Koszyk 0

Profil recenzenta:
Karolina

  • recenzje: 40
  • osób uznało recenzje za przydatne: 12

Recenzje użytkownika

Autor: Karolina
Data:
Zapewne znajdą się osoby, które pomyślą, że "Anioł stróż" to następny książkowy wyciskacz kobiecych łez...osobiście uważam, że jest to pięknie opisana historia o miłości i poświęceniu, o radzeniu sobie ze stratą bliskiej osoby, a przede wszystkim o wiernej psiej miłości do człowieka...POLECAM !!

http://polkazksiazka.blogspot.com/
Czy ta recenzja była przydatna?

:-)

Ocena:
Autor: Karolina
Data:
Jak na debiut literacki, uważam że książka jest godna polecenia. Czyta się ją w sposób luźny i przyjemny, w sam raz na plażę lub na mile spędzony weekend. Momentami na ustach pojawia się również uśmiech, a postać Katarzyny da się polubić. Fajnym akcentem w powieści, są interesujące opisy afrykańskiej przyrody oraz kultury, które nie jedną osobę mogą zachęcić do odwiedzenia tego kraju. Osobiście chętnie sięgnęłabym po kolejne powieści tej pisarki.
Czy ta recenzja była przydatna?

:-)

Ocena:
Autor: Karolina
Data:
Książka jest cudowna pod każdym względem...Obraz Afryki, którym raczy nas autorka jest tak pokazany realistycznie, że czytając można zobaczyć te wszystkie piękne afrykańskie krajobrazy, poczuć to gorącego powietrza. Historia tych dwóch rodów: kenijskich i angielskich jest otoczona niewiarygodnym uczuciem smutku, wypełniona jest okrucieństwem, ale na szczęście pojawia się również miłość i siła przebaczenia. Ich wspólne życie nie zawsze układało się pomyślnie, pojawiały się konflikty i nieporozumienia. Wątku miłosnego nie jest za dużo, ale jeśli już się pojawia jest opisany w sposób bardzo delikatny i subtelny.
Zakończenie powieści nie należy do grupy kończących się szczęśliwie. Jest natomiast przesłanie, że niektórych decyzji i wyborów nie da się naprawić, lepiej pozostawić je własnemu biegowi.
Akcja w powieści toczy się nieprzerwanie, nie można się od niej oderwać :-)

http://polkazksiazka.blogspot.com/ zapraszam :-)
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Karolina
Data:
Na książkę "Miłość dobrej kobiety" składa się zbiór ośmiu opowiadań. Każde z nich jest rewelacyjne, można powiedzieć, że są to takie mini powieści. Cała ósemka zasługuje na odrębną recenzję, trudno jest wybrać tylko jedno. Jeśli musiałbym podjąć się takiego zadania, wybrałabym ostatnie. "Sen mojej matki" to opowiadanie napisane w bardzo ciekawy sposób. Autorka przedstawiła w nim losy młodej wdowy, która z powodu tragicznych wydarzeń została samotną matką. Głównym narratorem w tej historii jest dziecko, które w specyficzny sposób komentuje rozgrywające się wydarzenia. Począwszy od przebywania jeszcze w łonie matki, a potem od dnia swych narodzin. Po przeczytaniu tego opowiadania można wywnioskować , że macierzyństwo to nie sielanka. Może momentami jest troszkę przerysowane, ale i tak daje dużo do myślenia.

Motywem przewodnim w książce są kobiety. Kobiety kochające, matki, żony, córki oraz te które doświadczyły samotności. Wszystkie są do siebie podobne, a tak na prawdę całkiem inne. Każda z nich ma inne spojrzenie na otaczający je świat.
Bardzo ważnym tematem, który został w niej poruszony jest macierzyństwo. Jak wiadomo każda kobieta marzy o dziecku. Dziecko jest darem od Boga. Ale niestety zdarzają się sytuacje odwrotne i takie również pojawiają się w książce. Ciąża traktowana jest jako wypadek przy pracy, coś co jest zbyteczne i w łatwy sposób można się tego ciężaru pozbyć. Dziecko jest zwykłym intruzem, nie potrzebnym, niechcianym...w jednej chwili przestaje istnieć. Niektóre z nich przekazywane są do adopcji lub trafiają prosto do sierocińca. Matka, która nosiła swoje dziecko pod sercem boi się teraz na nie spojrzeć, na małą niewinną istotkę, która nie jest niczego winna...a może jest ? Stała się przeszkodą w spełnianiu marzeń.

Książka przepełniona jest emocjami. Autorka fantastycznie przekazała czytelnikowi swój zamysł książki. Każde z opowiadań jest napisane krótko, ale zwięźle. Cudowny warsztat pisarki podkreślają użyte w nich słowa, każde jest fantastycznie dobrane. Tworzą piękną plecionkę.
Jeśli zdecydujesz się na "Miłość dobrej kobiety" możesz być pewna wciągającej lektury, która na długo zostanie w pamięci...
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Karolina
Data:
Adele Parks to brytyjska pisarka, która może poszczycić się już sporą liczbą książek swojego autorstwa. Jej pierwsza powieść została opublikowana 15 lat temu. "Spotkanie w chmurach" to książka numer 13. Cała trzynastka królowała w rankingach, przetłumaczona została na 26 języków...Ale oprócz pisania, Adele angażuje się w różnego typu akcje społeczne, które mają na celu propagować czytanie książek. Jest ambasadorką programu Six Books Challange.

Biorąc do ręki najnowszą książkę Adele Parks, można stwierdzić, że to kolejna obyczajówka przy której fajnie spędzę wolny czas. Niby tak, ale jest w niej coś więcej niż tylko opisane spotkanie kobiety i mężczyzny...

Jo to zdesperowana kobieta, która przechodzi pewien trudny moment w swoim kobiecym życiu, a nawet dwa momenty. Jednym jest brak mężczyzny u boku, a na dokładkę zbliża się do świętowania swoich czterdziestych urodzin...Przecież to skandal. Uważa, że w tym wieku powinna mieć męża oraz dzieci...Pragnie zrobić wszystko, żeby pozbyć się tego pierwszego "trudnego momentu". Zresztą była już blisko. Biała suknia wisiała w szafie. No, ale wyszło jak wyszło, w sumie sama tego chciała...A może podjęła zbyt pochopną decyzję? Pewnego dnia dostaje zaproszenie na ślub od mężczyzny którego miała poślubić. Nie wiem czy ja wybrałabym się na taką uroczystość, ale kobieta, która pragnie naprawić swój błąd zdolna jest do wszystkiego. Do takich kobiet należy Jo. Kupuje bilet na lot do Chicago mając nadzieję, że jej były narzeczony gdy ujrzy ją w kościele, ucieknie z pod ołtarza i wpadnie prosto w jej ramiona...

W samolocie poznaje Deana. Z czasem dochodzi do wniosku, że nowo poznany mężczyzna boi się komukolwiek zaufać. Tak naprawdę strach przed zaufaniem potęguje pewien fakt, który zaważył w dużej mierze na jego dorosłym już życiu. To w jaki sposób odnosi się do otaczającego go świata oraz ludzi przyczyniła się pewna osoba....
W trakcie wielogodzinnego lotu Jo oraz Dean odbywają kilka rozmów, jak się potem okazuje bardzo dla nich obojga ważnych. Żadne z nich nie może pochwalić się szczęśliwym dorosłym życiem. Niestety w przypadku mężczyzny, również lata dziecięce nie należały do tych, o których warto opowiadać. Po jakimś czasie przekonują się, że niespodziewanie zostali połączeni przez tajemniczą, niewidzialną nić. Tylko czy to połączenie ma w ogóle jakiś sens. Oboje przecież posiadają niezbyt kolorową przeszłość, a może właśnie taka przeszłość jest ich główną zaletą.
Nie ma o czym rozmawiać, bo po wylądowaniu samolotu, i tak każdy pójdzie w swoją stronę...Czy oby na pewno?

"Spotkanie w samolocie" to wspaniale opisana historia kobiety szukającej miłości oraz mężczyzny, który skrywa w sobie rodzinne bolączki. Jo oraz Dean mogą poszczycić się bardzo ciekawą osobowością, i właśnie to spowodowało, że czytałam książkę z zapartym tchem. Zawiera w sobie drugie dno, z którym warto się zapoznać...

Kto z nas nie pragnie być kochanym, tak prawdziwie, nie na niby, nie tylko przez chwilkę, ale do końca życia. Czegoś takiego pragnie Jo, ale czy warto starać się o miłość na siłę. Życie pisze różne scenariusze...Może nie zawsze chcemy żeby ten scenariusz był napisany w taki sposób, ale i tak musimy się z nim zapoznać...
Postać głównej bohaterki może na początku irytować. Pomysł z przerwaniem ślubu, bo nagle zmieniła zdanie to już prawdziwe wariactwo. No dobrze, było mi jej troszkę żal, nie powiem, ale chyba jak na swój wiek powinna myśleć bardziej dojrzale. Tak naprawdę Jo troszkę się w swoim życiu pogubiła, ale na szczęście spotkała kogoś, kto pomógł jej odnaleźć prawidłową ścieżkę, po której powinna stąpać...
Tylko, że ten ktoś również potrzebuje pomocy, i tak się składa, że dzięki kobiecie poznanej w samolocie przechodzi życiową turbulencję...I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie....

Jo i Dean to nie jedyni książkowi bohaterowie, ale więcej szczegółów nie będę zdradzać...Jeśli chodzi o zakończenie całej tej historii, na końcu lektury można znaleźć bardzo ciekawą notkę, a mianowicie poproszono czytelników o nie zdradzanie w jaki sposób się kończy...I ja właśnie to czynię...
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Karolina
Data:
Siedzisz sobie wieczorem wygodnie w fotelu i oglądasz wiadomości. Nagle z głośników telewizora wydobywa się głos kobiety z dramatycznym apelem: Pomóżcie odnaleźć moje dziecko, które zostało porwane bo nikt mi nie wierzy, że jestem jego biologiczną matką!!!. Nagle w twojej głowie pojawia się pewna myśl: co ja bym zrobiła gdyby, coś takiego przytrafiło się mnie i mojemu dziecku...Abbie Taylor opisała taką historię w swojej książce zatytułowanej "Dziecko Emmy"...

Emma, młoda matka samotnie wychowująca 13-miesięcznego synka. Wychowywanie i opieka nad dzieckiem to odpowiedzialne zajęcie, tym bardziej gdy nie można liczyć na wsparcie ojca dziecka oraz rodziny. Któregoś dnia, trzymając w dłoniach torby z zakupami, do tego jeszcze ciężki wózek z ledwością próbuje wdrapać się po schodach do wagonu metra. Nagle słysząc dźwięk zamykanych drzwi, spostrzega ,że jej synek został sam za zamkniętymi już drzwiami, a za lada moment pociąg ruszy. Co robić !! Na szczęście w oknie wagonu pojawia się tajemnicza kobieta, która postanawia pomóc zrozpaczonej matce i za pomocą gestów informuje Emme, że wysiądzie z jej synkiem na następnej stacji...I tak też zrobiła...Kobieta poczuła ulgę gdy ujrzała nieznajomą oraz swojego syna. Całego i zdrowego. Będąc jeszcze w psychicznym szoku, przyjmuje zaproszenie na kawę od nowo poznanej kobiety...Niczego nie przeczuwając zostawia ich na moment samych...Wracając z toalety zauważa, że przy stoliku nikogo nie ma...Na pewno czekają na nią gdzieś w pobliżu...Niestety nikt nie czekał...Kobieta wraz z jej jedynym dzieckiem zniknęli...

Co czuje w takiej chwili matka? W jednej sekundzie życie rozpada się na drobne kawałeczki...Może to mi się zwyczajnie śni, taki senny koszmar, ale z czasem Emma zrozumiała, że to wszystko dzieje się naprawdę. Niewyobrażalny ból, strach oraz...poczucie winy. Gdybym była dobrą matką, nigdy coś takiego nie miałoby miejsca. Zrozpaczona kobieta rozpoczyna poszukiwania własnego dziecka...Niestety nie może liczyć na pomoc rodziny, oraz przyjaciół. A co najgorsze, nawet policji. Policjanci traktują Emmę jak chorą psychiczne, która wszystko sobie uroiła. Jako dowód posłużyły słowa lekarki, która twierdzi, że matka dziecka mogła mu zrobić krzywdę. Przecież w chwili załamania nerwowego można powiedzieć wszystko, co nie znaczy, że przejdzie się potem do czynu. W przypadku kobiety samotnie wychowującej dziecko, która nie może liczyć na wsparcie najbliższych takich chwil może być bez liku. Takim osobom po prostu należy się pomoc...

Na szczęście przypadkowo poznany mężczyzna, który odnalazł jej torebkę staje się ostoją w tym trudnym dla Emmy czasie. Rafe Townsend to jedyna osoba, która wierzy w każde słowo wypowiadane przez kobietę. Ku jej zaskoczeniu, oferuje swoją pomoc w odnalezieniu dziecka. Wspólnie wyruszają w poszukiwawczą drogę, wykorzystując informacje, które udało im się zdobyć oraz te, obok których obojętnie przeszły organy ścigania...

Bierzesz w dłoń książkę i zaczynasz ją czytać. Po kilku minutach wyczuwasz miłe mrowienie, które przeszywa całe twoje ciało...Zostałeś połączony/a z książką za pomocą niewidzialnych i bardzo cieniutkich kabelków, które zawierają w sobie tzw. "literacki prąd". Tylko trzeba zaznaczyć, że nie każda książka zawiera w sobie takie kabelki..."Dziecko Emmy" to pozycja, która została w nie wyposażona. Mogę Ci obiecać, że od początku do samego końca będziesz w skupieniu...i pod napięciem śledził losy Emmy.
Jeden dzień, który zostanie w pamięci głównej bohaterki na długie lata. To co w tym czasie przeżyła jest czymś strasznym. Niepokój oraz niewiedza co dzieje się z jej dzieckiem. Czy nic mu nie dolega, czy w ogóle żyje. A potem jedna, wielka poszukiwawcza walka. Autorka pisząc to wszystko, zapożyczyła z prawdziwego życia wiele elementów. Postać Emmy została przedstawiona w sposób bardzo realistyczny...Życie samotnej matki to nie sielanka. Są instytucje, które pomagają takim kobietom, ale w wielu przypadkach jest to pomoc jednorazowa. Zdarzają się takie momenty, gdy taka matka przechodzi kryzys. Szok poporodowy ma też w tym spore znaczenie. W takiej sytuacji bliskość drugiej osoby jest bardzo potrzebna, co zrobić gdy takiej osoby przy naszym boku nie ma? Taki problem dosięgnął Emme. Do tego dochodzą wyrzuty sumienia, nieporadność, oraz wstręt do własnego odbicia w lustrze...Gdzie w tym wszystkim podziała się miłość do dziecka? Jest i to w bardzo dużych ilościach...
Wspomniane napięcie jest stopniowane kartka po kartce, strona po stronie...Możecie być spokojni, do zwarcia nie dojdzie. Wręcz przeciwnie. Ciekawym posunięcie, zastosowanym przez autorkę było wplecenie w główną treść książki fragmentów opisujących życie Emmy przed narodzeniem dziecka i tuż po. Kończąc na dniu porwania. Dzięki temu, czytelnik będzie miał okazję lepiej poznać i w głębić się w psychikę kobiety.
I właśnie postać Emmy jest główną zaletą książki Abbie Taylor.

"Dziecko Emmy" to wzruszająca historia, a zarazem obraz trudnej macierzyńskiej miłości z perspektywy kobiety wychowującej samotnie dziecko. A jak wiemy, matka dla własnego dziecka zrobi wszystko, narażając własne życie. I nie ważne, że początki były trudne. Wszystko to znika, liczy się tylko to, co teraz...

Na koniec zadam Wam jedno króciutkie pytanie ? Chcecie się podłączyć pod "literackie kabelki" ? TAK lub NIE..Wybór należy do Ciebie...
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Karolina
Data:
Jest takie bardzo popularne przysłowie: Lepiej późno, niż wcale. W tym momencie bardzo dobrze pasuje do mojej osoby. Tak się składa, że nie znałam do tej pory twórczości Pani Sarah Lark. I jeśli wszystkie książki są napisane przez pisarkę w taki sposób jak "Złoto Maorysów", to mogę tylko żałować, że wcześniej nie poszperałam na jej temat w internecie i nie popytałam o jej książki w swojej bibliotece...

Kathleen i Michaela. Związek tych dwojga zakochanych w sobie ludzi niósł ze sobą wiele dramatycznych wydarzeń. Ona swoim wyglądem przypominała irlandzką księżniczkę, ale niestety nie posiadała pięknego pałacu i służby..Sama pracowała jako służąca. On natomiast był synem jednego z dzierżawców. Oboje młodzi i oboje w sobie szaleńczo zakochani...Niestety ku drodze do szczęścia napotykają przeszkodę w postaci ojca dziewczyny, który nie akceptuje ukochanego swojej córki...W związku z tym planują ucieczkę...Sprawy jeszcze bardziej się komplikują gdy Kathleen zauważa zmiany w budowie swojego ciała. Spodziewa się dziecka. Panujący głód oraz niewyobrażalna bieda sprawia, że Michael dokonuje kradzieży, która kończy się zesłaniem mężczyzny do dalekiej Australii...
Samotna kobieta z dzieckiem to coś nie do pomyślenia. Rodzice zmuszają dziewczynę do poślubienia mężczyzny, którego nie kocha...Zaraz po ślubie wyjeżdżają do Nowej Zelandii...

Michael tęskni za ukochaną, nie wyobraża sobie bez niej życia...Jego myśli krążą wokół pięknej i zielonookiej Kathleen oraz ich dziecka...W trakcie podróży do Australii poznaje Lizzie. Kobietę, która również nie może pochwalić się czystą kartoteką. Jej życie nie należało do tych, które usłane jest różami...Mężczyzna wywarł na Lizzie piorunujące wrażenie...Zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia, ale zdaje sobie sprawę, że jest inna kobieta...W trakcie jednej z rozmów, postanawia mu pomóc w ucieczce...Życie pisze różne scenariusze. Lizzie i Michael spotykają się ponownie w...Nowej Zelandii...

Wydarzenie goni wydarzenie...Wszystko rozgrywa się w zawrotnym tempie. "Złoto Maorysów" to przepiękne opowieść, której głównym wątkiem jest rodzące się uczucie po między Kathleen i Michaelem. Podobno pierwsza miłość to ta najpiękniejsza o której pamięta się do końca życia. Tylko co w tedy gdy ktoś jest przeciwny takiej miłości...
Sarah Link pisząc swoją najnowszą książkę ukazała życie kobiet. Kobiet twardych i mocno stąpających po ziemi zmagających się z problemami, których głównym powodem byli ich mężowie. Przemoc fizyczna i psychiczna nie była im obca. Ze wszystkich sił pragnęły szczęścia i prawdziwej miłość...Postanowiły o to szczęście zawalczyć, a odwaga i determinacja to ich główne cecha charakteru...
Kathleen została zmuszona poślubić mężczyznę, którego nie obdarzyła uczuciem...Jednocześnie, chciała zapewnić swojemu synowi prawdziwe rodzinne życie...Lizzie, to kobieta, która poradzi sobie w każdej sytuacji...Nie jeden mężczyzna może się poczuć zawstydzony jej umiejętnościami...Natomiast Claire, to kobieta o bardzo oryginalnej osobowości...Troszkę szalona, ale to szaleństwo dodaje jej tylko uroku...

"Złoto Maorysów" to piękna i wzruszająca powieść od której nie sposób się oderwać. Wciąga bez reszty, aż zapomnisz o otaczającym cię świecie. W jednej chwili zostaniesz otoczona pięknym i egzotycznym krajobrazem Nowej Zelandii...
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Karolina
Data:
Majorka, to jedna z najpiękniejszych egzotycznych wysp. Latem cieszy się olbrzymim zainteresowaniem przez turystów. Nie można się temu dziwić. Błękit śródziemnomorskiego morza w połączeniu z gorącym piaskiem o złotej barwie tworzy cudowne krajobrazy, które zachwycą każdego. Do tego przepiękne palmowe pióropusze. I właśnie tam postanowiła spędzić urlop rodzina Postów z książki "Lato na Majorce" autorstwa Emmy Straub.

Małżeństwo Franny i Jima przechodzi kryzys. Zbliża się trzydziesta piąta rocznica ich ślubu, tylko nie wiadomo czy będzie to okazja do świętowania, czy wręcz przeciwnie. Sylvia, ich nastoletnia córka po skończeniu liceum wybiera się na studia. A co za tym idzie opuści dom rodzinny. Lawrence i Charles to małżeństwo homoseksualistów, a jednocześnie najlepsi przyjaciele Frann. W życiu mężczyzn również dzieje się wiele, pragną zostać rodzicami.

Czasami taki rodzinny wyjazd łączy się nie tylko z relaksem. Ma w sobie drugie dno i staje się jedynym ratunkiem. Jak w każdej rodzinie chwile łatwe przeplatają się z tymi trudniejszymi...Frann proponując dwutygodniowy urlop pragnie pozbyć się tych trudniejszych. Jest to dość nietypowa forma terapii, która ma naprowadzić rodzinę na odpowiedni tor.
Tylko czy zdradę można wybaczyć? Trudno jest odnaleźć jedną, konkretną odpowiedź na tego typu pytanie. Tym bardziej gdy rozum mówi swoje, a serce swoje. Z tym pytaniem zmaga się również Frann. Zdradzona przez męża kobieta. Ale w jej przypadku odpowiedź pojawiła się nagle, w najmniej oczekiwanym momencie. Jak brzmiała, tego nie mogę zdradzić.
Temat zdrady nie pojawił się tylko w życiu Frann. Dotknął także pozostałych członków rodziny...

Jak bardzo różni się okładka książki od jej zawartości. Wieloma elementami...Na pierwszy rzut oka patrząc na zdjęcie możemy sobie wyobrazić istną sielanką. Kąpiel w ciepłym morzu, promienie słońca, które grzeją naszą skórę. Na pierwszym planie widzimy kobietę w stroju kąpielowym patrzącą w dal...Nie wiemy, czy zwraca się do osób płynących w łódce, czy zwyczajnie potrzebuje ciszy i spokoju. A woda jest dla niej ukojeniem. Pora letnia sprzyja wakacyjnym miłostkom, może i ta Pani właśnie taką przeżywa, a kończy się jej pobyt na wyspie.
Raczej taki obraz nie ma nic wspólnego z rodzinnym kryzysem, który opisała Emma Straub.

Jeśli chodzi o moje refleksie po przeczytaniu "Lata na Majorce" mam mieszane uczucia. Spodziewałam się czegoś więcej. Niby czytało mi się dobrze, ale nie poczułam w sobie czytelniczej euforii...Czegoś mi brakowało, może większej pikanterii. Takiego fajnego napięcia, które spowodowałoby, że tylko siłą można by było mnie odciągnąć od książki. A tak to, sama robiłam sobie przerwy, ale lektura nie została rzucona przeze mnie w kąt. Została przeczytana do samego końca.
Zdrady wszędzie zdrady, i chyba tych zdrad było dla mnie za dużo. Dlaczego, tak naprawdę pojawia się w naszym życiu. Nie jesteśmy w stanie sprostać miłości, czy to miłość nie ma do nas cierpliwości. Jest to temat, który warto poddać psychologicznej analizie. Taką analizę za pewne chciała przeprowadzić autorka pisząc "Lato na Majorce". Tylko chyba troszkę jej to nie wyszło.

Czy sięgnę po inne książkowe pozycje autorstwa Emmy Straub? Na tę chwilę, trudno jest mi odpowiedzieć na to pytanie. W sumie nie osądza się pisarza, po przeczytaniu tylko jednej książki...
Czy ta recenzja była przydatna?

Wakacje

Ocena:
Autor: Karolina
Data:
Dwa miesiące wolności, dla niektórych nawet trzy. Z dala od odrabiana lekcji, książek naukowych, klasówek i egzaminów. Wakacje, to o nich mowa. Dzieci i młodzież czekają na nie z utęsknieniem przez cały rok. Ta troszkę starsza młodzież również. Porą zimową zastanawiamy się nad kierunkiem naszego kolejnego wakacyjnego wyjazdu. Lepiej mieć wcześniej wszystko ustalone co do miejsca wypoczynku, żeby potem nie nastąpiły żadne niepotrzebne konflikty. Bohaterowie z książki Niny Majewskiej-Brown o iście wakacyjnym tytule obrali kurs na Hiszpanię, a konkretnie na gorącą Barcelonę.

Przed każdym wyjazdem w domu panuje spory rozgardiasz i chaos. Nie wiemy co spakować, a będąc w samolocie zastanawiamy się czy wyłączyliśmy żelazko...Problem z pakowaniem jest tym większy, gdy do dorosłych członków rodziny dochodzą jeszcze dzieci. W przypadku Niny i jej męża, dzieciaczków jest dwoje. Urocza siedmioletnia Klara i Jasiek, prawie już dorosły mężczyzna. Cała rodzina marzy o spędzeniu wspaniałych chwil w cudownej i ogrzanej promieniami słońca stolicy Hiszpanii.
Barcelona, szczególnie fanom piłki nożnej kojarzy się tylko z jednym. Z ogromnym stadionem jednego z najsłynniejszych europejskich klubów piłkarskich...Ale Barcelona to nie tylko stadion. To cudowna architektura, malutkie knajpki, które znajdują się przy urokliwych uliczkach...
Zapowiadają się wspaniałe wakacje. Chociaż o spokoju trudno jest powiedzieć, gdy u boku ma się dwoje rozentuzjazmowanych milusińskich. I każdy z nich chce zobaczyć coś innego. Ale jak to się mówi: nie ma sytuacji bez wyjście...Tylko pewne wydarzenie sprawia, że z tym wyjściem jest spory problem. Nieoczekiwanie do pokoju hotelowego pukają rodzice Bartka. Ale to nic, w porównaniu z tym co wydarzyło się później. Życie Niny obróciło się o 360 stopni...

Moje oczy mówiły stop, a ja czytałam dalej. Szczypały niemiłosiernie, a ja czytałam dalej. Co ja biedna mogłam zrobić, gdy książka mną zawładnęła. Musiałam dowiedzieć się co dalej, a oczom zafundowałam później okłady z rumianku. Nic na to nie poradzę, że ja ubóstwiam książki, które napisane są w taki sposób, w jaki poczyniła to Nina Majewska-Brown. "Wakacje" to lektura, w której można znaleźć wszystkie elementy, z których powinna składać się bardzo dobra książka. Już teraz mogę Wam zdradzić, że została przez mnie dopisana do listy książek, które czyta się z zapartym tchem. Zamykasz się w tedy w swojej kapsule czytelniczej i...przepadasz. Jesteś tylko Ty i książka. Nic więcej się nie liczy.

Może co niektórym zaczątek książki zwyczajnie nie przypadnie do gustu. Jeśli chodzi o moją ocenę, początek historii jest tylko przystawką do dania głównego. A jak wiemy głód w miarę jedzenia wzrasta.
Wakacje kojarzą się z beztroską i relaksem, ale gdzieś za rogiem czyhają zupełnie inne stany emocjonalne, których nie dostrzegamy. Nie dopuszczamy do siebie myśli, że może nam się coś złego przydarzyć. Niestety los lubi płatać nam figle i nie zawsze o pozytywnym znaczeniu. W jednej sekundzie rodzinna sielanka przeradza się w koszmar, z którego chcemy się jak najszybciej obudzić.
Tylko żeby to było takie proste. Otwierasz oczy, jesteś zlana zimnym potem...uff to był tylko zły sen. Co w tedy, gdy to nie był sen, tylko rzeczywistość, która trwa w najlepsze? Czujesz jak ogarnia cię niewyobrażalna rozpacz, którą potęguje strach przed jutrem. W takiej chwili ukojeniem będzie bliskość drugiej osoby, gorzej gdy nikt z bliskich nie może takiego ukojenia sprezentować. Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. I właśnie takich przyjaciół ma zaszczyt poznać Nina.
Nina Majewska-Brown w fantastyczny sposób zobrazowała relacje międzyludzkie. Przedstawiła je w sposób bardzo realistyczny, nie ominęła żadnego szczegółu. Niczego nie ukryła, ani nie ubarwiła na siłę.

Cudna okładka o iście wakacyjnym i sielankowym klimacie, a w środku odnajdziemy historię, która poruszy najbardziej skamieniałe serca. Gdy będziecie zabierać się do czytania książki nie zapomnijcie o chusteczkach, na pewno się przydadzą. Chociaż odrobinę humoru również w sobie zawiera. Tak na prawdę każdy znajdzie w niej coś dla siebie.

Jeśli chodzi o zakończenie zwaliło mnie z nóg i już teraz czekam z niecierpliwością na dalsze losy Niny Braun.
Czy ta recenzja była przydatna?

Róże

Ocena:
Autor: Karolina
Data:
Jest taki gatunek kwiatów, który my kobiety chyba lubimy najbardziej. Tak naprawdę każdy kwiat sprawi nam przyjemność, ale ten został obdarzony przez nas wyjątkowym uwielbieniem. Róże, szczególnie te czerwone. To one symbolizują miłość. Nie ma nic bardziej romantycznego jak zostać obdarowaną bez okazji bukietem z tych pięknych kwiatów. Ale róże mają również inne odcienie i odzwierciedlają zupełnie coś innego.
Tak się składa, że czerwień róż także. Z tematem różanych symboli mamy do czynienia w książce Leila Meachem "Róże" oraz z legendą, która dotyczy tych kwiatów, a przede wszystkim członków pewnej rodziny...

Co robi osoba, która zdaje sobie sprawę z tego, że niedługo opuści ziemski padół. Pragnie uporządkować wszystkie swoje sprawy, a szczególnie te związane z ostatnią wolą. Taką osobą jest Mary, którą poznajemy w trakcie wizyty u swojego adwokata. Jednocześnie długoletniego przyjaciela. Stosunki ich łączące nie ułatwiają im tego. Tym bardziej, gdy mężczyzna ma odmienne zdanie na temat oficjalnej treści testamentu. Kobieta postanawia wprowadzić pewne zmiany, które mogą spowodować spore zawirowania w życiu pewnej osoby. Pragnie poinformować tę osobę osobiście. Tylko czy zdąży uczynić to przed śmiercią.
Po powrocie do domu starsza pani odbywa podróż do przeszłości. Do przeszłości pełnej różnego rodzaju wydarzeń. Do chwil pięknych, o których będzie pamiętać do końca swojego życia, jak i do tych które powodowały żal i smutek.
I w tym momencie należy wspomnieć o różanej legendzie. Stając się jedyną spadkobierczynią po zmarłym ojcu Mary utraciła miłość własnej matki i starszego brata. Do dokumentu załączona była czerwona róża. Ale w tym przypadka nie symbolizowała miłości...

"Jeśli kiedykolwiek Cie obrażę, wyślę czerwoną różę, prosząc o przebaczenie. Kiedy zaś ja otrzymam czerwoną, w odpowiedzi prześlę białą by powiedzieć, że przebaczam. "( cyt. s. 30)

Niestety o przebaczeniu nie było mowy. Treść testamentu dla matki Mary była ogromnym ciosem. Nigdy nie dopuszczała do siebie myśli, że jej ukochany mąż postąpi w taki sposób. Przekazując cały swój majątek córce i że będzie zależna od własnego dziecka. Ze strony brata nie uzyskuje żadnego pocieszenia, wręcz przeciwnie. Zostaje wysłana do szkoły z internatem.

Wiadomość o chorobie matki, sprawia, że nie zważając na nic postanawia wrócić do domu.
Swoje młodzieńcze lata Mary poświęciła w całości dla rodzinnej plantacji. Stała się dla niej obsesją. Wstawała o świcie, a kładła się spać wykończona. Zamiast brylować na salonach, spędzała każdą wolną chwilę przy kwiatach bawełny. W tych trudnych dla niej chwilach mogła liczyć na wsparcie przyjaciół. Ollie DuMont i Perci Warwick. Obaj przystojni, pochodzący z szanowanych rodzin, i obaj szaleńczo i skrycie zakochani w Mery. Tak się składa, że ona w sekrecie podkochuje się w jednym z nich.
Choroba matki, problemy z plantacją, do tego dochodzi jeszcze informacja, że jej jedyny brat wraz z przyjaciółmi został powołany do wojska. Lada moment wyruszają na front.
Modlitwy Mary zostały wysłuchane i wojna dobiega końca, a co za tym idzie żołnierze, którzy przeżyli mogą wrócić do swoich domów. Serce kobiety się raduje, gdy otrzymuje informację, że brat oraz jego kompani należą do tej grupy. Radość jest tym większa, bo wreszcie będzie mogła wtulić się w ramiona ukochanego mężczyzny. Tylko, którego z mężczyzn dosięgnie ten zaszczyt. I czy pokocha ją tak mocno, jak ona pokochała Somerset...

Chyba najlepiej będzie, jeśli na tym etapie zakończę streszczanie fabuły. Pisząc dalej, mogłabym przez przypadek zdradzić za dużo, a nie chciałabym zabierać wam przyjemności z dalszego poznawania losów Mary.

Tak na prawdę nie zaczytuje się w tego typu książkach opowiadających o rodzinnych sagach. Ale "Róże" Leili Meacham uwiodły mnie od pierwszego rozdziału. Im dalej, moje uczucie do lektury pogłębiało się.

Nie wiem czy mi się uda, ale spróbuję tak w skrócie scharakteryzować postać głównej bohaterki. Mary, mając -naście lat staje się spadkobierczynią wielkiego rodzinnego majątku. Całe swoje życie poświęciła dla Somerset. Nie chcę jej w żaden sposób potępiać za decyzje, które podjęła. Czy dokonała słusznego wyboru. Miłość do plantacji kontra miłość do mężczyzny. Czym się różnią od siebie? Chyba jedynie tym, do kogo jest skierowana. Bo jedna i druga była wielka.
Na miłości opiera się cała historia opisana na kartach powieści. Tylko na drodze do szczęścia można natrafić na wiele przeszkód. I nie zawsze można je łatwo pokonać. Tym bardziej gdy rodzące się uczucie owiane jest klątwą...

W wielkiej beczce miodu musi pojawić się mała łyżka dziegciu. Tą łyżeczką, a raczej łyżeczkami są błędy, a raczej literówki. Czytając wpadło mi w oko kilka, ale to tylko taki mały minusik.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Karolina
Data:
Kto ciekawy nos do kawy, ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Jak jest tak naprawdę z tą ciekawością. Jesteśmy ciekawi, czy może wręcz wścibscy? W dużej mierze zależy to od sytuacji w jakiej się znajdziemy. Są też takie momenty w życiu, gdy ciekawość jest wręcz wskazana. Trzeba przyznać, że jest to jedna z cech ludzkich. W moim przypadku ta cecha objawia się troszkę inaczej. Zawdzięczam to zamiłowaniu do literatury. Ciekawa jestem czym tym razem zaskoczy mnie kolejna książka, jakie będzie jej zakończenie. Taki rodzaj ciekawości posiada w sobie również główna bohaterka najnowszej powieści autorstwa Lisy Wingate.

Droga do szczęścia czasami bywa długa i kręta. Po takiej drodze przyszło stąpać Jen Gibbs. Wciągu 10 lat pracowała w sześciu wydawnictwach. Ale marzenia się spełniają. Takie słowa może z pewnością wypowiedzieć Jen. Otrzymuje stanowisko redaktora w cenionym wydawnictwie Vida House Publishing.
Któregoś dnia wchodząc do swojego biura, zwraca uwagę na sposób ułożenia dokumentów na biurku. Nie leżą, tak jak powinny. Nagle jej wzrok kieruje się ku...kopercie. Z brązowego grubego papieru, na którym było widać ślady upływających lat oraz promieni słonecznych.
W jednej chwili to co otacza kobietę znika, liczy się tylko to, co leży przed nią na blacie biurka. Skąd się wzięła ta koperta, kto ją dostarczył. I dlaczego akurat ten ktoś wybrał ją. Brak adresu zwrotnego sprawia, że cała ta sytuacja staje się jeszcze bardziej zagadkowa. Zagadkowość potęguje jej zawartość. W dłoniach Jen znalazł się tajemniczy skrypt składający się z pięćdziesięciu kartek zatytułowany "Strażniczka opowieści". Kobieta poddaje go wstępnej analizie. Okazuje się, że na kartach skryptu została opisana historia Sarry i Randa. Zafascynowana niezwykłością opowieści prosi swojego szefa o pozwolenie na wyjazd do Karoliny Północnej w celu rozwiązania tej jak bardzo ciekawej zagadki, ale głównym powodem jest odnalezienie autora. Najciekawsze jest w tym to, że otrzymuje od tajemniczego doręczyciela kolejne fragmenty. Niestety podróż ma swoje drugie dno, wiąże się z powrotem do rodzinnych stron. Nie będzie to dla Jen łatwy powrót z wielu względów.

Co robi książka z człowiekiem? Odpowiedź na to pytanie znają za pewne osoby, które je czytają. Zapominamy w tedy o "bożym świecie". Jesteśmy tylko my i książka. Wpadamy w czytelniczą hipnozę. Doświadcza tego również Jen wczytując się w losy Sarry i Randa. Cofa się do XIX wieku, bo właśnie w tym okresie przyszło żyć bohaterom ze skryptu. A dokładniej przenosi się za pomocą wyobraźni z nowojorskiego mieszkania w rejony Appalachów. Jest to górzysty teren mający w sobie wiele tajemnic...

Sarra i Rand. Ona o specyficznej urodzie, którą zawdzięcza swojemu pochodzeniu. Wywodzi się z plemienia Melungów. Szczep Melungów został odkryty w 1654 roku przez angielskich odkrywców, którzy przemierzali zakątek Wyżyny Cumberland. Ich wygląd, a dokładnie kolor skóry, który zawierał w sobie domieszki kilku ras sprawiał, że odstraszali od siebie pozostałą część społeczeństwa. Posądzani byli o praktykowanie czarnej magii.
Rand, to chłopak jak bardzo różniący się od dziewczyny. Nie tylko wyglądem, ale także pochodzeniem. Charleston, to właśnie tam mieszka jego rodzina. Bardzo szanowana i uważana za inteligencję.
Pewne wydarzenie sprawiło, że drogi Sarry i Randa złączyły się. Były to niezbyt sprzyjające okoliczności jeśli chodzi o zawieranie nowych znajomości. Ale nie mógł pozwolić, żeby dziewczynie działa się krzywda...

Od pierwszej chwili gdy ujrzał Sarrę wiedział, że nie może pozostawić jej samej sobie. Musi o nią zadbać, nawet kosztem swojego życia...

"Strażniczka opowieści" to moje pierwsze spotkanie z twórczością Lisy Wingate i z Wydawnictwem Święty Wojciech. Jest to wydawnictwo wyróżniające się swoim literackim asortymentem. W dużej mierze ich oferta książkowa oparta jest na książkach o tematyce religijnej. Ale proponuje również powieści obyczajowe, w których nie brakuje tematyki związanej z wiarą w Boga.
Tak jak i wyznań tak i wiele jest głosów na temat wiary i religijności. Czasami w trakcie dyskusji dochodzi do ostrej wymiany zdań. Tak naprawdę ta kwestia powinna być naszą osobistą sprawą. Sprawy związane z religią miały duży wpływ na życie Jen oraz decyzje przez nią podejmowane...
Religia to nie jedyna problematyka, którą poruszyła pisarka pisząc książkę. Rodzinne relacje, które z czasem ulegają całkowitemu zatarciu. Strach przed ojcem, który nie ma w sobie żadnych uczuć tylko zionie nienawiścią do swojej żony i dzieci. Na każdym kroku są przez niego kontrolowani. Do tego dochodzi trudna sytuacja materialna.
Jen odważyła się wykonać krok, o którym ona sama zdecydowała. Zostawiając swoją rodzinę, wyruszyła w podróż szukając szczęścia i miłość, której nie było jej dane poczuć.

Możecie być pewni jednego biorąc do ręki "Strażniczkę opowieści". Gdy zaczniecie ją czytać zostaniecie wciągnięci w dwie historie: Jen oraz Sarry i Randa od pierwszej strony. W dużej mierze właśnie ta trójka jest olbrzymim plusem tej powieści. Zostali wykreowani przez pisarkę w sposób wysmakowany i intrygujący. Lisa Wingate doskonale połączyła ze sobą dwa światy: czas przeszły z teraźniejszością. Wszystko ze sobą idealnie harmonizuje. Olbrzymim wkładem, który jeszcze bardziej udoskonala powieść są opisy przyrody. Zamykasz oczy i czujesz jakbyś wędrował/a po szczytach Appalachów wdychając świeże górskie powietrze. Autorka zahacza również o życie i architekturę Nowego Jorku. A jak wiemy funkcjonowanie w dużym mieście do łatwych nie należy, tym bardziej gdy pochodzi się z małego miasteczka...

"Strażniczka opowieści" to przepiękna powieść, która zachwyca. Mnie zachwyciła, a jak będzie z Tobą?
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Karolina
Data:
Już sam krótki blurb na odwrocie książki sprawił, że powieść Giny Holmest nie będzie dla mnie łatwą lekturą. Poczułam strach, czy podołam, czy dam radem przebrnąć przez historię opisaną przez Gine Holmes. Przemoc w rodzinie to temat trudny, szczególnie dla osób, które jej doświadczyły. Co takiego dzieje się w umyśle człowieka, który dopuszcza się takiego czynu. Nie zważa na nic, nie widzi łez najbliższych. Wymierza w kierunku swoich ofiar kolejne razy obiecując po drodze nie wiadomo po raz który obietnicę poprawy...

Siedemnastoletnia Penny przeżywa swoją pierwszą miłość. Zakochała się bez pamięci w Trencie. W starszym od siebie mężczyźnie w ramionach którego czuje się szczęśliwa i spełniona. Karmi ją czułymi słówkami i obietnicami szczęśliwego życia we dwoje. Wbrew swoim rodzicom, którzy nie zaakceptowali ukochanego córki postanawia z nim uciec...
Penny wierzy, że przy boku Trenta będzie bezpieczna, przecież ją kocha. Nawet nie wie, jak bardzo się myliła. Nie musiała długo czekać, żeby odkryć kim tak naprawdę jest jej wybranek serca. Po ślubie Trent zmienił się z czułego i troskliwego mężczyzny w tyrana, który swoich dłoni zamiast do pieszczot używał do zadawania bólu. Wpadał w szał gdy wracał do domu będąc pod wpływem alkoholu. Zresztą takie ataki zdarzały mu się gdy był trzeźwi. Nie potrafi zapanować nad swoimi emocjami. Popadł również w szemrane towarzystwo, w którym nie brakowało kobiet lekkich obyczajów.
Życie Penny u boku swojego męża przeobraziło się w koszmar, z którego chciałaby się jak najszybciej wybudzić. Po 10 latach pojawia się nadzieja. Trent ulega wypadkowi, którego skutkiem jest utrata wzroku. Jednocześnie mężczyzna przestaje być głównym żywicielem rodziny. Nie żyli dostatnio, ale jakoś dawali radę. Teraz ich sytuacja finansowa znacznie się pogorszyła. Kobieta chce podjąć pracę. Decyzji Penny nie akceptuje Trent. Ale po dłuższym zastanowieniu zgadza się żeby to ona na chwilę obecną przynosiła do domu wypłatę. Dzięki pracy może wreszcie opuścić swój dom, odetchnąć innym powietrzem. Zostaje zatrudniona w firmie sprzątającej, której właścicielką jest Cellie Mea. Współpracować będzie z tajemniczą Fatimą. Z czasem Penny zaprzyjaźnia się z nowo poznanymi kobietami. Ich towarzystwo sprawia, że jej dotychczasowe życie nabiera barw.
Tylko czy kobieta zdoła porzucić apodyktycznego męża, któremu ślubowała przed Bogiem: " I że cię nie opuszczę aż do śmierci."

Miłość ma swoje prawa, ta nastoletnia również. Nie możemy nikomu zabronić kochać, nawet w tedy gdy uczucia zostały przez nas błędnie ulokowane. Bo po prostu tak się nie da. Taka osoba nie reaguje na nasze słowa sprzeciwu. Niestety tego typu uczucie niesie ze sobą wiele konsekwencji. Przekonała się o tym Penny wychodząc za mąż za Trenta, którego tak naprawdę nie znała. A on doskonale się przed nią kamuflował.
Przemoc domowa w dzisiejszych czasach to niestety powszechne zjawisko dla którego nie ma żadnego usprawiedliwienia. Dotyka nie tylko rodzin patologicznych, pojawia się również w dobrych domach. W jaki sposób można usprawiedliwić krzywdy, które wyrządzane są niewinnym kobietom, a co najgorsze również dzieciom...
Przybiera różne formy. Psychiczna objawia się poprzez kontrolowanie każdego kroku, wystawianie na pośmiewisko przed najbliższymi, wytykanie najmniejszego przewinienia. Z czasem, gdy oprawca znudzi się tą odmianą zaczyna znęcać się nad swoją "ofiarą" w sposób fizyczny. Lub łączy ze sobą obie te formy.
Pierwsze ciosy padają znienacka, "bo zupa była nie słona", bo piwo się skończyło itd...Na drugi dzień oczywiście usłyszymy z ust oprawcy przeprosiny i błaganie o przebaczenie. Nigdy więcej to się nie powtórzy. Co robi w tedy kobieta? Oczywiście przebacza, przecież to mój mąż i ojciec moich dzieci. Ale jak długo będzie w stanie to wytrzymać, każda bańka kiedyś musi pęknąć. Co w tedy gdy pęknie za późno i dojdzie wcześniej do tragedii...
Trudno jest się wyzwolić, wykonać ten jeden krok gdy ofiarę przemocy paraliżuje strach i niewyobrażalna niemoc. W przypadku Penny pojawia się również aspekt religijny. Słowa przysięgi małżeńskiej wypowiadanej przed Bogiem są dla niej bardzo ważne. Dlaczego ma pozwolić na takie traktowanie, przecież nie ma w niej ani słowa o zadawaniu bólu przez męża. Dla niej rozwód połączony jest z samotnością. Nie będzie mogła ponownie wyjść za mąż. Czy w sytuacji, w której obecnie się znajduje to jest najważniejsze. Przecież nie jest sama, może liczyć na wsparcie i pomoc swoich przyjaciółek. Próbują za wszelką cenę naprowadzić kobietę na prawidłową ścieżkę, tylko czy przyjmie drogowskazy, które wysyłają w jej kierunku...

Gina Holmes napisała niezwykłą książką. Mocną, przesyconą realizmem. Opisała w niej świat kobiety dręczonej przez męża. Co czuje, jakie myśli krążą w jej głowie. Z jakimi problemami musi się zmierzyć. Świat Penny opiera się na wyczekiwaniu. Jaki będzie miał dzisiaj humor: upił się tym razem na smutno, czy na wesoło. Ale kiedyś musi znaleźć w sobie siły i powiedzieć STOP!!.
Zakończenie powieści było dla mnie emocjonalnym wulkanem, którego erupcja wstrząsnęła moją psychiką. Gorąca lawa rozpłynęła się po całym moim ciele. Musiało minąć kilka minut, aż wystygnę z emocji. Chciało się krzyknąć: KOBIETO ZRÓB COŚ!!! W pewnym momencie musiałam przerwać czytanie, bo zwyczajnie bałam się czytać dalej...
Podeszłam do problematyki zawartej w "Szklanych skrzydłach" w sposób bardzo emocjonalny. Z jednego bardzo ważnego powodu. Przemoc domowa nie jest mi obca. Więc recenzja wygląda tak, a nie inaczej. Kieruję również do Was pewien apel:

Proszę was reagujcie na krzywdy, które powoduje przemoc domowa. Nie chowajcie głowy w piasek, nie udawajcie, że nie słyszycie wołania o pomoc. Wystukanie numeru alarmowego 112 trwa kilka sekund. Ta krótka chwila może uratować komuś życie !!!
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Karolina
Data:
Dzieci wnoszą w nasze życie wiele radości. Ich radosne uśmiechy, niewinne gesty. Co czują, gdy rodzice reagują na nie obojętnością. Z trudnym dzieciństwem w oparach przemocy przyszło się zmierzyć głównej bohaterce z książki autorstwa Michele Phoenix "Popękane miejsca". Nie jest łatwo zapomnieć o przeszłości, która spowodowała wiele blizn, nie tylko tych fizycznych. Ale jak wiemy życie pisze różne scenariusze i własnie taki scenariusz trafia do rąk dorosłej już kobiety. Czy odnajdzie w sobie siłę, żeby się z nim zapoznać. A może to dar z niebios, który sprawi, że w końcu będzie szczęśliwa...I nie tylko ona.

Lata dziecięce dla każdego człowieka powinny być cudownymi wspomnieniami. Tylko co w tedy gdy będąc w wieku dziecięcym nasze życie oparte było tylko na strachu i cierpieniu. Cierpieniu fizycznym i psychicznym zadawanym przez najbliższą nam osobę. Możemy być w takiej sytuacji pewni tylko jednego. Takie dzieciństwo będzie miało ogromny wpływ na dorosłe już życie.
Przemoc domowa to jeden z sekretów o których nie lubimy, nie chcemy mówić. Szczególnie gdy mogliśmy poczuć ją na własnej skórze. Taką osobą jest Shelby Davis. Ciągłe wyzwiska kierowane w jej stronę z ust własnego ojca. Sposób w jaki traktował jej brata oraz własną żonę. Szalę goryczy przelało pewne dramatyczne zdarzenie...

Kilka lat później...

Dorosła już Shelby stara się normalnie funkcjonować. Chociaż przeszłość nie daje jej spokoju. Tym bardziej, gdy musi stanąć z nią w oko w oko. Ostatnia wola ojca powoduje w niej emocjonalną karuzelę. Z treści testamentu wynika, że oprócz dóbr materialnych, które dostanie w spadku będzie musiała podjąć bardzo ważną decyzję. Czy podejmie wyzwanie i stanie się prawną opiekunką dla przyrodniej siostry. Uroczej czterolatki o imieniu Shayla? Dlaczego ojciec wybrał właśnie ją, tą którą upokarzał...
W miarę ustabilizowane już życie kobiety, jeśli w ogóle można je tak nazwać wywraca się do góry nogami. Do tej wywrotki przyczyniła się słodka, mała dziewczynka. W poszukiwaniu psychicznej równowagi wyruszają w wspólną podróż do Niemiec. To tam, Shelby podejmuje pracę w charakterze nauczycielki w jednej ze szkół...

Gdy coś nam pęknie to albo próbujemy to naprawić, albo zwyczajnie się tego pozbywamy. Co robimy gdy do pęknięcia dochodzi wewnątrz nas? W tym przypadku nie jest to już takie proste. Niby czas leczy rany, tylko co w tedy gdy ten czas działa przeciwko nam. Walczymy sami ze sobą. W takiej walce biorą udział Shelby i Trey. Wyjątkowe rodzeństwo kochające się miłością bezgraniczną. Wzajemnie się wspierając liczą, że w końcu demony przeszłości rozpłyną się we mgle i będą mogli poczuć smak szczęśliwego życia...
W ich przypadku droga do szczęścia jest naszpikowana dramatycznymi wydarzeniami. Michele Phoenix postanowiła wpleść je w główną treść książki. Przepełnione są wstrząsającymi opisami. Trudno jest zrozumieć, że coś takiego mógł zrobić ojciec własnym dzieciom. W trakcie ich czytania nasuwa się pewna myśl. Gdzie podziała się ich matka? Dlaczego nie reaguje na krzywdy, które wyrządzane są jej dzieciom? Gdy już odważyła się na jakąkolwiek reakcję zostaje przez oprawcę zlekceważona...Więzi jakie połączyły rodzeństwo stają się dla nich jedynym ratunkiem...

Syndrom "Davidowstwa" ponownie wkracza do życia Shelby i Treya. Robi to w sposób nagły i niespodziewany. Nie da się w jednej chwili wytrzeć z pamięci wyrządzonych krzywd. Dzień, w którym ponownie przed ich oczami ukazuje się postać zmarłego ojca sprawia, że na nowo wszystkie zabliźnione rany otwierają się, a treść testamentu sprawia, że życie Shelby nie będzie już takie samo. Opieka nad małym dzieckiem to odpowiedzialne i trudne zadanie. Podjęcie przez kobietę decyzji nie było dla niej łatwe. Nie chce skrzywdzić tej malutkiej istotki. Jednocześnie boi się, czy podoła zadaniu, które zostało jej powierzone. Niewinne spojrzenie czterolatki rozgrzewa jej zlodowaciałe serce. Staje się dla niej matką, a wraz z rodzącym się uczuciem do dziewczynki przechodzi wewnętrzną metamorfozę...
Podróż do Niemiec, na którą się zdecydowała również wywrze duży wpływ na to, w jaki sposób będzie dalej żyć i funkcjonować. Nowe otoczenie, inny klimat...inny język. W związku z tym pojawia się problem z aklimatyzacją, z którym musi zmierzyć się Shelby. W końcu sama podjęła decyzję o wyjeździe, ale na szczęście na drodze ku szczęściu napotka dobrych ludzi...

Historia opisana przez Michele Phoenix daje wiele do myślenia. Autorka postanowiła wgłębić się w temat bardzo trudny jakim jest znęcanie się nad dziećmi. Zrobiła to w sposób bardzo realny, który niejednokrotnie powodował w moim przypadku zatrzymanie się nad lekturą powieści. Potrzebowałam chwili, żeby myśli, które zebrały się w mojej głowie mogły się uspokoić. Próbowałam zrozumieć co kieruje dorosłym człowiekiem, który wyrządza krzywdę dziecku. Niewinnej istocie, nie mogącej się samodzielnie bronić. Na próbach się skończyło, bo czegoś takiego po prostu nie da się zrozumieć.
Jednocześnie "Popękane miejsca" to książka o poszukiwaniu szczęścia i miłości. Jednego i drugiego nie da się kupić. Szczęście i miłość to dar, a jak wiemy, żeby zostać obdarowanym trzeba sobie na to zasłużyć...
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Karolina
Data:
| "To było zbyt dobre, żeby mogło być prawdziwe. Czułam się świetnie, a potem zrobiłam badania i znów jestem w punkcie wyjścia." ( cyt. s. 396 )

Jeden dotyk, potem wizyty u lekarza powodują, że to co usłyszała z jego ust Mia Hayes jest dla niej ogromnym szokiem. Dlaczego Ja. Za co zostałam ukarana właśnie w taki sposób? Za ten seks przedmałżeński, brak wiary w Boga, antykoncepcję i niewinną kradzież. Tak, bo ona była niewinna, kilka kabli gitarowych. Przecież ja mam dziecko, dla którego muszę walczyć. Nie poddam się, chociaż wiem, że będzie to trudna walka. Nie mogę zawieść również rodziców i rodzeństwa. Kocham ich najbardziej na świecie, a oni kochają mnie. To jest w tej chwili najważniejsze. Miłość będzie dla mnie wyjątkowym dopingiem.
Mia poddała się amputacji obu piersi. Niestety rak zaatakował inne organy. Wyczerpana długotrwałym leczeniem, zdaje sobie sprawę z tego, że to już koniec.
Matka kobiety decyduje się na przeniesienie córki do hospicjum. Tam cała rodzina na zmianę z przyjaciółmi czuwają przy jej łóżku. A ona w swoich snach odbywa podróż wracając do przeszłości. Jednocześnie z całych sił pragnie pożegnać się ze wszystkimi, a szczególnie ze swoją nastoletnią córką. Tylko tak się składa, że jej rodzina jest dość zwariowana, więc czeka ją trudne zadanie...

Czytam sporo, staram się później każdą książkę zrecenzować. Ale po przeczytaniu "Ostatnich dni Królika" nie wiem jak to zrobić. Zostałam emocjonalnie wywirowana. Stało się, zabrakło mi słów, za pomocą których mogłabym wyrazić swój zachwyt nad powieścią. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Wyczekiwałam takiej chwili z niecierpliwością. I w końcu doczekałam się...
Historia, z którą miałam okazję się zapoznać zostanie we mnie na bardzo długo. Z wielu powodów. Jednym z nich jest oczywiście postać głównej bohaterki. Sposób w jaki została wykreowana przez pisarkę zasługuje na najwyższą ocenę. Jej życie przed chorobą nie było usłane różami. Samotna matka nie ma łatwo, na szczęście była wspierana przez rodzinę. Mogła liczyć również na opiekę ze strony najbliższych, gdy zmagała się z nowotworem. Matczyna miłość była dla niej ukojeniem. Do ostatnich chwil pragnęła dla swojego dziecka wszystkiego co najlepsze. Można mieć do niej żal, że oddaliła się od Boga, ale to była jej przemyślana decyzja...
Rodzice Mai. Mimo swojego wieku, nadal szaleńczo są w sobie zakochani. Takiej miłości, która ich połączyła mogą im wszyscy pozazdrościć. Ich związek należy do wyjątkowych, a główną zaletą tej wyjątkowości jest osobowość i temperament matki Mai.
Mia wyrosła na piękną i mądrą kobietą. Chociaż czasami, będąc jeszcze małą dziewczynką zazdrościła urody, którą została obdarzona jej siostra. Wolny czas spędzała w towarzystwie swojego brata wsłuchując się w muzykę jego zespołu i głos pewnego wokalisty...
Teraz cała rodzina skupiła się wokół niej. Każdy z członków przeżywa ten czas na swój sposób. Jedni zwracają się o pomoc do Boga i liczą na cud uzdrowienia. Drudzy nie widzą już żadnej nadziei. Trzecia grupa postanawia zachowywać się normalnie, chociaż dla tej rodziny słowo "normalność" nie pasuje. Nawet w takiej chwili dochodzi z ich strony do różnych humorystycznych sytuacji, a sarkastyczne komentarze powodują spazmatyczne wybuchy śmiechu, które przeplatane są atakami płaczu.
Strata bliskiej osoby, dla każdego człowieka jest traumatycznym przeżyciem. Nie ma takiego jednego, głównego sposobu w jaki można całkowicie wyleczyć się z cierpienia i tęsknoty. Możemy w tedy usłyszeć takie słowa: Jakoś to będzie; kiedyś zapomnisz; czas leczy rany. Wiadomo, że na początku będzie to trudne, ale w końcu...jakoś to będzie, musi być...

Decydując się na lekturę "Ostatnich dni Królika" musisz się spodziewać, że będziesz czytała/a niezwykłą książkę. Zanim zaczniesz wgłębiać się w jej treść zachęcam do uzbrojenia się w dużą ilość chusteczek, bo mogą Ci się przydać.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Karolina
Data:
Moje miłe Panie, jeśli zastanawiacie się nad doborem lektur na zbliżające się długie jesienne wieczory, to mam dla was książkową propozycję, która powinna znaleźć się na ten czas w waszych biblioteczkach. "Przypadki pewnej desperatki" to według mnie idealne antidotum na jesienną chandrę. I to nie tylko z powodu koloru okładki...

Tam tam taaaram, tam tam taaaram. Wszystko na to wskazuje, że tej melodii granej na własnym ślubie szybko nie usłyszy chłopak Julii Mężyk. Paweł kocha swoją dziewczynę do szaleństwa i pragnie u jej boku spędzić resztę swojego życia. Tylko jest mały problem. Na chwilę obecną Julia nie jest jeszcze psychicznie gotowa, aby wykonać pierwszy krok w kierunku narzeczonego stojącego przy ołtarzu. Chociaż z drugiej strony każda inna kobieta będąca na jej miejscu nie zastanawiałaby się ani sekundy. Przecież Paweł to istny skarb. Przystojny, inteligentny, dobrze wychowany. Podjęcie decyzji o zamążpójściu nie jest łatwe, szczególnie dla kobiety. Lepiej ją dokładnie przemyśleć, nawet wtedy gdy mamy do czynienia z idealnym kandydatem na męża.
Julia to pasjonatka historii. Jest w trakcie studiów magisterskich z tego przedmiotu. Swoją osobowością przyciąga do siebie ludzi jak magnes. Przerwy między jednym, a drugim wykładem spędza w towarzystwie koleżanek i kolegów z roku. Wspólnie tworzą zgraną paczkę przyjaciół.
Swoją wiedzę postanawia wykorzystać zatrudniając się w charakterze nauczycielki historii w jednym z gimnazjów. Nauczyciel nie ma lekko, tym bardziej gdy trzeba okiełznać młodzież, która została bezstresowo wychowana przez swoich rodziców. Do tego dochodzi problem z upierdliwą Panią dyrektor.
Po powrocie do domu marzy tylko o ciszy i spokoju. Niestety tę błogość zakłóca Andria, młodsza siostra Julii na przemian z matką.
Pewnego dnia Paweł informuje swoją ukochaną, że został spadkobiercą zabytkowego pałacyku. Nie muszę chyba pisać, w jaki sposób na taką wieść zareagowała Julia. Czym prędzej chciała zobaczyć to cudo na własne oczy. Przeczesując strych natrafia na pamiętnik z XIX wieku. Autorką zapisków jest dziewczyna, która usługiwała na dworze księżnej Izabeli Czartoryskiej. Po głębszej analizie okazuje się, że treść pamiętnika zawiera w sobie wiele zagadek, które zaczynają fascynować przyszłą Panią Mgr Historii...

"Przypadki pewnej desperatki" to przezabawna książka. W trakcie jej czytania będziesz się świetnie bawić. Mogę zagwarantować, że poprawi ci humor już od pierwszej strony. W głównej mierze przyczynił się do tego sposób w jaki została napisana. Lekki i przyjemny. Ale to nie tylko jej styl, ale również postać głównej bohaterki spowoduje, że nie będziesz w stanie oderwać się od lektury. Magdalena Wala stworzyła bardzo wyrazistą postać. Nie da się jej nie lubić. Osobiście chętnie zaprzyjaźniłabym się z Julią Mężyk. Zwariowana dziewczyna, z fantastycznym poczuciem humoru, który wykorzystuje w swoich powiedzonkach. Osoba Pawła również zasługuje na wyróżnienie. Ojjj musi mieć cierpliwość do swojej dziewczyny. Ich słowne utarczki dodają tylko uroku ich związkowi. Jak to się mówi: Kto się czubi, ten się lubi.

Mam dla was krótkie pytanie? Co łączy główną bohaterkę książki i jej autorkę. Historia dla obu Pań to coś więcej niż tylko pasja. Można by rzec, że Julia to szklane odbicie Pani Magdaleny. Fragmenty książki, w których pojawia się wątek historyczny są dopracowane w każdym calu. Jednocześnie zachęcają do odkrywania zakamarków przeszłości. Wczytując się w zapiski z pamiętnika czytelnik poznaje szlacheckie zwyczaje i etykietę, która obowiązywała w tym okresie. Na uwagę zasługuje również język jakim posługiwała się osoba, która go pisała.
Magdalena Wala pisząc "Przypadki pewnej desperatki" dokonała przyjemnego w odbiorze połączenia kilku wątków. Oprócz tematu stricte historycznego i obyczajowego pojawił się również element zagadkowy. Historia związana z morderstwami dodała smaczku całej książce. Jest taką przysłowiową wisienką na torcie.

Różowy kolor okładki, a na niej zdjęcie uśmiechniętej dziewczyny, może oznaczać tylko jedno. Optymistyczną lekturę, która spowoduje, że szarość dnia odejdzie w zapomnienie.

PODSUMOWUJĄC: "Przypadki pewnej desperatki" to książka napisana przez fantastyczną babeczkę, o fantastycznej babeczce, dla fantastycznych babeczek takich jak MY!!
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Karolina
Data:
Okładka książki "Kalendarze", zachwyca swoją kolorystyką. Nie tylko grafika zwróciła moją uwagę. Małgorzata Gutowska-Adamczyk. Gdzieś już chyba słyszałam to nazwisko. No tak, przecież ta Pani napisała scenariusz do kultowego serialu "Tata, a Marcin powiedział". Realizowany był w latach 1994-1999. W rolę taty wcielił się Piotr Fronczewski, natomiast syna grał Mikołaj Redwan. Tak się składa, że jestem z rocznika '85, więc coś niecoś pamiętam. Ale z książką autorstwa Pani Małgorzaty spotykam się po raz pierwszy. Czy to spotkanie należało do udanych i czy zechcę takowe jeszcze powtórzyć??

Do czego służą kalendarze chyba każdy wie. Przybierają różną formę. Posiadają w sobie kartki, które dzień po dniu wyrywamy, przypominają notatniki, w których zapisujemy ważne dla nas informacje. Gdy traci swoją ważność wyrzucany jest przez nas do kosza, a potem kupujemy nowy. Co robimy w tym czasie ze wspomnieniami. Też się ich pozbywamy jak starego kalendarza? Na szczęście zostają w nas na długie lata i w każdej chwili możemy do nich wrócić.

W świat swoich wspomnień zaprasza Małgorzata Gutowska-Adamczyk.
Poznajemy ją jako małą dziewczynkę, która spędzała wakacje na gospodarstwie swoich dziadków. Mimo młodego wieku, starała się pomóc w różnych pracach związanych z jego prowadzeniem. Praca na roli nie należy do lekkich i przyjemnych, ale mała Małgosia dawała sobie świetnie radę z obowiązkami, które przydzielała jej babcia. Była dzieckiem, więc potrzebowała również czasu, który mogła wykorzystać na zabawę i odpoczynek. A jak wiemy wyobraźnia u dziecka nie zna granic.
Pojawienie się w domu nowego członka rodziny spowodowało, że jej pozycja nagle się zmieniła. Stała się starszą siostrą. Poczuła się dojrzalsza i bardziej odpowiedzialna.
Lata dziecięce przeplatają się z życiem dorosłej już kobiety, która zmaga się z domową ciszą. Każda matka przeżywa na swój sposób dorosłość swoich dzieci. Kiedyś musi nadejść taki czas, gdy będą chciały zamieszkać na swoim. Ta chwila staje się dla Małgorzaty impulsem, aby otworzyć drzwi do przeszłości i przekroczyć ich próg.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk pisząc swoją najnowszą książkę podarowała czytelnikom bilet, który pozwoli odbyć podróż w czasie. Wgłębiając się w treść książki poznajemy cienie i blaski Polski Rzeczypospolitej Ludowej. Warszawa w tym okresie miała swój klimat, który w cudowny sposób został przedstawiony przez autorkę książki. Odbyłam bardzo pouczający spacer, zaglądając w sklepowe okna. Sklepowy asortyment jak i wystawy bardzo różniły się od obecnych. W dzisiejszych czasach wystarczy pójść do pierwszego lepszego hipermarketu lub centrum handlowego i mamy wszystkie produkty pod ręką. Idziemy do kasy, pani kliknie czytnikiem i już. Kolejki również się zdarzają, szczególnie w okresie przedświątecznym. W czasach PRL-u miały zupełnie inne znaczenie. Czekało się na zrzut produktu całymi godziny, aby potem dowiedzieć się, że niestety ktoś przed nami zakupił ostatnią paczkę cukru lub papieru toaletowego. Pomarańcze i mandarynki były towarem luksusowym. Trudno jest sobie teraz coś takiego wyobrazić, prawda?
PRL to nie tylko sklepowe kolejki, miał także specyficzny urok. Szklane butelki na mleko, maszyna do szycia typu singer, kanapa zwana pieszczotliwie amerykanką. Nie było telefonów komórkowych, komputerów i internetu. Więc w jaki sposób swój wolny czas spędzały dzieci. Teraz przecież trudno jest odciągnąć nasze pociechy od światła monitora. Pamiętam do dziś, jak bawiłam się drewnianymi klockami. Miałam również paczuszkę z bierkami. Na półce leży jeszcze w dobrym stanie zestaw do gry w "Chińczyka". Natomiast na strychu przechowuję dla potomnych rzutnik "Ania", który służy do wyświetlania bajek na prześcieradle. Muszę sprawdzić, czy jeszcze działa. Wiedziałam, że tak będzie. Teraz i mnie wzięło na wspominki...

Taka jest właśnie książka "Kalendarze". Wypełniona po brzegi wspomnieniami i nostalgią. Nastraja, wprowadza czytelnika w magiczny klimat. Sprawia, że samemu wracamy do chwil, które zostały głęboko zakorzenione w naszych sercach. Przywołujemy w myślach lata gdy byliśmy dziećmi. Beztrosko spoglądaliśmy w niebo oglądając przepływające białe obłoczki przypominające bitą śmietanę. Z dala od trosk i problemów dorosłych.
"Szczęśliwe dzieciństwo, to najlepsze wiano na dorosłe życie". Trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Stwórzmy naszym dzieciom dom wypełniony ciepłem i miłością, do którego będą mogły wrócić. Nawet wtedy gdy ściany budynku przemienią się w gruz. Bo:

| "Dom to miejsce, do którego wraca się we wspomnieniach. Tych najtrwalszych, z najwcześniejszego dzieciństwa. Kiedyś, w przyszłości, nie będziemy pamiętać, co stało się wczoraj, ale dom naszego dzieciństwa będzie wciąż pamiętany ze szczegółami, jakbyśmy dopiero co zamknęli za sobą drzwi. Będziemy do niego tęsknić, gdy poczujemy się źle. Błądząc po nim myślami, dotykając sprzętów, których już od dawna nie ma, wrócimy do najszczęśliwszego i najważniejszego okresu w życiu. O ile łatwiej byłoby umierać, gdyby nam ktoś zagwarantował, że po śmierci tam właśnie trafimy". ( cyt. s. 159 )

PS. We wstępie do recenzji zadałam sobie samej dwa pytania. Książka "Kalendarze" wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie. Pani Małgorzata wie jak pisać, aby przyszły czytelnik nie został zniechęcony, a tym bardziej znudzony lekturą. Ja nie poczułam nudy ani przez moment. Wspomnienia pisarki wciągnęły mnie bez reszty i z przyjemnością sięgnę po inne książki autorstwa Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Karolina
Data:
Łucja Wróblewska przybyła do Różanego Gaju za pracą w charakterze nauczycielki, ale chyba głównym powodem całej tej wyprawy było zagubienie, z którym ma na chwilę obecną do czynienia. Pragnie odnaleźć siebie na nowo. Postanawia spalić za sobą wszystkie mosty i wyrusza w nieznane. Nie przypuszczała, że w miejscu otoczonym przez łąki i lasy odnajdzie to, czego tak bardzo szukała. Szczęście i miłość u boku mężczyzny, który spowodował, że stała się inną kobietą. Wreszcie mogła ogrzać się w prawdziwym cieple domowego ogniska, którym została obdarzona przez Tomasza i Anię. Dziewczynka w osobie Łucji odnalazła ukojenie po śmierci mamy. Stały się sobie bardzo bliskie.
Do dnia, w którym Łucja i Tomasz wypowiedzą słowa przysięgi małżeńskiej zostały niespełna trzy miesiące. Niestety nad Różany Gaj nadciągają czarne chmury, które zamiast deszczu zapowiadają wiele komplikacji w związku sławnego muzyka i nauczycielki.
Kariera muzyczna wiąże się z częstymi wyjazdami i koncertami. Do takiego wyjazdu szykuje się Tomasz. Kobieta nie wiadomo dlaczego odczuwa jakiś dziwny niepokój. Kobieca intuicja ma to do siebie, że przybiera formę przepowiedni, która w wielu przypadkach się sprawdza. Trudno jest to w jakiś logiczny sposób wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje. Po prostu taka już jest nasza kobieca natura.
Łucja nie musiała długo czekać, aby jej domniemania zostały udowodnione. Telefon dzwonił coraz rzadziej, a gdy już go odebrała rozmowa z narzeczonym zwyczajnie się nie kleiła. To nie był ten sam Tomasz, w którym się zakochała. Ona jeszcze jakoś mogła znieść brak zainteresowania jej osobą, chociaż nie było to dla niej łatwe, ale co miała powiedzieć Ani. Jak wytłumaczyć dziecku, dlaczego tatuś nie dzwoni.
Kobieta wraz z Anią odliczają dni do powrotu Tomasza. Miesiąc rozłąki wydłużał się niemiłosiernie. Informacja jaką miał im do przekazania mężczyzna nie napawa jednak optymizmem. Niestety jego występy w gorącej Italii przedłużą się jeszcze o trzy tygodnie. Kobiecy głos usłyszany przez przypadek w słuchawce potęguje tylko strach przed utratą ukochanego. Stara się ze wszystkich sił pokazać przed innymi, że nic złego się nie dzieje. Robi dobrą minę do złej gry. Tylko czy na dłuższą metę tak się da?
W czasie nieobecności Tomasza do pałacyku przybywa Luca, włoski malarz, który stracił natchnienie. Ma nadzieję, że pobyt w nowym miejscu pozwoli mu znowu tworzyć. Osoba gospodyni zrobi na mężczyźnie olbrzymie wrażenie. Proponuje Łucji pozowanie do obrazu. Kobieta zgadza się zostać jego muzą. Przecież w końcu to tylko przysługa i pomoc. Nic złego nie robi. Przystojny Włoch nie może oprzeć się urokowi Łucji. Jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że jest narzeczoną jego przyjaciela...Zauważa jednak, że coś ją trapi...
Czy to właśnie Luca jest tym mężczyzną, który pisany jest sercu Łucji?? Jak zareaguje Tomasz na całą tą sytuację gdy wróci do domu?? Jeśli w ogóle wróci...Temat obrazu również jest bardzo intrygujący. W końcu nie każda kobieta zgadza się pozować mężczyźnie, którego tak naprawdę nie zna. Nawet gdy jest to niewinne pozowanie. Ale czy mogła spodziewać się jakiejś intrygi od strony sympatycznego Luci? Raczej nie...

Miłość to temat długi jak rzeka. Płynąc z jej nurtem natrafimy na zakręty, czasami bardzo ostre. Z takimi przeszkodami mamy również do czynienia w miłości. Trzeba mieć w sobie siłę, żeby je pokonać. Tylko co wtedy, gdy ten zakręt powstał z winy osoby, którą kochamy. Uczucie między Łucją i Tomaszem rozkwitało jak pąki róż. Gdy przybrało już formę pięknego kwiecia, zaczęło niestety więdnąć. Aby związek dwojga ludzi mógł przetrwać w czasie rozłąki, potrzebne jest zaufanie. I to z obu stron. Bez niego nie da się normalnie kochać. Z drugiej strony trzeba sobie na nie zasłużyć. Jak się okazuje mężczyzną po raz kolejny zawładnęła muzyka...
To nie jedyny obraz miłość wykreowany przez pisarkę. Oprócz rodzącego się uczucia między dorosłymi, mamy również do czynienia z jego bardziej delikatną odmianą. Mam tutaj na myśli relację, która połączyła Łucję z Anią, córką Tomasza. Dziewczynka zmaga się z bólem i tęsknotą po śmierci własnej matki. Nie jest to dla niej łatwy czas. Pojawienie się nowej nauczycielki sprawia, że powoli nabiera wewnętrznej odwagi. Otwiera się przed ludźmi.
Czytając fragmenty, które dotyczą Łucji i Ani można dojść do bardzo ważnego wniosku. Prawdziwa rodzicielska miłość nie potrzebuje żadnych więzów krwi, ani zgodności kodów genetycznych.

"Marzenie Łucji" to istny emocjonalny skarbiec. Każdy entuzjasta historii, które aż kipią od ich nadmiaru będzie w pełni usatysfakcjonowany. Dorota Gąsiorowska nie skupiła się tylko na przedstawieniu miłości w sposób piękny i kolorowy. Przychodzi taki czas w życiu, kiedy niczego nie można być pewnym. Z takim zwątpieniem musi stanąć twarzą w twarz Łucja. Zakochując się w Tomaszu, nie przypuszczała, że owe zwątpienie w ogóle się pojawi. Była pewna, że spędzi resztę swojego życia u boku mężczyzny, którego pokochała całym sercem. A on odwzajemnia to uczucie, przecież w końcu podarował jej pierścionek zaręczynowy. Jeden wyjazd, jeden obraz sprawia, że ich związek wisi na przysłowiowym włosku. Pojawia się podejrzenie zdrady, połączone z kłamstwem. Kobieta powoli traci nadzieję na szczęśliwe życie, za którym tak bardzo tęskniła i którego tak bardzo pragnęła. Na szczęście prawdziwa miłość ma w sobie tajemną moc, za sprawą której wszelkie zło i niedomówienia znikają...

A propos tajemnych mocy i czarów. Dorota Gąsiorowska pokusiła się o dodanie książce odrobinki magii. Tą odrobinką okazał się wątek dotyczący wisiorka. Łucja stała się jego właścicielką po śmierci Ewy, mamy Ani. Nosiła go z dumą i z szacunkiem. Był dla niej wyjątkowym podarunkiem. Z czasem okazuje się, że skrywa w sobie wiele tajemnic...

"Marzenie Łucji" to książka wyjątkowa. Króluje w niej dobro i miłość. Spędziłam w towarzystwie głównej bohaterki wiele pięknych i wzruszających chwil. Chociaż na uwagę zasługuje cała społeczność, która zamieszkuje Różany Gaj. Miałam przyjemność ich już poznać czytając pierwszą część. Wspierali w cudowny sposób Łucję, której przyszło się zmagać z problemami. Nie została pozostawiona sama sobie. I to jest właśnie w tej powieści najpiękniejsze. Akcja w książce ani przez moment nie zwalnia, a wręcz przeciwnie. Z każdą stroną nabiera tempa. Niby jest to fikcja literacka, ma coś w sobie baśniowego, ale z drugiej strony treść książki ukazuje życie i problemy prawdziwych ludzi. Z krwi i kości. Mogłabym tak jeszcze długo komplementować "Marzenie Łucji" bo zwyczajnie na to zasługuje. Nie jest łatwo natrafić na tego typu książki, które powodują, że człowiek zwyczajnie odpływa w czytelniczą nicość. We wstępie napisałam, że z trudem rozstawałam się z Różanym Gajem po przeczytaniu pierwszej części, więc co ja mam teraz powiedzieć...

Na koniec powiem tylko tyle: ja się tak nie bawię i składam zażalenie!! Jak można pisać takie książki, które powodują utratę kontaktu z rzeczywistością. Toż to przecież skandal nad skandale. Nie ma mowy o gotowaniu, praniu czy sprzątaniu, gdy książka wręcz woła aby po nią sięgnąć. A Ty jak zahipnotyzowana idziesz w kierunku tego nawoływania. Do takich hipnotyzujących książek należy w całej pewności "Marzenie Łucji" autorstwa Doroty Gąsiorowskiej.
Przepadłam na całe godziny. Przyczyniła się do tego nie tylko postać Łucji, ale także miejsce w jakim została osadzona fabuła książki. Osobiście uwielbiam takie zakątki. Sama chciałabym mieć własny domek w stylu dworkowym w takiej okolicy. Co tu dużo mówić: cisza, spokój. W takich okolicznościach przyrody odpocznie nie tylko ciało, ale i dusza. Mogłam tylko pozazdrościć głównej bohaterce takiej, własnej samotni w postaci "jaśminowej ławeczki".

I Niech nikogo nie zrazi fakt, że nie dane było Wam przeczytać "Obietnicy Łucji". Z całej pewnością możecie spokojnie sięgnąć po drugą część bez znajomości tej pierwszej.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Karolina
Data:
Są takie książki, które wciągną czytelnika od pierwszej linijki. Są też takie, które po pierwszym przeczytanym przez nas rozdziale chciałoby się rzucić w kąt. Do jakiej grupy przypisałam najnowszą powieść autorstwa francuskiej pisarki Barbary Constantine "I jeszcze Paulette"? Zapraszam do zapoznania się z recenzją :-)

Ferdinand to siedemdziesięcioletni mężczyzna. Jest posiadaczem dużego domu. Tak się składa, że dla jednej osoby jest zdecydowanie za duży. Po śmierci swojej żony oraz od czasu gdy Roland, jeden z jego synów wraz ze swoją rodziną, opuścił jego mury, mieszka w nim sam. Lionel, brat Rolanda zrobił to wcześniej i na chwilę obecną mieszka w Australii. Nie trudno się domyśleć, że nie jest częstym gościem w rodzinnych stronach. W przypadku Rolanda jest na szczęście troszkę inaczej. Odległość między nim, a ojcem liczy sobie tylko kilka kilometrów. Ale to tylko małe pocieszenie, dziadek tęskni za swoimi wnukami. Pomimo tych kilku kilometrów spędzają ze sobą zdecydowanie za mało czasu. W chwilach smutku może liczyć na pocieszające mruczenie kota. Czyżby na starość przyszło mu rozmawiać tylko z tą puszystą kuleczką? Nic bardziej mylnego...

Jak dobrze mieć sąsiada. To polskie przysłowie powinno być mottem dla francuskiej powieści "I jeszcze Paulette". Chociaż jak wiemy z sąsiadami bywa różnie. Ale w tym przypadku można tylko pozazdrościć takiego sąsiedztwa w osobie Ferdinanda. Przesympatyczny starszy pan, który zmaga się z samotnością. Dla ludzi starszych samotność jest pustką. Wiąże się z brakiem bliskości drugiego człowieka, której tak bardzo potrzebują. Mężczyzna ani przez moment nie zdawał sobie sprawy z tego, że w trakcie powrotu do domu będzie brał udział w pewnym zdarzeniu, które odmieni na zawsze jego życie i nie tylko jego...
Nie chcę za dużo zdradzać jeśli chodzi o fabułę książki, aby nie psuć wam przyjemności z lektury. Mogę napisać tylko tyle, że opustoszały dom zacznie na nowo tętnić życiem. Zrobi się w nim tłoczno.
Pierwszym nowym lokatorem będzie Marceline, sąsiadka Ferdinanda. Ona również zna smak samotności. Niby mieszkają blisko siebie, ale nadal uciekają przed zwykłą sąsiedzką rozmową lub wizytą. W dużej mierze przyczyniła się do tego żona Ferdinanda gdy jeszcze żyła. Po jej śmierci ich sąsiedzkie stosunki nie uległy niestety żadnej zmianie. Gdyby tego dnia nie zauważył psa kobiety. No właśnie, gdyby tamtędy nie przejeżdżał doszłoby do wielkiego nieszczęścia.
Pojawienie się kobiety w domu Ferdinanda dało początek innym ciekawym sytuacjom. Czytelnik będzie mógł poznać Muriel (studentkę szkoły pielęgniarskiej), Simone i jej bratową Hortense, Kima (ucznia technikum rolniczego). Pisarka przedstawiła szerzej Rolanda, jego żonę Mireille oraz ich dwójkę dzieci Ludovica i Luciena, pieszczotliwie zwanych Lulkami. Nie można pominąć Gyu'a i Gaby, przybranych rodziców Mireille.
Niech nikogo nie przerazi liczba bohaterów. Bo w tym przypadku im więcej tym lepiej. Każdy z osobna i wszyscy razem zasługują na to żeby brać z nich przykład. Posiadają w sobie olbrzymie pokłady dobroci i wrażliwości. Starają się za wszelką cenę pomóc osobie, która tej pomocy potrzebuje. W trudnych momentach wzajemnie się wspierają. Wspaniała grupa ludzi, a raczej przyjaciół. Bo jak wiemy, tych prawdziwych poznaje się w biedzie...
No, ale kim jest tytułowa Paulette??

Pisarka stworzyła piękną książkę pod wieloma względami. Jedynie do czego można się przyczepić, to do tytułów poszczególnych rozdziałów. Jak dla mnie zdradzały za dużo. Zanim zapoznałam się z kolejnym rozdziałem wiedziałam już z czym będę miała do czynienia. Wydaje mi się, że ciekawiej by było gdyby jako wprowadzenie pojawił się ciekawy cytat lub sentencja. Książka nabrałaby większej tajemniczości. Chociaż tę tajemniczość można wyczuć między kartami powieści. Przyczyniła się do tego postać sąsiadki. Kobieta skrywa w sobie pewne sekrety, które z czasem postanawia wyjawić.
"I jeszcze Paulette" wciąga od pierwszej strony. Zatracasz się w historii opisanej przez Barbarę Constantine. Nawet przez chwilę nie odczujesz jakiegokolwiek znużenia. Akcja nabiera rozpędu wraz z pojawieniem się kolejnego bohatera.
Każde wykorzystane słowo powoduje, że odpływasz, każde zdanie jest dopracowane. Język jakim posłużyła się autorka sprawia, że książkę czyta się płynnie i lekko. Dodatkowym plusem jest rozmiar czcionki.
Na koniec nie wypada nie wspomnieć o szczególnych bohaterach. Są nimi nasi bracia mniejsi. Oni również znaleźli swoje miejsce w powieści. Na szczególną uwagę zasługuje pies Marceline, oraz kot Ferdinanda. Uroczy osiołek również zasłużył na uznanie i porcję dorodnej marchewki.

"I jeszcze Paulette" to książka pełna ciepła i miłości do drugiego człowieka. Otuli każdego olbrzymią dawką optymizmu i wiarą, że gdzieś istnieją jeszcze tacy ludzie jak Ferdinand.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Karolina
Data:
Mur, krótkie słowo wzbudzające sporo emocji. Jest to także element architektury wkomponowany w przestrzeń, która nas otacza. W wielu przypadkach stawiane są w takich miejscach, gdzie nie powinny w ogóle powstać. Za przykład może posłużyć osiedle pięknie zaprojektowanych i urządzonych domków jednorodzinnych. No tak, marzenia nie kosztują, ale taki dom z pewnością, i to nie mało. Nie każdego stać na takie luksusy. I dlatego, niby w ramach bezpieczeństwa stawia się w takich miejscach wspomniane mury...O takim osiedlu i jego mieszkańcach postanowiła opowiedzieć w swojej książce Claudia Pineiro.

Virginia i Ronie Guevara wraz ze swoim synem porzucili zgiełk miasta i podjęli dość odważną decyzję, biorąc pod uwagę skomplikowaną sytuację polityczną. Przeprowadzili się na obrzeża Buenos Aires, a dokładniej stali się pierwszymi mieszkańcami Altos de la Cascada Country Club ( w skrócie: La Cascada). Ekskluzywnego osiedla monitorowanego przez 24h na dobę. Aby wejść na jego teren trzeba posiadać specjalną osobistą kartę wstępu. Jeśli chodzi o ludzi postronnych, muszą przejść kontrolę stosowaną przez strażników. Teren osiedla jest dość spory, a całość otacza mur. Mieszkańcy w wolnych chwilach mogą spędzać czas na polu golfowym. Mają również do dyspozycji basen, korty tenisowe oraz dwa club house ( kluby osiedlowe).
Z czasem do domów zaczęli wprowadzać się nowi lokatorzy wraz z rodzinami. W dużej mierze przyczyniła się do tego Virginia, która w celu ratowania rodzinnego budżetu postanawia założyć własne biuro zajmującą się sprzedażą nieruchomości. W pracy odnalazła siebie. To ona jako pierwsza poznaje nowych mieszkańców, a wszystkie spostrzeżenia dokładnie notuje w swoim czerwonym notatniku.

Ludność, która mieszka w La Cascadzie nie znalazła się tam przez przypadek. Została skrupulatnie wyselekcjonowana. Kandydaci, którzy marzą o zamieszkaniu na tym eleganckim osiedlu muszą posiadać odpowiednią pozycję społeczną i finansową. Nikt nie może odstawać od szeregu.
La Cascada to specyficzne miejsce o dość ciekawym klimacie. Już od pierwszego rozdziału książki jest odczuwalny. Po zapoznaniu się z początkiem powieści można stwierdzić, że mamy do czynienia z kryminałem. Czwórka przyjaciół/sąsiadów, jak na czwartek przystało spotyka się w swoim gronie na karcianej partyjce przy szklaneczce dobrego alkoholu. Panie (tytułowe Czwartkowe Wdowy) mają w tym czasie wolne. Gdy, po którymś spotkaniu jeden z mężczyzn wraca wcześniej do domu i do tego w stanie świadczącym na zdenerwowanie, można dojść do wniosku, że coś musiało się stać.
No to teraz się zacznie, pomyślałam sobie. Policyjne koguty, śledztwo prowadzone przez najlepszych detektywów. A tu mały pstryczek w nos, który zachęcił mnie, ku memu zdziwieniu do lektury. Pisarka postanowiła potrzymać czytelnika w niepewności. Zamiast dochodzenia, proponuje nam wycieczkę po osiedlu. Przewodniczką jest Virginia Guavera, nic w tym dziwnego. Przecież ona wie najwięcej o osiedlowej społeczności. A jest o kim opowiadać. Jak się okazało, kobieta oprócz świetnego podejścia do klienta posiada w sobie również dryg obserwacyjny. Historie, które czytelnik będzie mógł poznać posiadają w sobie wiele emocji. Claudia Pineiro świetnie nimi żongluje, tworząc przy tym ciekawie skonstruowane obrazy ludzkiej psychiki. Uspokajam, że jeszcze pisarka powróci do kryminalnej zagadki...

Przysłowiowemu Kowalskiemu trudno jest sobie wyobrazić, że bogaci mogą mieć problemy. A jednak! Tylko zamożni potrafią dobrze się kamuflować, tym bardziej gdy jesteś obserwowany przez sąsiadów. Nie można sobie pozwolić na chociaż krótką chwilę zwątpienia czy załamania. Jeszcze ktoś sobie o mnie pomyśli, że jestem jednym wielkim nieudacznikiem. .
"Czwartkowe wdowy" to książka, która daje dużo do myślenia. Przyczyniła się do tego problematyka jaką poruszyła w niej Claudia Pineiro. Zrobiła to w sposób mocny i wyrazisty. Podziały na ludzi lepszych i gorszych, bogatych i biednych to temat wielu dyskusji. Warto się zastanowić dlaczego tak się dzieje i co jest tego powodem. Do tego dochodzi wątek związany z pogonią za dobrami materialnymi, obok której również nie można przejść obojętnie.
Pieniądze szczęścia nie dają, ale bez nich, tak naprawdę trudno jest normalnie funkcjonować. Przekonują się o tym co niektórzy bohaterowie z książki. Boją się poniesienia klęski. Tylko jak długo można żyć w zakłamaniu przed innymi, a raczej przed samym sobą. Przecież i tak kiedyś prawda wyjdzie na jaw. Ci bardziej odważni dla pieniędzy są w stanie poświęcić nawet własne życie. Dla jednych jest to czyn bohaterski, tylko czy takie samo zdanie na ten temat będą mieli najbliżsi...
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Karolina
Data:
Przyjęło się, że to mężczyzna wykonuje ten, jak bardzo ważny krok. To on kupuje pierścionek zaręczynowy i klęka przed swoją dziewczyną wymawiając przy tym jedno, krótkie pytanie: Czy zostaniesz moją żoną?? A gdyby tak wprowadzić w tym temacie małą zmianę? Przecież tyle mówi się o równouprawnieniu płci. W końcu do odważnych świat należy. Delia, główna bohaterka z książki "To przez ciebie!" autorstwa Mhairi McFarlane postanowiła zaryzykować...

Delia Moss to trzydziestoparoletnia kobieta z burzą rudych włosów na głowie. Ich kolor przysporzył kobiecie wiele problemów, szczególnie w latach szkolnych. Nie tylko fryzura wyróżnia ją z tłumu, także sposób w jaki się ubiera. W jej szafie nie znajdzie się obcisłych dżinsów, ich miejsce zajęły lekkie, dziewczęce sukienki. Od siedmiu lat pracuje w biurze rzecznika prasowego Rady Miejskiej Newcastle. Jeśli chodzi o sprawy sercowe, może pochwalić się szczęśliwym dziesięcioletnim już związkiem z Paulem. No właśnie, jak długo będą się tytułować: moja dziewczyna / mój chłopak. Trzydziestka z plusem na karku, więc chyba nadszedł czas, żeby zaszły jakieś zmiany. Jak każda kobieta w jej wieku, ona również pragnie założyć rodzinę, urodzić dzieci. Tylko jakoś Paul nie ma ochoty klęknąć przed Delią na kolano. Zegar biologiczny tyka, więc nie zważając na nic, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Organizuje romantyczną randkę, w trakcie której ma zamiar...oświadczyć się swojemu chłopakowi. Niby wszystko ładnie, pięknie, oświadczyny zostały przyjęte tylko jakoś tak bez entuzjazmu. Ratując sytuację Paul zaprasza swoją przyszłą żonę do restauracji. W trakcie składania zamówienia wysyła SMS-a, który pomyłkowo wyświetla się na telefonie Delli...

| " (...)
- Kim jest C?
Paul powiódł wzrokiem od komórki na minę Delli. Poczerwieniał i pobladł jednocześnie. Wyglądał jak facet, który kiedyś na jej oczach dostał ataku serca w autokarze." ( cyt. s. 28 )

To nie dzieje się naprawdę. Pewnie zaraz ktoś wpadnie do lokalu i zawoła JESTEŚ W UKRYTEJ KAMERZE!!. Mój przyszły mąż, mój chłopak, mój Paul...mnie zdradza. Chwila moment, przecież kilka sekund temu przyjął MOJE oświadczyny i teraz nie wie co robić?? I to niby ze mną coś się stało!! Jaka ja byłam głupia, a do tego ślepa. Mieszkamy ze sobą, a ja niczego nie zauważyłam, niczego nie podejrzewałam.
Jest jeden pozytyw z całej tej sytuacji. O jej zaręczynowych planach wiedziała tylko Emma. Teraz dowie się o klęsce roku.
Delia od zawsze kochała rysować, ale jej życie potoczyło się tak, a nie inaczej. Pod wpływem chwili postanawia powrócić do swojego komiksu, który zaczęła rysować dawno...dawno temu.

| "Po kolacji Delia zaszyła się w pokoju, wzięła ołówek i zaczęła nową kartę. Natchnienie pojawiło się natychmiast, jak słowa piosenki, której nie słyszało się od lat, a jednak kolejne zwrotki przypominają się jak na zawołanie." ( cyt. s. 67 )

Jak wiemy, na problemy najlepsza jest praca. Wpadamy w wir zajęć zapominając o codzienności. Akurat nadarzyła się okazja ku temu, aby Delia mogła się wykazać. Ma za zadanie odnaleźć tajemniczego internautę ukrywającego się pod pseudonimem "Peshwari Naan". Niestety poszukiwania nie idą po jej myśli, na dodatek podpadła szefowi. Nie była to dla niej łatwa decyzja, zważając na sytuację w jakiej się znalazła, ale ma już wszystkiego dość. Rzuca pracę i przyjmuje propozycję Emmy. Na początku kobieta podeszła do pomysłu swej najlepszej przyjaciółki dość sceptycznie, ale po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw zdecydowała się wyruszyć w podróż do Londynu...

Jak to szybko w naszym życiu wszystko potrafi się zmienić. Planujemy różne rzeczy, a potem napotykamy nagle na swej drodze jedno wielkie rozczarowanie. Nasze plany rozsypują się jak domek z kart. W życiowej rozsypce znajduje się Delia. Dzień zaręczyn dla każdej kobiety powinien być dniem wyjątkowym, o którym będzie pamiętać do końca swojego życia. Niestety Delia pragnie o tym dniu jak najszybciej zapomnieć. To nie tak miało być. Zamiast czułych słówek, jest treść sms-a informująca o zdradzie. Nie będę płakać, nie będę płakać...Zamiast planowania ślubu, kobieta będzie musiała zaplanować na nowo swoje życie. Może wyjazd do Londynu będzie dobrym początkiem??
Osobie, która pochodzi z małej miejscowości nie jest łatwo zaaklimatyzować się w dużym mieście. Na szczęście Delia może liczyć na pomoc Emmy. Teraz tylko trzeba znaleźć pracę i wszystko jakoś się ułoży. Niestety zamiast stabilizacji, życie Delli jeszcze bardziej się skomplikowało. W dużej mierze przyczynił się do tego jej nowy szef oraz przystojny dziennikarz śledczy...
Oczywiście Paul próbuje się bronić, że to tylko krótki epizod, chwila zapomnienia. OK, każdy winny ma prawo do obrony. Tylko w tym przypadku mamy koronny dowód...

Delia Moss to silna baba, nie jedna na jej miejscu zupełnie by się rozkleiła. A ona co robi, postanawia wziąć się w garść. Brak pewności siebie znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Od pierwszych stron postać głównej bohaterki wywarła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Może dlatego, że jestem do niej podobna i odnalazłam w niej swoją bratnią duszę. Zaskarbiła moją sympatię wyjątkowym poczuciem humoru, dążeniem do celu, a także sposobem w jaki traktuje siebie. Nie każdą kobietę stać na to, aby stanąć przed lustrem i porównać swoje odbicie do...baleronu.
Można by rzec, że Delia wyznaje jedną bardzo znaną wśród babskiej społeczności zasadę: Padłaś, powstań, popraw koronę i zasuwaj...Potraktowała zdradę jako początek nowej drogi. I za to należą jej się ogromne brawa. Stała się przykładem dla innych kobiet. Nie warto się zastanawiać nad tym co zrobiłam źle, bo to nic nie da, a może jedynie pogłębić naszą niską samoocenę. A tego nie chcemy, prawda...
Ale żeby nie było, że męscy bohaterowie zostali zdominowani przez jedną kobietę. Nic bardziej mylnego. Panowie również zostali dopuszczeni przez pisarkę do głosu. Paul, o nim chyba lepiej nie będę już więcej pisać, bo jeszcze przez przypadek użyję słów niecenzuralnych i dopiero będzie. Trzeba powiedzieć, że Delia ma małego pecha jeśli chodzi o płeć przeciwną. Najlepszym tego przykładem jest postać Kurta, właściciela firmy, w której miała przyjemność pracować zaraz po przyjeździe do Londynu. Chociaż z tą przyjemnością ma mało wspólnego. Wraz z Kurtem pojawia się Adam West. Warto również przypomnieć postać tajemniczego internauty. Czyżby, tzw. klątwa urodzaju? Delia po rozstaniu z Paulem tak się martwiła, że żaden facet nie zwróci uwagi na kobietę po trzydziestce. Jeszcze będzie jej dane rozkoszować się smakiem prawdziwej miłości. Który z Panów będzie tym szczęśliwcem? A może podaruje drugą szansę Paulowi. Tego moi kochani wam nie zdradzę...

Temat zdrady rozkładany jest przez psychologów, terapeutów na wiele drobnych kawałeczków. Każdy z nich poddawany jest odrębnej analizie. Dlaczego zdradzamy?? Bo nudzimy się w związku, pragniemy adrenaliny lub zwyczajnie przestaliśmy kochać. Tylko co czuje wtedy osoba, która nadal kocha lub tak jej się wydaje?
W dużej mierze książka "To przez ciebie!" jest taką scenką z życia przepisaną na papier, gdzie głównymi bohaterami jest wspomniana zdrada oraz próba jej wybaczenia. Tylko, czy coś takiego w ogóle można wybaczyć...
Całość czyta się bardzo szybko. Akcja rozpędza się niczym pendolino. Nie brakuje zaskakujących sytuacji, oraz dialogów ze szczyptą kąśliwości, ale w takim przyjemnym wydaniu. Jeśli chodzi o humor, w tym przypadku spodziewałam się czegoś więcej. Niestety niekontrolowanych wybuchów śmiechu nie było, a może ja po prostu nie zrozumiałam humoru w brytyjskim wydaniu.
Uwaga!! Mam bardzo ważną wiadomość, szczególnie dla Pań, które wraz z ukończeniem 30 roku życia przestały w siebie wierzyć. W polskich księgarniach pojawiła się książka, która powinna stać się dla Was lekturą obowiązkową. Ale tak naprawdę Mhairi McFarlane napisała powieść dla każdej z Nas bez względu na wiek.
Czy ta recenzja była przydatna?
  • 1
  • 2