Koszyk 0

Profil recenzenta:
Marta Tadych

Recenzje użytkownika

Autor: Marta
Data:
Czas Żniw jest książką dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach. Przekonałam się o tym już po pobieżnym przejrzeniu jej zawartości. Na początku książki znajdziemy ogromny, rozbudowany schemat, będący klasyfikacją jasnowidzów, jakich spotkać możemy na kartach powieści. Na kolejnej stronie znajduje się mapka Szeolu I, do którego trafiła Paige. Z kolei z tyłu książki znajdziemy między innymi słowniczek pojęć. Jest to naprawdę bardzo pomocna rzecz, pozwoliła mi połapać się we wszystkich stworzonych przez autorkę terminach. Poza słowniczkiem, znajduje się tam również lista piosenek, które stanowią muzyczne tło pewnych scen, wraz z ich wykonawcami oraz krótkie notki biograficzne dotyczące postaci historycznych wspomnianych w tekście. Swoją cegiełkę dołożyła także tłumaczka, która w krótkiej notatce wyjaśnia, dlaczego dane nazwy przetłumaczyła tak, a nie inaczej.

Polecam, by podczas lektury posiłkować się załączonych słowniczkiem. Dzięki temu naprawdę łatwo zrozumieć przedstawiony przez Samanthę Shannon świat. Autorka często pewnych mniej znaczących nazw nie tłumaczy w tekście i od samego początku rzuca czytelnika na głęboką wodę. Czytając pierwszy rozdział, czułam się zdezorientowana. Zadawałam sobie pytanie "o co tutaj chodzi?". Potem jednak zrozumiałam, że muszę na początku zaglądać do słowniczka, by móc zatopić się w dalszej lekturze i bez problemu śledzić akcję powieści. Kiedy już wgryzłam się w fabułę, książka wciągnęła mnie tak bardzo, że nie mogłam przestać o niej myśleć, kiedy musiałam przerywać czytanie. Akcja powieści nie pozwala się nudzić, a autorka udowadnia, że jej wyobraźnia podsuwa niewyczerpane pomysły na to, jak zręcznie ją poprowadzić. Czytając, śledzimy nie tylko wydarzenia rozgrywające się w teraźniejszości. Paige często wraca we wspomnieniach do chwil, kiedy zaczęła dostrzegać, że jest inna, oraz gdy trafiła pod skrzydła Jaxona Halla. Wspomnienia te świetnie uzupełniają treść książki.

Świat Samanthy Shannon jest niezwykle interesujący i przemyślany. Pomysł, by fabuła powieści opierała się o jasnowidzów oraz ich kontakty z zaświatami jest powiewem świeżości. Nie czytałam jeszcze książki o takiej tematyce. Bardzo przypadł mi do gustu pomysł stworzenia ras, które przybyły do ludzkiego wymiaru z zaświatów. Jedna bardziej przerażająca od drugiej, obydwie bardzo tajemnicze. Świat, jaki opisuje autorka, jest brutalny i bezlitosny. Jego opisy są bardzo obrazowe, pozwalają bez problemu wyobrazić sobie warunki, w jakich w Szeolu I żyją jasnowidze różnych grup, oraz to, z czym muszą się zmagać.

Bardzo spodobali mi się stworzeni przez autorkę bohaterowie. Każdy z nich, choćby był postacią poboczną, ma swój niepowtarzalny styl bycia i charakter. Surowy świat, w jakim żyją, sprawia, że wiele spośród postaci trudno zakwalifikować jako bezwzględnie złe lub dobre. Najbardziej zżyłam się z Paige oraz Arcturusem. Główna bohaterka jest postacią, która nigdy się nie poddaje, stara się pomóc ludziom w potrzebie i nie daje sobie dmuchać w kaszę. Postać Naczelnika skradła moje serce swoim człowieczeństwem. Chociaż jest przedstawicielem Refaitów, nie jest bezwzględny, jak większość z nich. Ta dwójka bohaterów, mimo kolosalnych różnic ich dzielących, uczy się wzajemnego zaufania.

Samantha Shannon nie tylko wprowadza czytelnika w okrutny świat z przyszłości, gdzie jasnowidze codziennie muszą walczyć o przetrwanie. Społeczność jasnowidzów przez innych ludzi uznawana jest za odmieńców, których należy się pozbyć. Refaici z kolei traktują ich gorzej niż zwierzęta. Tematyka powieści porusza kwestię dyskryminacji ze względu na wrodzoną inność. Autorka, poprzez postać Naczelnika, zwraca również uwagę na to, iż to nie fakt, kim się urodziliśmy, czyni nas tym, kim jesteśmy. To nasze wybory nas kształtują.

Czas Żniw jest debiutem Samanthy Shannon, a cykl, który on otwiera, liczył będzie siedem tomów. Już teraz mogę stwierdzić, że z niecierpliwością będę oczekiwała na powstanie kolejnych części serii.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Marta
Data:
Często zdarza mi się zaryzykować i kupić dwa lub nawet trzy tomy jednej serii, mimo iż z danym autorem nie miałam jeszcze żadnej styczności. O Rywalkach słyszałam sporo - że jest przewidywalna, słodka i przeznaczona raczej dla nastoletniego czytelnika. Chciałam zapoznać się z treścią, ale tym razem wolałam nie ryzykować i zacząć od jednej książki. Mimo iż nastoletnie czasy mam za sobą, w jakiś sposób historia Ami mnie zaciekawiła, chociaż początki na to nie wskazywały.

Na gruzach dawnych Stanów Zjednoczonych, po ogromnych zawirowaniach politycznych, powstała monarchia - Illea. W państwie tym istnieje podział klasowy - rodzina królewska stanowi Jedynki, najniższą klasą są Ósemki. Kiedy następca tronu osiąga odpowiedni wiek, przeprowadzane są Eliminacje. Jest to swego rodzaju konkurs, w którym spośród 35 dziewcząt, przedstawicielek wszystkich prowincji różnych klas, wybierana jest małżonka dla księcia.
America jest przedstawicielką Piątek - kasty artystów. Rodzina upatruje w jej udziale w Eliminacjach swoją szansę na lepszy byt. Dziewczyna natomiast marzy o innej przyszłości. Jest zakochana w Aspenie, który, na ich nieszczęście, należy do Szóstek. Mimo iż tego szczerze nie chce, dla świętego spokoju zgłasza swój udział w konkursie i, jak łatwo przewidzieć, zostaje jedną z kandydatek w wyścigu do korony. Jak poradzi sobie w świecie przepychu, otoczona przez rywalki, które za wszelką cenę chcą wygrać? Jaki okaże się książę Maxon? Co stanie się z jej związkiem z Aspenem? Odpowiedzi znajdziecie w książce.

Jak wspomniałam, początek z Rywalkami był trudny. Pierwsze 3-4 rozdziały były do bólu przewidywalne i niespecjalnie ciągnęło mnie do dalszej lektury. Książka leżała rozpoczęta i sądziłam, że na pierwszym tomie zakończy się moja przygoda z Selekcją. Nie poddałam się jednak tak szybko i kiedy w końcu zabrałam się za dalszą lekturę, przeczytałam ją jednym ciągiem.

Zarzuty, o jakich wspomniałam we wstępie, mogę po lekturze powieści potwierdzić. Wiele rzeczy podczas czytania można bez problemu przewidzieć, a sama opowieść jest momentami uroczo słodka, idealna dla nastoletniej czytelniczki. Czy jednak są to wady Rywalek? Niekoniecznie. Taka lekka w odbiorze powieść, po lekturze niezwykle dopracowanego Czasu Żniw, okazała się miłą odmianą i mimo wszystko do mnie trafiła.

Świat, w jaki czytelnika wprowadza Kiera Cass, jest dosyć ciekawy. Z jednej strony są niższe klasy, które zmagać muszą się z ogromnymi trudnościami - biedą, głodem, niepewnością jutra. Awans klasowy, poza małżeństwem z przedstawicielem wyższej kasty, jest prawie niemożliwy. Z drugiej strony są klasy, które żyją w dostatku i niczego nie brakuje im w życiu. Dla kandydatek, które wywodzą się z biedoty, Eliminacje to przede wszystkim szansa na awans społeczny. Dla przedstawicielek bogatszych warstw - prestiż, o który warto zawalczyć niekoniecznie czystymi metodami. W pałacu wszystkie kandydatki trafiają do świata ze snów - wykwintne posiłki, dworska etykieta, przecudowne stroje, własna służba. Autorka bardzo podkreśla różnice, jakie dzielą uczestniczki Eliminacji i pałacową elitę. Sądziłam, że na tym przede wszystkim będzie opierała się powieść. Kiera Cass trochę jednak mnie zaskoczyła, wplatając w pałacowe życie kilka niebezpiecznych sytuacji.

W wyścigu o koronę udział bierze 35 dziewczyn. To ogromne pole do popisu w tworzeniu ich charakterów. Wśród kandydatek są takie, które marzą o wielkiej miłości rodem z bajki o Kopciuszku, są także i takie, które mimo zakazu stosowania nieczystych zagrywek, znajdą sposób, by podstępem wyeliminować konkurencję. Bardzo schematyczne posunięcie, jednak w takiej historii trudno uniknąć tego schematu.

Narracja w książce prowadzona jest z punktu widzenia Ami. Dziewczyna jest początkowo bardzo sceptycznie nastawiona do księcia Maxona. Ma go za wyniosłego i sztywnego nudziarza. Jak łatwo się domyślić, jej opinia szybko zostaje zweryfikowana. Maxon okazuje się być sympatycznym i rozsądnym młodzieńcem, który ma zadatki na bycie świetnym królem. Mimo iż jego życie wydaje się Americe być idealnym, dziewczyna dostrzega, że dorastanie pod kloszem pozbawiło go wielu rzeczy. Sama bohaterka wyróżnia się na tle innych kandydatek. Jest wygadana i przede wszystkim naturalna, co stanowi jej ogromny atut.
America, wyruszając do pałacu, ma jeden cel i nie jest nim zwycięstwo. Jednak im lepiej poznaje Maxona, tym trudniej wytrwać jej w postanowieniu, że nie zależy jej na byciu księżniczką. Jak to często bywa w młodzieżówkach, również fabuła Rywalek opiera się na trójkącie miłosnym. Chociaż sądziłam, że bohaterka powoli zapomni o Aspenie, autorka, tym też mnie zaskoczyła, na to jej nie pozwoli.

Widziałam opisy poszczególnych części Selekcji, więc wiem mniej więcej, jakie będzie zakończenie tej historii. Nie oznacza to jednak, że wiem, jak do tego zakończenia dojdzie i dlatego właśnie sięgnę po kolejne tomy. Książki Kiery Cass zdecydowanie przeznaczone są dla młodszego czytelnika, ale mimo wszystko mają w sobie coś, co sprawia, że chcę się z nimi zapoznać. Lubię czasem sięgnąć po taką opowieść, gdzie odnajdę lekką i słodką historię miłosną. Takie właśnie są Rywalki.

Na koniec, nie mogę nie wspomnieć o okładce. Książki z tej serii mają naprawdę prześliczne okładki. Przepiękna kolorystyka, przyciągająca wzrok kreacja modelki. Okładka jest również cudowna w dotyku - całość aksamitna, a napisy błyszczące. Uwielbiam takie oprawy książek.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Marta
Data:
Książka Ransoma Riggsa przyciągnęła moją uwagę przede wszystkim swoją okładką. W bardzo starych zdjęciach zwykle jest coś niepokojącego. Może to świadomość, że osoby na nich widniejące często już nie żyją? A może to fakt, że ich twarze zastygły w śmiertelnie poważnych minach? Sięgając po Osobliwy dom pani Peregrine, sądziłam, że otrzymam opowieść, która przyprawi mnie o dreszcze. Dostałam coś innego, ale nie jestem z tego powodu rozczarowana. Wręcz przeciwnie.

Pierwszą rzeczą, o jakiej po prostu trzeba powiedzieć, jest fakt, jak książka została wydana. Twarda oprawa, białe grube kartki, ozdobniki przy numeracji stron oraz ozdobne strony rozpoczynające każdy nowy rozdział - to wszystko nadaje charakteru i klasy. W książce znajdują się strony ze zdjęciami, które wyglądają jak żywcem wyjęte ze starych albumów. Same zdjęcia tworzą podczas czytania niepowtarzalny klimat. Dzięki nim odczuwałam w pewnych momentach lektury pewien niepokój.

Zarówno opis, jak i wygląd książki, są lekko mylące. Okładka obiecuje thriller dla młodzieży, który przyprawi o dreszcze. Owszem, do pewnego stopnia jest to thriller dla młodzieży, jednak opowieść zmieniła swój charakter, zanim jeszcze mogłam te dreszcze poczuć. Można śmiało stwierdzić, że mamy do czynienia raczej z fantastyką, niż z thrillerem. Osobliwy dom pani Peregrine czytało mi się dobrze, jednak książka naprawdę mocno wciągnęła mnie od około 150 strony, kiedy to Ransom Riggs totalnie mnie zaskoczył tym, jak poprowadził fabułę. Od tego momentu wręcz nie mogłam oderwać się od książki, a gdy musiałam przerwać lekturę, nie przestawałam myśleć o tym, co dalej spotka Jacoba. Oczywiście, nie mogę zdradzić, czym mnie autor tak bardzo zaskoczył, bo zepsułabym Wam całą radość z czytania. Ja w każdym razie byłam z takiego rozwoju wypadków bardzo zadowolona.


Trudno pisać o książce, kiedy nie chce się zdradzić bardzo ważnej jej części, w której w zasadzie rozgrywa się większość akcji. Ransom Riggs mnie oczarował. Nie czuję złości z tego powodu, że otrzymałam co innego, niż można było wywnioskować na początku. Dla mnie to w tym przypadku nawet zaleta.

Mimo iż Osobliwy dom pani Peregrine nie przyprawił mnie o gęsią skórkę, to jednak nie można powiedzieć, że nie jest on powieścią klimatyczną. Ransom Riggs stworzył bardzo ciekawe postacie - osobliwe dzieci są naprawdę interesujące i niezwykłe, a atmosferę odciętej od świata wyspy, na której umieścił sierociniec, można wręcz poczuć na własnej skórze. Autor przenosi czytelnika w fantastyczny świat, pełen tajemnic, zwrotów akcji i niezwykłych zdarzeń. Dodatkowym smaczkiem dla polskiego czytelnika może być fakt, iż dziadek Portman ma polskie korzenie.

Osobliwy dom pani Peregrine zdecydowanie nie jest powieścią grozy i bardzo się rozczarujecie, jeśli tego od niej oczekujecie. To wyjątkowa książka, która urzeka pomysłowością autora. Mnie zachwyciła i z całą pewnością sięgnę po kolejną jej część.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Marta
Data:
Akcji promocyjnej powieści Co nas nie zabije, towarzyszyło hasło "książka, na którą czekał cały świat". Przez to do pewnego momentu przekonana byłam, że oto w końcu spadkobiercy Stiega Larssona doszli do porozumienia z jego partnerką i ktoś dokończył jego nieukończone dzieło, o którym co jakiś czas ukazywały się pogłoski. Kiedy jednak zagłębiłam się w ten temat, dotarło do mnie, że byłam w błędzie, a Co nas nie zabije to książka napisana przez Davida Lagercrantza zupełnie od zera.

Gdybym miała określić Co nas nie zabije jednym słowem, byłoby to określenie "nierówna". Przyznać muszę, że dawno tak nie męczyłam się przy czytaniu książki. Momenty, kiedy było ciekawie, przeplatały się ze scenami, podczas których po prostu się nudziłam. Kiedy akcja powieści rozgrywała się wokół Lisbeth, Mikaela czy Augusta, było nawet dobrze, te fragmenty czytało mi się przyjemnie. Nawet sceny z udziałem Bublanskiego były do przełknięcia. Gorzej, gdy akcja przenosiła się do innych postaci - tutaj się wynudziłam. To właśnie te nudnawe fragmenty sprawiały, że czytanie szło mi opornie i nie ciągnęło mnie do lektury.

Trylogię Stiega Larrsona przeczytałam z zapartym tchem. Jego książki są dopracowane w najmniejszych szczegółach, bohaterowie mają skomplikowane charaktery, a budowane powoli napięcie nie pozwala się od nich oderwać. Millennium to wysoko postawiona poprzeczka i to pewne, że jeśli ktoś ośmiela się napisać kontynuację bohaterów Larssona, ma przed sobą diabelnie trudne zadanie. Moim zdaniem to zdanie jednak przerosło Davida Lagercrantza. Owszem, stara się on naśladować styl Larssona, ale pewnych rzeczy po prostu nie da się odtworzyć, choćby nie wiadomo jak się starał.

Nie mogę powiedzieć, że Co nas nie zabije to zła książka. Pomysł był dobry, a najbardziej spodobał mi się wątek autystycznego dziecka, jakim jest August, oraz jego zdolności. Wtrącanie naukowych wywodów na temat autyzmu i sawantyzmu jak najbardziej przypadło mi do gustu. Nie zmienia to jednak faktu, że czegoś mi w tej książce po prostu brakowało. Najważniejszym elementem, którego autorowi nie udało mu się odtworzyć, są oczywiście główni bohaterowie. Mikael Blomkvist stał się oklapniętym, znudzonym życiem facetem, natomiast Lisabeth straciła ten pazur, który tak bardzo wyróżniał ją wśród bohaterek literackich. O ile jeszcze w kreację Blomkvista mogłabym uwierzyć, o tyle nowego wydania Salander nie kupuję.

Lagercrantz nie potrafi także budować takiego napięcia, jakie było w Millennium. Owszem, znajdziemy tutaj walkę z czasem i przestępcami, jednak w wielu momentach tworzenie napięcia polegało na tym, że jakaś postać ma nagle odczucie, jakby była obserwowana, czy jakby coś złego miało się stać. Kiedy któryś raz z rzędu powtórzony był ten właśnie "zabieg", zaczynało mnie to bawić, bo znane są przykłady innych autorów, którzy w swoich książkach potrafią przyczepić się do jednego zwrotu i w kółko go stosować. Potrzeba czegoś więcej, by utrzymać czytelnika w napięciu.

Zakończenie sugeruje, że autor może mieć plany, by jeszcze dalej pociągnąć kontynuację swojego Millennium. Furtkę zostawił sobie otwartą. Wolałabym jednak, żeby pomysł na fabułę, jaki miał przy Co nas nie zabije, wykorzystał tworząc własną powieść i własnych bohaterów. Jako niezależna opowieść, jego książka mogłaby uniknąć wielu krytycznych uwag czy wręcz oburzenia fanów twórczości Larssona. Pytanie tylko, czy zyskałby wówczas taki rozgłos?

Co nas nie zabije nie jest złym kryminałem, daleko mu jednak do ideału. Tak, to nie jest Larsson i jeśli ktoś sięga po tę powieść, by poznać dalsze losy Mikaela i Lisbeth, by poczuć klimat Millennium, może się rozczarować. Czy ja, po przeczytaniu, czuję rozczarowanie? Częściowo. Pomysł na powieść był dobry, ale nie sądziłam, że tak się będę z nią męczyć.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Marta
Data:
Nieprzekraczalna granica to już moje szóste spotkanie z Colleen Hoover i, jak zwykle, należy ono do udanych. Czy wspominałam już, że uwielbiam tę kobietę i wszystko, co wyszło spod jej pióra?

Layken i Will, mimo młodego wieku, wiele przeszli. Każde w nich wie aż za dobrze, czym jest strata najbliższych. Chociaż życie ich nie rozpieszcza, dzielnie stawiają mu czoła i wzajemnie wspierają się w codziennych zmaganiach. Mogą liczyć nie tylko na siebie nawzajem, ale również na oddanych przyjaciół. Wydaje się, że jakoś poukładali sobie życie i zaczęli przystosowywać się do sytuacji, w jakiej się znaleźli. Sprawy komplikują się jednak, gdy Will spotyka na swojej drodze dawną miłość...

W Pułapce uczuć, czyli pierwszej części trylogii, narrację w książce prowadziła Layken. W Nieprzekraczalnej granicy Colleen Hoover oddaje głos Willowi. To dosyć popularny zabieg u tej autorki. Nie trzyma się jednego punktu widzenia, za co bardzo ją cenię. Zmiana bohatera, któremu towarzyszymy, pozwala nam lepiej poznać jego oraz całą historię.

Pierwsza część zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Zmiażdżyła mnie emocjonalnie, przepłakałam praktycznie połowę książki. Nieprzekraczalna granica nie zapewniła mi tak miażdżących odczuć. Tym razem nie spadła na mnie niespodziewana bomba, przewidziałam większość problemów, jakie Hoover postawiła na drodze bohaterów. Mimo to czytałam z zapartym tchem i nie mogłam się oderwać. Przeżywałam ich rozterki i drżałam o ich losy. Razem z nimi się śmiałam, razem z nimi smuciłam. Nawet trochę się wzruszyłam. Uwielbiam to w książkach Colleen Hoover, że podczas ich lektury, można przeżyć tak wiele różnych emocji.

Bardzo zżyłam się z bohaterami Nieprzekraczanej granicy. Podoba mi się to, że każdy z nich jest inny, ale wspólnie tworzą zgraną rodzinę, w której to nie więzy krwi są najważniejsze, a przyjaźń i miłość. Już w pierwszej części wiele z postaci skradło moje serce - Layken i Will - za ich ogromne uczucie, Kel i Caulder - za ich rezolutność, Gavin i Eddy - za ich wspaniałą przyjaźń. Do grona tych postaci dołączyła Kiersten, która zawładnęła moim sercem, od kiedy tylko się pojawiła. Dzięki niej wiem, co znaczy "motylkować".

Trudno mi ocenić, która z części podobała mi się bardziej. Obydwie czytało mi się niezwykle przyjemnie, jak zresztą każdą z książek Colleen Hoover. Trzecia część trylogii Pułapki uczuć nie została jeszcze wydana w Polsce. Chociaż wiem, że nie zdradza ona zbyt wiele z dalszych losów Layken i Willa, lecz ukazuje życie bohatera, zanim poznał Lake, z chęcią sięgnę również i po nią. Po prostu nie mogłabym jej sobie odpuścić.

Przeczytałam już wszystkie, dostępne na polskim rynku, książki Colleen Hoover. Polecam każdą z nich i wprost nie mogę doczekać się kolejnych. Nietuzinkowi bohaterowie, trudne tematy, wciągająca historia, ciekawe tło opowieści, humor i ogromny ładunek emocjonalny - to styl autorki, którym podbiła moje serce.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Marta
Data:
"Nazywam się Mateusz Rosiński, dzisiaj kończę dwadzieścia dziewięć lat. Jestem człowiekiem."

5 maja 1981 roku na świat przychodzi Mateusz. Jego matka wkrótce potem słyszy druzgocącą diagnozę: czterokończynowe porażenie mózgowe. Lekarze oceniają, że nigdy nie będzie się poruszał i mówił, a jego życie będzie wegetacją. Niesprawne ciało Mateusza skrywa jednak tajemnicę. Jego mózg rozwija się prawidłowo, a chłopak doskonale rozumie, co się do niego mówi. Niezdolny do wyrażenia swoich myśli, żyje w więzieniu własnego ciała, nie tracąc nadziei, że przyjdzie taki dzień, kiedy ktoś w końcu zrozumie, że nie jest rośliną.

Narratorem w książce jest sam Mateusz. To on prowadzi nas w opowieści przez swoje życie. Towarzyszymy mu w przeróżnych, lepszych i gorszych, chwilach. Co najważniejsze, opowieść ta nie jest pozbawiona humoru, mimo iż sam temat do łatwych nie należy.

"Cycki i gwiazdy to dwie najlepsze rzeczy, jakie stworzył Bóg."

Jednym z najtrudniejszych momentów w jego życiu była chwila, kiedy zrozumiał, że nie jest taki, jak inne dzieci. Mimo to obiecał sobie, że się nie podda. Obserwujemy jego dorastanie i relacje z rodziną - matką, która dzielnie o niego walczyła; ojcem, który wydawał się magikiem; bratem, który marzył, by zobaczyć świat; wiecznie zazdrosną o niego siostrą. Jesteśmy świadkami nieustannej walki bystrego umysłu z ułomnym ciałem. Towarzyszymy mu w jego dojrzewaniu i związanymi z tym okresem problemami, jak choćby pierwsza miłość. Jesteśmy w końcu obecni także w jego życiu w ośrodku dla niepełnosprawnych umysłowo, gdzie w końcu mur milczenia zostaje zburzony.

Chce się żyć to cudowna opowieść - wzrusza, bawi i przede wszystkim daje nadzieję. Po przeczytaniu, każdy problem, który często urasta w naszych oczach do rangi tragedii, wydaje się błahy, w porównaniu z życiem w milczeniu. Historia Mateusza daje siłę do zmagań z własnymi przeciwnościami. Zachęca, by się nie poddawać i, jak Mateusz, powtarzać "dobrze jest!".

Polecam gorąco zarówno książkę, jak i film. Jest to jedna z tych historii, o których nigdy nie zapomnicie.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Marta
Data:
Pierwszą rzeczą, o jakiej muszę napisać, jest okładka. O ile jeszcze postać dziewczyny jest nawet ładna, o tyle postać chłopaka bije sztucznością po oczach. Okulary wyglądają jak dorysowane w najgorszym programie graficznym, co niestety ujmuje wiele z uroku, jaki okładka mogła roztaczać. Trochę szkoda, że debiut autorski nie mógł liczyć na lepszą oprawę graficzną. W końcu tym, co pierwsze rzuca się w oczy, jest właśnie okładka. Na tylnym skrzydełku, trzecia z opinii o książce zawiera spoiler i żałuję, że przeczytałam ją, zanim rozpoczęłam książkę, bo przez nią nie było zaskoczenia. Tak więc, jeśli macie lekturę Eperu dopiero przed sobą, nie czytajcie opinii z tylnego skrzydełka.

Zanim sięgnęłam po Eperu, nie sądziłam, że jest to tak opasłe tomisko. Czcionka jednak jest dosyć duża, więc czytało się dobrze. W świecie bohaterów spędziłam 4 dni. Powoli dawkowałam sobie lekturę i nigdzie się nie spieszyłam. Najciekawszą rzeczą, która przykuła moją uwagę, jest motyw Wędrowców. Tematyka wędrówki dusz i reinkarnacji, retrospekcje to coś, co lubię. Ten pomysł bardzo przypadł mi do gustu, a poznawanie świata Wędrowców i reguł w nim panujących, stanowił bardzo ciekawe tło powieści. Żałuję tylko, że było to w dużej mierze tylko tło, bo chciałabym tego więcej. Na pierwszy plan wybił się romans między Anną a Leo. Sam ich związek jest dosyć nierówny. Fazy, gdy coś w moim odczuciu działo się zbyt szybko, jak na tak świeżą znajomość, przeplatają się z okresami, gdy tempo wyraźnie zwalniało i trochę się wlekło. Wiele rzeczy, które mają miejsce w powieści, udało mi się przewidzieć. Nie oznacza to jednak, że książka pozbawiona jest niespodzianek. Te jednak dotyczą przede wszystkim Wędrowców.

Na pochwałę zasługują wykreowane postacie, również te drugoplanowe. Każda z postaci jest inna, mają różne charaktery i każda czym innym może ująć czytelnika. Główni bohaterowie, Anna i Leo, zmieniają się w czasie trwania akcji, a problemy, z jakimi muszą się zmienić, sprawiają, że obydwoje dojrzewają. Dialogi napisane są z humorem i nieraz, czytając, uśmiechnęłam się. Podczas lektury sądziłam, że autorka zrzuci na bohaterów jakieś poważne niebezpieczeństwo, ale na to przyjdzie jeszcze poczekać. Epilog zawiesił akcję w takim momencie, że jestem niezmiernie ciekawa, jak historia potoczy się dalej. Po przeczytaniu mam sporo pytań, na które odpowiedzi, mam nadzieję, znajdę w Habbatum, czyli tomie drugim. Jego premiera zaplanowana jest na przyszły rok.

Eperu to całkiem udany debiut. Marzę o tym, by w kolejnym tomie było napięcie, wartka akcja i więcej Wędrowców. Samej autorce życzę jak najlepiej, bo dobrze się zapowiada.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Marta
Data:
Książka zaczyna się bardzo schematycznie. Bohaterka, ładna, pochodząca z niewielkiej mieściny dziewczyna zaczyna nowy rozdział w swoim życiu, jakim są studia. Pierwszego dnia w campusie wpada na niego, największego przystojniaka na uczelni. Ona - nieśmiała, nigdy nie miała chłopaka. Ona - znany playboy, dziedzic ogromnej fortuny. Czyż to nie brzmi jak początek taniego romansu? Owszem, jednak tanim romansem zdecydowanie nie jest, bowiem każde z nich dźwiga na swoich barkach ogromny ciężar mrocznej tajemnicy. Chociaż uczucie wisi w powietrzu, to nie ono jest jedynym, co ujmuje czytelnika i chwyta za serce.

Utrata to książka poruszająca trudne tematy, jakim są choroba i śmierć bliskich. Rachel Van Dyken wzrusza do łez, ale przekazuje również ogromny pozytywny ładunek, którym chce przepełnić nas nadzieją. Jej książka pełna jest cytatów, którymi warto kierować się w życiu. Autorka zwraca uwagę na to, że na pewne rzeczy po prostu nie mamy wpływu i nie możemy przez to żyć w strachu i zamykać się na życie. Mamy tylko jedną szansę, by wykorzystać swoje życie i trzeba to robić, doceniać to, co się ma, akceptować to, co daje nam los i walczyć, kiedy pojawią się trudności. To naprawdę ważne lekcje.

W Utracie jasnym punktem są bohaterowie. Bardzo się z nimi zżyłam, mimo iż spędziłam w ich towarzystwie zaledwie kilka godzin. Polubiłam nie tylko Westona i Kiersten, którzy dzielnie walczą ze swoimi demonami. Moje serce skradł również Gabe, który pozuje na badboya, ale jest chłopakiem o wielkim sercu.

Narracja książki prowadzona jest zarówno z punktu widzenia Kiersten, jak i Westona. To bardzo popularny zabieg ostatnimi czasy, ale bardzo go lubię. Zawsze stwarza to pełniejszy obraz historii. Króciutkie rozdziały, styl autorki i wciągająca akcja sprawiają, że książkę czyta się bardzo szybko. Ja po prostu nie mogłam się od niej oderwać i przeczytałam ją jednym tchem. Musiałam dowiedzieć się, jak ta historia się skończy.

Rachel Van Dyken zrobiła ze mną to, co wcześniej udawało się najczęściej Colleen Hoover. Czytając Utratę, śmiałam się i płakałam. Ta książka przyniosła mi swoiste katharsis, którego akurat potrzebowałam. Jestem wdzięczna autorce za tę powieść i już nie mogę doczekać się, by sięgnąć po kolejne części Zatraconych.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Marta
Data:
Pierwsza część Selekcji Kiery Cass, choć mocno przewidywalna, była całkiem przyjemną lekturą. Druga część, niestety, już taka przyjemna nie była.

Nadal trwają Eliminacje. Z 35 kandydatek, które przybyły do pałacu, zostało tylko 6. Walka o koronę robi się coraz bardziej poważna, a zadania, jakie stawiane są przed kandydatkami do korony, coraz trudniejsze. America dodatkowo musi zadecydować, czego tak naprawdę chce jej serce. Czy będzie to życie jako przyszła królowa u boku Maxona? A może skromny byt u boku żołnierza, jakim jest Aspen? Jak na jej wybór wpłyną wydarzenia, jakie rozegrają się w pałacu? O tym przeczytacie w Elicie.

Książki z cyklu Selekcja to jedne z najpiękniej wydanych tytułów. Okładki są iście dziewczyńskie, urocze i urzekające. Chociaż okładka Elity podoba mi się z tych trzech najmniej, nadal pozostaje piękna. Na tym jednak moje zachwyty nad książką się kończą.

Lektura Elity nie należała do najprzyjemniejszych, a to za sprawą głównej bohaterki, która zaczęła mnie po prostu wkurzać. Dawno nie miałam ochoty rzucać książką podczas czytania. America w tej części jest totalnie niezdecydowana w kwestii tego, czego chce od życia. Spędzając czas z Maxonem wyobraża sobie wspólną przyszłość i stwierdza, że mogłaby tak żyć, po czym pędzi do Aspena i w jego towarzystwie wyrzuca sobie, że jak mogła zapomnieć o tym, co ją z nim łączy. Nie potrafi zdecydować się, czy chce być księżniczką, ale oburza się, gdy ktoś sugeruje, że się do tego nie nadaje. Ponadto nie potrafi się postawić w sytuacji Maxona, kiedy pewne wydarzenia w pałacu zmuszają go do ukarania winnych zdrady. Długo nie dostrzega szansy na zmianę prawa, jaką daje bycie królem. No i bez przerwy płacze. Niby są sytuacje, kiedy potrafi zawalczyć o kogoś, przeciwstawić się niesprawiedliwości, ale to wszystko gnie wśród jej niezdecydowania. Dawno nie miałam do czynienia z tak rozchwianą emocjonalnie bohaterką, przez co czytanie książki mnie męczyło.

Główna bohaterka i jej zachowanie to jednak nie jedyny element, jaki mi nie pasował. Trójkąt miłosny pomiędzy Americą, Maxonem i Aspenem był po prostu sztuczny. Kiera Cass tym razem mnie nie zachwyciła. Nie potrafiłam uwierzyć ani w uczucia bohaterki do Maxona, ani do Aspena. Autorka nie dała rady nakreślić tych uczuć tak, by czytelnik mógł je poczuć. Cokolwiek America czuje do swoich wybranków, jest to bardzo płytkie.

Podobnie jak w pierwszej części, sporo rzeczy w książce jest do bólu przewidywalnych i aż dziwne, że bohaterka jest tak ślepa, że nie łączy faktów tak szybko. Żeby policzyć zaskoczenia w lekturze, wystarczyłyby mi palce jednej ręki, a i to aż nadto.

Elita jest zdecydowanie słabsza niż Rywalki. Nie sądziłam, że Selekcja zaliczy taki spadek poziomu. Czy sięgnę po kolejny tom? Sięgnę, bo leży na półce i chcę przekonać się, jak ta historia się zakończy. Mam jednak spore obawy, że będzie jeszcze gorzej.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Marta
Data:
Po przeczytaniu Toxic, trudno uniknąć porównywania jej z Utratą. Pierwszy tom trylogii był poruszający, udało mi się przy nim wzruszyć do łez. Drugi tom, chociaż również porusza trudny temat, aż takich emocji we mnie nie wywołał.

Podobnie, jak w Utracie, mamy tutaj lekko schematyczną parę bohaterów. Ona - nieśmiała, skryta, nigdy nie miała chłopaka. On - wytatuowany playboy, który traktuje dziewczyny jak zabawki na jedną noc. Tutaj schematy się kończą. Obydwoje są zakochani w muzyce. On gra, wyrażając muzyką całą swoją duszę, wszystkie nagromadzone emocje. Ona gra dobrze, ale jej muzyce brak charakteru. Jednak nie tylko muzyka jest tym, co ich łączy. Każde z nich wie, jak to jest, kiedy ktoś bliski jest poważnie niepełnosprawny. Rachel Van Dyken nie boi się poruszać trudnych kwestii.

Czytając Utratę, polubiłam Gabe'a za to, jaki był. Nie przypuszczałam, że była to jedna z jego masek, które zakładał, by ukryć przed światem swoje prawdziwe ja. Za fasadą zbudowaną z najgorszych cech i sarkastycznego humoru, krył się człowiek przygnieciony ciężarem poczucia winy, który wybrał najgorszą z możliwych dróg, by zapomnieć o bólu. Jedną z najlepszych stron Toxic jest możliwość bliższego poznania Gabe'a i odkrycia jego sekretów.

Rachel Van Dyken tworzy poruszające historie. Toxic to książka o tym, jak jedna zła decyzja, jedna minuta potrafi odmienić całe życie nasze i osób, które są bliskie naszemu sercu. To książka również o tym, czym jest muzyka i jak ważne są wyrażane w niej emocje.

Utrata zaskoczyła mnie swoim zakończeniem. Toxic, niestety, w wielu miejscach była jednak przewidywalna. Czytało mi się dobrze, ale nie pochłonęłam jej jednym tchem, jak to było w przypadku pierwszego tomu. Rozwój wypadków, zachowanie Saylor, jej związek z Gabe'em oraz samo zakończenie historii - to wszystko w mniejszym lub większym stopniu udało mi się przewidzieć. Przez to tym razem autorce nie udało się wzbudzić we mnie aż tak silnych emocji.

Pierwszy tom serii Zatraceni podobał mi się bardziej. Nie oznacza to jednak, że drugi jest jakoś znacząco gorszy. Jest po prostu inny. Styl autorki, poruszony temat, bohaterowie - to wszystko mi się podobało. Żałuję jedynie, że nie dane mi było tym razem odczuć tego samo, co czułam przy Utracie.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Marta
Data:
"Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" to książka, która znalazła się w mojej biblioteczce z przypadku. Nie planowałam zbytnio, że kiedyś ją nabędę i przeczytam, ale skoro okazało się, że jest w promocji, to czemu nie skorzystać? Powieść Jonasa Jonassona czytało mi się dobrze, jednak jakimś cudem czytanie to szło strasznie wolno. Sama się dziwiłam, bo historia potrafiła mnie miejscami mocno wciągnąć, a jednak przeczytanych stron przybywało w iście żółwim tempie. Nie jest to bynajmniej wina książki, bo nią obarczam chwilową niemoc czytelniczą. ;)

"Pracował jako parobek w rodzinnym gospodarstwie i codziennie dostawał cięgi od ojca, który uważał, że Julius do niczego się nie nadaje. Ale w roku, gdy skończył dwadzieścia pięć lat, najpierw zmarła na raka jego matka, czego Julius żałował, a potem ojciec utopił się w trzęsawisku, próbując uratować jałówkę. Julius żałował także i tego, bo był do jałówki przywiązany."

Historia Allana Larlsona, tytułowego stulatka, podzielona jest na dwie części, które przeplatają się ze sobą. Pierwsza część to teraźniejszość, kiedy stuletni bohater ucieka z domu opieki spod pieczy nielubianej siostry Alice. Drugą częścią jest opowieść o życiu Allana, które było przepełnione niezwykłymi przygodami i obfitowało w niesamowite zbiegi okoliczności. Lepiej czytało mi się tę część dotyczącą teraźniejszości. Chociaż relacja z życia stulatka była równie interesująca, to jednak czasami opisy zawirowań politycznych, jakich świadkiem był Allan, trochę mnie nudziły.

"Dwa lata później matka Allana wykaszlała ducha i poszła do ewentualnego nieba, gdzie był już ojciec. U progu zagrody stanął zaś opryskliwy sprzedawca i oznajmił, że mogła mu chociaż spłacić dług, zanim bez uprzedzenia umarła. Allan miał jednak inne plany niż tuczyć Gustavssona bardziej, niż potrzeba.
- Tę kwestię może pan omówić z matką. Przynieść łopatę?"

Powieść Jonassona przepełniona jest humorem. I to często w jego dosyć czarnym wydaniu. Nieraz wybuchałam śmiechem czy po prostu się uśmiechałam. Sam Allan jest postacią, której nie można nie polubić. Jego neutralność wobec polityki i religii nieraz pozwoliła wyjść mu cało z opresji, a sympatyczne usposobienie i chęć pomagania innym ułatwiały mu nawiązanie wielu niezwykłych przyjaźni. Pomysłowość, jaką wykazał się autor, prowadząc bohatera przez życie, nieraz mnie zadziwiała. Kolejne wydarzenia, jakie miały miejsce w życiu Allana, wzbudzały moją ciekawość o to, jak tym razem bohater sobie poradzi i co wymyśli, by przetrwać. Na jego drodze autor stawiał postaci, które można albo polubić, albo znienawidzić, chociaż sam bohater nienawiści odczuwać nie potrafi. Nie chcę za dużo zdradzać z tego, kogo na swojej drodze spotyka Allan i jakie przygody go spotykają, dlatego na tym skończę. Sami musicie to wszystko odkryć. Gwarantuję, że nie pożałujecie. ;)

"Abstynenci - zdaniem Allana - są zagrożeniem światowego pokoju, ale dobrze ich mieć pod ręką, gdy trzeba kogoś podwieźć."

"Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" to niesamowita mieszanka niezwykłych przygód, absurdalnych sytuacji, wyjątkowego humoru i niepospolitych postaci. A wszystko zakrapiane wódką. ;) Polecam, bo naprawdę trudno znaleźć drugą taką książkę.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Marta
Data:
Żyjemy w czasach, gdzie na naszych oczach dokonuje się niezwykły rozwój technologiczny. Kto np. 20-25 lat temu pomyślałby, że jedno małe urządzenie, jakim jest smartphone, zastąpi nam całą masę innych? Postęp nie omija również książek. Książka, by wyróżniała się spośród innych, musi zapewniać nam nie tylko przyjemność płynącą z lektury. Książka musi zaangażować czytelnika, sprawić, by poczuł się częścią przedstawionego w niej świata. "Endgame" to nie tylko lektura, to także interaktywna rozrywka, która zawiera w sobie zagadki. Autor obiecuje, że kto je rozwiąże, wygra jak najbardziej prawdziwe pieniądze.

Przed dwunastoma tysiącami lat na Ziemię przybyli Oni. Stworzyli dwanaście ludów i nauczyli ich, jak żyć. Obiecali, że wrócą, gdy ludzie przestaną zasługiwać na to, co otrzymali. Nastanie wówczas Endgame.
Na Ziemię spadają meteoryty. To sygnał dla potomków starożytnych ludów. Dwunastu Graczy, szkolonych od najmłodszych lat do zabijania, stawia się na Wezwanie. Wygra ten z nich, który znajdzie i zdobędzie Klucz Ziemi, Klucz Niebios i Klucz Słońca. Zapewni tym samym przetrwanie sobie i swojego ludu. Reszta zginie. Zaczyna się gra, w której nie obowiązują żadne zasady.

"Endgame" to książka, która przyciąga wzrok swoją okładką. Złoty kolor, wytłoczone litery i symbol - na pewno przykułyby Waszą uwagę w księgarni. Wnętrze książki jest równie interesujące. Rozdziały są krótkie, każdy z nich przenosi nas do poszczególnych graczy. Tekst w książce nie jest wyjustowany, co początkowo może dziwić, ale z czasem można się do tego przyzwyczaić. Niektóre ze stron zawierają intrygujące grafiki, które być może stanowią część zagadki dla czytelnika. Na końcu książki znajdziemy listę linków do stron, które mają związek z zagadką. Przewidziano również miejsce na notatki.

Pomysł na książkę jest po prostu świetny. Podoba mi się zarówno treść samej książki, jak i idea nagrodzenia czytelnika, który rozwiąże ukryte na kartach powieści łamigłówki. Widziałam niejeden komentarz o "rzekomej wygranej", widziałam również i głosy o sporej trudności zagadki. Sama chciałam chociaż spróbować ugryźć temat, ale okazało się, że niewiele ponad tydzień temu ktoś rozwiązał zagadkę i podjął nagrodę. Czyli jednak, co wróżyło wielu, nie było w tym grama fałszu. Zdjęcia z tego wydarzenia pojawiły się na stronie endgamegold. Wygrana padła, jednak nic straconego. Autor zaplanował powstanie trzech książek. Każda z nich to inna zagadka, a kolejna startuje już 20 października.

Akcja książki kojarzy mi się z powiedzeniem o filmach Hitchcocka. Co prawda "Endgame" zaczyna nie trzęsienie ziemi, a katastrofy spowodowane przez meteoryty, ale potem napięcie faktycznie nie spada. Poczynania Graczy nieraz mnie zszokowały. By zdobyć Klucz Ziemi, nie cofną się przed niczym. Wzajemne sojusze, eliminowanie przeciwników, zabijanie postronnych, kradzieże - naprawdę nie można się nudzić. Każdy z graczy ma inny sposób na to, jak rozegrać swoje Endgame. Akcja powieści przenosi się pomiędzy nimi, czym daje nam możliwość, by poznać ich - polubić lub znienawidzić. Obserwujemy, jak radzą sobie oni z pozostawionymi im wskazówkami, jakie podejmują kroki, by zdobyć Klucz Niebios. Na pewnych postaciach autor skupił się bardziej, niż na innych. Trudno się dziwić, dwanaście osobowości to naprawdę dużo. Szybko można zyskać swoich faworytów i to im kibicować podczas czytania. Książka odkrywa przed nami nie tylko tajemnice bohaterów. Poznajemy trochę faktów na temat Ludzi Niebios - tych, którzy zgotowali Graczom Endgame. Kim są, skąd przybyli, dlaczego każą ludziom grać? Uczestnicy starają się również na te pytania znaleźć odpowiedzi.

Zakończenie wbiło mnie w fotel. Działo się tak wiele, tyle rzeczy było zaskoczeniem, że po prostu nie mogę doczekać się, by sięgnąć po kolejną część, ponownie zanurzyć się w świecie "Endgame: i przekonać się, jak to wszystko potoczy się dalej.

"Endgame" to naprawdę świetna powieść, która trzyma w napięciu od początku do końca. Jeśli lubicie klimaty science-fiction, zagadki i akcję, która nie zwalnia ani trochę, to ta książka jest dla Was. Polecam!
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Marta
Data:
Wstyd czytało mi się dobrze. Łatwy w odbiorze język, krótkie rozdziały i zmienna narracja, która ukazuje punkt widzenia każdego z dwojga bohaterów - to wszystko sprawia, że książkę czyta się naprawdę szybko. Mogłoby być super, gdyby nie pewne zgrzyty, które sprawiały, że podczas lektury coś mi nie do końca pasowało.

Rachel Van Dyken po raz kolejny zastosowała pewne schematy. Lisa jest piękna, ale przez mroczną przeszłość, która odcisnęła na niej swoje piętno, nie docenia się i brak jej pewności siebie. Tristan jest nieziemsko bogaty, a urodą sprawia, że dziewczynom miękną kolana. Obydwoje skrywają mniej lub bardziej mroczne tajemnice. Mimo bałaganu, jaki panuje w ich wnętrzach, bohaterowie, a szczególnie Tristan, prowadzą życie prawie idealne. Oczywiście, kiedy bohaterka odkrywa, jaki status materialny prezentuje sobą bohater, jak gdyby nigdy nic przechodzi nad tym do porządku dziennego. To przecież takie normalne - spotykać się z milionerem, tych ci dostatek. Niby można to zrozumieć, w końcu Lisa obraca się w takim, a nie innym towarzystwie, ale doprawdy, czy każdy z męskich bohaterów Zatraconych musi przypominać księcia z bajki?

Interesującym wątkiem w powieści mógłby być romans między uczennicą a nauczycielem. Mógłby być, ponieważ nie byłam w stanie uwierzyć w to, że wyjście na jaw tej relacji będzie miało jakiekolwiek surowe konsekwencje dla któregoś z nich. Zabrakło mi w tym realizmu i jakiegoś dreszczyku, bym mogła uwierzyć, że romans Lisy i Tristana jest naprawdę zakazanym owocem.

W powieści, a w szczególności w intrydze, jakiej ofiarą padła Lisa, czasami brakowało mi logiki. Kto zakłada monitoring, by potem nie sprawdzać nagrań? Kto zmienia swoje życie, by poznać prawdę o bliskiej osobie, nie poznawszy wcześniej wszystkich faktów, których dostarczyłaby mu dokładne poznanie podarku od tej osoby? Niewiele rzeczy mnie w książce zaskoczyło. Szybko też odgadłam, kto odpowiada za dręczenie bohaterki. Znając styl Rachel Van Dyken, można łatwo zgadnąć, jaki finał będzie miała cała historia. Przyznać muszę jednak, że nie wszystko udało mi się przewidzieć. Jedno wydarzenie mnie zaskoczyło. Autorka stara się budować napięcie, powoli odkrywając rąbka tajemnicy i ujawniając sekrety bohaterów. Jednak przewidywalność jej poczynań i wspomniane błędy logiczne odebrały trochę przyjemności z lektury.

Podobnie, jak w Utracie i Toxic, także i w tym tomie Van Dyken zwraca uwagę na pewne trudne tematy. We Wstydzie autorka porusza problem znęcania psychicznego, prześladowania i niszczenia komuś życia za pomocą internetu. To najlepsza część tej książki, bo może uświadomić, jakie konsekwencje mogą wyniknąć z takiego zachowania. Ważne, by w dzisiejszych czasach, kiedy jedno nagranie i parę kliknięć potrafi kogoś popchnąć do targnięcia się na własne życie, poruszać takie właśnie tematy. Wstyd to także książka, która zwraca uwagę na temat chorób psychicznych.

Rachel Van Dyken tylko Utratą udało się wzbudzić we mnie silne emocje. Kolejne części Zatraconych nie zrobiły już na mnie takiego wrażenia. Wstyd, owszem, może trochę szokować, jednak przewidywalność i cukierkowość otoczki tej historii odebrały mi część przyjemności, jaka mogłaby płynąć z lektury. Zgrzyty, jakie w książce mi przeszkadzały, nie pozwoliły mi zakochać się w tej historii. Sam pomysł na książkę był dobry, jednak wykonanie mogłoby być odrobinę lepsze.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Marta
Data:
W dzisiejszej recenzji opowiem Wam o kryminale. Nie czytam ich zbyt często, ale nie oznacza to, że ich nie lubię. Świetnie skonstruowany kryminał jest naprawdę przyjemną lekturą. Książka Paula Grossmana "Dzieci gniewu" do takich właśnie należy.

Od samego początku spodobał mi się pomysł Paula Grossmana na tę książkę. Akcja powieści osadzona jest na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku, a główny bohater jest z pochodzenia Żydem. Od razu można domyślić się, że jako postać, która żyje w czasach, kiedy w Niemczech zaczynali powoli do władzy dochodzić naziści, zawsze będzie miał pod górkę, niezależnie od tego, jak świetny jest w swoim fachu i co uczynił dla kraju, w którym przyszło mu żyć. Autor doskonale oddał atmosferę narastającej nienawiści do Żydów i Cyganów, jako winnych wszelkiego zła.

Do gustu przypadł mi również pomysł na fabułę. Sprawa kryminalna jest porażająca. Bardzo obrazowe opisy poczynań Dzieciożercy tworzą klimat rodem z horroru. Chociaż pewnych rzeczy udało mi się domyślić, autor potrafił mnie nieraz zaskoczyć i nieraz przerazić. Tak umiejętnie prowadzi akcję i snuje swoją opowieść, że nie można odmówić jej realizmu. Bardzo okrutnego realizmu. Choć to fikcja literacka, czytając, miałam wrażenie, że człowiek byłby zdolny do tego, by dokonać rzeczy, które z tak wstrząsającą precyzją opisał Grossman.

Bohater książki, Willi Kraus od razu zyskał moją sympatię. Jest to nie tylko świetny policjant, ale również zasłużony żołnierz oraz oddany mąż i ojciec. Pracując nad sprawą kryminalną wykazuje się sprytem i inteligencją, a dojście do prawdy jest dla niego priorytetem. Jego postać zyskuje sympatię czytelnika również poprzez to, co musi znosić z powodu faktu, kim jest. Koledzy z pracy, obce osoby - Willi często musi zmagać się z objawami antysemityzmu. To ważna część książki, bo potrafi uświadomić, jak mogli się wówczas czuć ludzie pochodzenia żydowskiego. Nieważne było to, ile dobra zrobili, to wszystko było niczym dla nazistów. Powieść Grossmana świetnie pokazuje, jak powoli naród ulegał propagandzie nacjonalistycznej, jak odbijało się to na każdej sferze życia Żydów, jak niszczyło wieloletnie przyjaźnie.

"Dzieci gniewu" to naprawdę świetna książka. Od początku czułam, że może mi się spodobać i nie myliłam się. Trzyma w napięciu i nie pozwala się nudzić. Pościgi, tajemnice, makabryczne odkrycia i czas, w którym osadzona jest powieść - to wszystko tworzy niepowtarzalny klimat.

Jeśli lubicie kryminały z historią w tle, to ta książka jest dla Was, możecie brać ją w ciemno. Gwarantuję, że nie będziecie się nudzić, a Paul Grossman zapewni Wam porządną rozrywkę. Polecam!

Marta z bloga Zaczytana Dolina
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Marta
Data:
Gdyby nie fakt, że trzeci tom trylogii Selekcja stoi na mojej półce, mocno zastanawiałabym się, czy po Elicie, która mnie rozczarowała, sięgać po Jedyną. Książki kupuje się nie po to, by zapełnić czymś półki, lecz by je czytać. Wczoraj więc postanowiłam rozprawić się z tą częścią i przeżyłam zaskoczenie.

W pałacu zostały już tylko cztery kandydatki do korony. America zdaje sobie sprawę z tego, że jest obserwowana przez króla, który tylko czeka na to, by pozbyć się jej z Eliminacji. Dziewczyna bierze się w garść i zaczyna wreszcie rozumieć, czego chce od życia. Wraz z Maxonem, chcąc zakończyć krwawe ataki rebeliantów, zaczyna współpracować nad przyszłością kraju. Czemu stawić czoła będzie musiała jeszcze w drodze do celu? Tego dowiecie się z Jedynej.

Pierwszy tom Selekcji był bardzo przewidywalny. Drugi mocno mnie irytował zachowaniem bohaterki, która stała się płaczliwa i rozchwiana emocjonalnie. Nie miałam przez to zbyt wysokich oczekiwań, biorąc do ręki tom trzeci. I chyba właśnie dzięki temu, książka bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Przyznać muszę, że mi się spodobała, o czym najlepiej świadczy fakt, że przeczytałam ją w ciągu kilku godzin. Zdecydowanie jest to najlepszy tom w całej tej trylogii.

Największym pozytywem w Jedynej jest totalna odmiana charakteru bohaterki. America nareszcie wie, kogo pragnie jej serce i jak powinna wyglądać jej przyszłość. Nie ma ani śladu po beksie z Elity. Chociaż zdarzają się pojedyncze sytuacje, w których w poprzednim tomie na pewno by się rozpłakała, teraz nie daje ponieść się rozpaczy. Bohaterka bardzo dojrzewa. Mimo iż nieraz zostaje wystawiona na próbę przez króla, który chce udowodnić jej nieposłuszeństwo, Ami pozostaje wierna swoim przekonaniom. Buntuje się przeciwko wszelkiej niesprawiedliwości, dobro poddanych mając za najważniejsze.

Zmiany zachodzą nie tylko w samej bohaterce. Dojrzewa również Maxon, który nie tylko zyskuje zupełną pewność co do wyboru swojego serca. Książę ma swoją wizję na to, jak powinno zmienić się prawo, by poddanym żyło się lepiej i nikt nie cierpiał głodu. Wizje jego i króla różnią się, a starcie poglądów pokoleń jest nieuniknione.
Również w uczestniczkach Eliminacji zachodzą ogromne zmiany. Między dziewczynami nawiązuje się nić prawdziwej przyjaźni i nawet podstępna Celeste zyskuje inne oblicze.

Finał Eliminacji nie jest zaskoczeniem, bo w zasadzie od samego początku trylogii można przewidzieć, czym się ona zakończy. Jednak zanim w Jedynej do tego finału doszło, autorce udało się kilka razy mnie zaskoczyć. Niektóre z zaskoczeń nie były zbyt przyjemne, wręcz żałowałam, iż pewne z wydarzeń miały miejsce, ale były one w pełni uzasadnione. Kierze Cass udało się nawet mnie troszeczkę wzruszyć, czego osobiście bym się po tej książce zupełnie nie spodziewała. Autorka pozamykała wszystkie wątki i chyba nie ma takiego, którego rozwiązanie byłoby dla mnie wyjątkowo niesatysfakcjonujące.

W moim odczuciu jest to najlepszy tom trylogii. Jedyna nie była dla mnie we wszystkim tak przewidywalna, jak Rywalki, ani nie irytowała mnie jak to było w przypadku Elity. Kolejne części Selekcji nie skupiają się już w całości na Americe i Maxonie. Czy po nie sięgnę? Nie sądzę. Słyszałam wiele opinii, że bohaterka Następczyni jest bardzo irytująca. Nie mam jednak ochoty sprawdzać, czy to prawda. Mnie wystarczy przeczytana trylogia.

Trylogię Selekcja polecam młodszemu odbiorcy. Dorosłemu czytelnikowi może raczej się nie spodobać, chyba że lubi trójkąty miłosne i klimaty bajki o Kopciuszku.

Recenzja pochodzi z mojego bloga: zaczytana-dolina.blogspot.com
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Marta
Data:
Cykl książek o Wiedźminie skończyłam w tym roku. Geralt totalnie skradł moje serce. Dzieło Andrzeja Sapkowskiego jest pozycją absolutnie obowiązkową dla każdego, kto uważa się za miłośnika fantastyki. Na mojej półce na przeczytanie czekał już tylko powstały 2 lata temu tom przygód Białego Wilka - Sezon burz. W końcu przyszła i jego kolej.

Do nowego tomu przygód Geralta wielu fanów sagi podeszło dosyć krytycznie. Widziałam wiele opinii, że to już nie to samo. Już w trakcie lektury mogłam zrozumieć, skąd takie zdania. Przede wszystkim akcja książki osadzona jest w czasie poprzedzającym wydarzenia opisane w jednym z opowiadań, kiedy to wielu postaci lubianych z sagi, Geralt jeszcze po prostu nie zna. Brak ich, a dobrze znanych bohaterów jest zaledwie troje, z czego jedna z nich częściej jest po prostu wymieniana z imienia, niż rzeczywiście się pojawia w książce. Trochę trudno odnaleźć się w sytuacji, kiedy to Wiedźmin nie goni za przeznaczeniem i Ciri, a poszukuje skradzionych mu mieczy, po drodze wikłając się w różne dziwne wydarzenia. Pod tym względem rzeczywiście uznać można, że klimatu z sagi jest niewiele. Niby te same krainy, niby ten sam bohater, a jednak jest inaczej. Sądzę jednak, że trudno oczekiwać, by klimat był identyczny jak ten z sagi. W końcu Sapkowski pozamykał wątki z niej i próżno oczekiwać, by mógł po latach do nich wrócić.

Mnie Sezon burz się podobał. Jest to kolejna z książek, w której mogę poczytać o przygodach ulubionego pogromcy potworów. Nawet mimo innego od sagi klimatu, cieszyłam się, że mogę przeżyć jeszcze jedną przygodę z Wiedźminem i ponownie zawitać do jego świata. Chociaż wątki, jakie pojawiają się w powieści, były różne - jedne bardziej ciekawe, drugie trochę mniej, czytało mi się dobrze i z przyjemnością. Uwielbiam styl Andrzeja Sapkowskiego - język, jakim się posługuje i humor, jaki wplata w swoją opowieść. Nieraz udało mi się wybuchnąć śmiechem, kiedy czytałam dialogi między postaciami czy opisy zabawnych sytuacji. Chociaż akcja książki ma różne tempo, nie brakuje w niej scen pojedynków, w których pozbawiony swojego oręża Geralt, w często bardzo pomysłowy sposób, stawia czoła przeciwnikom.

Fani Wiedźmina podzielili się na dwie części. Dla wielu z nich saga wiedźmińska to wręcz świętość - doskonała opowieść, przy której nie należy majstrować, bo to profanacja. Inni jednak, mimo wszystko, spragnieni byli nowości, wszak minęło 14 lat między wydaniem Pani Jeziora a Sezonem burz, i nie sądzili, że jeszcze kiedykolwiek będzie im dane przeczytać coś z uniwersum Wiedźmina. Ja bardziej zaliczam się do tych drugich, mimo iż nie musiałam czekać, jak wieloletni fani sagi. Kocham Wiedźmina, a opowiadania i saga stanowią dla mnie spójną całość. Chociaż Sezon burz traktuję jako dodatek do tego świata, dalej należy on do tego uniwersum, które tak bardzo podbiło moje serce.

Wiedźmina, jako opowiadania i sagę, polecam z całego serca, bo jest to naprawdę wyjątkowy kawał świetnej fantastyki i my, Polacy, powinniśmy być dumni, że to cudowne dzieło wyszło spod pióra polskiego autora. Czy równie mocno polecałabym Sezon burz? Odpowiem tak: jeśli tak, jak ja należysz do fanów, którym Wiedźmina nigdy dość, sięgaj śmiało!

Recenzja pochodzi z mojego bloga: zaczytana-dolina.blogspot.com
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Marta
Data:
Sięgając po "Złamane pióro", w zasadzie nie wiedziałam, o czym będzie to książka. Okładka książki nie pozwoliła mi rozszyfrować, czego mogę się po niej spodziewać. Zwyczajowy opis fabuły na tyle okładki zastąpiły dwa intrygujące cytaty, a zdjęcie na przodzie pozostawia wyobraźni szerokie pole do popisu. Po pobieżnych oględzinach pewna byłam tylko jednego. To nie będzie banalna książka.

Emily właśnie skończyła studia. Sprzedaje mieszkanie w mieście i przeprowadza się na wieś do domu po dziadkach. Chce uciec od zgiełku i napisać swoją pierwszą książkę. Jej sąsiedztwo zamieszkują w zasadzie sami ludzie w podeszłym wieku. Jest jednak jeden mały wyjątek. Po drugiej stronie ulicy bowiem mieszka przystojny, sławny i bogaty architekt, Jacob, który od razu wkracza w życie dziewczyny i często wpada do nowej sąsiadki na kawę. Brzmi jak oklepany początek zwyczajnego romansu? Nic bardziej mylnego, bo relacja między bohaterami nie jest ani oklepana, ani zwyczajna.

Narratorką w książce jest Emily. Dziewczyna stara odciąć się od swojej przyszłości, trzyma ją w sekrecie, którego zazdrośnie strzeże. Nie tylko nie chce ujawniać jej nowo poznanym osobom. Sama stara się o niej zapomnieć, przez co postać jej jest owiana tajemnicą. Emily ma bardzo charakterystyczną cechę - jako pisarka lubi bawić się słowami i trochę nadużywa synonimów. Początkowo trudno było mi się do tego przyzwyczaić, jednak z czasem zaakceptowałam to jako integralną część jej osobowości. Bohaterka czerpie inspiracje do książki z realnego życia, a efekty jej pracy możemy poznawać na kartach powieści. Obserwujemy to, jak rodzą się jej pomysły i jak nabierają kształtów, przeobrażając się w pełną niezwykłych stworzeń, fantastyczną opowieść o odwadze, miłości i odkupieniu win. Możemy nawet przeczytać sporą część dzieła, jakie rodzi się w jej głowie.

Z ogromną przyjemnością obserwowałam relację między Emily a Jacobem. Ich rozmowy często nie należały do łatwych. Dyskusje o moralności, wierze, poglądach na wiele spraw, były niemałym, ale bardzo pozytywnym, zaskoczeniem. Chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się czytać takich dialogów. Między tą dwójką, wbrew woli dziewczyny, zaczyna rodzić się uczucie. Uczucie, do którego istnienia Emily nie chce się przyznać, bo nie wierzy, że na nie zasługuje. Kiedy Jacob napotyka z jej strony na mur, nie poddaje się, stara się go sforsować i walczyć o jej zaufanie. To mężczyzna, który z uporem dąży do celu. Jego postać od razu skradła moje serce.

Autorka, podobnie jak stworzona przez nią postać, lubi bawić się słowem i przy jego pomocy maluje wyjątkowe obrazy. W książce odnajdziecie wiele metafor, w które zaklęte są miejsca, odczucia i emocje. Wraz z bohaterką poczujecie deszcz na swojej skórze, szum traw na łące, zapach starego domu i aromat kawy o poranku.

"Złamane pióro" to nie jest książka, która należy do łatwych. Nie jest to romans na jeden wieczór, który przeczyta się dla odmóżdżenia i na drugi dzień o nim zapomni. To książka o odwadze, przebaczeniu i miłości, która inspiruje do tworzenia. To książka dopracowana w każdym szczególe, zapisana słowami wielkimi, nieprzeciętnymi i niezwykłymi.

Jeśli lubicie angażujące uwagę czytelnika, nietuzinkowe książki, w których odnaleźć można ciekawą grę słów, których bohaterowie są niepospolitymi postaciami, a świat rzeczywisty przeplata się z fantazją, to "Złamane pióro" jest właśnie dla Was.

Recenzja pochodzi z mojego bloga: zaczytana-dolina.blogspot.com
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Marta
Data:
Kiedy w październikowych zapowiedziach zobaczyłam "Zapytaj księżyc", wiedziałam, że muszę tę książkę mieć. Urzekła mnie okładka, która na żywo jest jeszcze piękniejsza niż na zdjęciu, a jej opis zaintrygował.

Nathan Filer jest dyplomowanym pielęgniarzem psychiatrycznym, a "Zapytaj" księżyc to jego debiut. Dzięki takiemu przygotowaniu autora, książka zyskuje na prawdziwości i nie trudno jest uwierzyć, iż są to autentyczne wspomnienia młodego człowieka cierpiącego na schizofrenię.

W swoich zapiskach Matthew przenosi nas do różnych zdarzeń w swoim życiu. Trudno o ustaloną chronologię i przyznam, że czasem gubiłam się w tym, kiedy rozgrywają się te najbardziej aktualne wydarzenia. Domyślam się jednak, iż jest to zabieg celowy, bym jako czytelnik odczuła, jak myśli osoba chora psychicznie. Życie Matthew jest przepełnione poczuciem winy, którym karmi się jego choroba. Schizofrenia ma wpływ na każdy aspekt jego życia. Chłopak nie panuje czasem nad swoim zachowaniem i nad tym, co mówi. Choroba wywołuje u niego halucynacje wzrokowe i słuchowe. W swoich wspomnieniach nie zawsze wie, co jest prawdą, a co tylko prawdopodobnym scenariuszem, jaki mógł mieć miejsce. Kierowany poczuciem winy i tęsknotą za bratem, uczepia się zasłyszanej teorii w szkole i chce dokonać niemożliwego - przywrócić brata do życia. Jest święcie przekonany, iż jest w stanie tego dokonać. "Zapytaj księżyc" opisuje życie chłopaka po stracie brata, jego dorastanie, trudną relację z rodzicami, próby samodzielnego życia i w końcu pobyt na oddziale psychiatrycznym. Matthew jest świadomy swojej choroby, jednak świadomość jej niczego nie zmienia. To ona rządzi jego życiem.

Trochę trudno jest mi oceniać tę książkę, ponieważ jeszcze nigdy nie spotkałam się z podobną treścią. "Zapytaj księżyc" to dziwna książka i sądzę, że po przeczytaniu jej każdy może mieć takie odczucie. Dla zdrowego człowieka życie ma swój chronologiczny przebieg, w którym rządzą prawa logiki. Zetknięcie się z chaotyczną relacją, w której rzeczywistość miesza się z urojeniami, może jednak być dziwnym i jednocześnie ciekawym doświadczeniem. Trudno wyobrazić sobie, z czym na co dzień zmagać muszą się chorzy na schizofrenię. Książka ta może uświadomić, jak wygląda życie z tą chorobą i chociażby z tego powodu warto ją przeczytać.

Swoją autentyczność książka zyskuje nie tylko dzięki wykształceniu autora. Rozdziały są naprawdę króciutkie, czytają się ją bardzo szybko. W treści, poza wspomnieniami Matthew, znajdują się także listy, rysunki, a nawet fragmenty dokumentacji medycznej bohatera. Sam tekst jest też napisany tak, by uwiarygodnić treść. W zależności od tego, czy tekst jest pisany przez Matthew na komputerze czy na maszynie do pisania, tak zmienia się czcionka w książce.

"Zapytaj księżyc" to specyficzna książka i nie każdemu się ona spodoba. Jeśli lubisz książki, które zgłębiają ludzką psychikę i pokazują świat z punktu widzenia chorej osoby, ta książka może Ci się spodobać.

Recenzja pochodzi z mojego bloga: zaczytana-dolina.blogspot.com
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Marta
Data:
Pierwszy tom trylogii Jamesa Freya, "Endgame. Wezwanie", przeczytałam niedawno i bardzo mi się on spodobał. Wartka akcja, niesamowite jej zwroty, wielu przeróżnych bohaterów, którymi kierowały różne pobudki - naprawdę, nie mogłam narzekać na nudę podczas lektury. Po zakończeniu pierwszego domu miałam ochotę od razu sięgnąć po drugi, ale musiałam poczekać jeszcze na to, by książka ukazała się na rynku. Po przeczytaniu Klucza Niebios mogę śmiało powiedzieć, że drugi tom trzyma ten świetny poziom pierwszego.

W Endgame bierze udział już tylko dziewięciu Graczy. Klucz Ziemi został odnaleziony, Zdarzenie zostało zapoczątkowane. Do Ziemi zbliża się ogromna asteroida, która uderzy za około 90 dni. Kolejnym celem jest odnalezienie Klucza Niebios, który połączyć ma się z pierwszym z Kluczy. Gracze podejmują dalszą grę. Sojusze trwają lub się rozpadają. Kto zdobędzie Klucz Niebios, ocali swój lud. Nie wszystkim jednak się to podoba. Niektórzy zaczynają wierzyć w to, że Endgame da się powstrzymać. Co stanie się, gdy dodatkowo do Gry wmieszają się osoby postronne? Co stanie się ze światem, kiedy wieść o nadchodzącym końcu wyjdzie na jaw? O tym właśnie przeczytacie w tej części.

Już od samego początku książka zaserwowała mi spore zaskoczenie. Po tym, co wydarzyło się w poprzedniej części, nie zgadzały mi się rachunki. Dziewięciu bohaterów? Przecież to niemożliwe. A jednak. Wydarzenia z finału pierwszego tomu przybrały nieoczekiwany zwrot, a to był dopiero początek. Książka trzyma w napięciu i nieraz zaskakuje. Akcja gna do przodu i nie pozwala ani przez chwilę się nudzić. Podobnie jak w poprzedniej części, pewne zdarzenia charakteryzują się sporą dozą brutalnych i szokujących opisów. Zdarzało mi się otwierać szeroko oczy ze zdziwienia, jednak jest to element Gry, jaka toczy się między uczestnikami Endgame i trudno oczekiwać, by rozgrywka na śmierć i życie obyła się bez przemocy.

W drugiej części bohaterów jest mniej, dzięki czemu możemy lepiej ich poznać. Niektórym z nich mocno kibicowałam i drżałam nieraz w obawie, czy wyjdą cało z kolejnej opresji. Przeżywałam wraz z nimi ich zmagania w Grze, ich rozterki i dylematy moralne. Wśród postaci pojawiających się w książce kilka szczerze znienawidziłam. Ich poczynania śledziłam z nadzieją, że w końcu powinie im się noga.

W "Kluczu Niebios" poruszono ciekawe kwestie moralne. Autor opisuje zachowania ludzi i całych narodów w sytuacji, gdy światu grozi nieunikniona zagłada. Porusza także temat ludzkiego egoizmu i instynktu przetrwania, który nakazuje chronić życie swoje i tych, którzy są dla nas ważni. Endgame rozgrywa się wokół dylematu moralnego - czy ważniejszym jest ratowanie miliardów obcych ludzi, czy garstki lub nawet jednej osoby, którą kochamy.

"Klucz Niebios", podobnie jak poprzednia cześć trylogii, to nie tylko powieść sensacyjna z elementami science-fiction. To interaktywna zagadka, której rozwiązanie nagrodzone zostanie jak najbardziej prawdziwymi pieniędzmi. W książce znajdują się odnośniki do stron internetowych, a na kartach powieści znajdują się różne schematy i rysunki, które mogą (ale nie muszą) być wskazówkami prowadzącymi do rozwiązania zagadki. Tekst w książce jest niewyjustowany, co również może mieć znaczenie w zagadce. Na końcu przewidziane jest miejsce na notatki. Na zakończenie wspomnieć muszę jeszcze o okładce - ten kolor jest po prostu boski! :)

Książkę czytało mi się po prostu świetnie. "Klucz Niebios" wciąga od samego początku i nie daje o sobie zapomnieć, kiedy trzeba ją na chwilę odłożyć. Wprost nie mogę doczekać się chwili, kiedy powstanie i zostanie w Polsce wydany ostatni tom. Zakończenie urywa się w takim momencie, że co do treści ostatniej części można być pewnym jednego: będzie się działo!

Jeśli lubujecie się w historiach z elementami science-fiction, w których bardzo dużo się dzieje, to "Klucz Niebios" zapewni Wam naprawdę świetną rozrywkę. Polecam zarówno ją, jak i poprzednią cześć. :)

Recenzja pochodzi z mojego bloga: zaczytana-dolina.blogspot.com
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Marta
Data:
Julia to 35-letnia bibliotekarka z lekką nadwagą. Jakiś czas temu jej świat wywrócił się do góry nogami. Kobieta postanowiła w końcu wyrzucić ze swojego życia męża, który notorycznie ją zdradzał i zacząć wszystko od początku. Niewielkie mieszkanko, przygarnięty kot Piernik i towarzystwo książek - nowy etap życia byłby dosyć samotny, gdyby nie przyjaciele, na których zawsze może liczyć. Julia idzie za ciosem. Rozwód to dopiero początek zmian w jej życiu. Dieta, ćwiczenia, pozytywne podejście do życia. I chociaż Julia boi się ponownego skrzywdzenia, kiedy za rogiem pojawi się miłość, jej serce odżyje na nowo.

"Ścieżki życia" to debiut literacki pani Edyty Kowalskiej. Z jej powieścią spędziłam jeden wieczór, ale był to naprawdę przyjemnie spędzony czas. Jej bohaterka o swoim życiu opowiada, pisząc pamiętnik. "Ścieżki życia" to ciepła, niepozbawiona humoru opowieść o przyjaźni, miłości i książkach. Czytało się ją szybko i nieraz się przy niej uśmiechnęłam.

"Nie wiem, czy pracuję w bibliotece dlatego, że kocham książki, czy kocham książki dlatego, że pracuję w bibliotece..."

Od razu polubiłam główną bohaterkę. Może to dlatego, że podobnie, jak ja, kocha książki i koty? ;) A może dlatego, że jest przesympatyczną babka, która chce zawalczyć o swoje szczęście? Julia to kobieta o złotym sercu - zawsze chętnie pomoże bliskim w potrzebie i nie oczekuje wiele w zamian.

"- Tak, wiem. Drogi życia są zawiłe i pełne krętych ścieżek...
- Właśnie. I łatwo można zabłądzić, skręcając w niewłaściwą. W gąszczu nie widać, dokąd ona prowadzi. Na szczęście w każdej chwili jest szansa, by zawrócić, ale nie zawsze trafisz na tę łatwiejszą i przyjemniejszą. Ty już raz zawróciłaś w odpowiednim momencie. Teraz masz szansę dojść do końca ścieżki, na której stoi szczęście. Musisz tylko założyć odpowiednie buty, by łatwiej przejść po kamieniach i wystających korzeniach."

Moją sympatię zaskarbiły sobie również postacie drugoplanowe. Przyjaciółka Julii z jej wesołą gromadką urwisów, zwłaszcza rezolutną 3-latką, nieraz odmalowały uśmiech na mojej twarzy. Sąsiad Julii, swoją opowieścią, nawet mnie trochę wzruszył, a mężczyzna, który przyprawił serce bohaterki o szybsze bicie, również i mnie w pewien sposób zauroczył.

Żałuję jedynie, że tak szybko musiałam się z bohaterami książki rozstać, bo mogłabym przeczytać o nich drugie tyle. Warto nadmienić, że spora część historii rozgrywa się zimą, a więc na tę porę roku będzie to idealna rozrywka na wieczór.

Na koniec muszę wspomnieć jeszcze o tym, jak pięknie wydana jest ta książka. Twarda oprawa, grube, białe kartki, ładna czcionka i śliczna okładka - wszystko to razem tworzy apetyczne połączenie, a dla oka prawdziwą ucztę. :)

"Ścieżki życia" to książka na jeden, ale jakże sympatyczny, wieczór. To lekki romans, który w połączeniu z kubkiem ciepłej herbaty, idealnie ogrzeje Wasze serduszka.

Recenzja pochodzi z mojego bloga: zaczytana-dolina.blogspot.com
Czy ta recenzja była przydatna?