Koszyk 0

Profil recenzenta:
Martha Oakiss

Krótka autoprezentacja

Mól książkowy od urodzenia. Blogerka i recenzentka od dawien dawna. Booktuberka od niedawna. Fanka fantastyki, romansów i literatury młodzieżowej, YA i NA. Z tym, co mam do powiedzenia na temat książek, staram się dotrzeć do młodzieży, by szerzyć idee czytelnictwa i sprzeciwić się opinii, jakoby 'Polacy nie czytali'.

Najważniejsze dla mnie książki

Fantastyka, paranormale, literatura obyczajowa, młodzieżowa, romans, YA, NA.

Życiowe motto

Ekran czytnika nie oddaje zapachu i szelestu papieru.

Recenzje użytkownika

Autor: Kobra
Data:
Są takie testy, wiecie, na badanie psychiki. Macie plamy, z czymś Wam się to kojarzy i można stwierdzić, co się kryje w Waszej głowie. Gorzej, jak na jaw wychodzą jakieś Wasze dziwne erotyczne potrzeby. Ale po przeczytaniu tej książki, obiecuję Wam, wystąpią tylko takie skojarzenia.

Sed, wokalista rockowego zespołu Sinnersi i Jessica, która wreszcie dostała się na wymarzone studia prawnicze. Znają się cztery miesiące. Są zaręczeni. On spełnia swoje muzyczne marzenia, ona chce spełnić swoje. Problem w tym, że Sed tego nie chce. Jess ma być tylko jego łóżkową zabawką i usługiwać swojemu mężowi, więc nie ma mowy o żadnych studiach.
I zaręczyny zostają zerwane.
A po dwóch latach…
Spotykają się ponownie w klubie ze striptizem. Jak? Magia! W sumie, to nie taka znowu magia. On jest na wieczorze kawalerskim swojego gitarzysty, a ona… No, jest w pracy. No i się zaczyna! Teksty „Co Ty tu robisz?” (w myślach „ale seksownie wyglądasz”) ona na to „Pracuje!” („ale nie dam Ci się pomacać”). A on „Zaraz ściągnę cię z tej sceny!” („i będę miał okazję cię pomacać”) a ona „Chyba śnisz!” („będę udawać trudną, ale i tak dam się zaciągnąć do łóżka”).
I tak dalej.

„Nie pójdziesz na studia. Będziesz zbyt zajęta zabawianiem mnie w sypialni. A jak nam się znudzi, pykniesz piątkę albo szóstkę dzieci i zajmiesz się nimi, gdy ja wyjadę w trasę, będę zarabiał i przynosił nam sławę.”
(Ostra Gra, Olivia Cunning, Amber, str. 8)

Nie ma co ukrywać, że bohaterowie (i fabuła w sumie też) są dość płytcy. Jess, za którą wszyscy się uganiają, co chwila dostaje jakieś niemoralne propozycje, w tym od swoich wykładowców (co 5 stron), a sama ciągle wzdycha, że dawno z nikim nie spała (co 2 strony). Wszyscy latają na golasa bez żadnego wstydu i obmacują się w miejscach publicznych (co stronę). Sed też jest… Dziwny. Nie całował się z żadną inną dziewczyną od zerwania z Jess, bo przecież wciąż ją kocha i jest jej wierny. Ale że zabawi się z jakąś dziewczyną po koncercie, to inna sprawa.

„ – Czasami cię nienawidzę – wysyczała.
- Tylko czasami? To znaczy, że robimy postępy.”
(Ostra Gra, Olivia Cunning, Amber, str. 194)


Jeżeli szukacie powieści o jakiejś pięknej, duchowej miłości – to nie tu. Jeżeli chcecie poczytać o czymś przesłodzonym – to nie tu. Ale…
Jeżeli chcecie przeczytać o prawdziwym pragnieniu, które czasem dopada każdego człowieka, o potrzebach ciała i lubicie historie typu Gray – polecam.


Ostra Gra
Rock Hard
Olivia Cunning
Wydawnictwo Amber
368 stron
2013
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Kobra
Data:
THE GAME IS ON

SHERLOCK – ODCINEK 1 - STUDIUM W RÓŻU

W życiu recenzenta przychodzi kiedyś taki moment, że trafia na coś, co bezgranicznie kocha i ubóstwia do tego stopnia, że zaczyna się to zmieniać w chorobę psychiczną. I za ruskie Chiny nie jest w stanie zrecenzować tego czegoś obiektywnie, albo chociaż porządnie i bez spoilerów. Ja tak właśnie mam z serialem Sherlock BBC. Dobra, więc tak *wdech, wydech*. Spróbujmy. Ale ostrzegam, będę spoilerować. I przez zboczenie zawodowe będę trochę rozkminiać charakter i postępowanie bohaterów. Może ta notka (i kolejne z następnymi odcinkami) będzie nawet ciekawsza dla tych, którzy oglądali i wiedzą co i jak. Zobaczymy. Chyba. Nie wiem. Już mnie nosi.


Serial rozpoczynamy od traumatycznych przeżyć i wspomnień doktora Johna Watsona. Był na wojnie, jako lekarz-żołnierz, w Afganistanie. Został postrzelony i teraz jest zmuszony (się jeszcze okaże) chodzić o lasce. Widzimy, jak ciężko to przeżywa, jak męczą go koszmary i jak cierpi w samotności. Drogie panie, tak, wiem, wszystkie w tym momencie chcemy go pocieszyć. Spotyka się z terapeutką, która poleca mu pisać bloga. Ale to nie jest takie łatwe, psychika robi swoje, a samotne siedzenie w czterech ścianach wcale nie pomaga. Wyjście? Znaleźć sobie współlokatora. I tak trafiamy na Baker Street 221B i poznajemy Sherlocka Holmesa.


Sherlock to, jak sam siebie nazywa, detektyw-konsultant, czyli jego pracą (to może nieodpowiednie słowo, bo nie dostaje za to pieniędzy) jest pomoc policji w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych, gdyby ta z jakiegoś powodu sobie nie radziła (czyli ciągle). To człowiek wyjątkowo specyficzny. Ma typowy czarny humor i kompletnie nie rozumie ludzkich uczuć czy sentymentów. I nawet nie próbuje ich zrozumieć. Zdania jego współpracowników ewidentnie pokazują, że jest z niego kawał dupka. On sobie z tego nic nie robi. Ambicja, popisywanie się inteligencją i ciekawość czasem zwycięża z jego niemal idealnym rozumem. Bo serca chyba nie ma (chociaż?). Widzimy, jak bardzo bezczelny być potrafi i nie może nadziwić się, że ludzie nie myślą tak, jak on. Bo ile można im tłumaczyć tak oczywiste rzeczy? I nie, nie jest skromny. Ani trochę. Jednak Johnowi to wszystko nie przeszkadza. Jest zachwycony umysłem nowego znajomego a i Holmes zaczyna się przy nim powoli zmieniać…


Sprawa kryminalna (bo i taka musi być, jeśli wciąż myślimy o Doyl’u, chociaż nie ma co ukrywać, że w tym serialu fani skupią się raczej na osobowościach bohaterów, niż na pościgach) to trzy (a konkretnie cztery – ku uciesze Sherlocka) samobójstwa (a może i nie?). Ofiar teoretycznie nic nie łączy (przy czym „teoretycznie” nie zostało tu użyte przypadkowo). My skupimy się na ostatnim z nich, a konkretnie na eleganckiej pani odzianej w róż. Na miejsce przybywają Sherlock, który od razu zaczyna doszukiwać się błędów policji i Watson, który po przebadaniu zwłok stwierdza, że są martwe – i zaczyna się zabawa.


Sherlock wciąż nas zadziwia. Jak był w stanie dotrzeć do tych wszystkich dziennikarzy? Jak umie rozpoznać po stanie płaszcza skąd pochodziła ofiara (co w sumie wydaje się dość oczywiste, gdy już nam to wyjaśni)? Jak wiele może odczytać z obdrapanego telefonu? I jak udowodnić Johnowi, że jego problemy z nogą siedzą tylko w głowie? (Bo postrzelony był, ale wcale nie w nogę). I ogólnie rzecz ujmując, John przy Sherlock zapomina o swojej lasce (jakkolwiek głupio to brzmi). Chociaż trzeba przyznać, że oglądając odcinek po raz drugi, wszystko nabiera sensu, odkrywamy podwójne znaczenie każdego słowa, wszelkie zależności, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia i pukamy się w czoło, dlaczego nie wpadliśmy na to od razu. I ten jego dowcip. Humor, który czasem przeraża. Ale od początku wiemy, jaki to będzie bohater. Wystarczyła pierwsza scena, w której patrzymy na niego z perspektywy zwłok. Tak. Smacznego. Ogólnie rzecz biorąc to, co wyrabiają z nami Moffat i Gatiss (czyli panowie reżyserowie, panowie scenarzyści, panowie producenci i cała reszta, która wpakowała mnie w ten nałóg) jest nie do opisania. Ich pomysły nie mają granic, a wiem, że z odcinka na odcinek będzie tylko lepiej.


Bałam się, jak twórcom uda się przenieść XIX-wiecznego detektywa do czasów współczesnych i ukazać wszystko w formie serialu (nie wspominając, że każdy odcinek trwa 90 minut a dla mnie to i tak za krótko). Jednak pokochałam sposób, w jaki z tego wybrnęli. Połączenie kanonu Doyla z czasami dzisiejszymi, telefonami komórkowymi, laptopami i plastrami nikotynowymi wydawało mi się początkowo niemożliwe, a jednak doszczętnie mnie zachwyciło. To, co najbardziej mnie zaskoczyło, to oczywiście pojawiające się na ekranie teksty smsów czy dedukcje – myśli Sherlocka. Oszczędza nam to zbędnych i nudnych dialogów, a pozwala zanurzyć się w ten niesamowity umysł i spróbować myśleć tak, jak on.


Marzę o takiej umiejętności dedukcji (lub też abdukcji, bo podobno autor nieprawidłowo użył w kanonie słowa „dedukcja”, ale tak już zostało i teraz na portalach robi się gorąco od kłótni na ten temat). Serio. Zaczęłam się przyglądać koszykom w supermarketach i zastanawiać się, jak może wyglądać osoba, która do niego podejdzie. Wybieram dość długo herbatę i czekam, aż wróci właściciel by sprawdzić, czy miałam rację. Albo obserwuję ludzi w autobusach i stawiam hipotezy na temat ich zawodu, charakteru, rodziny i traumatycznych przeżyć z dzieciństwa. Aż mnie czasem kusi, żeby podejść i spytać, czy miałam rację…


Może to trochę sztuczne, ale od razu można zauważyć więź łączącą głównych bohaterów. Johna ewidentnie ciągnie do niebezpieczeństwa, najwidoczniej tęskni za wojną. Wystarczy wspomnieć o grożącym zagrożeniu, by już pojawił się u boku „świra”. Jeden jest gotów zabić dla drugiego. A drugi nawet nie będzie próbował go wydać. Sherlock wyczuwa, że wreszcie trafił na kogoś, komu skrzypce, godziny milczenia, czy wezwanie w środku nocy z drugiego końca miasta tylko po to, by podać mu karteczkę ze stołu nie przeszkadzają. Ta więź może jest za bardzo wyolbrzymiona jak na jeden dzień ich znajomości, ale co tam. Czuję w tym moc. A postacie drugoplanowe, takie jak Anderson (zaniżający IQ na całej ulicy), zakochana w Sherlocku Molly (od razu to widać, nie oszukujmy się), Lestrade („uzależniony” od naszego detektywa) czy Donovan (której stan kolan jest wyjątkowo podejrzany) dodają smaczku całej historii.


W serialu wiele jest aluzji. Chyba wiecie jakich. I serio, to był dopiero początek  Ciekawy sposób na przedstawienie Sherlocka w nieco innym świetle (wg. Doyla był on aseksualistą, tutaj podążyli za modą i trochę to odwrócili. Boże, oby w czwartym sezonie nie pojawił się gender). Ale na te aluzje można przymknąć oko. Jeśli się chce. A ja nie chciałam  Czy tylko ja zauważyłam, że podczas romantycznej sceny w restauracji, kiedy Sherlock powiedział, że nie ma dziewczyny, John miał normalną minę, ale zaczął się uśmiechać, gdy usłyszał, że ten nie ma chłopaka? Taaak, całkowicie shippuję Johnlocka. Wyłapię wszystko, nawet to, co nie było zamierzone  A tumbr aż się trzęsie – zwyczajna scena ubarwiona odpowiednim podpisem łamie serca.


Muzyka. Niby cały czas słyszymy ten sam motyw (również w kolejnych odcinkach), a jednak za każdym razem nieco ubarwiony, w zależności od tego, co dzieje się na ekranie. Ja osobiście pokochałam muzyczkę z czołówki (też byście pokochali, gdybyście oglądali wszystkie odcinki gwałcąc przycisk „replay”). I cóż. Ustawiłam go sobie jak dzwonek. Także tego….

Nie ma co ukrywać, że kiedy oglądałam pierwszy odcinek Sherlocka po raz pierwszy, nie mogłam skupić się na fabule. Gapiłam się tylko na dziwną twarz Benedicta Cumberbatcha, która przypominała mi ufoludka (chociaż teraz, gdy trochę pobuszowałam po internecie, ewidentnie dostrzegam w nim wydrę). No ale z sercem nie wygrałam i kilka odcinków później stałam się jego wielką fanką. Talent i humor (no, naoglądałam się wszelki wywiadów, o Krakowie nie wspominając…) zasłoniły mi brzydką oryginalną twarz. I te oczy. Czy widzieliście te oczy? W serialu tego nie widać. Boże, jakie on ma oczy. Heterochromia rulezzz!


Jak już przy aktorach jesteśmy, to może parę słów o ich grze. Jedno słowo. Niesamowita. Może to przez to, że Ben i Martin przyjaźnią się również w życiu prywatnym (o innych „rodzinnych” aktorach opowiem Wam przy kolejnych recenzjach. Możecie powiedzieć, że to obsadzanie znajomych, ale serio, dzięki temu serial jest jeszcze lepszy i taki prawdziwy). Przez to miałam wrażenie, że to oni rozmawiają, a nie Sherlock i Watson (chociaż w trzeciej serii widać to najbardziej). Mimo to miałam wrażenie, że żadna mina (niby kamienna twarz, a tak wiele można z niej wyczytać), żadne spojrzenie nie jest przypadkowe, że wszystko ma swój sens i w tym momencie wspominają coś, co razem przeżyli. Radzę również oglądać serial z napisami. Bo po pierwsze, niektóre tłumaczenia na polski nie mogą odwzorować tego, co naprawdę miało się na myśli. A po drugie – głosy. Tak świetnie odzwierciedlają emocje, a wraz z odpowiednią mimiką twarzy doprowadzały mnie do śmiechu lub łez. Swoją drogą, słyszeliście, że głos Cumberbatcha sprawia, że kobiety zachodzą w ciążę? Tak tylko mówię. 


Twórcy naprawdę się postarali. Kiedy serial był emitowany na bieżąco, rzeczywiście założyli strony, które prowadzili John i Sherlock. Głupia zabawa? Może. Ale i chwyt psychologiczny. Dla fanów to doskonały bodziec, że serial jest tak realistyczny, tak prawdziwy, że postacie naprawdę istnieją i żyją własnym życiem. Te role prawdopodobnie pozostaną z aktorami na zawsze, bo jednak całkowicie stali się częścią historii. Tak, I believe in Sherlock Holmes.


To, jak dla mnie, najlepsza ekranizacja Doylowskiego Holmesa. Z różnych powodów. Głównie tych, o których wspomniałam wyżej. Jak i to, że Watson nie stoi tu w cieniu detektywa, choć nadal jest tylko chłopcem na posyłki (co się jednak zmieni). Zagadki kryminalne nie grają tu głównej roli (przynajmniej dla mnie, ja kompletnie odpłynęłam w stronę życia bohaterów). To świetny serial dla fanów kanonu, a dzięki technologii i młodzież znajdzie tu coś dla siebie. Byłam tym odcinkiem zachwycona. Co prawda, po obejrzeniu go jeszcze kilka razy, a także po zapoznaniu się z kolejnymi stwierdzam, że panowie Moffat i Gatiss dopiero zaczęli się rozkręcać. A za chwilę wstąpi w nich demon.

Moja ocena:
5+/6

Najlepsze teksty:

S: Shut up everybody, shut up! Don't move, don't speak, don't breathe! I'm trying to think! Anderson, face the other way, you're putting me off!
A: What? My face is?!
L: Everybody quiet and still, Anderson, turn your back!
*
S: Anderson don't talk out loud, you lower the IQ of the whole street!
*
Look at you lot. You're all so vacant. Is it nice not being me? It must be so relaxing.
*
Oh, what, now? I'm in shock! Look, I've got a blanket.
*
S: Did he offer you money to spy on me...?
J: Yes.
S: Did you take it?
J: ...No?
S: Pity, we could've split the fee. Think it through next time.



Za Sherlock. Sezon I serdecznie, z całego serca dziękuję księgarni Matras. Nie będę się w stanie za to odwdzięczyć. Zapraszam wszystkich do zakupu po promocyjnych cenach (klik w logo poniżej).
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Kobra
Data:
Pierwszy odcinek mnie zachwycił. Drugi już trochę mniej. Chociaż nie. Inaczej. Jak oglądałam pierwszy raz, każdy odcinek mnie zachwycał. A właśnie przy ponownym obejrzeniu ten drugi odcinek wydał mi się taki średni, nijaki. Ale i tak się chichrałam, shippowałam i odkrywałam podwójne znaczenia każdego słowa. Bo jedno drugiego nie wyklucza. A ja coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że im częściej oglądam jeden i ten sam odcinek, tym więcej szczegółów, ciekawostek, czy niechcący wprowadzonych przez scenarzystów aluzji wyłapuję. Fandom zmienia ludzi.

A, tak, zapomniałabym. Mówię o serialu Sherlock BBC. Odcinek 2. Blind Banker. Zapomniałam o tym wspomnieć. To było dla mnie takie oczywiste. J I spoilery. Będą. Bez nich się nie da. I będzie chaotycznie. Bo bez tego też się nie da. Nawet sobie nie wyobrażacie, jak wygląda moja kartka z notatkami po oglądaniu każdego odcinka. Nic się kupy nie trzyma, a przecież wiadomo, że kupa to rzecz dobra, bo przecież miliony much ją kochają. Więc dla kogoś, kto nie wie, kim Sherlock jest, może to wszystko wydawać się bez ładu i składu.

Początek odcinka pokazuje nam chińskie, porcelanowe czajniczki stojące w muzeum. Widzimy młodą kobietę dbającą o nie jak o własne dzieci. Żeby materiał się nie zniszczył, trzeba często parzyć w nich herbatę, bo inaczej, gdy wyschnął, rozsypią się w drobny mak. (Ostatnio zauważyłam, że herbata gra w Sherlocku bardzo ważną rolę, tak samo jak taksówki, o których wspomnę później). W każdym razie opiekunka owych czajniczków coś ukrywa, ale my nie zdajemy sobie jeszcze sprawy, co to takiego (chyba, że ogląda się to któryś z rzędu raz). W tym samym czasie ktoś napadł na bank, jak się okazuje, nic jednak nie ukradł, a zostawił grafitową wiadomość (żółtą kreskę) na jednym z obrazów. Tych znaków zaczyna pojawiać się coraz więcej, jednak nikt nie wie, co oznaczają. Jak Sherlock to rozpracuje? Czy odnajdzie człowieka-Spidermana? Czy popisze się swoją inteligencją i spostrzegawczością, a także czarnym humorem? Czy będzie podskakiwał w banku?

Zacznijmy od tytułu odcinka, który został, wg. mnie, źle przetłumaczony. Blind Bankier przetłumaczono jako Niewidomy Bankier. Niby poprawnie, ale lepiej pasowałby chyba Ślepy Bankier. Różnica niewielka, a jednak. Dlaczego? Po pierwsze żółta kreska na oczach faceta z obrazu. Ale to pół biedy. Ślepy nie w znaczeniu, że ma problemy ze wzrokiem, bo wtedy, rzeczywiście, takie wyrażenie można by uznać za obraźliwe. Ślepy w sensie, że nie widzi tego, co widzieć powinien. Że gdy zobaczy, to zrozumie, ale nikt tego nie widzi. Ale to taki drobny szczegół.

Co jeszcze ważnego się dzieje, pomijając sprawę kryminalną? John Watson znajduje pracę. W przychodni. Bo pracować musi, przecież dla Sherlocka rozpracowywanie morderców jest zabawą i nie bierze za to wynagrodzenia, a ktoś rachunki za prąd płacić musi, inaczej części ciała leżące w lodówce się popsują. Okazuje się, że wyjątkowo ciężko jest mu pogodzić obowiązki lekarza w przychodni i asystenta detektywa-konsultanta. Zaznaczmy, że jedynego na świecie detektywa-konsultanta, bo Sherlock chciałby, aby to uwypuklić. Swoją drogą John zaczyna się uczyć od Holmesa. Zaczyna już dostrzegać pewne ślady, zależności i wie, co warto jest sfotografować. I to właśnie on w tym związku jest od pocieszania i wyrażania współczucia, bo Sherlockowi to nie za bardzo wychodzi. Ale, ale. John znajduje coś jeszcze. I nie jest to jednocentówka, nie. John znajduję… Dziewczynę. Taką rodzaju żeńskiego. A ta, jak można się domyślić, naszego Holmesa niezwykle irytuje. Nie wiadomo, czy tylko dlatego, że jest, kręci się i w kółko gada, czy dlatego, że może mu odebrać… Przyjaciela.

Co do Sherlocka to wciąż jest oziębły i poważny, nawet nieco przerażający z tymi swoimi kośćmi policzkowymi. Wciąż trzyma się na dystans, a jednak zauważyłam, że zaczyna dbać o Johna. Nie chce, aby się martwił, więc chowa noże, którymi walczył z wrogami podczas gdy Watson urządzał sobie pogawędkę z maszyną w supermarkecie (toż to takie inteligentne stworzenie). Wciąż, przynajmniej dla mnie, rzucają sobie dziwne i czasem sprzeczne spojrzenia odnośnie ich partnerstwa. I, no wiem, Sherlock gejem nie jest. Jest aseksualistą i poślubił własną pracę. Ale, cholera jasna, skojarzenia same się pojawiają i nic na to nie poradzę.

Sherlock taki już jest. Potrzebuje obecności Johna i jednocześnie, kiedy namiętnie o czymś myśli, nawet nie zauważa, że nie ma go od kilku godzin w domu. John (a może powinnam powiedzieć Jawn), po prostu musi siedzieć na fotelu obok, nawet jeżeli miałoby to być spędzanie czasu w całkowitej ciszy. Zresztą coraz częściej można zauważyć, że bez jakiejś drobnej pomocy Watsona, naszemu detektywowi nie udałoby się rozwiązać zagadki tak szybko, łatwo i przyjemnie(bo to oczywiste, że kolejne morderstwa są przyjemne). John przez Sherlocka wpada w coraz to nowe tarapaty, a mimo to wciąż dla niego ryzykuje. Sherlock natomiast przedstawia Watsona jako swojego „przyjaciela” (ku zdziwieniu wszystkich innych) i ratuje go (czytaj: damę) z opresji. Mają, w porównaniu z pierwszym odcinkiem, o wiele więcej scen razem, jednak wciąż w dwóch krańcach ekranu. Co się zmieni w późniejszych odcinkach (ale spoiler).

Co można zauważyć w tej kolejnej sprawie rozwiązywanej przez naszego (nie)kochanego detektywa? Po pierwsze to, że nie chce się przyznać do swoich błędów i porażek. Prawie by zginął, ale co tam, po co o tym wspominać, popsuje mu to wszak reputacje, czy co to tam ma. No i to, jak potrafi być wredny, że zawsze chce postawić na swoim, wyjść na lepsze i broń Boże nie pokazać nikomu, że ktokolwiek jest w stanie go rozgryźć. Facet z banku wie, że jestem w stanie odkryć jego zainteresowania i przeszłość przez wyłapanie szczegółów ubioru? Dobra, powiemy mu, że wiem to od sekretarki. Pal licho, że sekretarki na oczy nie widziałem.

Ale Sherlock to Sherlock. Ta jego niezastąpiona mimika twarzy (nie oszukujmy się, Cumberbatch to Sherlock od pierwszych minut i choć na początku zastanawiałam się, dlaczego wybrali kogoś takiego, teraz już wiem, jak bardzo jest unikatowy). Tylko od potrafi zrobić takie miny. (Żeby nie było pokrzywdzonych, Martin Freeman też jest niczego sobie. Świetnie gra – szczególnie w późniejszych odcinkach – i dokładnie pokazuje nam emocje. I BAFTA, więc tego, nie ma co mówić).

Ale Holmes. Mimika i humor i moja ukochana scena pod domofonem albo wyginanie się reprezentujące strzał w głowę. Nie ukrywa, jak bardzo irytują go nieinteligentni ludzie (też tak mam). Uwielbiam jego słowotok, kiedy wyjaśnia ułomnym typkom ich błędy i oczywiste wytłumaczenie powodów masła znajdującego się po prawej stronie noża. Bo to takie banalne. Nawet w chwilach zagrożenia jest w stanie palnąć coś głupiego, a już na pewno niestosownego. Żeby uzyskać to, co chce, potrafi nawet powiedzieć komplement (i tu znowu jedna z moich ulubionych scen z Molly na temat fryzury tylko po to, by dostać truposza).

Podsumowując, ten odcinek miał może trochę mniej humoru, ale za to więcej akcji, poświęceń i pechowych randek (i tu pada Sherlockowe „whaaaaat? Właśnie zaprosiłem cię na randkę”), pokazania Johna jako Womenizera i sprytnego Holmesa oraz tajemniczego pana M który na chwilę się pojawił i zniknął po to, by wrócić do nas w kolejnym odcinku. I jeszcze taka ciekawostka. Babeczka, która grała sekretarkę i kochankę bankiera. Tak, taka blondynka od chińskiej spinki. To Olivia. Ówczesna dziewczyna Benedicta, z którą był przez 12 lat. Sherlock to, z odcinka na odcinek, coraz bardziej rodzinny serial.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Kobra
Data:
THE GAME IS ON

I wreszcie. I znowu. I odcinek, po którym nie da się żyć. Bo ja miałam to szczęście, że po zakończeniu I sezonu mogłam od razu obejrzeć sobie serię drugą i (tu bym nie wytrzymała psychicznie) trzecią. Współczuję tym z Was, którzy oglądali Sherlocka na bieżąco, tak jak się ukazywał. Jeżeli tu wytrzymaliście i jesteście wśród nas. Ale teraz o wielkiej, ogromnej, megawypasionej grze. Zagrajmy w morderstwo bo toż to tak fascynująca zabawa.

Sherlock jest znudzony życiem i monotonią dnia codziennego. Więc strzela sobie do ściany (przyznajcie się, że i Wy macie na to czasem ochotę). Żadna sprawa go nie absorbuje, zawsze to tylko zwyczajne zabójstwa, gdzie jego pałac myśli na nic się nie przyda. Bierze więc zwyczajnego trupa przy torach kolejowych, żeby po prostu czymś się zająć. A tu nagle, ni stąd ni zowąd wybucha mu pół mieszkania.

Otóż rozpoczyna się Wielka Gra z mordercą-fanem (w sumie to każda fangirl jest w stanie zabić dla spojrzenia Cumberbatcha). Okazuje się, że terrorysta, pan zła, zabija dla zabawy, tylko po to, by zwrócić na siebie uwagę detektywa i zagrać z nim w kotka i myszkę. Podsuwa mu pod nos kolejne ofiary, które dzwonią do Sherlocka prosząc o pomoc, nie mogą jednak zdradzić nic na temat osoby, która odziała ich w kamizelki napakowane ładunkami wybuchowymi. Holmes będzie musiał wyjaśnić kilka zaginięć, morderstw i spraw kryminalnych, a na podanie rozwiązania ma ograniczoną liczbę czasu. Jeśli nie zdąży, jakaś niewinna osoba straci życie. Rozpoczyna się The Final Countdown i tylko morderca wie, jak zatrzymać licznik.

Widzimy, jak bardzo Sherlock się stara, ale jednak twórcy pokazują nam, że to nie jest jakiś superbohater z nadludzkimi mocami. To zwyczajny człowiek, któremu też może powinąć się noga. I że jednak nie jest mu obojętna śmierć obcych ludzi, chociaż nie powiem, żeby jakoś wyjątkowo się spieszył z tą pomocą…

Najpierw skupmy się na głównej fabule odcinka, potem przejdę do moich własnych i niereformowalnych spostrzeżeń. Morderca. Moriarty. Nie ma co się oszukiwać, to nie jest typowy morderca. Jest geniuszem zła, profesorem o wielkim umyśle (swoją drogą myśląc o książce cały czas wyobrażałam sobie go jak dziadka z wąsami, a nie takie ciacho), ale nie typowym. Sam Andrew ma w sobie coś takiego, w oczach, w głosie… Trochę jakby był niezrównoważony psychicznie. No nijak nie wyobrażam go sobie w jakiejś komedii romantycznej. A grał księdza.

Dopiero gdy obejrzy się cały pierwszy sezon jeszcze raz możemy zauważyć, że Moriarty przewijał nam się w całej historii, od samego początku. Dość długo już śledził Sherlocka i jego poczynania, zlecał na niego kolejnych to morderców (taksówkarz czy Chinka). Nawiązuje nawet do sprawy sprzed 20 lat. Okazuje się, że to niezwykle sprytny człowiek i wie, jak podłożyć swemu ukochanemu numer telefonu (no dalej, wiem, że podczas sceny nad basenem śpiewaliście „Call me maybe”). Jak zwabić Sherlocka, jak go zaskoczyć. Doskonale waży słowa i żadne nie okazuje się bez znaczenia (co szczególnie będzie widać w kolejnych odcinkach, chyba że to mój fandomowy głosik się odezwał i jak zwykle czegoś się doszukuję). Między Holmes’em a Jimem widać coraz więcej podobieństw. I się nie dziwię, że za obojgiem z nich szaleję.

I scena z basenem. A może powinnam powiedzieć: BOŻE TO WŁAŚNIE TA SCENA Z BASENEM! Scena z WESTWOOD. Scena, która utkwi mi w pamięci forever, tak samo jak dialog między bohaterami. Scena, po której pokochałam Morta i po raz pierwszy poczułam, dlaczego ludzie nienawidzą spółki Moffat&Gatiss. To odcinek pełen stresu, oczekiwania i ciągłego, gwałtownego wciągania powietrza z hiperwentylacją gratis. Tu twórcy zabłysnęli po raz pierwszy, ale nie ostatni, bo potem będzie coraz lepiej (czytaj: będzie-tylko-gorzej-i-przygotujcie-zapasy-chusteczek). Co mam na myśli? Cliffhanger. Clffhanger jak cholera, który masakruje zakończenie każdego sezonu. Zostajemy zostawieni na dwa lata z taką sytuacją, że wyobrażamy sobie, co mogłoby być dalej, rozważamy wszystkie możliwości, a oni i tak nas zaskoczą. Niech szlag trafi cały ten hiatus i fandom, który zniszczył mi życie!

Dobra. Wdech, wydech. Teraz trochę moich przemyśleć. (Tak jakby wcześniej ich nie było). Czy zauważyliście, że pół odcinka ma miejsce w taksówkach? Serio. Przyjrzyjcie się. Odwróć na chwilę głowę od ekranu, jak spojrzysz znowu, będą siedzieć w taksówce, albo z niech wychodzić, albo do niej wchodzić, albo po nią dzwonić…

O dedukcji chyba nie muszę wspominać, bo wszyscy wiemy, że jest och i ach. Sama zaczynam widzieć, czemu warto się przyjrzeć, choć z wysuwaniem wniosków jeszcze szału nie ma. Tu po raz pierwszy Sherlock przybliża nam budowę swojego umysłu, swojego pałacu myśli – jako twardy dysk, który wszystko zapisuje, do wszystkiego można łatwo dotrzeć z pomocą opcji „szukaj”. Ale tylko ważne rzeczy. Po co komu wiedzieć, że istnieje coś takiego jak układ planetarny. To i tak nie będzie miało wpływu na znalezienie zabójców (serio? Nie bądź tego taki pewny). I oczywiście smsy pojawiające się na ekranie, dzięki którym nie musimy słuchać nudnych dialogów czy szukać w Wikipedii rozkładu jazdy pociągów.

Lestrade. Greg, Gavin czy jak mu tam, ale Lestrade . To chyba pierwszy odcinek, kiedy możemy zobaczyć, jak bezgranicznie ufa naszemu detektywowi. Mimo że wie, jaki z niego psychopata socjopata, potrafi przeciwstawić się innym policjantom czy władzom, jeśli tego właśnie chce Sherlock. I tu wszyscy robimy takie słodkie oooooo….
No i nieco dokładniej poznajemy braciszka, starszego Holmesa, Mycrofta (tak, to ten pan z parasolką). Czego się dowiadujemy? A tego, że i on potrafi wyczytać wiele patrząc na człowieka. Pracuje w rządzie, jest wpływowy (ale mniej przystojny) – tyle powodów do rywalizacji! A. No i to właśnie jest Gatiss. Suprise!
Początkowa scena odcinka. Hehe. Hehe. Przepraszam, nie mogę. Pokochałam ją. Uwielbiam to, jak Sherlock poprawia gramatykę Rosjanina. Czy on naprawdę jest tak poprawny językowo, czy po prostu lubi działać innym na nerwy?
I jeszcze coś ciekawego. Molly przyprowadzi swojego chłopaka (chłopaka? Przecież to gej. Znaczy… Hej). Sherlock chce być miły, więc mówi prawdę Molly, fakty są przecież dla niego ważniejsze niż uczucia.

Sherlock! Jak to się stało, że tak mało powiedziałam o Sherlocku! O jego skromności („nie znajdziesz go. Ale znam kogoś, kto go znajdzie. Siebie”), o jego współpracownikach (bezdomni), o jego funduszach (John za wszystko płaci), o jego dziwnych zwyczajach (drapie się po głowie naładowaną bronią), o jego słabych gruczołach łzowych (potrafi się popłakać w każdej sytuacji, a dokładnie wtedy, kiedy pomogłoby mu to uzyskać cenne informacje), o jego wzroście (bo tylko wydaje się wysoki, szczególnie kiedy walczy z mutantem przy kolorowych, dyskotekowych światełkach), o jego upodobaniach (zrywa z Johna ubrania. Nad basenem. W półmroku). To tak w skrócie.

Sherlock wreszcie pokazał, że zależy mu na Johnie. Że nie jest taki bez serca, bo nad basenem mógłby odwrócić się i olać sprawę. Nie przełykałby tak gwałtowni śliny. Nie jąkałby się. A i Watson jest gotów do poświęceń by tylko uratować kogoś tak dla siebie ważnego. To słaby punkt ich obojga. Rozumieją się bez słów (czy ktoś jeszcze zauważył, że John, mruganiem, wysyłał Sherlockowi SOS za pomocą alfabetu Morse’a?). Jedno kiwnięcie głowy jest wyrażeniem zgody na strzał, mimo wszystko i bez względu na konsekwencję, które mogą być tragiczne. Wcześniej pokłócili się, nawrzeszczeli na siebie nawzajem, John wyszedł (z siebie i z mieszkania). Co robi Holmes? Dopytuje. Sprawdza, gdzie podziewa się jego przyjaciel i ze smutkiem spogląda na Watsona odchodzącego w stronę zachodzącego słońca… Niby lubi samotność i tak spędzał całe życie. Ale teraz, gdy spotkał kogoś, kto go rozumie i jest w stanie wytrzymać z jego charakterem, potrzebuje tej bliskości. Jest dumny ze swojego przyjaciela i tak bardzo szczęśliwy gdy zauważa, że i doktor zaczyna myśleć podobnie, kombinować. Tatuś taki dumny!

Wszyscy jesteśmy dumni po tym pierwszym sezonie. Z aktorów, z twórców, z pomysłów. Z tego, że nie wyszedł jakiś badziewny serial, sitcom, którego nikt nie ogląda i dają go gratis do gazet. Wyszło cudo, którym ludzie się zachwycają i stawiają na honorowym miejscu na półce. Cudo, które równo ryje psychikę. Cudo, przez które zaczęłam oglądać seriale i przystąpiłam do pierwszego w swoim życiu fandomu. Cudo, przez które zaczęłam czytać kryminały i pisać powieści detektywistyczne i fanficki. Drodzy panowie Moffat i Gatiss. Wiem, że w kolejnych sezonach się rozkręcicie. Ale proszę, bo, niestety, mam wyjątkowo złe przeczucie, nie złamcie mi serca w czwartym sezonie.


Za możliwość obejrzenia całego pierwszego sezonu Sherlocka serdecznie dziękuję Matras. Zapraszam do zakupu całych pakietów lub pojedynczych odcinków.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Kobra
Data:
PAMIĘĆ NA ZAWOŁANIE / TONY BUZAN


Tony Buzan to człowiek znany na całym świecie ze swoich metod twórczego wykorzystania umysłu. Jest pomysłodawcą Memoriady, czyli mistrzostw świata w zapamiętywaniu, a także współtwórcą Olimpiady Gier Umysłowych. Tego pana poznałam dzięki moim studiom, na których to właśnie zdobywałam wiedzę na temat możliwości naszego intelektu i różnorodnych mnemotechnik, które mogą nam pomóc w zapamiętywaniu. A że od zawsze uwielbiałam programy z zagadkami umysłowymi, optycznymi, matematycznymi czy logicznymi, a od jakiegoś czasu zaczęłam posługiwać się pałacem myśli niczym BBC’owski Sherlock stwierdziłam, że do książek Buzana zajrzę z przyjemnością.

Pamięć na zawołanie to jedna z książek z serii The Mind Set, czyli Zestaw Dla Umysłu, dzięki której nauczysz się, jak zapamiętywać listy zakupów, numery telefonów czy daty panowania poszczególnych królów Polski. Ten poradnik pomoże Ci rozwinąć wyobraźnię, a także podsunie ciekawe sposoby na ułatwienie nauki w szkole. Autor zaserwuje Ci zagadku i testy sprawdzające pamięć i pokaże wspaniałe metody ich rozwiązania. To pozycja, którą, po jej ukończeniu, możesz przerobić jeszcze raz i przekonać się, jak poprawiły się Twoje wyniki.

Tony Buzan zaprezentuje nam łańcuchową metodę skojarzeń, podstawniki liczbowe, rymy, mapy myśli, zakładki obrazkowe czy rzymski pokój. Te mnemotechniki są naprawdę łatwe, proste i przyjemne. Autor niczego nam nie narzuca, a pozwala na własną interpretację i przełożenie danych z dowolnego przedmiotu szkolnego na to, co najłatwiej nam się przyswaja. Wystarczy, że będziemy stosować te metody przy materiale szkolnym i piątki macie jak w banku, bez żmudnego wkuwania na pamięć dat.

Nawet nie wyobrażacie sobie, jak łatwo jest zapamiętać w kolejności ciąg 30 słów. Jak banalne jest zapamiętanie czternastocyfrowego numeru i jak niewiele potrzeba, byśmy, po pokazaniu nam zdjęć 100 osób, byli w stanie podać imię i nazwisko każdego z nich. Nie patrzcie na mnie jak na superbohatera, który urwał się z komiksów Marvela. Nasz mózg naprawdę jest do tego zdolny, niezależnie od wieku. Wystarczy mu tylko pokazać, jak powinien działać, kilka razy poćwiczyć i dać mu się wykazać.

Takie ćwiczenia nie bolą i wiem to z własnego doświadczenia. Wystarczy, jadąc autobusem, próbować przełożyć poznane w książce mnemotechniki na, np. numery rejestracyjne mijanych samochodów. Mogę się założyć, że po powrocie do domu będziecie w stanie odtworzyć te dane na nowo. A nawet tydzień później. A skoro dacie radę z numerami rejestracyjnymi, to datę II wojny światowej też zapamiętacie.

Jeżeli chcecie usprawnić efektywność swojej pracy umysłowej, to jak najbardziej polecam Pamięć na zawołanie. To nie książka spisana typowo naukowym czy medycznym językiem. Autor w prosty sposób, na przykładzie cyferek, obrazków, figur geometrycznych i skojarzeń pomoże poprawić Waszą pamięć. A to może Wam pomóc zarówno w szkole, w ogarnianiu całego materiału (metoda sprawdzona przeze mnie), a także na co dzień, do zapamiętania chociażby długiej listy zakupów.

Pamięć na zawołanie
Zestaw dla umysłu
Tony Buzan
Marek Szurawski
Wydawnictwo Aha!
BBC
204 strony
2014

http://secret-books.blogspot.com/
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Martha Oakiss
Data:
Rusz głową / Tony Buzan

Czy mieliście kiedyś wrażenie, że nauka przysparza Wam samych problemów? Jak często uczyliście się do egzaminów, powtarzaliście po raz setny to samo zdanie, a ono wciąż nie mogło zagnieździć się w Waszej głowie? Ile razy byliście zmuszeni poprawiać sprawdziany? Jak często, stojąc pod tablicą, trzęsą się Wam kolana i pocą dłonie? Okazuje się, że na naukę jest sposób. I właśnie Tony Buzan w książce Rusz Głową, z serii The Mind Set pokaże nam kilka metod i sprytnych tricków, dzięki którym żaden zakres materiału nie będzie Wam straszny i będziecie w stanie w szybkim czasie przyswoić dowolną ilość informacji.

Autor w prosty sposób wytłumaczy nam, jak funkcjonuje nasz mózg i jak usprawnić naszą pamięć. Pomoże nam myśleć twórczo, a także szybko czytać, prawidłowo zorganizować swoje miejsce pracy i, najważniejsze, zaprezentuje idealne sposoby na naukę dowolnego przedmiotu (metody na usprawnienie pamięci dokładniej wytłumaczono w książce Pamięć na zawołanie). Seria Zestaw dla Umysłu może być skierowana zarówno do uczniów i studentów, jak i do nauczycieli, menadżerów czy dziennikarzy.

Nawet sobie nie wyobrażacie, jak bardzo, podczas nauki, przyda Wam się to, za co do tej pory byliście ganieni – niewpasowywanie się w klucz, tylko głupie skojarzenia. To właśnie Wasza wyobraźnia, absurdy, erotyka, humor, umiejętność wytworzenia w głowie kolorowego obrazu pozwala na zapamiętanie mnóstwa informacji na naprawdę długi okres czasu. Bo okazuje się, że wystarczy trochę kreatywności zamiast podążania za utartymi schematami.

Ci, którzy lubią rysować i nie mogą skupić się na wykładzie, bo wciąż mażą coś na marginesach zeszytów także coś dla siebie znajdą. Mapy myśli pomagają w barwny i plastyczny sposób wypisać to, co naprawdę ważne i dzięki czemu na egzaminie będziemy mogli bez problemu przypomnieć sobie daną definicję.

Dzięki tej książce mamy szansę na osobisty rozwój. Oczywiście każdy uczy się w innym tempie i innymi metodami. Ale Buzan dostarcza nam wskazówek, jak znaleźć „swoją metodę”, jak zmotywować się do nauki, jak zarządzać czasem i w jaki sposób robić przydatne i porządne notatki. Dzięki temu nasza nauka będzie efektywniejsza, a to oznacza lepsze oceny, mniejsze zmęczenie i więcej wolnego czasu.

Jeżeli nauka sprawia Wam problemy lub chcecie wiedzieć, w jaki łatwiejszy sposób niż ciągłe powtarzanie możecie przyswoić materiał, jeżeli chcecie poćwiczyć szybkie czytanie, nauczyć się robić odpowiednie notatki z tekstów i lepiej motywować się do jakichkolwiek obowiązków, to jak najbardziej polecam Rusz Głową. A nawet, jeżeli uważacie, że Wasz intelekt działa bez zarzutu – zawsze może być lepiej.

Tony Buzan
Rusz Głową
Zestaw Dla Umysłu
Jerzy Morka
Wydawnictwo Aha
BBC
160 stron
2014
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Martha Oakiss
Data:
CZAS ŻNIW / SAMATHA SHANNON

Pamiętam, że jakiś czas temu, w sumie to jeszcze do niedawna, miałam wyjątkowo złe skojarzenia z wizjami przyszłości. Wszelkie antyutopie, czy dystopie kojarzyły mi się z science-fiction, statkami kosmicznymi i ufoludkami. Całe szczęście, że dane mi było wreszcie poznać coś, co zmieniło moje myślenie na ten temat. Ale wciąż nie mogłam trafić na nic idealnego i wystarczająco wciągającego. Aż do teraz. Aż do Samathy Shannon. Aż do Czasu Żniw.

Samatha Shannon to młoda, dwudziestodwuletnia pisarka, która za pisanie wzięła się już w wieku piętnastu lat. Czas Żniw to jej debiut, ale kompletnie na taki nie wygląda. Wystarczy przeczytać opinie osób, które tę serię porównują do Matrixa i Doctora Who i dodać, że jeszcze przed premierą zostały wykupione prawa do jej zekranizowania. Autorkę nazywa się niezwykle odważną i dojrzałą, a jeżeli w tak młodym wieku uraczyła nas czymś tak złożonym, oryginalnym i dopracowanym, to jak jej kunszt będzie się rozwijał na przestrzeni lat?

Rok 2059. Londyn. Świat pełen wróżbiarzy, jasnowidzów, widzących, śniących… A wśród nich ślepcy, czyli ludzie niezdolni do komunikacji z Zaświatami. Świat, w którym można się naćpać tlenem.
Paige Mahoney ma 19 lat i pracuje w kryminalnym podziemiu Sajon Londyn. Władzę nad nią sprawuje Zwierzchnik. Należy do Siedmiu Pieczęci, gangu jasnowidzów. Jest faworytą mim-lorda, Jaxona Halla, szefa gangu. To zrzeszenie to syndykat, który dopuszcza się mim-zbrodni – komunikuje się z zaświatami dla zysku. Są więc uznawani za przestępców. Paige jest jednak wyjątkowa. Potrafi coś, do czego nie każdy jasnowidz jest zdolny – jest sennym wędrowcem, radarem umysłu wchodzącym w zaświaty i jej zadaniem jest inwigilacja umysłów innych jasnowidzów. Jest cenna dla Sajonu. Ale nie tylko dla niego.

Pewnego dnia Paige staje się morderczynią (to się odmienia?). Niechcący, bo niechcący, ale zawsze. Zostaje więc zabrana do Oksfordu, kolonii karnej, pełnej kontroli, brutalności i śmierci. Jest wśród kilku osób, które zostały przeznaczone na tegoroczny Czas Żniw – Kościozbiory, handel jasnowidzami umożliwiający utworzyć nową służbę i armię. Paige musi pokazać, że jej talent jest wart zaangażowania i przyniesie korzyści. Jej opiekunem i trenerem staje się tajemniczy Naczelnik, a jej głównym celem – przeżycie.

„Od szesnastego roku życia pracowałam w podziemiu Sajon Londyn – SajLo, tak nazywaliśmy to na ulicach. Pracowałam wśród bezwzględnych gangów jasnowidzów, gotowych wyeliminować się nawzajem, byle tylko przeżyć. Stanowiliśmy część syndykatu cytadeli, którym przewodził Zwierzchnik. Zepchnięci na margines społeczeństwa zostaliśmy zmuszeni do działalności przestępczej, aby móc funkcjonować.”
(Czas Żniw, Samatha Shannon, Wyd. SQN, str. 14)


To, co stworzyła autorka, nijak nie mieści się w głowie. Jej świat pełen dziwnych istot, wróżbiarzy, augurów, wróżących z roślin, odbić lustrzanych, kamieni, krwi, wnętrzności zwierząt czy łopatek jest czymś, czego mój mały, skromny móżdżek nie jest w stanie pojąć. Podziwiam panią Samathę za to, że stworzyła tak dokładny obraz brutalnego świata, tak wielu barwnych bohaterów i za to, że sama nie zagubiła się w historii. I cały ten majstersztyk, zwroty akcji, to, że każde wypowiedziane słowo albo rzucone spojrzenie miało jakieś znaczenie i tajemnice, ukrywane do końca, które początkowo nawet nie wydawały się być tajemnicami. Tak wiele scen, w których chciało się płakać i nie było wiadomo, co myśleć. I to zakończenie. Boże, to zakończenie.

„Jesteśmy mniejszością, której świat nie akceptuje, chyba, że jako wytwór fantazji, ale nawet to jest zakazane. Wyglądamy jak inni. Czasem zachowujemy się jak inni. W wielu przypadkach jesteśmy jak inni. Jesteśmy wszędzie, na każdej ulicy. Na pozór prowadzimy normalne życie, ale kryje ono w sobie coś jeszcze.”
(Czas Żniw, Samatha Shannon, Wyd. SQN, str. 13)


Autorka w cudowny sposób stworzyła postacie, gdzie każdy z nich ma jakiś swój odmienny charakter i sposób postępowania, kiedy możemy z góry założyć, do czego każdy z nich jest zdolny, biorąc pod uwagę jego usposobienie. Problem pojawia się w momencie, gdy każdy z nich kryje tajemnice i jednak nasze założenia spełzają na niczym.

Paige to typowa bohaterka kick ass. Odważna, silna, walcząca ze wszystkimi przeciwnościami losu całym ciałem i sercem, ale ma też swoje chwile zwątpienia i słabe punkty. Naczelnik był takim Dymitrem z AW. Trener, ostry, niedostępny, siłacz, szef, bezlitośnie trenujący swoją uczennicę. A jednocześnie z sercem, ze „swoimi motywami” i wieloma tajemnicami. Natomiast Nick, kolejna postać z Siedmiu Pieczęci, był… Był… Osobą tak kochaną i tak przeze mnie uwielbianą, a autorka tak po prostu zakończyła moją miłość do niego…

Głównym minusem powieści jest to, że książka wyjątkowo długo się rozkręcała. Nie będę ukrywać, że kiedy zaczęłam czytać, byłam przerażona. Nie mogłam zrozumieć sensu żadnego zdania, każde z nich było przepełnione mnóstwem obcych wyrazów. Cała ta historia z rządem brytyjskim i Oksfordem wydawała mi się poplątana i nudna. Myślałam – fajnie, autorka miała super pomysł, tylko, że ja go nie ogarniam. Ale, całe szczęście, po jakiejś setnej stronie wszystko zaczęło się rozkręcać, poszczególne nazwy i imiona stopniowo zaczęły układać mi się w głowie. A po stornie dwusetnej… Cóż… Potem już nawet nie zerkałam na numerację kartek. Nie było na to czasu.

Należy się również ogromna pochwała dla wydawnictwa i tłumaczki. U Samathy bowiem nie ma nic przypadkowego. Każde imię ma się z czymś kojarzyć, każda nazwa ma jakieś ukryte znaczenie. Często pojawiają się metafory i dwuznaczności. Wszystko to mogłoby stracić na swojej wartości po przetłumaczeniu na język polski. Chociażby tytułowy The Bone Season, z angielskiego sezon kości, z francuskiego – dobry, obfity sezon. Jako że dla Polski przetłumaczenie tego wyrażenia jako Zbiory Kości czy Kościozbiory nie byłoby jasne, wydawnictwo stanęło na wysokości zadania i do każdego wyrazu postarało się dobrać coś również metaforycznego. Każde nawiązanie do kości zmieniono na żniwa, które również można rozumieć jako zbieranie plonów lub haracz oddany śmierci. Pojawiały się też nazwy, które, gdyby przetłumaczone dosłownie, brzmiałyby komicznie. Czasem więc warto pogrzebać w tekście, żeby zapanował odpowiedni klimat.

„Może nie wiesz, ale Żniwa nazywane są też dobrymi zbiorami. Wciąż mówią tak na ulicach: Dobre Żniwa, Zbiory Obfitości. Rozumieją to jako odbieranie nagrody, to podstawowy warunek ich negocjacji z Sajonem. Ludzie oczywiście postrzegają to inaczej. Dla nich są symbolem nieszczęścia. Oznaczają głód. Śmierć. Dlatego nazywają nas kosiarzami. Ponieważ pomagamy prowadzić ludzi na śmierć.”
(Czas Żniw, Samatha Shannon, Wyd. SQN, str. 190)


Seria była i zapewne będzie porównywana do Igrzysk Śmierci czy Niezgodnej. Ale nie oszukujmy się – teraz każda antyutopia czy dystopia jest do nich porównywana, nawet jeżeli różni się tematycznie. Polecam fanom takich historii, brutalnych, bez widocznego i wysuwającego się na pierwszy plan romansu. I od razu mówię, że na tej lekturze naprawdę warto się skupić, przyswoić wszelkie informacje, poznać charakter postaci po to, by autorka mogła nas na koniec zaskoczyć i wywrócić wszystko do góry nogami i abyśmy po zakończeniu czytania poszukiwali kolejnych zapisanych stron z podkówką na ustach.




Czas Żniw
Samatha Shannon
The Bone Season
Tom I
Regina Kołek
Wydawnictwo SQN
520 stron
2013
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Martha Oakiss
Data:
NIEZGODNA / VERONICA ROTH


„Jestem Niezgodna.
I nie można mnie kontrolować.”
(Niezgodna, Veronica Roth, Wyd. Amber, str. 318)

Mam regułę – najpierw książka, potem film. Jednak dość często zdarza się, że nie mam dostępu do wersji papierowej danej pozycji, a ekranizację mam okazję obejrzeć. Tak na przykład Niezgodną oceniłam bardzo dobrze – jako film, nie ekranizację, bo nie byłam w stanie ich porównać. Ale właśnie dziś zakończyłam czytać to, na co namawiało mnie mnóstwo osób. I właśnie dziś zrozumiałam, dlaczego seria jest uwielbiana przez tak duże grono czytelników.

Przyszłość. Ludzkość jest podzielona na frakcje, aby nie dopuścić do wojen i połączyć we wspólnotę osoby o tym samym charakterze i sposobie postępowania.
Altruizm to bezinteresowność, pomoc, współczucie i wyrzekanie się samego siebie na rzecz innych. Prawość to uczciwość i patrzenie na świat w kontraście biel-czerń. Nieustraszoność to odwaga, agresja i kolczyki na całym ciele. Erudycja to inteligencja i ciągłe pogłębianie swojej wiedzy. Serdeczność to życzliwość i optymizm. Można być także bezfrakcyjnym, żyjącym w biedzie odludkiem. Ale jeżeli w jednej osobie znajdują się cechy kilku frakcji, to jest się Niezgodnym…

Beatrice należy do Altruizmu. Jednak stoi przed testem przynależności i decyzją, gdzie spędzi resztę życia. Rozum podpowiada jej, że powinna zostać z rodziną. Jednak serce pcha ją w stronę innych, nieznanych, a pociągających frakcji. Na co się zdecyduje? I czy będzie żałować swojej decyzji?

„A jeśli stwierdzą, że nie nadaję się do żadnej frakcji? Musiałabym wtedy żyć na ulicy, razem z resztą bezfrakcyjnych. Ja tak nie mogę. Brak frakcji to nie tylko życie w biedzie i niewygodzie. To także życie w odcięciu od reszty społeczeństwa, od tego, co najważniejsze – wspólnoty.”
(Niezgodna, Veronica Roth, Wyd. Amber, str. 20)

To, co wyjątkowo spodobało mi się w książce, to fabuła. I nie należę do osób, które uważają, że to przeróbka Igrzysk Śmierci. Dla mnie historia była świetna i tylko utwierdzam się w przekonaniu, że chcę czytać coraz więcej antyutopii czy dystopii. Pomysł podziału ludności na frakcje ze względu na ich charakter i testy przynależności – po wstrzyknięciu serum przenosimy się do naszych wyobrażeń, naszych strachów i od tego, co zrobimy zależy, do jakiej frakcji będziemy należeć. Bardzo spodobał mi się pomysł takiego rozwiązania problemu i tego, jak można odczytywać osobowość ludzi ze względu na podejmowane przez nich decyzje.

W całej historii jest mnóstwo tajemnic. Niektórych jesteśmy w stanie się domyślić, inne zaskakują nas na koniec. Dodatkowo momenty śmiechu, strachu, obrzydzenia i wzruszeń. Veronica Roth pokazuje nam, że życie nie zawsze jest pełne uśmiechu i happy endów. Że śmierć czyha za rogiem i nigdy nie wiemy, kiedy nas dopadnie. Że nie wiadomo, komu naprawdę powinniśmy ufać, bo ludzie nie zawsze są z nami szczerzy.

Główna bohaterka, Tris, była dość specyficzna. Niby nieśmiała, a zarazem odważna i gotowa do poświęceń, za chwilę skora do krwawej zemsty. Zastanawiałam się, czy autorka celowo uwydatniła to, że dziewczyna nie wie, do której frakcji powinna należeć, czy może podczas pisania pani Roth nie miała w głowie jej konkretnego obrazu. Cztery, czyli najważniejszy męski bohater, to jeden z tych, w którym zakocha się każda czytelniczka i chyba nie mam co do tego wątpliwości. Nie poznamy go zbyt dobrze, ale te kilka momentów, kiedy się z nim spotkamy, całkowicie nam wystarczą do jego uwielbienia. Do bohaterów drugoplanowych niestety się nie przywiązałam. Początkowo gubiłam się w ich imionach, potem było nieco lepiej, ale nikt konkretnie nie zapadł mi w pamięci.

„Przed dziesięcioleciami nasi przodkowie uświadomili sobie, że za toczone na świecie wojny trzeba winić polityczną ideologię, a nie wierzenia religijne, rasę czy pochodzenie. Doszli do wniosku, że chodzi o wadę ludzkiej osobowości, o skłonność człowieka do czynienia zła, niezależnie od jego formy. Podzielili się na frakcje i starali się usunąć z nich te cechy, które odpowiadają za nieporządek na świecie.”
(Niezgodna, Veronica Roth, Wyd. Amber, str. 35)

Niezgodna może nie jest idealna. A może odniosłam takie wrażenie, bo najpierw oglądałam film i po prostu wiedziałam, czego się spodziewać. Jest jednak w tej historii coś, co całkowicie przyciąga, w związku z czym bez wahania rozpoczynam polowania na kolejne tomy tej serii. Chcę się dowiedzieć, jak dalej potoczą się losy Tris, co jeszcze spotka ją i jej bliskich, jak będzie radziła sobie ze strachem i co tak naprawdę wydarzy się w ostatnim tomie – ale proszę, nie spoilerujcie  EDIT: Za późno. Jesteście okrutni…

http://secret-books.blogspot.com/
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Martha Oakiss
Data:
Zawsze miałam ochotę przeczytać książkę, która byłaby inna niż wszystkie, wyjątkowa. Ale nie liczyłam, że będę miała taką okazję, bo, nie oszukujmy się, każda opowieść musi być oparta na jakiejś fabule, bohaterach, konkretnym zarysie, który stworzy autor. Aż tu nagle pojawia się Endgame, które angażuje w swoją treść czytelnika, niezależnie od jego wieku czy narodowości i pozwala mu na całkowitą odmianę swojego życia. 500 tysięcy dolarów piechotą nie chodzi.

Zacznijmy od tego, na czym skupia się treść. Nadeszło Endgame. Dzień, na który czekano od setek lat. Kiedy stwierdzono, że ludzkość nie zasługuje na to, co ma i zmarnowała podarowaną szansę. Teraz do walki stanie 12 ludów, potomkowie dwunastu nieistniejących już cywilizacji, po jednym Graczu z każdego ludu. Tylko jedna osoba może zwyciężyć. I tylko jego lud przeżyje.

Wyjątkowo przypadł mi do gustu pomysł na fabułę. Te, pewnego rodzaju zawody, igrzyska, w których biorą udział pojedyncze osoby z całego świata. Każdy Gracz jest inny, ma odmienny charakter, inaczej postępuje i ma odrębny plan na osiągnięcie wyznaczonego celu. Będą musieli znaleźć odpowiedni sposób, by rozwiązać wszystkie ukryte zagadki i dotrzeć do mety.


Ciąg dalszy recenzji:
http://secret-books.blogspot.com/2014/11/tu-nie-ma-miejsca-na-dlaczego.html
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Martha Oakiss
Data:
Kto nie lubi świąt? Kto nie lubi zimy? Kto nie lubi śniegu za kołnierzem i odmrożonych palców miękkiego puchu i lepienia bałwana? To chyba najpiękniejsza pora roku. Kiedy tak ostatnio zastanawiałam się, w jakich książkach występuje ten motyw, to oprócz Opowieści Wigilijnej nic nie przychodziło mi do głowy. Aż w moje zmarznięte dłonie trafiło „W Śnieżną Noc”, a w mojej głowie, niczym ksiądz po kolędzie, zawitała myśl, że to będzie cudowna lektura na ten czas.
Ciąg dalszy na http://secret-books.blogspot.com/2014/12/w-sniezna-mrozna-noc.html
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Martha Oakiss
Data:
Kiedy we wrześniu miałam okazję obejrzeć film Love, Rosie spodziewałam się jakiejś płytkiej komedyjki dla młodzieży. To, co wtedy otrzymałam, tak mną wstrząsnęło, że obiecałam sobie zdobycie książki, na podstawie której został on nakręcony. I tak oto Love, Rosie, wcześniej Na Końcu Tęczy, autorstwa Cecelii Ahern ponownie zmusiło mnie do płaczu.

Rosie i Alex znają się od wielu lat, od małych berbeci. To najprawdziwszy dowód na to, że przyjaźń damsko-męska jednak istnieje. Spędzają ze sobą mnóstwo czasu, mówią sobie o wszystkim, nawet o najbardziej intymnych i wstydliwych aspektach swoje życia. Oczywiście nie brakuje dogryzania i docinek, jak to w prawdziwej przyjaźni bywa. Bo na tym ów przyjaźń polega – by zawsze mówić sobie prawdę, nawet najbardziej bolesną.
Czasem jednak nadchodzi taki dzień, że między ludźmi coś zaczyna się zmieniać. Tak właśnie było z Rosie i Alexem. Zaczęło iskrzyć. Czują to magnetyczne przyciągnie i wiedzą, że to już nie tylko zauroczenie, ale coś więcej. Oboje jednak nie chcą się do tego przyznać, obawiając się, że niszczą przyjaźń, którą pielęgnowali przez tyle lat niczym pracowity ogrodnik traktujący każdą roślinę jak swoje dziecko. Ukrywają to tak długo, aż w końcu ich drogi muszą się rozejść. Każdy zaczyna żyć swoim życiem, w nowym miejscu, z nową rodziną, wciąż oszukując się, że jest w stanie zapomnieć o tej ukochanej osobie przeznaczonej swojemu sercu.

Oryginalnością tej powieści jest bez wątpienia sposób jej zapisu. Cała książka to tylko i wyłącznie listy, maile, smsy… Początkowo może to wydawać się nieco uciążliwe, bo w książkach jesteśmy raczej przyzwyczajeni do konkretnej narracji, czy to pierwszo-, czy trzecioosobowej. Ale dzięki temu już zaczynając czytać wiemy, że czeka nas coś niezwykłego w każdym calu, niespotykanego. Może być jednak i tak, że komuś nie uda się zaaklimatyzować. Sama złapałam się na tym, że nie umiałabym wyobrazić sobie bohaterów, gdybym nie oglądała wcześniej filmu (co nie znaczy, że zachęcam Was najpierw do jego obejrzenia! Nie! Najpierw książka! Stanowczo!). Wyciąganie wniosków po wiadomościach z Windows Messenger nie jest łatwe, ale pozwala na dowolną interpretacje i szaleństwa naszej wyobraźni.

Ciąg dalszy na http://secret-books.blogspot.com/2014/12/przyjazn-wbrew-miosci-love-rosie.html
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Martha Oakiss
Data:
Violet, jak większość nastolatek z Londynu, od czasu do czasu imprezuje. Tak więc wybiera się z przyjaciółką na imprezę, poznają facetów i koło budki z sushi, jakimś cudem, Vi zostaje sama na swoich niewygodnych obcasikach. Prawdopodobnie trochę by pomarzła, a potem albo wróciła do domu, albo odnalazła przyjaciółkę i poszła się upić do nieprzytomności. Ale wtedy książka wypadłaby na nudną. Więc co zrobiła pani Abigail Gibbs, autorka? Do parku, w którym czeka dziewczyna, wrzuciła kilku łowców, garstkę wampirów, a gdy zaczęła się już krwawa jatka, łącznie ze skręcaniem karków, zaaranżowała porwanie Violet. Super. Już wiecie dlaczego nie lubię chodzić na imprezy.




Oczywiście, nieuniknionym elementem tej historii jest romans. Sam tytuł wskazuje nam – Kolacja z Wampirem. Nie jest to jednak miłość zbyt oczywista. Po pierwsze, początkowo pojawia się trójkąt miłosny, ale niezbyt schematyczny. Po drugie, miłość, która gra tu główną rolę, nie jest oparta na… Miłości jako miłości… To raczej kwestia przeznaczenia, małżeństwa z rozsądku, dla dobra państwa.

Jeżeli boicie się zaangażować w tę lekturę ze względu na podobieństwo do Zmierzchu – oddalcie te obawy. Nie możemy przecież każdej powieści, w której pojawiają się wampiry, porównywać do jednej i tej samej historii. Tu mam do czynienia z opowieścią bardziej zawiłą i poważną, a do tego wampiry naprawdę są krwiożercze i nie zawsze potrafią zapanować nad swoim pragnieniem. To nie jest bajeczka o dobrym wampirku, który chce przejść na wegetarianizm! Przekonamy się, że u tych szablozębnych istot miłość nie jest w stanie zastąpić pożywienia. Oni muszą jeść. Ich życiem kieruje potrzeba krwi.




Odniosłam wrażenie, że pomysł na tę książkę był naprawdę dobry. Wyczuwa się jednak, że to debiut pani Gibbs (a zaznaczę jeszcze, że początkowo było to opowiadanie publikowane w internecie!) i w jej piórze można czasem odnaleźć pewne niedociągnięcia, niedopowiedzenia. Mam więc cichą nadzieję, że w kontynuacji, w Jesiennej Róży, jej kunszt pisarski znacznie się rozwinie i nabierze skrzydeł. Bo już w samej Kolacji z Wampirem można było wyczuć różnicę między pierwszymi a ostatnimi rozdziałami. Czuję, że będzie tylko lepiej.

Nie spodziewałam się, że książka spodoba mi się tak bardzo, bo, mówiąc szczerze, nie pałałam przesadnym optymizmem, gdy się za nią zabierałam. Było w niej jednak coś naprawdę hipnotyzującego. Ukazanie wampirów (wreszcie!) w ten krwawy sposób, ale jednocześnie z uczuciami. A za każdym razem, gdy wszystkie wątki zostawały wyjaśnione, okazywało się, że jednak nie, że można wprowadzić coś jeszcze. Tym sposobem co kilka rozdziałów zmieniała się moja wizja idealnego zakończenia całej historii.




Historia Violet ma dużo wspólnego z psychologią. Nie wspomnę o tym, że dziewczyna przez 500 stron gada do siebie. Ale występuje też tu coś, co można nazwać paradoksem sztokholmskim – kiedy to ofiara zakochuje się w swoim oprawcy, bo jest mu wdzięczna, że jeszcze jej nie zabił, że pozwolił jej żyć, dbał o nią, karmił… Ale to także opowieść o przeznaczeniu, o naszym losie zapisanym gdzieś w gwiazdach, którego, mimo usilnych próśb, nie jesteśmy w stanie zmienić. To, o dziwo coś, co zaczynało się nie najlepiej, a z każdą kolejną stroną wciągało coraz bardziej. Polecam, jeżeli podobali Wam się Przyrzeczeni Beth Fantaskey oraz jeżeli szukacie czegoś pomiędzy przesłodzonym Zmierzchem a krwawym Draculą.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Martha Oakiss
Data:
JESIENNA RÓŻA

Recenzja NIE ZAWIERA spoilerów z tomu I


Kiedy rozpoczynałam swoją przygodę z twórczością Abigail Gibbs, nie byłam do niej nastawiona zbyt optymistycznie. Rzeczywiście, gdy zaczęłam czytać Kolację z Wampirem, nie mogłam znaleźć „tego czegoś”. Odkryłam jednak, że z każdą stroną wciągam się w historię coraz bardziej o nim zdąży się powiedzieć „O cholibka, poznałabym takiego wampira i poszła z nim na studniówkę!”, pierwszy tom się zakończył, a ja zaraz zabrałam się za jej kontynuację, czyli Jesienną Różę.

W Devon, w prowincjonalnej szkole średniej, uczy się piętnastoletnia Róża. Nie jest jednak zwyczajną nastolatką, należy bowiem do grupy Mędrców. W szkole pełni rolę strażnika i ma chronić uczniów przed czarną magią. Będzie miała okazję poznać syna króla Mędrców, by razem z nim przeciwstawić się Extermino, niosącym śmierć.



Miałam cichą nadzieję, że Jesienna Róża będzie dosłowną kontynuacją tomu poprzedniego. Okazało się jednak, że jest to niemal osobna historia – więc plus dla tych, którzy z Kolacją z Wampirem nie mieli styczności. Jak się jednak okaże, na późniejszych stronach ujawni się pewien związek między obiema bohaterkami.

Było tu też coś, czego nazwać nie umiem, a odebrało mi przyjemność czytania. Całość jest spisana wyjątkowo chaotycznie i niekonsekwentnie. Pomysł autorki na świat pełen wymiarów i dziwnych istot był wyśmienity, jednak, prawdopodobnie ze względu na swój młody wiek, pani Gibbs nie potrafiła uformować w słowa i przekazać nam wszystkiego, co pałętało się po jej umyśle.




Mroczna Bohaterka to bez wątpienia powieść dla fanów tego gatunku – dla osób czytających lekkie, niezobowiązujące lektury podpadające pod literaturę młodzieżową. O ile pierwszy tom skupia się głównie na tematyce wampirów, w drugim pojawia się więcej magii i bardziej typowego fantasy z nutką romansu. Odniosłam jednak wrażenie, że pierwszy tom nieco bardziej przypadł mi do gustu. Nie wykluczam jednak kontynuowania serii, gdyż chętnie przekonam się, co ukryto za bramami do kolejnych wymiarów…

http://secret-books.blogspot.com/2015/01/jesienna-roza.html
Czy ta recenzja była przydatna?

BUNT!

Ocena:
Autor: Martha Oakiss
Data:
ZBUNTOWANA / Veronica Roth

Recenzja NIE ZAWIERA spoilerów tomu I

Kiedy w internecie pojawił się zwiastun filmu Zbuntowana, zewsząd rozbrzmiały głowy, że najlepsza część serii Niezgodna została zniszczona, że w trailerze dzieją się rzeczy, o których w książce nie było mowy. Postanowiłam więc sobie, że muszę przeczytać Zbuntowaną jeszcze przed wejściem do kin jej adaptacji.




Świat podzielono na frakcje: Altruizm, Nieustraszoność, Erudycję, Prawość i Serdeczność. Wśród nich jednak znajdują się również Niezgodni, którzy posiadają cechy należące do kilku różnych frakcji. Co gorsza, między frakcjami zaczyna dochodzić do walk o władzę…

Ta część doskonale pokazuje, jak kilka frakcji kłóci się we wnętrzu Tris, naszej głównej bohaterki. Dziewczyna potrafi ułożyć dokładny plan, walczyć do ostatniej kropli krwi, a nawet się poświęcić. Nigdy nie wiadomo, która cecha w danym momencie przez nią przemówi.

Ciąg dalszy: http://secret-books.blogspot.com/2015/01/zbuntowana-veronica-roth.html
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Martha Oakiss
Data:
RECENZJA NIE ZAWIERA SPOILERÓW TOMÓW POPRZEDNICH!

Kiedy jeden tom kończy się cliffhangerem, jak to było w przypadku Zbuntowanej, nie masz wyboru i musisz sięgnąć po kontynuację. Z jednej strony oczekiwałam, że Wierna podtrzyma ustawioną sobie dość wysoko poprzeczkę, ale z drugiej słyszałam mnóstwo opinii, że jest to najgorszy tom w całej serii. I z takim oto dysonansem wewnętrznym przystąpiłam do lektury.

Wyobraź sobie, że świat, w którym zżyjesz, został podzielony na frakcje. Do każdej z nich należą ludzie o zupełnie innych cechach charakteru i usposobienia, zachowujących się i ubierających w określony sposób. Co jednak, jeśli zaczniesz zdawać sobie sprawę, że najwyraźniej Twój wybór frakcji nie był właściwy? Opuścisz swoją rodzinę, by poczuć się egoistycznie szczęśliwym, czy do końca życia będziesz się męczyć i oszukiwać? A co zrobisz, gdy między frakcjami wybuchnie wojna, w której tylko jedno zgrupowanie może zwyciężyć?

W trzecim tomie historii zostaje poruszony temat, nad którym każdy czytelnik zapewne zastanawiał się czytając serię – co właściwie dzieje się za murami tego miejsca? Czy cały świat podzielono na frakcje? A może reszta terenów jest wyludnioną pustynią? Czemu tyle osób zostało odizolowanych od reszty społeczeństwa? A może to społeczeństwo zostało odizolowane od nich?

Ciąg dalszy:
http://secret-books.blogspot.com/2015/01/zjednoczymy-sie-na-zawsze-czytamy.html
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Martha Oakiss
Data:
O serialu The 100 było – i nadal jest – wyjątkowo głośno. Wszyscy namawiają mnie do jego obejrzenia. A teraz pojawiła się książka i rozpoczęły się porównania, jak to nie jest w stanie dogonić swojej filmowej wersji. I w tym momencie uśmiechnęłam się sama do siebie. Bo koniec końców serialu nie widziałam i będę mogła przystąpić do czytania niczym tabula rasa – czysta kartka, bez żadnych oczekiwań i wyobrażeń. To lubię. Ocena bardziej obiektywna być nie może.

Wyobraźcie sobie przyszłość. Po kataklizmach, nuklearnej zimie, kiedy nastąpił teoretyczny koniec świata, a Ziemia otoczona jest przez toksyczną atmosferę. Ale ludzie nie wyginęli. Mieszkają w stacjach kosmicznych, na promach o różnych nazwach, takich jak Feniks, Arkadia czy Walden. Żyją na nich ludzie o nieco innych cechach, umiejętnościach i zawodach. Zaczyna jednak brakować pożywienia i miejsca na nowych członków rodzin. Władza postanawia więc wysłać na ziemię ludzi, których zadaniem będzie sprawdzić, czy powrót tam jest już możliwy. Aby nie ryzykować utraty porządnych obywateli, na niebieską planetę, tam, gdzie kiedyś znajdowały się Stany Zjednoczone, zostaje zesłana setka młodocianych przestępców, których los, tak czy tak, był już przesądzony.

Gdy setka naszych bohaterów ląduje na nieznanym sobie terenie, zostajemy świadkami próby zaklimatyzowania się i nauki życia od całkowitego początku. Co nadaje się do jedzenia? Jak je zdobyć? Będziemy także mieli okazję obserwować zawiązywanie sojuszy, polowania i powolne ustalanie hierarchii czy planów na przyszłość. Co więcej, przekonamy się, jak nasz świat mógłby wyglądać ze dziesiątki, setki lat – ze wszystkimi efektami katastrof, wybrykami natury i zmutowaną zwierzyną.

Ciąg dalszy: http://secret-books.blogspot.com/2015/02/wracajmy-na-ziemie-czytamy-misja-100.html
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Martha Oakiss
Data:
Ta recenzja będzie nietypowa. Będzie interaktywna. Każdy z Was, indywidualnie, może sprawdzić, czy Utrata jest dla niego odpowiednia. Wystarczy odpowiadać na pytania i poruszać się po recenzji według wskazówek.

(1.) Kierstin pochodzi z małego miasteczka, z dziury zabitej dechami, w której wszyscy się znają, a otrzymanie oceny niedostatecznej grozi wpisem do tamtejszej gazety. Dziewczyna trafia na Uniwersytet Waszyngtoński, a jej współlokatorką zostaje Lisa, zmieniająca-co-tydzień-chłopaka-wielbicielka-tatuaży-na-męskich-sześciopakach.
Kierstin już pierwszego dnia robi z siebie idiotkę i to na oczach mega przystojnego chłopaka. Bo tylko taka oferma jak ona mogłaby pomylić jego ośmiopak z drzewem. Tak. Ośmiopak.
Czy lubisz książki z wątkiem romansu między nieśmiałą nastolatką a super przystojnym chłopakiem?
TAK – przejdź do akapitu 4
NIE – przejdź do akapitu 6

Ciąg dalszy: http://secret-books.blogspot.com/2015/02/recenzja-interaktywna-utrata-rachel-van.html
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Martha Oakiss
Data:
Każdy z Was zna zapewne bajkę o Śpiącej Królewnie. O tym, jak zasnęła, by obudził ją pocałunek prawdziwej miłości. Przenieśmy to teraz do lat 90., do czasów punków i magnetofonów, a śpiącą królewnę zamieńmy na chłopca cierpiącego na zespół Kleinego-Levina, czyli syndrom śpiącej królewny…

Lata 90. Althe i Oliver są przyjaciółmi od czasów przedszkola, zawsze blisko siebie, zawsze nierozłączni – do tego stopnia, że wszyscy wokół uważają ich za parę. Są jednak t y l k o przyjaciółmi, co, jak się okazuje, w pewnym momencie zaczyna Althei nie wystarczać. Niestety wygląda na to, ze ich związek jest skazany na niepowodzenie. Niełatwo bowiem żyć przez lata z kimś, kto co jakiś czas traci pamięć i panowanie nad sobą…

Zła wiadomość, Oliverze, jest taka, że to się znów powtórzyło. Dobra jest taka, że lekarze nie wiedzą, co ci jest.

Ciąg dalszy:
http://secret-books.blogspot.com/2015/03/punk-bunt-kasety-czytamy-althea.html
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Martha Oakiss
Data:
WILL GRAYSON, WILL GRAYSON
/ John Green & David Levithan

Dwóch autorów pisze jedną książkę. Książkę dla młodzieży, która porusza bardzo ważny i jednocześnie często unikany temat. Książkę, która przez przypadek (lub też nie) ma coś wspólnego z piosenką Lady Gagi Born this way. Ta książka to Will Grayson, Will Grayson.


Will Grayson jest zwyczajnym nastolatkiem. Chociaż słowo „zwyczajny” nie do końca odwzorowuje jego normalność. Motto życiowe chłopaka to „siedź cicho”. Jedynymi ludźmi, z którymi się zadaje, jest jego Paczka Przyjaciół, która w ostatnich dniach nieco się wykruszyła. W tym momencie należy do niej grupa zdeklarowanych gejów i lesbijek, co Willowi niezbyt dobrze wpływa na reputację i znacząco zmniejsza szanse u płci pięknej.
Istnieje jeszcze jeden Will Grayson, równie specyficzny. To typ buntownika sprzeciwiającego się komunikatorom społecznościowym i skrótom lol czy <3, a jednocześnie żyjącego jedynie w świecie internetu. Ma jednego przyjaciela i jedną przyjaciółkę, której w sumie i tak nie lubi. Do tego najprawdopodobniej cierpi na depresję, wszędzie dostrzega minusy i paradoksy.
Aż pewnego dnia drogi dwóch Willów przetną się, a wszystko przez musicalowe przedstawienie…

Wiesz, co jest parszywe w miłości?
Że jest tak mocno związana w prawdą.

Ciąg dalszy: http://secret-books.blogspot.com/2015/03/will-grayson-will-grayson-recenzja.html
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: Martha Oakiss
Data:
Akademia Dobra i Zła
/ Soman Chainani


Baśnie są motywem często poruszanym we współczesnej literaturze. Ale odstawmy na bok ich reinterpretacje, umiejscowienie w innym okresie czasowym czy przestrzennym, albo zastanawianie się „co by było, gdyby…”. Tym razem spróbujmy odpowiedzieć sobie na pytanie – co było wcześniej?

W Gawoldonie życie mieszkańców toczy się spokojnie. Różne charaktery spotykają się, przyjaźnią lub nienawidzą. Jest też coś, co ich wszystkich łączy – zafascynowanie baśniami. Każdy czyta je z szeroko otwartymi oczami i wypiekami na twarzy, próbując odnaleźć w nich pewne prawidłowości. Bowiem w ich kranie raz na cztery lata zjawia się Dyrektor Akademii i porywa dwójkę dzieci. Jedno z nich trafi do części Dobra, gdzie będzie szkolić się na pozytywnego bohatera baśni, a drugie znajdzie się w Akademii Zła, by zostać złoczyńcą. Najpierw zaginęła Różyczka, Jaś, a potem Roszpunka. Cztery lata minęły, więc za jakiś czas dostaniemy nową opowieść o walce dobra ze złem…

Sofia to piękna dwunastoletnia blondyneczka, księżniczka spędzająca codziennie rano kilka godzin przed lustrem wcierając w twarz różnorodne przeciwtrądzikowe mikstury, z odrazą traktująca wszystko co ponure, szare i źle oświetlone. Stara się spełniać dobre uczynki, na przykład dostarczając biednym, głodnym staruszkom kremy na zmarszczki. Nie żartuję.
Jej przyjaciółką jest Agata, dziewczynka z tych niezbyt pięknych, mroczna gotka stroniąca od ludzi i ukrywająca się na cmentarzach.
To właśnie one dwie pragną dostać się w tym roku do Akademii. Pech chciał, że w ich przydziale do kategorii dobro – zło nastąpi ogromna pomyłka.

Ciąg dalszy: http://secret-books.blogspot.com/2015/04/casting-na-bohatera-basni-czytamy.html
Czy ta recenzja była przydatna?
  • 1
  • 2