przesłodzony. Jego czułość, zabieganie o względy Dee są jednak czarujące.
Cała historia jest ciekawa, nieco chaotycznie złożona, ale interesująca. Niektóre sceny wydają się być urwane, by wrócić nagle w innej części książki, wyjaśniając wszystko. Pomysł zaczerpnięty z celtyckich baśni jest niebanalny, świeży, porywający.
Moim zdaniem książka jest ciekawa. Początkowo nie porwała mnie na tyle, ile bym się spodziewała. Jednak już przy kolejnym podejściu nie mogłam się oderwać. Czytałam z wypiekami na twarzy o niebezpieczeństwie i miłości, która została przedstawiona w tak uniwersalny sposób, że trafi do każdego.
Komu mogę polecić tę książkę? Chyba pierwszy raz każdemu, bez wyjątku. Jest naprawdę interesująca i wciągająca. Zdaję sobie sprawę, że nie każdego porwie tak jak mnie, ale naprawdę warto po nią sięgnąć. Jeśli ktoś nadal ma wątpliwości, powiem tylko, że nie mogłam oderwać się od książki do tego stopnia, że czytałam ją do trzeciej w nocy, a jestem człowiekiem, który chodzi zazwyczaj spać o godzinie 22. Zainteresowani? Polecam gorąco, warto.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Agnieszka
Data:
Scott Cunninham interesował się magią pochodzącą z natury – ziołami, kamieniami, żywiołami. Napisał wiele książek, które poświęcone były temu tematowi. David Harrington to przyjaciel i student Scotta. Obaj stworzyli książkę, która ma za zadanie pokazać użycie magii w domu. „Magia domowa” to książka wydana w Polsce w 2012 roku dzięki wydawnictwu Illuminatio.
Pozycja ta pokazuje jak kiedyś i dziś dbano o to, by dom nie był zaatakowany przez złe energie. Autorzy zaczynają od przypomnienia, że kiedyś domem były jaskinie, czy szałasy, a i tak chroniono je na najróżniejsze sposoby. Książka to poradnik i podręcznik w jednym. Pokazują, że w domu ważne jest wszystko – od kolory okien, ścian, po to czy mamy wannę czy prysznic a nawet jak kominek powinien być chroniony przed złem. Książka zawiera informacje dotyczące ustawienia mebli, gotowania, kąpieli, a nawet dodatków, które pomagają żyć nam szczęśliwie i dostatnie. Na końcu znajdziemy rozdział dotyczący zaklęć i amuletów, które nas ochronią. Co ciekawe wiele z rozdziałów poświęcone jest też temu jak w różnych miejscach na ziemi ludzie przywołują do domów dobrą energie. Dodatkowo każde pomieszczenie w domu jest opisane dość dokładnie, nie tylko jako pokój, ale też z punktu czynności w nim wykonywanych – mamy tu rozdziały o kuchni (pokoju i gotowaniu), łazience (kąpiele) i sypialni (rozdział poświęcony śnieniu i stosunkom fizycznym).
Książka podzielona jest na kilka części. W pierwszej znajdziemy informacje o autorach, przedmowę i uwagi na temat magii domowej. Kolejna część to 19 rozdziałów dotyczących domów i tego jak sprawić, by żyło się nam w nim dobrze. Na koniec mamy słowniczek i spis bibliografii, do której często odsyłają autorzy. Jest to moim zdaniem dobry zabieg, gdyż niektóre z metod wspominanie są tylko na kartach książki, zachęcając do dalszych poszukiwań, które możemy zacząć od proponowanych pozycji. Dzięki temu książka nie jest zbyt obszerna, nie nudzi się i daje czytelnikowi informacje w pigułce.
Język jest prosty, bez niełatwych wyrazów, chociaż zdarzają się słowa związane z roślinami leczniczymi czy magicznymi, które dla czytelnika pierwszy raz mierzące się z tematyką mogą stanowić trudności.
Książka wydana jest w piękny sposób – papier i czcionka zasługują na uznanie. Pasuje mi to do tematyki, którą podręcznik przekazuje. Mamy tu również interesujący krój czcionki dla tytułów i podtytułów, który wyróżnia nowy dział, a także wiele obrazków związanych z aktualnie omawianym tematem. Kolejny plus to tekst: nie jest to zbitka, jedna monotonna treść. Często pojawiają się wyliczenia w punktach, spisy zaklęć czy ziół, które wyglądają ciekawie i łatwo odróżnić je od reszty rozdziału. Pomaga to w znalezieniu interesującego nas fragmentu. Wiele rzeczy zostało w tekście wyróżnione bądź to kursywą, bądź wyboldowane, albo uznane za osobny podrozdział. Moim zdaniem to wielki plus.
Nie mogę nie wspomnieć o okładce. Jest ona zrobiona w fantastyczny sposób – tytuł i obrazki odznaczają się inną teksturą pod palcem, co pozostawia miłe wrażenie. Oszczędność rysunków jest tu zaletą.
Minus jest jeden – po pierwsze niekonsekwencja w znakach cudzysłowu. Na początku i na końcu wyrazu wyglądają one różnie. Błędów interpunkcyjnych, literówek i pomyłek nie znalazłam prawie w ogóle, a jeśli już to były one mało znaczące.
Moim zdaniem książka jest interesująca. Pokazuje wiele rzeczy, w które wierzyło się kiedyś, a dziś się o nich zapomina. Czytając ją zdałam sobie sprawę, że ochrona domu nie polega tylko na włączeniu alarmu czy założeniu krat w oknach. Co ciekawe, rozmawiając potem ze znajomymi na ten temat, dowiedziałam się, że chronią oni swoje domy niektórymi sposobami opisanymi w książce. To potwierdziło, ze autorzy nie wymyślili sobie niczego, a wiele z „zabobonów” jest kultywowane po dziś dzień.
Komu mogę polecić tę książkę? Zainteresowanym magią w domu. Nie chodzi tu wcale o rzucanie zaklęć i robienie eliksirów, przekonacie się, że magia to również sposób odżywiania czy ustawienie mebli. Moim zdaniem warto przeczytać, choćby z ciekawości. Ja bawiłam się świetnie, dowiadując się jak można ochronić swój dom, zapewnić sobie szczęście, wzbudzić miłość i przyciągnąć pieniądze.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Agnieszka
Data:
Monika Ptak to kobieta, która przedstawia czytelnikowi coś, co do tej pory było mało znane – medycynę naturalną, która może zmienić życie każdego z nas.

Wydana w 2012 roku książka „Ajurweda. Medycyna indyjska. Tysiącletnia tradycja gwarancją twojego zdrowia” to zarówno poradnik jak i podręcznik medycyny. Pierwsze dwa rozdziały opowiadają o tym czym jest ajurweda, jakie są jej podłoża naukowe i filozoficzne a także o tym jak rozumieć pojęcia związane z tym zjawiskiem. Wymieniono tu ważne teksty medyczne, które stały się podstawą ajurwedy. W kolejnych rozdziałach pokazane jest to jak człowiek choruje. Okazuje się, że ciało, które czuje się fizycznie dobrze, wcale nie musi być zdrowe. Proces powstawania choroby to wiele złożonych czynników, które można zaobserwować na zewnętrznych zmianach ciała – po obejrzeniu języka, czy płytki paznokcia. Takie oglądanie swojego ciała jest pomocne, by zapobiegać chorobie. Oprócz tego o kondycji naszego ciała może nas poinformować nawet wygląd naszego oka czy ust. Książka zawiera też podpowiedzi, jak można samemu uleczyć chorobę. Dobrym sposobem jest dopasowanie diety, sposobu życia i zachowań do swojej bioenergii. Ostatni rozdział poświęcony jest różnego rodzaju dolegliwością, które można zawalczyć przy pomocy ajurwedy (a dokładnie doprowadzić organizm do równowagi, czyli zdrowia).

Książka bogata jest w tabele i rysunki. Są one bardzo dokładne i obszerne. Pomagają zobrazować to, co autorka chciała przekazać czytelnikowi, jak również zbierają ogól informacji w jedno miejsce. Ułatwia to czytanie – w razie potrzeby można wrócić do interesującego nas fragmentu i przypomnieć sobie najważniejsze rzeczy. Jeśli tabela dotyczy jedzenia, to zawiera nie tylko jego plusy, ale również minusy, podzielona jest według bioenergii (doszy) – pitta, wata, kapha. Dzięki temu każdy może odnaleźć to, czego akurat potrzebuje.

Książka podzielona jest na sześć części. Każda część posiada rozdziały, wyszczególnione w tekście dużymi literami, podrozdziały natomiast wyróżniono kapitalikami.

Poradnik ten jest napisany bardzo prostym językiem. Widać, że autorka ma wiedzę na temat, w którym się wypowiada i chce ją przekazać czytelnikowi tak, by zrozumiał jak najwięcej. Najtrudniejszy jest rozdział pierwszy, który traktuje o podstawach ajurwedy. Bez niego jednak nie można przejść dalej, bo nie zrozumiemy nic co dalej opublikowane.

Większość rzeczy, które w języku polskim mają swoje odpowiedniki zostało przetłumaczone. Wyrazy źródłowe, czyli w tym wypadku indyjskie, zaznaczono w nawiasach kursywą. W tym tkwi też pewien minus – czasem brak konsekwencji w tym oznaczeniu. Niektóre wyrazy nie są zaznaczone kursywą, co może nie jest błędem, ale nie wygląda estetycznie i powinno być to moim zdaniem poprawione. Nie przeszkadza to w odbiorze ogółu.

Moim zdaniem książka jest ciekawa i pouczająca. Sama sprawdziłam na sobie, że organizm wcale nie musi czuć się źle, by chorować, dlatego w stu procentach wierzę autorce. Nie mogę zresztą kwestionować jej wiedzy – po tym jak przedstawiła ajurwedę widać, że zna się na rzeczy. Książka napisana została z pasją, co czuć na każdej stronie. Dodatkowo tabele i rysunki są miłym zaskoczeniem, a przy okazji wielkim ułatwieniem.

Komu mogę polecić książkę Moniki Ptak? Osobą otwartym na świat, interesującym się innymi kulturami i nowościami – bo ajurweda jest nowością w realiach polskich. Jeśli jednak interesujesz się własnym zdrowiem i nie bagatelizujesz sygnałów, które wysyła do ciebie twój organizm, powinieneś sięgnąć po tę książkę.
Czy ta recenzja była przydatna?

Alicja

Ocena:
Autor: Agnieszka
Data:
Charles Lutwidge Dodgson znany jest lepiej pod pseudonimem Lewis Carroll. Najsławniejsza jego powieścią była wydana w 1865 roku „Alicja w Krainie Czarów”.
Alicja, tytułowa bohaterka, spędza czas ze swoją siostrą. Nagle spostrzega Białego Królika, który pędzi na złamanie karku, upominając się przy okazji. Zainteresowana dziewczynka podąża za nim, przez co trafia do magicznej krainy, która w niczym nie przypomina jej świata. Zwierzęta potrafią mówić, a cukierki sprawiają, że można albo urosnąć, albo zmaleć. To jeszcze nie jest najbardziej zaskakujące – Alicja poznaje Księżną, której kucharka używa tylko pieprzu, rozbija talerze, a dziecko jej chlebodawczyni jest prosiaczkiem. Oprócz tego dziewczynka wprasza się na herbatkę do Kapelusznika i Zająca Marcowego, którzy podwieczorek jedzą już od tygodni. Na swojej drodze spotyka też kota, który potrafi znikać i pojawiać się kiedy tylko chce. Na końcu Alicja ma zaszczyt poznać parę królewską – Królową Kier, która wszystkim ścina głowy i jej nieco zastraszonego męża. Przy okazji przeżywa masę śmiesznych i nieprawdopodobnych przygód – prawie tonie we własnych łzach, jest świadkiem w procesie sądowym i ciągle zmienia swój wzrost.
Alicja jest przedziwną bohaterką. Po pierwsze to mała dziewczynka, która jest łatwowierna i porywcza. Łatwo ją zdenerwować, co często okazuje. Przy okazji nie potrafi trzymać języka za zębami, co pokazała między innymi opowiadając Myszy o tym jak jej kot łowi gryzonie. Oprócz tego wydaje się być nieco samolubna i uparta. Bardzo trudno spierać się z jej zdaniem. Przyznam szczerze, że nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia, właśnie przez swój charakter.
Sama historia jest zwariowana i niesamowita. Spotkane przez dziewczynkę zwierzęta, stworzenia i ludzie są różnorodni, ale nieco zbyt oderwani od rzeczywistości. Często wypowiadają się bez najmniejszego sensu, co utrudnia zrozumienie sytuacji. Mocną stroną opowieści jest jej nieprzewidywalność – nie potrafiłam powiedzieć, co zaraz się stanie.
Jeśli chodzi o stronę techniczną to należy pochwalić piękne wydanie mojego egzemplarza – znajdują się w nim zarówno kolorowe obrazki, na specjalnych kartka, jak też czarno-białe rysunki wplecione w tekst. Całość otoczona jest prostą, acz ozdobną ramką, która nadaje dodatkowego uroku książce. Jeśli chodzi o treść, to warto w tym momencie nadmienić, że czytałam wersję w przekładzie Marii Morawskiej. Jest to ważna informacja, gdyż przekładów „Alicji…” było w Polsce kilka. Każdy różni się detalami, ale też ma coś oryginalnego w swoim wydaniu. W mojej wersji zauważyłam kilka literówek i połączeń słów, a także braki wcięć akapitowych. Co dla mnie jest też minusem, niektóre kwestie dialogów wplecione były w narrację, a inne ciągnęły się przez kolejne akapity, co bardzo utrudniało odbiór.
Książkę czytało mi się całkiem dobrze, chociaż nie zachwyciła mnie. Podeszłam do niej z wielkimi oczekiwaniami i poczułam się zawiedziona. Trudno mi było zrozumieć sens tej opowieści. Jest ona dobrze napisana – dialogi są interesujące, postaci różnorodne a całość tekstu w miarę spójna. Nie potrafiłam jednak wczuć się w daną mi historię i przez to rozczarowałam się.
Komu mogę polecić książkę? Na pewno tym, którzy lubią bajki i nie boją się irracjonalności. Tego jej na pewno nie brakuje. Poza tym to całkiem miła opowieść, jeśli ktoś nie stawia jej zbyt wysokich wymagań.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Agnieszka
Data:
David Nicholls to angielski pisarz, który urodził się w 1966 roku. Najsławniejszą jego książką jest napisana w 2009 roku powieść „Jeden dzień”, która w 2011 przeniesiona została na ekran. Historia ta została również przedstawiona w formie audiobooka, który znaleźć można na platformie Audeo.pl.
Opowieść przedstawia dzieje dwójki młodych ludzi – Emmy i Dextera, którzy zaprzyjaźniają się po studiach. Ich relacja jest niezwykła – oboje czują do siebie coś więcej niż przyjaźń, ale nie potrafią nazwać łączącego ich uczucia. Są sobie bliscy jak mało kto. Rozumieją się bez słów, znają się na wylot i wszystko o sobie wiedzą. Nie są jednak razem. Każde z nich ma własne życie, tak samo miłosne jak erotyczne. Spotykają się każdego 15 lipca, aż w końcu staje się to ich tradycją. Nie oznacza to jednak, że nie mają ze sobą kontaktu – piszą do siebie listy, dzwonią, wysyłają paczki… Wyjeżdżają nawet razem na wakacje! Są jednak bardzo różni od siebie – Emma to kobieta, która zagubiła się w życiu, robi wiele rzeczy, ma wiele prac i niespełnionych ambicji. Dexter to mężczyzna, który nie chce pracować w korporacji, więc zatrudnia się w show biznesie. To strzał w dziesiątkę – jest popularny, ma dużo pieniędzy i kobiet. Ma też dużo problemów. Gdy Emma zaczyna układać sobie życie, życie Dextera kompletnie się komplikuje. Aż w końcu oboje dorastają na tyle, by zacząć myśleć poważnie, nie tylko o życiu ale też o sobie nawzajem.
Książkę czyta Agnieszka Grochowska. Przyznam, że to głównie ze względu na nią chciałam wysłuchać audiobooka. Aktorka ma piękny, delikatny głos, którym świetnie operuje oddając emocje, zmieniając barwy i tonacje. Czasem jednak może denerwować jej ton, ponieważ czyta tekst z manierą, która mi przypominała znudzenie, zniecierpliwienie, coś na kształt braku zaangażowania. Przez to często miałam wrażenie, że drwi z poważnych sytuacji. Potrafiła jednak oddać doskonale zawahanie, niepewność i całą gamę innych emocji, także niektóre fragmenty można jej wybaczyć.
Historia jest przyjemna. Opowiada o trudnej relacji, o nieprzewidywalności życia, zawiłościach losu. O tym wszystkim, co może spotkać każdego z nas. Miłość i przyjaźń to tylko jeden z głównych tematów powieści. Ważne jest też moim zdaniem nakreślenie problemu lat 90., alkoholizmu, trudnych relacji rodzinnych, a także ulotności chwili.
Warto zwrócić uwagę, że cała książka aż kipi od emocji. Sama niejednokrotnie miałam ochotę zabić Dextera za jego nieracjonalne zachowanie. Emma wcale nie była lepsza – okłamywała samą siebie, próbowała pokonać buzujące w niej uczucia. Wszystko to widać na poziomie treści. Często nie są te emocje pokazane czytelnikowi wprost – autor nie pisze „w tej chwili Emma była zła, smutna, rozżalona”. Przedstawia za to zachowania, proces myślowy i wiele innych sytuacji, które naprowadzają na to wszystko.
Wielkim plusem powieści jest jej różnorodność – od wypowiedzi w formie listów, po nagrania na automatyczną sekretarkę, rozmowy telefoniczne i spotkania głównych bohaterów. Co do postaci są oni świetnie dobrani na zasadzie kontrastu. Można zauważyć różnicę między myśleniem kobiet a myśleniem mężczyzn, gdy ktoś wsłucha się lub wczyta w ich wypowiedzi.
Spędziłam miło czas słuchając „Jednego dnia”. To historia ciepła, pełna uczuć i zaskakująca. To ostatnie słowo często cisnęło mi się na usta podczas słuchania. Również poznanie w nowej roli Agnieszki Grochowskiej było ciekawym doświadczeniem.
Wydaje mi się, że wiele osób znajdzie w tej powieści coś dla siebie. Ma wiele przesłań, tak różnych, jak różni są czytający lub słuchający jej zainteresowani. Czy warto? Na pewno tak. Spędzicie czas w sposób przyjemny, polubicie historię, a główni bohaterowie przypomną wam może niektóre sytuacje w życiu waszym, lub waszych bliskich…
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Agnieszka
Data:
Laurence Sterne to jeden z najwybitniejszych pisarzy angielskich. Urodzony w 1713 roku, zmarł w 1768. Zasłynął książką „Podróż sentymentalna przez Francję i Włochy” z 1768 roku.
Książka opowiada o podróży, jaką odbywa główny bohater – Yorick. Jest on również narratorem powieści. Początkowo spędza dużo czasu we Francji – tu poznaje m.in. wdowę, która oczarowuje go od pierwszej chwili. Yorick zatrudnia na służbę młodego mężczyznę, który podobnie jak on, zakochuje się na każdym kroku. Obaj docierają do Paryża. Piękne miasto jest dla nich początkowo nieprzychylne – narrator nie ma ważnego paszportu, przez co właściciel hotelu, w którym mieszka chce go usunąć. Sprytny Yorick udaje się jednak do wysoko postawionego znajomego, który pomaga mu uzyskać nowy dowód, zaprzyjaźnia się z nim i poznaje go z nowymi osobami. Znużony takim trybem życia bohater ucieka na wieś. Zachwycony widokami, sielskością i pięknem natury, nie ma ochoty wracać do miasta. Po wielu przejściach trafia w końcu do oberży, gdzie jest tylko jedna izba, którą musi podzielić z nieznajomą kobietą i jej służką.
Książka utrzymana jest w klimacie sentymentalnym. Piękno przyrody, kobiet i miast ciągle przewija się przez utwór. Bohater jest bardzo kochliwy – każda urodziwa dama wzbudza w nim podziw. Jest jednak wierny swojej ukochanej, do której wzdycha na odległość.
Co ciekawe w książce nie pojawia się zbyt wiele imion i nazwisk. Autor nie przywiązuje do nich wagi, pisząc o osobach, które spotyka za pomocą tytułu i inicjału. Utrudnia to bardzo przyswojenie treści, gdyż można się łatwo zagubić. Sam bohater tez nie jest opisany zbyt dokładnie – jego imię poznajemy dopiero w połowie książki, a o jego wyglądzie nie wiemy nic. Z wielu źródeł można dowiedzieć się natomiast, że postać bohatera utożsamiana jest z samym autorem, co potwierdzać mogłaby choćby jego biografia.
Dlaczego moja pozycja jest taka krótka? Dlatego, że czytałam ją w formie wydruku z Internetu. Nie jestem w stanie powiedzieć nic o tym, czy została ona oddana wiernie, czy nie. Z mojej treści wynika obraz krótkich rozdziałów, przechodzących jeden w drugi dość płynnie.
Sama historia wydaje się być interesująca. To opis podróży, choć dość nietypowy. Więcej uwagi, jeśli nie całą, poświęca się uczuciom, odczuciom i myślom bohatera, niż opisowi miast. Narrator streszcza przygody, które przeżywa, kładąc nacisk na jego refleksje na ten temat.
Co ważne, historia ta jest urwana w najlepszym momencie. Treść kończy się na słowach „złapałem pokojówkę za” i nie następuje nic więcej. Myślałam, że po prostu mój tekst jest urwany, jednak książka naprawdę się tak kończy. To dziwne i zaskakujące.
Nie mogę powiedzieć, by książka była wybitna, ale na pewno jest w niej coś interesującego. Głównie jej klimat jest nietypowy i to na niego należy zwrócić uwagę. Niestety, potraktowałam książkę nieco z przymrużeniem oka, gdyż czytałam ją na zajęcia i nie skupiłam się na niej tak, jakbym skupiła się na czymś, co czytam dla przyjemności. Nie mnie podobała mi się.
Komu mogę polecić tę książkę? Sama nie wiem. Jeśli macie ją pod ręką to zachęcam, gdyż jest dość ciekawa i na pewno zupełnie inna niż wszystkie książki podróżnicze, które możecie obecnie kupić. Jeśli nie macie jej w formie papierowej nie przejmujcie się – bardzo łatwo można ją zdobyć w Internecie, czy to w postaci ebooka, czy nawet w czytelniach online. Nie jest to jednak pozycja, którą musicie za wszelką cenę poznać. Czy zachęcam? Na pewno tak, szczególnie tych, którzy lubią nieco starsze lektury. Dla tych, którzy wolą inne klimaty – nie tracicie zbyt wiele.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Agnieszka
Data:
Agatha Christie to najbardziej znana autorka kryminałów w historii. Sięgnęłam po kolejną powieść jej autorstwa i kolejny raz się nie zawiodłam.
„Śmierć na Nilu” to opowieść o kolejnej sprawie Herkulesa Poirot. Wybrał się on na urlop do Egiptu, gdzie jednak nie dane mu będzie odpocząć. Wraz z nim podróżują najróżniejsi ludzie: bogata i piękna Linnet wraz z mężem, jej była przyjaciółka, bogata amerykanka, francuska pokojówka, sławna pisarka powieści erotycznych i starsza kobieta z kochającym ją bez granic synem. Oprócz nich mamy wiele innych postaci, które w jakiś sposób są zamieszane w morderstwo, które zostaje dokonane na luksusowym statku pasażerskim. Podejrzenia padają na każdą z osób. Poirot wspomagany jest w śledztwie przez swojego przyjaciela, inspektora Race’a.
Napisana w 1937 roku powieść rozpoczyna się nietypowo. Poznajemy najpierw wszystkie niemal postacie przed podróżą do Afryki. Dopiero gdy akcja przenosi się na Czarny Ląd, czytelnik dowiaduje się, że to Herkules Poirot będzie głównym bohaterem.
Mężczyzna jest jak zwykle niesamowity. Podsłuchuje, dedukuje, łączy fakty i rozwiązuje sprawę. Jak zwykle w książkach Christie mamy do czynienia z różnorodnością postaci, psychologicznym wachlarzem pełnym przeróżnych cech. Tym jednak razem Christie dała duże ułatwienie swoim czytelnikom i łatwo było się domyślić, kto dokonał morderstwa, a nawet trzech. Nie mniej ślady prowadzą do innych postaci, jak to bywa u Agathy.
Powieść należy do gatunku starych kryminałów. Dlaczego „starych”? Ponieważ nie ma w niej krwawych opisów, brutalnych przestępstw i seksu. Bardzo dobrze napisana powieść detektywistyczna, która posiada jednak sporo błędów redakcyjnych. Jak w większości książek Christie dialogi często pojawiają się w środku opisów. W trakcie wymiany zdań bardzo trudno odróżnić, kto je wypowiada. Poza tym pojawiają się liczne błędy interpunkcyjne (najczęstszy to brak przecinków). Poza tym sama autorka popełniła błąd, nazywając przypadkiem jedno z bohaterów Tom zamiast Tim. Na szczęście była to jednorazowa pomyłka.
Moim zdaniem książka dobra. Jestem fanką twórczości Christie, więc przeczytałam powieść z zapartym tchem. Bardzo ciekawa sprawa, rozwiązanie jak zwykle inne niż wszyscy się spodziewali (chociaż tym razem się domyśliłam).
Komu mogę ją polecić? Tym, którzy lubią pomyśleć. Zagadka morderstw jest tu doskonale opisana, a tropy prowadzą cały czas do kogoś innego. Poza tym każdy kto nigdy nie czytał kryminałów, swoją przygodę z tym gatunkiem powinien zacząć z jakąś książką Christie.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Agnieszka
Data:
Józef Bédier był znawcą średniowiecza. To właśnie on otworzył jedną z najbardziej znanych historii miłosnych w dziejach – opowieść o Tristanie i Izdoldzie, która pierwszy raz ukazała się w 1900 roku. Wydawnictwo GREG wydało książkę w 2010 roku.
„Dzieje Tristana i Izoldy” to historia zakazanej i niebezpiecznej miłości. Dwójka młodych ludzi poznaje się w dość dziwnych okolicznościach – Tristan raniony mieczem śmiertelnego wroga Kornwalii prosi swojego wuja, Marka, by ten wysłał go łodzią w nieznane strony. Bóg jest jednak dla chłopaka łaskawy – przybija on do brzegów Irlandii, gdzie córka króla opatruje mu rany. Jej uroda zapiera dech w piesiach. Tristan jednak postanawia, że zostanie ona żoną jego pana – Marka. Zabijając smoka, zdobywa rękę dziewczyny i odwozi ją do Kornwalii. Podczas podróży dochodzi jednak do katastrofy – młodzi wypijają magiczny eliksir, który sprawia, że zakochują się w sobie do szaleństwa. Nie zmieniają jednak planów i Izolda zostaje żoną Marka, a kochanką Tristana. Król dowiaduje się jednak o zdradzie i od tej pory kochankowie drżą o własne życie. Siła miłości pcha ich jednak w objęcia tej drugiej połówki, co przynosi im tylko wiele problemów.
Sama historia miłosna jest moim zdaniem interesująca, ale nieco przekombinowana. Tristan i Izolda kochają się miłością szaloną i namiętną, co pokazują narażając się często na niebezpieczeństwo. Schadzki urządzają bowiem nie tylko pod czujnym okiem króla Marka, ale też jego zauszników, którzy źle życzą młodemu rycerzowi. Uczucie zaślepia parę kochanków. Muszą się ukrywać, lecz rzadko kiedy są ostrożni. Przez to oboje narażeni są na utratę życia.
Podczas czytania męczyły mnie ciągłe rozterki bohaterów, którzy albo uciekali z dworu, albo do niego wracali i tak w kółko. Oboje byli świadomi tego, że oprócz ich miłości są jeszcze inne rzeczy, które ich obowiązują, jak choćby wierność królowi w przypadku Tristana.
Bohaterowie są ciekawi. Izolda wcale nie jest, jak mi się wydawało przed lekturą, uległą i niewinną istotką. Potrafi zwodzić i kłamać, a nawet wyrzeka się dworskich przywilejów by tylko być z ukochanym. Poza urodą ma jeszcze całkiem mocny charakter. Tristan natomiast to wzór prawdziwego rycerza – męski, silny, odważny i do tego przystojny. Poza ukochaną służy też swojemu władcy, a także każdemu, kto przyjmie go na swój dwór podczas tułaczki. Jest wierny i prawy. Jego spryt nie raz pomógł mu odwiedzić królową.
Poza głównymi postaciami warto zwrócić uwagę na Brangien, służącą i przyjaciółkę Izoldy. To z jej winy kochankowie wypili magiczny napój, ale też dzięki niej nie raz uniknęli śmierci. To ona pomagała im w schadzkach, ale też nie raz pokazała swoje oddanie królowej.
Książka nie jest długa. Mimo stylizacji, język jest prosty i zrozumiały. Jedyne co drażni to częste zmiany czasu w narracji. Każde słowo, które mogło sprawić trudność czytającemu zostało wyjaśnione w przypisach. Gdzieniegdzie znajdujemy proste rysunki dzielące treść. Całość bogata jest oczywiście w różnego rodzaju odniesienia i objaśnienia, które uczniom na pewno pomogą przy omawianiu lektury.
Jeśli chodzi o wydanie to redakcja świetnie sobie poradziła. Błędów nie zauważyłam, lecz czasem denerwowała mnie mnogość przecinków. Nawet krótkie zdania miały ich mnóstwo. Poza tym wydaje mi się, że niektóre z fiszek były umiejscowione nieco za wysoko lub za nisko interesującego fragmentu, a niektóre były wręcz zbędne. W porównaniu jednak z innymi lekturami, ta miała bardzo mało objaśnień.
Opracowania nie czytałam, mimo że zajmuje ono sporą część książki. Przeglądające je zauważyłam, że ma sporo streszczeń – od ogólnego, po szczegółowe i plan wydarzeń. Na pewno przyda się uczniom, którzy nie lubią szkolnych powieści.
Szata graficzna jest uboga. Jak wcześniej wspomniałam, książka ma parę obrazków, ale bardzo prostych i moim zdaniem kompletnie zbędnych. Okładka jest typowo GREGowska – większość zajmuje obrazek, w tym wypadku statku, reszta to tytuł i nazwisko autora. Dodatkiem jest informacja, że książka posiada czcionkę ułatwiającą szybkie czytanie. Nie znam się na tym, ale książkę faktycznie czyta się błyskawicznie – nie jestem jednak przekonana, czy to za sprawą czcionki, czy po prostu interesującej historii.
Po „Dzieje Tristana i Izoldy” sięgnęłam ze względu na film, który uwielbiam. Jednak film a książka to dwie kompletnie różne rzeczy. Historia, którą przeczytałam jest pełna przeciwności losu, z którymi niemal cały czas muszą się mierzyć bohaterowie. Nie trzyma to może w napięciu, ale naprawdę dobrze się ją czyta. Co dla mnie ważne – opisów w książce jest mało. Jest to płynnie opowiedziana historia, a narrator trzecioosobowy zwraca się do czytelnika jak do słuchacza, często podkreślając rolę odbiorcy. Robi to dobre wrażenie, jest czymś zupełnie nowym i przypomina mi bajki z dzieciśtwa, które miały podobny schemat.
Komu mogę polecić książkę? Prawdę powiedziawszy nie wiem. Uczniowie i tak w większości nie przeczytają. Myślę, że książka powinna trafić w ręce wszystkich, którzy lubią opowieści o miłości. Tristan i Izolda to obok Romea i Julii jedna z najbardziej znanych i rozpoznawanych par w dziejach. Warto poznać ich prawdziwą historię.
Czy ta recenzja była przydatna?

Zmierzch

Ocena:
Autor: Agnieszka
Data:
Stephenie Meyer jest autorką sagi „Zmierzch”, która ukazała się w latach 2005-2008. Cykl ten składa się z czterech części, każda z nich zyskała miano bestsellera.
„Zmierzch” opowiada historię siedemnastoletniej Belli Swan, która przeprowadza się do ojca, gdy jej matka rusza z nowym mężczyzną na podbój sportowego świata. Dziewczyna nie jest zadowolona z tego pomysły – Forks jest deszczowe, ponure i nie ma w nim absolutnie nic ciekawego do roboty. Postanawia jednak zmierzyć się z nowym otoczeniem i ku jej zaskoczeniu jest całkiem dobrze. W szkole budzi powszechne zainteresowanie, taty ciągle nie ma w domu, ma więc czas dla siebie i nie musi się z niczego tłumaczyć. Poza tym dostaje wymarzone auto, a nowi znajomi są nią zachwyceni. I nagle pojawia się On. Niesamowicie przystojny Edward Cullen, do którego wzdychają wszystkie dziewczyny. Bella jednak nie jest do końca przekonana o jego niesamowitości – przy pierwszej konfrontacji chłopak zachowuje się wobec niej wrogo. Bella nie ma pojęcia o co mu chodzi. Dopiero z czasem ich relacje naprawiają się, a nastolatkowe zaczynają się przyjaźnić. Nie jest to jednak zwykła przyjaźń – Edward jest przecież wampirem. Odkrycie tego faktu jest dla Belli szokiem. Im bardziej on chce ją od siebie odepchnąć, tym bardziej ona pragnie być blisko. Fatalne zauroczenie kończy się nieprzyjemnym spotkaniem z inną grupą wampirów, które posilają się inaczej niż Cullenowie. Tylko fakt, że Bella podbija serce nie tylko Edwarda, ale niemal całej jego rodziny powoduje, że dziewczyna przeżyje spotkanie z krwiopijcą.
Książki słuchałam w formie audiobooka, którego czytała Anna Dereszowska. Poradziła sobie ona świetnie z tym zadaniem, chociaż minus też się znajdzie – zbyt często używała szeptu, przez co musiałam na zmianę manipulować przyciskiem głośności. W jej interpretacji Bella pokazuje wiele uczyć i emocji, głos jej drży, nerwowo chichocze i waha się. Edward też jest doskonale przedstawiony – aktorka przeciągała sylaby, gdy tego wymagał ton jego wypowiedzi, lub przyspieszała gdy wampir używał swoich nadnaturalnych zdolności. Same nagrania były krótkie, podzielone tak, że przejścia między nimi były nie do wychwycenia.
Historia miłości Belli i Edwarda nie wydaje mi się oryginalna. Prosta dziewczyna, która zdobywa najprzystojniejszego chłopaka w szkole – jakie to oklepane. Wielkim plusem tej opowieści jest narracja pierwszoosobowa, która pozwala wielu młodym czytelniczkom utożsamiać się z Bellą i wierzyć, że kiedyś i je spotka podobna miłość – pełna przeciwieństw losu, którym trzeba stawić czoło. Związek człowieka i wampira może być tu metaforą nieodpowiednich związków, które często widzą rodzice, a nie widza ich dzieci. Edward to w końcu niegrzeczny chłopak, który rozkochuje w sobie porządną dziewczynę.
Jeśli chodzi o bohaterów to mocną stroną powieści jest Bella. Nie dlatego, że jest inteligentna, piękna i udało jej się usidlić przystojniaka, lecz dlatego, że to zwykła dziewczyna. Nastolatka jest niezdarą, nie jest wcale bystra ani pewna siebie. Nie jest ani wysoka, ani seksowna, ale przyciąga spojrzenia. Właśnie z tego powodu każda czytelniczka może podstawić siebie pod jej obraz. Postać Edwarda została moim zdaniem niedopracowana. W porównaniu z wachlarzem emocjonalnym Belli jest on mdły i przeźroczysty. Spodziewałam się, że będzie on miał mocny charakter, który zapadnie mi w pamięć, lecz tak naprawdę to młoda dziewczyna jest tu prawdziwą gwiazdą. W końcu to ona więcej może stracić w tym związku i to ona musi ciągle się czegoś wyrzekać.
Audiobooka słuchało się bardzo przyjemnie. Sama historia nie porwała mnie, ale nie była też najgorsza. To świetna opowieść dla nastolatek, które dopiero zaczynają przeżywać pierwsze wzloty i upadki związane z miłością.
Komu mogę polecić audiobooka? Tym, którzy nie znają „Zmierzchu”, a chcieliby zrozumieć jego fenomen. Ja właśnie z takim podejściem zaczęłam słuchać tej książki. Teraz już wiem, czemu porwała takie tłumy. To po prostu zgrabnie napisana historia miłosna, w której jest wiele przeciwności, a finał musi być „happy endem”. Nie brak jej oczywiście minusów, ale można na nie przymknąć oko, gdy już się wciągnie w powieść.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Agnieszka
Data:
Joe Alex, a właściwie Maciej Słomczyński, to jednocześnie autor jak i postać literacka. To osoba niesamowicie skomplikowana, ponieważ jako pisarz i jako bohater uprawia ten samo wód – jest autorem powieści kryminalnych.
„Śmierć mówi w moim imieniu” to druga z serii jego książek o Joe Alexie. Wydana pierwszy raz w 1960 roku opowiada o zbrodni popełnionej na znanym aktorze teatralnym, Stefanie Vincym. Co ciekawe, według prowadzącego śledztwo Bena Parkera, przyjaciela głównego bohatera, morderstwo nie mogło być wykonane, gdyż czas nie zgadza się z podanym przez lekarza policyjnego. Sprawa wydaje się być bardziej skomplikowana niż początkowo myśleli detektywi. Podejrzani zmieniają się co chwila, a atmosfera jest napięta. Wiele osób miało powód by zabić Vincyego. Niestety, większość z nich ma alibi. Coś jednak nie gra w całej sprawie… Joe Alex wie co. Czy jego podejrzenia okażą się słuszne?
Książka należy do powieści detektywistycznych. Można mówić również, że jest kryminałem. Wiele wątków w niej dotyczy zbrodni, ale są też takie, które dotykają ludzkich uczuć: złości, nienawiści, miłości… Nie są one jednak dostatecznie rozwinięte moim zdaniem. Pasja, która towarzyszyła zbrodni nie jest przedstawiona w ogóle, co jest wielkim minusem.
Sama zbrodnia też nie jest przedstawiona. Znamy tylko domysły, które niestety nie zostaną nigdy potwierdzone. Zagadkę rozwiązuje Joe Alex, który dopasowuje szczegóły we własnym umyśle, nie dzieląc się tym z nikim, nawet z czytelnikiem.
Minusem powieści jest wielość i powtarzalność opisów, które dotycząc domysłów policjanta Parkera i podsumowań całej sprawy. Nie dowiadujemy się co o tym wszystkim myśli główny bohater książki. Dodatkowo nie podobało mi się, że autor nie wykorzystał potencjału miejsca, które sam wykreował – teatru po zamknięciu.
Jednak największym rozczarowaniem był Joe Alex. Spodziewałam się po tej postaci błyskotliwości, ciętych ripost, dochodzenia do sedna sprawy na oczach czytelnika… Niestety, nic takiego się nie dzieje. Alex jest cichy, milczący, wycofany. Gdy już się wypowiada, denerwuje mnie. Na siłę stara się pokazać poprzez swoje wypowiedzi jak bardzo inteligentny jest. Nawet w rozmowach ze swoją dziewczyną… znaczy przyjaciółką, stara się być ponad nią, chociaż to ona jest naukowcem, badaczem, poszukiwaczem…
Pod koniec powieści ktoś odpuścił sobie pracę – w środku zdania pojawia się nagle dialog, nie wiadomo skąd. Na dodatek nie podoba mi się zabieg, który został wykonany przy podsumowywaniu dotychczas zebranego materiały: wypowiedzi nagle przechodzą w spis, składającą się z punktów tak, że zamiast opinii mamy coś na podobieństwo listy zakupów.
Plusy? Historia oparta po części na faktach. Zarówno sztuka „Krzesła” jak i jej autor są prawdziwe. To bardzo mi zaimponowało.
Język jest lekki, nieskomplikowany, łatwy. Pojawia się wiele opisów i dialogów. Nie brak podsumowań, streszczeń i ciągłych powtórzeń chociażby zeznań świadków.
Moim zdaniem powieść jest prosta, lekka i przyjemna. Nie ma tu ani krwawych opisów, ani mocnych scen mordu… wszystko dzieje się poza czytelnikiem. Nie wciąga jednak tak, jak na to liczyłam. To książka na jeden-dwa wieczory, bez przesłania, porywu i wielu wątków. Akcja składa się przede wszystkim ze śledztwa, nie ma tu pobocznych rozważań. Z jeden strony to dobrze – przecież to kryminał, powieść detektywistyczna, w której powinno się skupiać tylko na jednym.
Komu mogę polecić książkę? Tym, którzy mają ochotę spędzić czas przy czymś niezaprzątającym głowy, ale wbrew pozorom nawet ciekawym. Niestety – jeśli ktoś nigdy nie czytał nic Joe Alexa, tak jak ja, może być nieco rozczarowany. Nie zniechęcam jednak, dla samej ciekawości twórczości tego autora można sięgnąć.
Czy ta recenzja była przydatna?

Otello

Ocena:
Autor: Agnieszka
Data:
Szekspir to jeden z najbardziej znanych angielskich twórców. Żyjący na przełomie XVI i XVII wieku pisarz stworzył wiele dzieł, których tytuły do dziś są na ustach wszystkich. W szkole omawia się często „Romea i Julię” czy „Makbeta”, ja natomiast miałam okazję przeczytać „Otella”.

Napisana około roku 1604, pierwszy raz została opublikowana w 1622.

Tragedia opowiada o losach czarnoskórego Otella, który jest dowódcą armii weneckiej. Poznajemy go w momencie, gdy poślubia piękną Desdemonę, która zakochuje się w nim pod wpływem opowieści o jego życiu. Na drodze do ich szczęścia stanie m.in. ojciec dziewczyny, który wolałby mieć za zięcia kogoś innego, a także Jago – prawdziwy czarny charakter tego dramatu. To właśnie on będzie knuć intrygi, dogadywać się z innymi, psuć opinię Desdemony – wszystko po to, by zemścić się na Otellu, który nie mianował go swoim zastępcą. Jago jest niesamowicie sprytny – przekonuje Otella o tym, że żona go zdradza, że jego zastępca jest alkoholikiem, przy okazji szarpie opinię nie tylko swojego przyjaciela, a także jego żony. Dodatkowo gra na wiele frontów, z każdym próbując coś ugrać – przyjaźń z Rodrygo każe mu udawać, że stara się pomóc mu zdobyć Desdemonę, w zamian zlecając mu zabicie Kasja. Kasjo natomiast zostaje przez niego upity i posądzony o romans z Desdemoną. Wszystko po to, by zemsta była bolesna. Nie tylko Otello jest tu pokrzywdzony – każdy kto wchodzi w bliższe relacje z Jago ma problemy, włączając w to jego własną żonę. Niestety, ponieważ to tragedia mamy tu do czynienia z przejściem od szczęścia do nieszczęścia, dlatego dramat ten kończy się dość brutalnie.

Utwór ten jest dramatem, konkretnie tragedią. Szekspir był prawdziwym mistrzem tego gatunku. Nie jest to jednak tragedia antyczna – nie ma jedności miejsca, czasu i akcji. Nie ma też tak popularnych w szekspirowskich utworach postaci fantastycznych. Jest za to stadium upadku człowieka – z szanowanego dowódczy w zazdrosnego męża.

Głównym problemem tragedii jest problem zazdrości i zawiści. Zarówno tyczy się to Otella, jak i Jaga. Ten ostatni jest tu doskonałym przykładem połączenia tych dwóch emocji. Nie może znieść, gdy innym powodzi się lepiej i dlatego za wszelką cenę próbuje zepsuć szczęście bliźnich. Przy tym pokazuje jak bardzo przebiegły i fałszywy jest. Postać ta została fantastycznie skonstruowana, przedstawiając kunszt autora.

Tragedia podzielona została na pięć aktów. Język jest prosty, zrozumiały, bez udziwnień. Czasem jedynie nie widać, że jest to dramat, ponieważ część kwestii jest pisana od lewego do prawego brzegu kartki, nie wygląda jak dramat, a jak proza. Jednak nie przeszkadza to wcale w odbiorze dzieła.

Moim zdaniem „Otello” jest bardzo dobrą sztuką. Ma temat, który na pewno dotrze do każdego, świetnie zbudowane postaci i jeden wątek, co pomaga się skupić czytelnikowi na degradacji osobowości tytułowego bohatera. Mi bardzo przyjemnie się czytało tragedię Szekspira. Nie jest ona trudna, można ją interpretować na wiele sposobów i każdy znajdzie w niej coś dla siebie.

Komu chcę ją polecić? Tym, którzy twierdzili do tej pory, że Szekspir jest pisarzem o trudnym języku i temacie. „Otello” to przykład doskonałego kunsztu autora oraz jedno z jego ostatnich dzieł, gdyż zmarł parę lat później. Przy okazji to zupełnie inny utwór niż „Makbet”, dlatego warto do niego zajrzeć.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Agnieszka
Data:
Agatha Christie to zdecydowanie moja ulubiona autorka. Jedną z pierwszych książek jej pióra, która wpadła mi w ręce była „Noc w bibliotece” wydana w 1942 roku. Od tego momentu zakochałam się w jej powieściach.
„Noc w bibliotece” opowiada historię morderstwa, które dokonane zostało w dziwnych okolicznościach – ciało młodej kobiety znaleziono bowiem w bibliotece pułkownika Bantry’ego. Oni i jego żona byli całkowicie zaskoczeni tym znaleziskiem. Czy jednak to któreś z nich jest mordercom? W rozwiązaniu tej zagadki może pomóc tylko jedna osoba – panna Marple.
Panna Marple to przyjaciółka Dolly Bantry. Swoje nudne życie starej panny urozmaica sobie zajmując się sprawami detektywistycznymi. Jest znana w miasteczku z tego zajęcia, lecz policja traktuje ją z przymrużeniem oka. Jednak Dolly, chcąc przekonać wszystkich, że jej mąż jest niewinny, od razu zgłasza się o pomoc do swojej znajomej. Od tej chwili mamy do czynienia z błyskotliwymi przemyśleniami, wycieczkami, przesłuchaniami i ciągłymi podejrzeniami – jak to u Christie.
Sprawa zostaje rozwiązana, choć wcześniej niejednokrotnie zmieniamy zdanie co do tego, kto zabił. Każda strona obfituje w nowe dowody, postacie, zagadki a także… drugie zwłoki. Czyje? Tego możecie dowiedzieć się tylko czytając „Noc w bibliotece”. Pamiętajcie już teraz, że jeśli niewiadomo o co chodzi, to zazwyczaj chodzi o pieniądze. Tak samo jak w tym przypadku.
Książka jest świetnym przykładem powieści detektywistycznej z kryminałem w tle. Mamy bowiem morderstwo, śledztwo i tajemnicę, którą trzeba rozwiązać. Gdy czytelnik już myśli, że wie kto zabił, nagle pojawia się nowe, niepodważalne alibi i trzeba zacząć wszystko od nowa.
„Noc w bibliotece” to kolejny przykład świetnego warsztatu Christie. Tajemnica morderstwa została doskonale opisana, ludzie są barwni, różnorodni a przemyślenia detektyw-amator, panny Marple, mają ciekawy kierunek. To przyjemna lektura. Zdania są zbudowane w prosty sposób, nie ma za dużo opisów, a dialogi skupiają się na tym co ważne – na morderstwie.
Była to pierwsza książka z panną Marple jako główną bohaterką, którą miałam okazję czytać. Od tego momentu stałam się wielką fanką tej pani detektyw. Chyba nie tylko ja polubiłam starą pannę, gdyż Agatha Christie uczyniła ją główną postacią swoich powieści jeszcze wiele razy (o piedestał w częstości występowania może ona konkurować tylko z Herkulesem Poirot).
Świetnie zbudowany klimat, historia, która wciąga, tak że nie można oderwać się od książki nawet na minutę. Kolejny przykład na to, że Christie to królowa powieści detektywistycznej.
Komu mogę polecić tę książkę? Chyba każdemu kto lubi zagadki. Bo jak już wcześniej wspominałam, u Agathy nie znajdziemy krwawych opisów i obrazów morderstw rodem z horrorów. To raczej opowieści o zagadkach, które za wszelką cenę trzeba rozwiązać by móc spać spokojnie – by sumienie nie męczyło.
Każdy fan Agathy Christie powinien sięgnąć po „Noc w bibliotece”. A jeśli ktoś jeszcze nie miał do tej pory okazji spotkać się z twórczością tej autorki, to właśnie od tej książki warto zacząć swoją przygodę z Christie.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Agnieszka
Data:
Joann Hampar jest nowojorskim astrologiem. W 2013 roku wyszła w Polsce jej książka „Astrologia”, którą wydało Illuminatio.

Książka omawia zagadnienia dotyczące planet i znaków zodiaku. Nie jest to jednak opis, który każdy z nas zna z geografii. Tu przedstawiono konstelacje gwiazd w podziale na żywioły, jakości… Bardzo ważne jest zagadnienie domów – każdy z nich opisuje inną przestrzeń życia. Służą one jako tło opisu znaków. Również planety są tu ważne - to one kierują niektórymi strefami życia i mają wpływ na znaki zodiaku. O samych znakach jest tu mało, autorka skupiła się raczej na ich relacjach w różnych konstelacjach.

Bardzo podobało mi się to, że książka posiada wiele grafik i rysunków, które mają zobrazować to, o czym pisze autorka. Są tu przykłady wykresów urodzeniowych różnych znanych osób. Jak zwykle w serii „Dla początkujących” mamy glosariusz, czyli słowniczek trudnych i nowych wyrazów, co liczę na ogromny plus dla tej książki i dla całego cyklu. Graficznie książka jest cudowna – ma wyróżnione podtytuły, jest wykonana estetycznie i bardzo dobrze rozplanowana.

Minusy też są – książkę czytało mi się trudno. Może to za sprawą tematu, który nie do końca mnie porwał… język jest jednak prosty, autorka stara się pokazać wszystko tak, by każdy zrozumiał. W końcu to książka dla kompletnie zielonych.

Przyznam szczerze, że mimo wszystko trochę zbyt skomplikowana to pozycja dla mnie. Najbardziej zaciekawiły mnie oczywiście fragmenty związane z moim znakiem zodiaku, ale nie skupiałam się tylko na tym. Ogólnie pozycja pouczająca, ale wymagająca chwili uwagi.

Komu mogę ją polecić? Spodoba się tym, którzy znają się na geografii. To wiedza z zupełnie innej strony. Wszyscy, którzy interesują się ezoteryką będą na pewno zadowoleni.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Agnieszka
Data:
Po dziesięciu latach pracy na stacji benzynowej Dan Krokos mógł skończyć studia i zacząć pisać. Jego debiut to wydana w Polsce w 2013 roku powieść „Obca pamięć”. Książkę opublikowało wydawnictwo Drageus.

Miranda budzi się w kompletnie obcym mieście. Nie wie ani jak się tu znalazła, ani kim jest. Pamięta jedynie jak się nazywa. Niestety, gdy próbuje uzyskać pomoc od policjanta w centrum handlowym wybucha panika i wszyscy uciekają. Pomaga jej obserwujący ją chłopak. Musi mu zaufać. Peter, bo tak ma na imię, zaprowadza ją do domu, gdzie Miranda dowiaduje się, że jest Różą – osobą, która została stworzona do siania paniki w tłumie. Wraz z trójką przyjaciół zostali wychowani jako przyszłe maszyny do zabijania. Okazuje się jednak, że nie są oni jedynymi Różami. Niestety, drugi zespół jest całkiem inny – tamci chcą wykonać swoje zadanie i zabić setki osób. Miranda wraz z przyjaciółmi musi zapobiec rozlewowi krwi i dowiedzieć się, kim naprawdę jest i po co właściwie została stworzona.

Książka to świetny przykład fantastyki. To istny powiew świeżości w książkach młodzieżowych. Nie ma tu wampirów, ani czarów – są za to ludzie i Róże. Róże mają dar, ale nie są ludźmi. Są wyhodowani jak kwiaty. I są niebezpieczni. By móc używać swej mocy muszą przyjmować leki na pamięć. A gdy w końcu wyzwalają swoją energię w otoczeniu unosi się zapach kwiatów.

Bohaterowie są dobrze skonstruowani. Miranda to silna dziewczyn, jednak niekiedy drażniło mnie, że się rozklejała w najmniej spodziewanym momencie. Bardziej pasowało mi to do jej przyjaciółki, Olive. Nie tak powinna zachowywać się maszyna do zabijania. Chłopcy – Peter i Noah – to kompletne przeciwieństwa. Pierwszy jest dojrzałym przywódca, drugi – zakochanym idealistą.

Język powieści jest prosty, dialogi świetne, a narracja pierwszoosobowa to strzał w dziesiątkę. Mimo, że Miranda ma dar, jest też nastolatką – ma problemy z chłopakiem, martwi się o przyjaciółkę i ma rozterki sercowe. Ma też uczucia – boi się, złości i rozczula. Bardzo wielkim zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że narracja jest pisana w czasie teraźniejszym. Zabieg jak najbardziej udany, gdyż miałam wrażenie, że śledzę Mirandę na każdym jej kroku, a to co czytam, dzieje się gdzieś teraz, obok mnie.

Tylko czasem miałam problem za nadążeniem za akcją, która jest wartka. Opisy pojawienia się Róż są rozbudowane i często musiałam na chwilę przerwać, by zrozumieć o co chodzi. Nie mniej jest to logiczne i po skończeniu książki wszystko wydaje się być jasne i oczywiste.

Plusy to zdecydowanie dobrze wykreowany świat. Podoba mi się, że jest to coś nowego, nie powiela schematów. To nowy wymiar fantastyki, który należy docenić.

Minusy? Nie znam. Akcja jest wartka, postaci świetne, wątki poboczne interesujące. Błędy? Tak, są. Dwa. Raz zjedzona litera, dwa – brak kropki. To wszystko, co znalazłam. Mogę zarzucić jedno książce – brakuje mi niekiedy wyjaśnienia, kto właśnie się wypowiada.

Książka wciąga od pierwszej strony. Gdy zaczęłam współpracę z wydawnictwem znalazłam na ich stronie zdanie - Nie możesz się doczekać, żeby przekręcić kartkę? – pomyślałam, że to niemożliwe, by książka aż tak pochłaniała. A potem wzięłam do ręki „Obcą pamięć” i… przepadłam. Faktycznie śledziłam zdania tak szybko, by móc przekręcić kartkę.

Komu polecam? Wielbicielom fantastyki. Spodoba wam się to nowe spojrzenie na temat. Również tym, którzy szukają czegoś innego, nowego. Książka jest dowodem na to, że debiut może być udany. Jest też przykładem, jak w gatunku obecnie bardzo popularnym znaleźć lukę i ją wypełnić czymś całkowicie odmiennym. Bardzo dobra pozycja.
Czy ta recenzja była przydatna?

Dynastia

Ocena:
Autor: Agnieszka
Data:
Anne Gracie jest znaną autorką powieści historycznych. Tym razem postanowiła sięgnąć do czasów osiemnastowiecznej Anglii. W ten sposób powstała książka „Dynastia Tudorów”, wydana przez Harlequin w 2013 roku.

Książka opowiada historię króla Henryka – młodego, przystojnego i niezaspokojonego seksualnie władcy Anglii. Jego żona, Katarzyna, nie może mu dać upragnionego syna. Król pociesza się zatem licznymi kochankami, aż nagle poznaje piękną i inteligentną Annę Boleyn. Kobieta wpada mu od razu w oko, a Henryk zakochuje się w niej do tego stopnia, że postanawia rozwieść się z żoną. Sprawę ma załatwić jego zaufany doradca, kardynał Woolsey. Nie jest to jednak proste – papież nie widzi powodu, dla którego małżeństwo miałoby zostać uznane za nieważne, a inni władcy nie popierają królewskiego kaprysu. Do tego ciągłe zawirowania polityczne, żądza seksualna i niezadowolenie z postępowania króla komplikują sytuację. Czy Henryk dopnie swego?

Książka powstała na podstawie scenariusza do serialu o tym samym tytle. Autorka nie kryje się jednak z tym faktem – okładka przedstawia serialową parę, a pod tytułem znajdziemy informację na ten temat. Niestety, jeśli ktoś tak jak ja oglądał ten serial, podczas czytania zda sobie sprawę, że wiele dialogów jest żywcem przeniesionych z ekranu, a sceny są niemal identyczne. Co prawda spodziewałam się 100% przeniesienia, a jednak zawiodłam się. I to miło się zawiodłam. Są w książce bowiem fragmenty, których w serialu nie ma – chodzi mi głównie o myśli i uczucia bohaterów.

Treść została podzielona na kilka części, które nie są graficznie oddzielone od siebie. Nie zawsze jesteśmy z Henrykiem. Tak jak w serialu akcja przenosi się w różne części państwa, a nawet Europy. To wielki plus, bo możemy dowiedzieć się o tym, co dzieje się w osiemnastowiecznej Europie.

Minus to zdecydowanie paginacja. Początkowo myślałam, że to tak krótkie są rozdziały, potem okazało się, że numery stron umieszczono na górze, w dość dużym odstępie od brzegu kartki. Dodatkowo znalazłam kilka błędów korektorskich – brakujące kropki, nieoddzielone akapity… Mimo wszystko książka jest dość dobrze napisana, chociaż brakowało mi niekiedy opisów wyglądu postaci. Henryk w serialu był, moim zdaniem, mega przystojny. W książce wspomina się nieco o jego budowie fizycznej, ale czułam niedosyt.

Plus to przypisy z Biblii. Jest ich niedużo, ale zostały odpowiednio wyszczegółowione w tekście. No i piękna okładka ze skrzydełkami, na których znajdziemy interesujące informacje.

Język nie jest udziwniony. Jest dość współczesny, czasem tylko pojawiają się wtrącenia z innych języków, które jednak są tłumaczone w treści dialogów. Bardzo przyjemne robi to wrażenie.

Komu mogę polecić książkę? Powiem szczerze – trudno mi powiedzieć obiektywnie. Jestem wielką fanką serialu, dlatego ci co go oglądali na pewno po nią sięgną, nie muszę ich zachęcać. Zachęcam jednak tych, którzy nie widzieli. Książka to alternatywa, jeśli nie możecie zobaczyć ekranowej wersji. Poza tym to bardzo przyjemna historia o miłości, namiętności, władzy i problemach z jakimi boryka się król, który tak naprawdę nie jest idealny, ma zwykłe, ludzkie oblicze, a nie boskie jak sam siebie starał przekonać Henryk. Poza tym jest tu wachlarz postaci, z których każda jest inna i pragnie czego innego. Przyjemnie czyta się o tak różnych charakterach. Gorąco polecam – przymknijcie tylko oko na drobne niedoskonałości.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Agnieszka
Data:
Holly Webb dała się poznać szerokiej publiczności dzięki publikacjom książek dla dzieci. Jej seria o zwierzątkach bije rekordy popularności wśród najmłodszych czytelników. Jedną z pozycji, wydaną w 2013 roku przez Zieloną Sowę, jest „Fred się zgubił”.
Renia ma urodziny. Z tej okazji najbliżsi sprawiają jej ogromną niespodziankę – dziewczynka dostaje psiaka, którego kocha od pierwszego wejrzenia. Fred to bojowy szczeniak – szczeka na większe psy, wszędzie go pełno i wszystko go interesuje. Kocha swoją nową panią, ale nie może zrozumieć, czemu poświęca czas też innym. Pewnego dnia na spacerze siostra Renii ma wypadek, a pieskowi nie podoba się jej płacz. Korzystając z okazji, postanawia udać się w dalszą drogę sam. Goniąc wiewiórkę błądzi w lesie. Dziewczynka jest zrozpaczona. Piesek również ma mieszane odczucia co do nowej sytuacji. Na szczęście przygarnia go Jacek, który zgłasza ten fakt w schronisku. Dzięki temu Renia odnajduje swojego czworonożnego przyjaciela.
Książka jest napisana prostym językiem. Największa jej zaletą jest duża czcionka, która ułatwia maluchom czytanie. Poza tym znajduje się w niej wiele obrazków, które wzbogacają historię.
Przygoda Freda daje do myślenia – pokazuje siłę przywiązania, przyjaźni i upór dziewczynki, która zdaje sobie sprawę, że jest odpowiedzialna na psa. Ale nie tylko relacje ze zwierzątkiem są tu ważne – Renia pokazuje też, że jest czułą siostrą, dobrą córką i uczynnym człowiekiem, który potrafi zerwać się o świcie i wyruszyć na poszukiwanie zagubionego czworonoga. Sam Fred jest ciekawie przedstawiony – możemy przeczytać o tym jak się czuje, co myśli. Interesujące spojrzenie na psa.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Agnieszka
Data:
Agata Pruchniewska to aktorka, która pracuje w biurze. Swoje doświadczenie postanowiła zawrzeć w książce, którą w 2014 roku wydało wydawnictwo SOL. Powieść nosi tytuł „I dobry Bóg stworzył aktorkę”.
Dorotka od dziecka wiedziała, że chce zostać aktorką. Kilka razy starała się dostać na studia o tym profilu, jednak jej nie wyszło. Dopiero po konkursie, w którym wygrała miejsce w prywatnym Studiu dla aktorów, zdecydowała się dalej próbować. Znajomi namówili ją do spróbowania swoich sił w egzaminach do Słynnej Szkoły. W międzyczasie grała drobną rolę kury oraz zachwalała opony. Po serii trudnych egzaminów, do których Dorotka się nawet nie przygotowała, bo nie wierzyła w swoje powodzenie, została przyjęta do Słynnej Szkoły. Spędziła tam świetny czas, wystawiła nawet na własną rękę przedstawienie z kolegami. Uczelnia nie była przekonana co do niego, ale po premierze okazało się, że sztuka była świetna. Dorotka grała też u Wielkiego Reżysera i Sławnego Aktora. Miała talent, nawet ją nagrodzono. Podczas studiów poznała także swojego Księcia z Bajki, który również był aktorem, uczącym się rok niżej. Co roku zabierał Dorotkę do swojej rodzinnej wsi, gdzie na włościach Dorotka była ciągle poniżana, choć Książę tego tak nie widział – twierdził, że to drobne uszczypliwości, które mają sprawić, że dziewczyna zaprzyjaźni się z jego liczną rodziną. Po skończonych studiach Dorotka grała w teatrze, serialach, reklamach… Jednak jej kariera tak naprawdę stała w miejscu.
Narratorem w powieści jest Bóg. Czasem jest ironiczny, zabawny, zaskoczony, a czasem informuje o tym, że umyślnie coś sprawił, by Dorotka mogła dostać jakąś rolę lub wziąć w czymś udział. Na początku dość często ujawnia swoją obecność, czasem nawet opowiada o tym, że nie zgadza się ze stwierdzeniami ludzi dotyczącymi jego osoby. Przez większość tekstu opowiada o Dorotce, jednak raz (chyba tylko ten jeden raz) odszedł od tego schematu, by opowiedzieć o koledze dziewczyny, który robił coś, co miało bliski związek z nią i jej przeszłością.
Język jest plastyczny, bardzo ładny. Strzałem w dziesiątkę jest dla mnie zastosowanie określeń, zamiast imion i nazwisk niektórych osób – jak Wielki Reżyser, Słynny Aktor, Trener, Gwiazda. Nie były to jednorazowe sytuacje, w których Dorotka opisywała swoich profesorów czy współpracowników. Były one użyte jako imiona i nazwiska tych właśnie osób. Nawet zwracano się do nich „pan Słynny Aktor”. Pojawiały się oczywiście też zwykłe imiona i nazwiska.
Książka opowiada o tym, jak młoda dziewczyna stara się być aktorką. Studia nie wystarczą, talent także – zmaga się z brakiem propozycji, z graniem dziwnych ról i z ignorancją ludzi z produkcji. Wiele razy zostaje poproszona o przyjechanie na jakiś plan, a potem okazuje się, że jej nie potrzebują. Czasem wygrywa jakiś casting, ale telefon milczy, jej rola zostaje przekazana innej aktorce. Nie tylko ona ma takie problemy – wielu zdolnych, ambitnych i przystojnych kolegów oraz pięknych koleżanek także się z tym zmaga. Wielu musi zrezygnować z aktorstwa, by mieć za co kupić chleb – pracują poza branżą.
Dorotka jest ciekawą postacią. To ambitna, ale niewierząca w siebie dziewczyna, która tkwi w związku z Księciem-artystom, którego rodziny nie lubi, a on sam także działa jej na nerwy. Ich związek polega na tym, że wszystko musi być tak, jak on chce. Dorotka nie może mieć nawet własnego zdania – to znaczy może, ale nie powinna go przedstawiać. Młoda aktorka stresuje się przed wystąpieniami, ale jest uparta i wygadana, często nie trzyma języka za zębami, co potem prowadzi do myśli, które czyta się z przyjemnością i lekkim rozbawieniem.
Muszę napisać coś na temat grafiki – w książce nie znajdziemy zbędnych ozdobników. Czcionka jest odpowiednia – ani za duża, ani za mała. Do oddzielenia treści użyto małych masek – komedii i tragedii. Są naprawdę niewielkie, ale urocze. To jedyna ozdoba, jaką znalazłam.
Ogólnie książka podobała mi się bardzo. Bóg jako narrator jest świetny, Dorotka to fajna kobieta, chociaż pod koniec powieści nieco mnie denerwowała – ale jej zachowanie zrzuciłam na barki Księcia, który wmówił jej, że jest beznadziejna, a ona w to uwierzyła. Czasem miałam wrażenie, że Dorotka jest trzpiotką. Czasem zachowywała się jak mała dziewczynka, która mówi, co jej ślina na język przyniesie i przez wszystkich nazywana jest „Dorotką” (tylko kilka osób zwracało się do niej bez zdrobnienia). Jednak ta bohaterka bardzo mi się podobała. Za to jej chłopak – szkoda gadać! Autorka świetnie wykreowała postać Księcia i jego rodziny, ale okazało się, że są to typy, z którymi nie chciałabym mieć nic do czynienia.
Polecam tym, którzy chcą spędzić miło czas podczas czytania książki. To zabawna, interesująca pozycja. Pokazuje świat aktorów, który wcale nie jest taki kolorowy, jak wielu się zdaje. Na pewno będziecie się świetnie bawić, czytając historię Dorotki, którą opisuje naprawdę wszechwiedzący (choć nie do końca, jego też bohaterka potrafiła zaskoczyć) narrator – Bóg. Zachęcam.
Czy ta recenzja była przydatna?