Koszyk 0

Profil recenzenta:
AmeliaGrey

Krótka autoprezentacja

Pełna sprzeczności, chodząca z głową w chmurach feministka. Lekko znerwicowana, ale też lubiąca się śmiać. Kiedy coś zacznę, muszę skończyć. Lubię myśleć, że jestem niepokorna, ale tak naprawdę, to bardziej niewolnica wyrzutów sumienia ze mnie. Ciągle mam ochotę spróbować czegoś nowego. Wiecznie taszczę ze sobą jakąś książkę i podczytuję, kiedy tylko się da.

Najważniejsze dla mnie książki

,,Złodziejka książek" ,,Gwiazd naszych wina" ,,Zawsze przy mnie stój"

Życiowe motto

„Lepiej zaliczać się do niektórych, niż do wszystkich.” „Życie nie jest życiem, jeśli się przez nie tylko prześlizgniesz. Wiem, że jego istota polega na tym, by znaleźć rzeczy, które mają znaczenie i trzymać się ich, walczyć o nie i nie odpuścić.”

Recenzje użytkownika

Autor: AmeliaGrey
Data:
Wielu z nas lubi dalekie podróże. Odwiedzanie nowych miejsc daje szanse na poszerzenie horyzontów, zmianę postrzegania świata i odpoczynek od otaczającej nas rzeczywistości. Chyba każdy w głębi duszy marzy o wielkich przygodach, które zapamiętałby na całe życie. Nikt z nas chyba jednak nie myślał poważnie o podróży do innej epoki. Zobaczenie danego miejsca sprzed setek lat byłoby z pewnością doświadczeniem szczególnym, ale niestety nierealnym. Co gdyby było to jednak możliwe? Gdybyśmy mogli przenieść się w czasie, gdzie tylko chcemy? Skorzystalibyście z takiej możliwości?

Właśnie w takiej sytuacji znalazła się Anna - bohaterka ,,Magicznej gondoli". Spędzała wakacje wraz z rodzicami w malowniczej Wenecji. Pewnego dnia, podczas pokazów łodzi została wepchnięta do kanału, z którego wyłowił ją na pokład czerwonej gondoli bardzo przystojny chłopak. Sprawiło to, że niespodziewanie przeniosła się w czasie o ponad pięćset lat. Od teraz będzie musiała poradzić sobie w nowym środowisku i sprostać powierzonemu jej zadaniu.

Z pewnością wiecie, że bardzo lubię motyw podróży w czasie. To coś nowego i jeszcze mało popularnego, kiedy zewsząd otaczają nas paranormalne stworzenia. Historia w ,,Magicznej gondoli" toczy się w XV-wiecznej Wenecji, dlatego z tak wielką chęcią po nią sięgnęłam. Eva Voller stworzyła genialny klimat, pokazała nam życie w tamtym miejscu zarówno z perspektywy czasów teraźniejszych, jak i przeszłych. Już ze względu właśnie na ten klimacik książkę czytało się świetnie. Autorka bardzo bardzo konsekwentnie oddała wizję swojej historii. Skonstruowała podróże w czasie z najdrobniejszymi szczegółami. Nie z nią praca na odwal się, oj nie. Tutaj dało się zauważyć pewien sens i dopracowanie. Zarówno samych podróży, jak i przedstawianej nam opowieści. Było to dla mnie czasem nieco pokręcone. Jak najbardziej dało się zorientować w całości, ale powolne odkrywanie faktów, co gdzie indziej uwielbiam, tu mnie irytowało. Chciałam wiedzieć już i teraz, a że cierpliwość bynajmniej nie leży w mojej naturze, tak więc łatwo nie było.

Pani Voller ma tę umiejętność, że potrafi bardzo barwnie przedstawiać historie. Jej opisy ani przez chwilę mnie nie męczyły. Co więcej, z miłą chęcią czytałam o Wenecji, tamtejszych zwyczajach i całej otoczce. ,,Magiczna gondola" jest książką dowcipną, pozwalającą na wybuch szczerego śmiechu i oderwanie się od rzeczywistości. Wszystko to w aurze tajemnicy i klimacie Wenecji. Co tego zdumiewająca okładka, która kusi swą zagadkową postacią i porywa w magiczny świat, do którego zawieść nas może jedynie czerwona gondola. Czyż nie wychodzi z tego cudeńko?

Bohaterowie stoją na poziomie bardzo dobrym. Jeden lepszy, drugi gorsze, ale wszystko można sprowadzić do średniej i wyjdzie z tego bardzo dobre coś. Każdy z nich był inny, a to chyba najważniejsze. Nie wpisywali się w schematy, a to jeszcze lepiej. Mieli swoją historię do opowiedzenia, a to już genialnie. Przyczepiłabym się jedynie to głównej bohaterki. Polubiłam ją, to prawda. Autorka założyła, że ma być silna, odważna i z poczuciem humoru, lecz niezbyt kategorycznie do tego dążyła. Z tego powodu Anna miejscami była po prostu mdła. Zupełnie jak jej uczucie z Sebastianem, które powiedzmy sobie szczerze było tylko po to, żeby być. A ciekawiej dzięki niemu, na pewno się nie zrobiło.

,,Magiczna gondola" to książka naprawdę na wysokim poziomie. Napisana jest bardzo dobrze, ma swój klimat i przedstawia nam bardzo ciekawą historię. Mimo lekkich poślizgów śmiało mogę ją zaliczyć do grona ulubionych. Nie przespałam przez nią nocy, a to już o czymś świadczy. Polecam ją wszystkim tym, którzy jak ja chętnie skorzystaliby z możliwości podróży w czasie, ale też wszelkim fanom fantastyki, Wenecji albo po prostu chętnym, na ciekawe spędzenie wolnego czasu.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: AmeliaGrey
Data:
Każdy z nas ma przydzielone miejsce, którego musi się trzymać. Miejsce to jest powiązane z zadaniami, które trzeba wykonywać i obowiązkami, od których nie sposób się uchylić. Możemy sobie mówić, że jesteśmy panami własnego losu, ale nasze przeznaczenie nad nami wisi, nie pozwala o sobie zapomnieć i silnie zmusza do posłuszeństwa. Uczeń dajmy na to, codziennie rano wstaje i wychodzi do szkoły. Rodzice czuwają nad swymi pociechami, a ksiądz wiernie odprawia msze każdego ranka. Co robią w tym czasie piękne dziewczyny? Piękne dziewczyny snują intrygi, zapuszczają swoje sidła na tych mniej ,,ładnych" i kłamią. Kłamią ile wlezie.

Sarę Shepard każdy zna , jako matkę dwóch kultowych serii: ,,Pretty Little Liars" oraz ,,The Lying Game". Wielu z Was pewnie słyszało też, że autorka swe inspiracje czerpie ze szkolnych przeżyć. Przeżycia te musiały być doprawdy bardzo rozmaite, a żeby stworzyć historię Ali i jej świty autorka musi szczycić się naprawdę bogatą wyobraźnią, żeby nie powiedzieć kompletnie zrytą banią (ale tak pozytywnie:) )

W czwartym tomie akcja nabiera tępa. Każda z Kłamczuch postawiona jest przed ważnym zadaniem. Emily wyjeżdża do rodziny w Iowa, aby zrozumieć swoje ,,błędy" i zacząć żyć normalnie. Sytuacja nawet w rodzinie znanej ze świętości obyczajów nie idzie po jej myśli. Zgadnijcie tylko z czyjego powodu? Aria rozpoczyna kurs sztuki mimowolnej. Wielkim zaskoczeniem jest dla niej, kiedy orientuje się, że jedną z uczestniczek jest Jena. Spencer boryka się z wyrzutami sumienia, związanymi ze Złotą Orchideą i próbuje naprawić kontakt z siostrą. Hanna dochodzi do siebie po wypadku i chce poukładać swoje życie. Na jaw wyjdą tajemnice, które gnębiły dziewczyny, ale nawet wtedy sytuacja nie będzie miała zamiaru się uspokoić.

Nie da się zaprzeczyć, że rzeczą świadczącą o niepowtarzalności serii ,,Pretty Little Liars" są jej bohaterowie. Możemy zarzucać dziewczynom płytkość, brak rozwagi i kompletną niedojrzałość, ale to nie zmienia faktu, że każda z nich jest inna, czymś się wyróżnia, a czytelnik ma wrażenie, jakby znał je od wieków. W czwartej części ich przygód wcale nie odbiegło to od normy. Dziewczyny nadal przeżywają rozterki, mają dylematy i odkrywają tajemnice. Nie są ukazane, jak supermenki czy osoby, które robią rzeczy ponad ich zdolności. O nie, one są takie jak my. Może tylko bardziej bogate i zepsute, co nie zmienia faktu, że nadal możemy się z nimi utożsamiać i stawiać siebie na ich miejscu.

,,Pretty Little Liars" nie należą do literatury najwyższych lotów. To raczej dobre czytadło na nudny wieczór. Całość nie jest zła, co to to nie. Kiedy rozpatrujemy to pod względem ,,książki czytanej w ramach rozrywki", to wyjdzie z tego arcydzieło wszech czasów. Pani Shepard posiada tę zdumiewającą umiejętność, że potrafi stworzyć pewną zagadkę, wzbogacić ją w najdrobniejsze szczegóły i odkrywać przed czytelnikiem tylko jej fragmenty, wzbudzając w nim niepohamowaną ciekawość i przemożną chęć sięgnięcia po kolejny tom. Ten lekki wątek kryminalny połączony jest z życiem codziennym, co sprawia, że nie mamy wrażenia, jakby coś działo się w nierealnym świecie i sami stajemy się swego rodzaju naocznymi świadkami wszystkich zdarzeń. Jedna zagadka goni drugą, jedna intryga poprzedza kolejną, a nasze kochane Kłamczuchy wciąż starają się wszystkiemu sprostać. Czy to nie piękne? I jeszcze samo miasteczko Rosewood, które szczyci nas swym niepowtarzalnym klimatem. Któryż z fanów serii nie chciałby go odwiedzić? Całość - każdy nowy odcinek, kolejny tom - wywołują u mnie coś na kształt powrotu do domu po długiej nieobecności. Po prostu pięknie.

Nie da się ukryć, że serię ,,Pretty Little Liars" darzę wielką miłością nie od dziś. W całość naprawdę można się wkręcić i przeżywać losy Spencer, Arii, Emily i Hanny całą swą osobą. ,,Niewiarygodne" w niczym nie ustępują swym poprzedniczkom. Nawet je przewyższają - poziomem literackim, emocjami, wywołanymi w czytelniku i ilością zagadek i niedopowiedzeń, za które tak tę serię uwielbiam. Z czwartym tomem przeżyłam naprawdę emocjonujący czas i już nie mogę się doczekać spotkania z kolejną częścią. Nie mogę Wam nie polecić przygód Kłamczuch. Są zdecydowanie godna uwagi, a i nie zawiodą.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: AmeliaGrey
Data:
Życie szykuje dla nas wiele niespodzianek. Nieraz nawet nie zdajemy sobie sprawy, jakież to ono potrafi być przewrotne i złośliwe. Jednego bowiem obsypuje łaskami i dobrodziejstwami, a drugiego poddaje ciągłym próbom. Tobie wydaje się, że żyjesz na bakier z zasadami moralnymi i dużo jeszcze do naprawy masz w swoim życiu, a tu nagle zostaje Ci powierzona najbardziej zaszczytna funkcja. Albo odwrotnie, gdy się starasz, pocisz i Ci zależy, nie otrzymujesz nic. Takie jest życie i czym szybciej zdamy sobie z tego sprawę, tym lepiej. Zastanawia Was może, kto doświadczył takiej przewrotności losu?

Była to Riley - córka łowcy demonów. Nie byle jakiego łowcy, lecz mistrza w tym fachu, szanowanego i podziwianego przez tłumy. Jej mama zmarła i teraz ma tylko ojca. Mimo jego protestów usilnie stara się pójść w jego ślady i również zostać postrachem dla złych kreatur. Życie jednak przygotowało dla niej próbę, którą będzie musiała przejść - ojciec zostaje zabity przez demona piątej klasy. Teraz dziewczyna będzie musiała się zmierzyć z czuwaniem przy jego grobie, codziennymi obowiązkami i niebezpieczeństwem, która czyha na nią za rogiem.

Jak już kiedyś stwierdziłam, mamy wiele rodzajów książek. Również wśród fantastyki możemy znaleźć wiele odnóg i propozycji, które sprawiają, że każdy znajdzie coś dla siebie. Ostatnio miałam ochotę na książkę, gdzie główna bohaterka będzie miała charakter, wątek romantyczny nie zostanie przedstawiony na pierwszym miejscu i jeszcze dodatkowo zostanę wprowadzona w mroczny świat, który sprawi, że będę chciała w nim pozostać. Na półce czekała sobie grzecznie - już trzeci miesiąc dodajmy - ,,Córka Łowcy Demonów". Pomyślałam więc, że potrzebuję właśnie tego i zasiadłam do czytania. A między nami dodam, że nie chciałam książki za długo przetrzymywać, bo jest z biblioteki. Prawda, że wszystko mi się zgrało?

Jana Oliver wykreowała dla nas mroczny świat demonów, ich łowców i pogromców. Widzimy tu wyraźną różnicę między tymi dwoma ,,zawodami". Łowca, jak sama nazwa nam wskazuje łowi demony, zamyka je w szczelnej klatce (która nie zawsze będzie konwencjonalna) i sprawia, że drogą ciągłego kupna i sprzedaży, dany demon trafi w końcu do Watykanu, gdzie jego dusza jest uwalniana. Szlachetnie, czyż nie? Pogromca natomiast je zabija. Pozbywa się raz a dobrze. Autorka nie skupiła się tylko na przedstawicielach tych dwóch osobistości. Cały jej świat przedstawiony wykreowany jest bardzo dobrze. Widzimy liczne zawirowania, pewne prawa i zwyczaje, co sprawia, że książka wspina się na wyższy poziom, a autorka zyskuje w moich oczach. Możemy też przeczytać o różnych rodzajach demonów, co też rzeczą nową z pewnością jest.

Warstwa językowa, poza tym, że czasami usypiała, również nie była zła. Trzeba przyznać, że książka napisana jest dobrze. Zdarzały się co prawa literówki, ale to zapewne wina polskiego korektora. Nie były one liczne, więc przeszkadzać nie powinny. Wrócę jeszcze do pierwszego zarzutu - usypiania. Opisy bowiem były nudne i dla mnie mało wnosiły. Fajny pomysł nie został poparty ciekawym opisem, a szkoda. Wszystko ładnie pięknie, to fakt, ale co z tego, skoro było po prostu drętwo - mało dowcipnych dialogów czy czegoś innego, co rozładowałoby atmosferę. I jeszcze ta mała czcionka, która czytania nie ułatwiała, a moim niedowidzącym oczkom też się nie spodobała, bo musiały się wytężać co nie miara. No przynajmniej do zatracenia się w akcji.

Bohaterkę otrzymałam taką, jakiej chciałam - silną, umiejącą postawić na swoim, co w skrócie możemy nazwać upartością i co najważniejsze posiadającą charakter. Riley taka była i za to dziękuję autorce. Co do innych postaci, to niby wszyscy byli w porządku, każdy inny i tak dalej, ale co z tego, skoro nie mieli tego ,,czegoś", co sprawiłoby, że pozostaną w mojej pamięci. Byli tylko po to, żeby akcja się kleiła, bo innego sensu nie widziałam. Przedstawieni zostali dobrze, dało się zauważyć ich cechy charakteru i włożoną pracę, ale wciąż ubolewam nad tym, że na tle innych książek prezentują się dość przeciętnie.

Zastanawia mnie jeszcze jedna sprawa, przy której wydawać wyroku nie będę, bo po prostu się nie znam. Jakbyście się czuli, gdyby uparła Wam mama? Ja wolę o tym nie myśleć, bo zwyczajnie moja wyobraźnia nie potrafi zapędzić się w te rejony. A co, gdyby kilka lat potem zmarł Wam tata i zostalibyście sami? Byłoby Wam łatwo? Podnieślibyście się? Ja na pewno nie. A mielibyście wtedy ochotę na związki i miłosne problemy czy może bylibyście pogrążeni w głębokiej depresji? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam Wam Drodzy Czytelnicy, a jeżeli zastanawiacie się po co ten akapit, to powiem, że Riley na miłosne problemy, będąc w takiej sytuacji jak najbardziej miała ochotę. No ale może to ja jestem dziwna, nie mówię, że nie.

"Córka Łowcy Demonów" nie jest książką złą. Ogólnie prezentuje się lepiej, niż gorzej. Miałam chyba zbyt wysokie oczekiwania, co do niej i pewnie dlatego odebrałam ją właśnie w ten sposób. Wam jak najbardziej może spodobać się bardziej. Jeżeli więc poczujecie powiew nudy, będziecie potrzebowali książki innej od tych, które zazwyczaj czytacie albo po prostu najdzie Was ochota na poznanie tajemnic łowców demonów, to ta książka sprawdzi się jak najlepiej.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: AmeliaGrey
Data:
Nieraz może się nam wydawać, że potrzeba dużych wstrząsów, głębokich refleksji nad ludzką psychiką i wielkich przeżyć, aby się czegoś dowiedzieć i wnieść w nasze życie nieco mądrości. Szukamy takiego bodźca, który popchnąłby nas do rozważań, a tym samym pomógł w zrozumieniu świata. Nasze poszukiwania mogą się skończyć różnie. Raz znajdziemy to, czego szukamy, raz nie. Po drodze rozczarujemy się kilka razy, ale jedna perełka jest warta dziesięciu zawodów. A co jeśli nie trzeba by było tak głęboko szukać? Jeżeli przeżycia zwykłej, kilkunastoletniej dziewczynki mogłyby nam dostarczyć tyle okazji do przemyśleń, że starczyłyby nam na bardzo długi czas, a wyciągniętą naukę nosilibyśmy z sobą już całe życie? Sięgnęlibyście po taką książkę?

Z pewnością wielu z Was już to zrobiło. Mowa tu o historii złodziejki książek. Liesel ma dziesięć lat, kiedy trafia do rodziny zastępczej. W drodze do domu nowych opiekunów ginie jej braciszek, a obraz jego śmierci stale prześladuje dziewczynkę. Co noc gnębią ją koszmary i gdyby nie przybrany ojciec, pewnie nie radziłaby sobie z nimi tak łatwo. Podczas pogrzebu brata ukradła swoją pierwszą książkę. Chęć jej przeczytania była świetną motywacją do nauki czytania i pisania. Od teraz kradzież książek będzie dla Liesel pocieszeniem w trudnych chwilach.

Szczerze powiedziawszy nie wiem, jak ubrać w słowa refleksje po przeczytaniu tej książki. Dlaczego? Bo jest genialna pod każdym względem. Daje tyle mądrości, prawd i pocieszenia, że aż nie sposób opisać. Markus Zusak zaserwował nam tak przejmującą historię, jakich obecnie bardzo mało. Raczej nie sięgam po książki historyczne i nie wiem, czy tę możemy tak nazwać. W każdym razie opowiada o czasach II wojny światowej, problemach ludzkości i tragedii tamtego okresu. Przedstawiona jest w sposób sprawiający, że zaczynamy współczuć Niemcom, choć my jako Polacy w odniesieniu do wojny raczej tego nie robimy. Jak już wspomniałam, jest to książka o pewnej dziewczynce i to właśnie jej historia, czasem naiwne przygody czy smutne chwile uczą nas tak wiele. Bowiem dziecko widzi czasem znacznie więcej niż dorośli i znacznie więcej doświadcza. Ma wrażliwość, którą potem się gubi. Pan Zusak bardzo dobrze to wykorzystał i stworzył pouczającą historię dla nieco już starszych czytelników.

Sam sposób prowadzenie narracji - z punktu widzenia śmierci - jest już nietypowy, a zatem, dla mnie wspaniały. W ,,Złodziejce książek" narrator jest namacalny. Nie tak jak w innych pozycjach, gdzie czytamy pewną historię i nagle zdajemy sobie sprawę, że ktoś ją przecież opowiada i dopiero wtedy przypominamy sobie o narratorze. Śmierć, będąc narratorem towarzyszy nam od początku do końca. Dodaje komentarze, przemyślenia i co najważniejsze, zmienia sposób myślenia ludzi o sobie. Bowiem Śmierć Markusa Zusaka jest bardzo sympatycznym bohaterem. Emocjonalnie podchodzi do swojej pracy, choć wie, że nie powinien. Przykładem tego może być opowieść o Liesel, którą nam przedstawia. Czytając ani przez moment nie miałam wrażenia, że Śmierć może być okrutna, czy pozbawiona serca. To ludzie tacy są, Śmierć po prostu robi, co musi, a czasem daje nam jedynie wybawienie.

Charyzmatycznych, malowniczych i zapadających w pamięci bohaterów trzeba doceniać, a tu właśnie tacy byli. Liesel, jak już wspomniałam, to postać, która dostarcza okazji do przemyśleń i przypomina nam, jak patrzeć na życie. Mimo tego, że przeżyła wiele, nadal potrafiła dostrzegać piękno w codziennych chwilach, trwać i przeżywać życie najlepiej, jak się da. Godne podziwu, prawda? Przyznaję, że ze wszystkimi innymi również się zżyłam - i kolejny plus dla autora, że każdy z bohaterów coś z sobą niósł, a nie tylko ci główni. Polubiłam Hansa i Rosę, Rudego, żonę wójta, Frau Holtzapfel i wszystkich innych. Nawet gdy wywoływali we mnie złość, robili to w taki sposób, że praktycznie nie zwracałam na to uwagi, bo liczyło się, że są i mogę przebywać w ich kręgach.

Osobiście uważam to za oczywiste, ale może wypada zaznaczyć, że samo wykonanie stoi na najwyższym poziomie. Genialny pomysł, został poparty sprawnym prowadzeniem historii. Opisy ani przez chwilę nie przytłaczały, nie było też ciężkości w momentach wyciągania przesłania. Jedynie zaskoczenie i uczucie, że właśnie doświadcza się czegoś genialnego. Markus Zusak mistrzowsko stworzył klimat historii, dziecięcych zabaw i czasów wojny, których przecież nie doświadczył. Czego chcieć więcej?

,,Złodziejka książek" jest pozycją naprawdę genialną. Ogromnie się cieszę, że mogłam poznać historię Liesel i wynieść z niej tyle, ile pewnie nie dostarczyłoby mi tuzin innych książek. Ciężko jest wyrazić zwykłymi słowami to wszystko, co można znaleźć w środku. Jeżeli jeszcze jej nie czytaliście, nie zwlekajcie dłużej, odłóżcie wszystko inne na bok i poświęćcie małej złodziejce swój czas!
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: AmeliaGrey
Data:
Jest wiele rodzajów książek. Są na przykład lektury szkolne, do których większość z nas nie ma cierpliwości. Są książki, które zapowiadają się całkiem dobrze, a potem z ich czytaniem męczymy się długie godziny. Wśród nas znajdziemy też lekkie lektury na miły wieczór i takie, które czyta się naprawdę dobrze, ale potem o nich zapominamy. Każdy ma też ulubione serie, z których potem wyrasta. Wśród tego powiewu komercji i przeciętności od czasu do czasu znaleźć można perełki, które szczycą nas swym morałem, uczą życia i zajmują w pamięci miejsce szczególne. Są to pozycje ponadczasowe, piękne i niezapomniane, które szturmem podbijają serca czytelników, wywołują rewolucję, a potem nie sposób wyrzucić je z pamięci. Właśnie do takich książek, zarówno dla mnie, jak i dla wielu innych osób należą ,,Gwiazd naszych wina".

Fabułę zna chyba większość z nas, jednak dla porządku i dla tych, którzy może jeszcze jej nie kojarzą, przybliżę ją trochę. Główną bohaterką książki jest szesnastoletnia, chora na raka Hazel. Pewnie już by nie żyła, gdyby nie medyczny cud. Kroku dziewczynie dotrzymuje jej wierny przyjaciel - aparat tlenowy Philip - a życie kręci się wokół oglądania ,,America's Next Top Model", czytania kolejny raz ,,Ciosu udręki", zajęciami w collegu i spotkaniami grupy wsparcia. Na jednym z takich spotkań Hazel poznaje Augustusa, za sprawą którego dowie się, co w życiu ważne, odbędzie podróż marzeń i inaczej spojrzy na świat.

Autorem tego dzieła jest 36-letni John Green. Zadebiutował powieścią ,,Szukając Alaski", która ukaże się u nas w nowej wersji we wrześniu. ,,Gwiazd naszych wina" przyniosła mu ogromną popularność. Otrzymał wiele nagród, m.in.: Printz Medal, Printz Honor i Edgar Awards. Niedawno w Polsce ukazała się jego kolejna książka ,,Papierowe miasta".

Jak każdy z nas zauważył książki pana Greena robią furorę w blogosferze. Każdy o nich mówi, każdy się zachwyca i znajduje w nich coś dla siebie. Tak więc ja, posiadaczka zatwardziałego serca postanowiłam sprawdzić czy i mnie owa lektura poruszy. Byłam pewna, że raczej nie. Wiedziałam, że powinna mi się spodobać, ale łez na swej twarzy nie oczekiwałam. I wiecie co? Zdarzył się cud. Moje twarde niczym głaz serce rozmiękło na chwilę i pozwoliło oczom ronić łzy czytając tę historię. Za to już będę tę książkę wiecznie wielbić.

Ci, na których ta lektura wciąż czeka, pewnie nadal się zastanawiają, co w niej jest takiego. Już mówię. Jedną z takich rzeczy jest sama koncepcja. Nie chodzi o fakt książki o raku, bo takie znaleźć możemy na każdym kroku. Wielu już autorów przedstawiało nam tę chorobę, także wydawać by się mogło, że jest już obejrzana i przetrawiona z każdej strony. Pan Green jednak miał na nią jeszcze inny pomysł. Przedstawił ją w sposób lekki, nie jako wyrzeczenie, ale sposób życia. Ominął płacz, z powodu jej nadejścia, a zaserwował nam wiele okazji do przemyśleń i całe morze mądrości życiowych, które wcale nie wydają się przerysowane, lecz idealnie wpasowują się w sytuację każdego z nas. Dzięki temu wszyscy coś wyniosą. Jeden więcej, drugi mniej, ale w jakimś stopniu ta książka w czytelniku pozostanie. Nie mamy tu jedynie wątku raka. Co to, to nie. Znajdziemy też motyw problemów dorastania, pierwszych miłości, życiowych wyrzeczeń i niesprawiedliwości losu. Można by rzec, coś dla każdego.

Kolejną z zalet jest sposób pisania autora. Nie raz wspominałam o tym, że pisarz musi umieć wykształcić atmosferę charakterystyczną tylko dla niego. Tutaj tak było. Trudny temat został włożony w otoczkę świeżości i wyszło z tego cudo. Jeżeli miałabym się do czegoś przyczepić, to byłaby to właśnie ta lekkość. Po tylu znakomitych recenzjach tej książki oczekiwałam, że będzie jedną z tych ,,mądrych", które do tej pory utożsamiałam z czymś ciężkim i dającym do myślenia w drastyczny sposób. To nie tak, że się zawiodłam. Po prostu byłam zaskoczona, że pan Green potrafił włożyć mi do głowy przemyślenia w sposób lekki, a czasem wręcz nieco banalny. Mimo, a może lepiej dzięki temu w niezwykle obrazowy, trafiający w nasze serca i przejmujący sposób wykreowana została ta podziwiana przez tłumy historia.

Aby książka była dobra nie może zabraknąć dobrze wykreowanych bohaterów. Najlepiej, żeby byli charyzmatyczni, dowcipni i zapadający w pamięci. O tym, że nie mogą ani przez chwilę irytować nawet nie wspominam. Tutaj ten schemat został zachowany. Począwszy od tytułowej Hazel przez barwnego Augustusa, a na rodzicach skończywszy. To właśnie ci charyzmatyczni bohaterowie przekazują nam wszystkie wartości. Na podstawie ich życia i przemyśleń uczymy się my. Poznajemy ludzką naturę i to, że choroba nie wpływa tylko na nas, ale i na każdego w naszym otoczeniu. Jedna decyzja wpływa na inne, a wspomnienie z przeszłości może zmienić obecny sposób odbierania świata. Autor nie spoczął na laurach i nie przedstawił nam kolorowego obrazka, na którym znajdują się doskonali ludzie. W życiu jest ciężko, nikt nie jest doskonały i tu właśnie widać to najlepiej. Chyba nieco przesadnie zżyłam się z bohaterami. Już na początku dało się przewidzieć, jak to się skończy, ale nie powstrzymało mnie to od przywiązania się do Hazel i Augustusa i oczywiście późniejszego płaczu.

Nie jedna już osoba odkryła tajemnicę ,,Gwiazd naszych wina". Nie ja pierwsza też się nią zachwycam. Napisana jest w sposób, który zachwyci każdego. To, że jest skierowana do młodzieży nie powoduje, że tylko im się spodoba. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie i będzie ją podziwiał z dziecięcą naiwnością i bólem rozdzierającym serce. Nie zwlekajcie wiec dłużej i szybciutko rozpocznijcie lekturę tej powieści. Mogę zagwarantować, że się nie zawiedziecie!
Czy ta recenzja była przydatna?

Geneza

Ocena:
Autor: AmeliaGrey
Data:
,,Jesteś doskonała" - powtarzali jej od zawsze. Została przecież stworzona, aby taką być - idealną pod każdym względem. Niczego jej nie brakuje, a każdy chciałby zamienić się z nią miejscami. Jedna znacząca rzecz odróżnia ją jednak od innych - jest nieśmiertelna. Dobrze słyszycie! Nie można jej zabić. Nie jest wcale łątwo z tym żyć. Nam, zwykłym śmiertelnikom mogłoby się to wydawać świetne, jednak na dłuższą metę nieśmiertelność może zmęczyć. Ciągłe poczucie wyobcowania wprowadza w depresję, a jeżeli dodać do tego oderwania od świata, nie może z tego wyjść nic dobrego.

Właśnie w takich warunkach przyszło żyć Pii. Tajna grupa naukowców, żyjących w amazońskiej dżungli odkryła sekret nieśmiertelności. Praca nad stworzeniem człowieka, który nie mógłby umrzeć trwała wiele lat. W końcu naukowcom udało się tego dokonać. Nieśmiertelna dziewczyna - Pia - przez siedemnaście lat zachowywała się tak, jak chcieli. Wypełniała wszelkie polecenia, zgadzała się na okrutne testy, a wszystko po to, aby dołączyć do ich grupy i móc stworzyć osoby podobne do niej. W dniu siedemnastych urodzin przestaje jej to wystarczać - buntuje się i ucieka przez dziurę w płocie. Od tej chwili pozna wiele tajemnic, których nigdy nie miała poznać i zmieni swoje postrzeganie świata.

Po wielu pozytywnych recenzjach nabrałam wielkiej ochoty na debiutancką książę Jessici Khoury. Ta młodziutka, bo licząca zaledwie 22 lata autorka, miała stworzyć podobno bardzo obiecującą i wciągającą książkę. Jej życiorys mówi nam, że kobieta mieszka z mężem w Tocoa, pisze, reżyseruje sztuki i trenuje drużynę piłkarską - nie można jej nie polubić, czyż nie? Czy to jednak wystarczy, aby i książka przypadła nam do gustu?

Niestety niczym się tutaj nie wyróżnię, nie pokarzę Wam moich sprzecznych poglądów, ani nie odkryję drugiego dna tej książki. Dlaczego? Bo niewypowiedzianie przypadła mi do gustu. Zacznijmy od samego pomysłu na fabułę, który przyznać musicie, że jest bardzo innowacyjny. Już samo umieszczenie akcji w amazońskiej dżungli dodaje książce, czegoś niespotykanego wśród innych pozycji z tego gatunku. Pani Khoury w bardzo ciekawy sposób opisała ,,przepis na nieśmiertelność". Odeszła od powszechnego motywu zaszczepienia wiecznego życia od istot paranormalnych i wykreowała to po swojemu. Historia tego, ośmielę się nazwać zjawiska, była opisana w najdrobniejszych szczegółach i nic jej nie można zarzucić.

,,Geneza" jest dość opasłym tomiskiem, co jednym się spodoba, innym nie. Ja zaliczam się do tych pierwszych, bo lubię, gdy jest co czytać, a akcja nie kończy się zaraz po tym, gdy się rozpocznie. Wydarzenia są naprawdę bardzo dobrze opisane, co właśnie sugeruje liczna stron. Autorka przedstawia wszystko w czasie teraźniejszym. Zwykle nieco mnie to denerwuje, jednak tutaj tak nie było. Język jest przystępny, a opisy w większości nie męczą (choć te przyrody muszę przyznać, że niestety tak). Akcja płynie gładko, tak abyśmy mogli poznać historię wydarzeń i wprowadzić się w świat przedstawiony, by na koniec przyspieszyć i dostarczyć nam niezapomnianych emocji. Całość przedstawia się naprawdę świetnie.

Kreacja bohaterów również stoi na wysokim poziomie. Główna postać - Pia - zmienia się wraz z upływem akcji. Najpierw jest gotowa zrobić wszystko, byle tylko poznać sekret nieśmiertelności i stworzyć istoty podobne do niej. Stopniowo budzą się w niej wątpliwości i bunt. Mimo że poznaje nowe życie, które ją przyciąga, to początkowe pragnienia nadal się w niej kryją. Autorka świetnie przedstawiła jej niepewności i zmianę w pojmowaniu świata. Zaczynając czytać odebrałam Pię, jako nieco niedojrzałą i zbyt podatną na wpływ środowiska. Dopiero potem dotarło do mnie, że taka właśnie powinna być. Ze względu na swoją sytuacje właśnie tak powinna się zachowywać. Inaczej można by to było odebrać za śmieszne. Co do leśnego chłopaka - Eio - to odebrałam go jakoś tak nie w pełni. Ciągle miałam wrażenie, że czegoś mu brakuje i coś bym dodała do jego postci. Nie był źle wykreowanay, po prostu ja go nie uwielbiałam. Co oczywiście nie znaczy, że Wy nie będziecie. Początkowo też miała wrażenie, że naukowcy stworzeni są jakoś źle. Miałam problemy z ich rozróżnieniem i wydawało mi się, że każdy jest taki sam. Później na szczęście się to zmieniło i dało się zauważyć włożoną pracę. Albo autorka się poprawiła albo to ja zaczęłam inaczej na nich patrzeć, jedno z dwóch.

Wspomnieć też muszę o okładce, która moim skromnym zdaniem genialnie pasuje do całości. Ludzki, biały kształt w dżungli amazońskiej odzwierciedla z pewnością Pię, a zarazem oddaje to, że taką zwykłą osobą to ona przecież nie była. Postać trzyma w ręku kwiat elizji (o którym dowiecie się więcej po przeczytaniu). Do tego czerwone litery tytułu i magiczny klimat gotowy. Dla mnie okładka prezentuje się świetnie.

,,Geneza" z całą pewnością zasługuje na to, aby ją przeczytać i poznać historię nieśmiertelnej Pii. Zagwarantować mogę nie tylko książkę z innowacyjnym pomysłem i dobrym wykonaniem, ale też odpowiedzi na pytania o sens bycia człowiekiem i tego, gdzie leży granica moralności. Z pewnością nie będziecie się nudzić. Jest to pozycja, która na obecnym rynku książki nie powinna pozostać niezauważona. Nie pozwólcie jej wiec dłużej zbierać kurz na półkach i szybko po nią chwyćcie!
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: AmeliaGrey
Data:
Zastanawialiście się kiedyś, czy miłość może trwać wiecznie? Czy nawet po wielu latach rozłąki wciąż mogłaby tak po prostu do nas powrócić? Ci bardziej romantyczni powiedzą, że tak. Że prawdziwa miłość nigdy nie przemija i wciąż z nami jest. Powiedzą, że nie da się jej wymazać z pamięci, a kiedy ponownie spotkamy tą jedyną osobę uczucie znów nami zawładnie. Ci bardziej praktyczni rzekną, że miniony czas robi swoje, że ludzie się zmieniają i to co było, już nie wróci. Z pewności i jedni i drudzy powiedzieliby prawdę. Ale nie w tym przypadku. W tym przypadku, miłość jest wieczna.

Noah i Allie poznali się pewnego lata. Byli wtedy bardzo młodzi, całe życie było jeszcze przed nimi. Spędzili razem najlepsze wakacje w swoim życiu. Przeżyli chwile, które miały pozostać im w pamięci na wieki, poznali siebie najlepiej jak się da. Jak wszyscy wiemy, wakacyjne miłości szybko się kończą. Powrót do normalnego życia zabiera zamienia magiczne uczucie w szarą codzienność. Ale czasem... Czasem jedna taka miłość na milion przetrwa. I tak właśnie było w przypadku Allie i Noah. Mimo że początkowo wydawało się, że nic z tego nie będzie, to po ponownym spotkaniu uczucie powróciło. Ciągle jakaś iskierka się tliła. Tylko czy tyle wystarczy, aby odbudować przeszłość?

"Pamiętnik" obił się o uszy chyba każdemu. Z pewnością wszyscy kojarzą film, nawet jeżeli go nie oglądali. Wiele osób czytało też książkę. Historia tej, śmiem twierdzić ponadczasowej miłości, znana jest chyba każdemu. Nie chciałam więc pozostać w tyle i postanowiłam uzupełnić film, przeczytaniem książki. Niezbyt lubię tego typu zabiegi. Wolę bowiem najpierw sięgnąć po powieść, a dopiero potem po film. Dzieje się tak z jednego prostego powodu, a mianowicie, kiedy przeczytam książkę i zacznę ją uwielbiać, wolę zepsuć sobie potem opinię o filmie. Nigdy nie odwrotnie! No prawie.Czasem robię wyjątki. W przypadku ,,Pamiętnika" też tak było. Czy tym razem się zawiodłam?

Szczerze mówiąc to ciężko jest mi to stwierdzić. Po wielokrotnym obejrzeniu filmu wiedziałam już, czego się spodziewać - porywającej historii miłosnej, która wstrząśnie mym sercem. Co otrzymałam? Przede wszystkim bardzo krótką opowieść. Książkowa wersja ,,Pamiętnika" ma bowiem zaledwie 254 strony. Jest dość cienka, więc na dobrą sprawę, zanim wkręcimy się w akcję, ona się już skończy. Trudności z ,,zaczytaniem się" miałam też przez to, że ciągle porównywałam każdy moment do ekranizacji. A różnice są. Największą, która troszkę wybiła mnie z rytmu, był sam moment rozpoczęcia akcji. Nie od pamiętnych wakacji, lecz od spotkania po latach. Wydarzenia z przeszłości otrzymujemy w retrospekcjach, a z pewnością dużo lepiej byłoby odczuć tę historię, gdyby były one opisane, że tak powiem od deski do deski. Na trudności z czytaniem wpłynął też fakt, że w niektórych momentach pan Sparks pisał bardzo nużąco. Nie przysypiałam co prawda, ale w kilku momentach trochę się nudziłam.

Ale nie myślcie sobie, że w ,,Pamiętniku" znalazłam tylko denerwujące rzeczy. Były, nie mówię, że nie, ale na szczęście nie w dużej ilości. Ta książka, to przede wszystkim piękna opowieść o miłości. Chyba każdy przyzna, że Nicholas Sparks umie o niej pisać najpiękniej ze wszystkich autorów. Co z tego, że jego książki są tworzone na jedno kopyto i ciągle wałkują ten sam temat, tylko w innej scenerii. To właśnie o scenerię tutaj chodzi, a pan Sparks jest jej mistrzem. W ,,Pamiętniku" też tak było. Letnia miłość, która wraca po latach. Jest tak silna, że potrafi przetrwać wszystkie trudności, przeszkody i społeczne przepaści. A na dodatek nigdy nie mija i towarzyszy bohaterom do końca. Czyż to nie piękne? Każdy, nawet zatwardziała dusza, przyzna, że tak. W historii Allie i Noah coś jest i właśnie to ,,coś" decyduje o potędze i ponadczasowości tej historii. Opowieść ta z pewnością nie raz nas zaskoczy i wyciśnie łzy z oczu.

Kolejnym plusem są bohaterowie. Jak zawsze bardzo dobrze wykreowani, dopracowani w najdrobniejszych szczegółach, a przede wszystkim - i co chyba najważniejsze - zapadający w pamięci. Tutaj nie ma odstępstw. Poznajemy główne postaci - Allie i Noah - i równocześnie dowiadujemy się czegoś o nich i ich przeszłości. Noah to nieśmiały chłopak, któremu miłość pokazała, co jest najważniejsze. I ta miłość w nim została. Od pamiętnego lata, w każdej chwili wspomina obiekt swych uczuć. W jego życiu zdarzyło się wiele - ciężka praca, wojna, śmierć ojca, pozostał jednak niezmieniony, potrafił czerpać z najprostszych rzeczy. I Allie - dziewczyna pewna siebie, pełna pasji i radości. Życie też ją doświadczyło i mimo wielu niepowodzeń, nadal kochała tego jedynego. Jak tu ich nie uwielbiać?

,,Pamiętnik" to ponadczasowa, zapadająca w pamięci historia. Mimo trudności z wciągnięciem się w fabułę i ciągłego porównywania do filmu, śmiało mogę powiedzieć, że ma w sobie magię i piękno wydarzeń, które przeżywamy wraz z bohaterami. Odnajdziemy w niej nie tylko ciekawą opowiastkę, ale także pewne przesłanie na temat życia i przemijania. Oczywiście ją Wam polecam! Tym z Was, którzy nie oglądali jeszcze filmu, radziłabym najpierw zapoznać się z książką, a później dopiero sięgać po ekranizację. Tym, którzy oglądali, również polecam. Niczego nie stracicie, a poznacie bazę, na której ta adaptacja powstała.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: AmeliaGrey
Data:
Kobieta jest w stanie wiele znieść. Z natury bowiem bardzo silne z nas bestie. Potrafimy postawić na swoim, denerwować wszystkich wokół i jak lwice walczyć do końca. Nie tak łatwo się nas pozbyć, oj nie. Kiedy jednak wszystko się rozpada i stoimy już jedną nogą w przepaści bankructwa można by pomyśleć, że nie pozostaje nam nic innego, jak tylko się poddać. Jeżeli tak myślicie, to jesteście w wielkim błędzie. Jest jeszcze jedna, ważna opcja: można zostać łowcą nagród!

Stephanie Plum straciła pracę. Od tego czasu popada w coraz większe długi. Sprzedaje meble, żeby przeżyć, a jej samochód zostaje zajęty przez windykatora. Chętnie podjęłaby każdą możliwą pracę, lecz niestety za każdym razem kończy się to fiaskiem. Stephanie żyje w totalnie zakręconej rodzinie, a najgorsza jest chyba matka, która usilnie stara się ją zeswatać z byle jakim delikwentem. Kiedy więc przed kobietą staje szansa na zarobienie 10 tys., jest gotowa zrobić wszystko, aby je otrzymać. W ogóle nie jest ważne, że po drodze musi stać się łowczynią nagród i kilka razy narazić swoje życie.

Stephanie Plum już dawno stała się kultową postacią w literaturze. Pojawiła się w Stanach Zjednoczonych dziewiętnaście, w Polsce siedemnaście lat temu i tak się zadomowiła, że nie chce odejść. Została stworzona przez obecnie 70-letnią Janet Evanovich, której seria ta przyniosła wielki rozgłos. Wiecie na pewno, w jaki sposób książka znalazła się u mnie (tak, dokładnie w taki sam, jak i u większej połowy blogerów) i wiecie również, że bardzo chciałam poznać losy naszej Śliweczki. Nie zawiodłam się ani trochę.

Pierwszy tom rozpoczynamy obserwując losy zdesperowanej Stephanie. Kobieta z powodu braku innej pracy, postanawia zostać łowcą nagród. Jej pierwsza sprawa nie będzie należeć do łatwych. Musi bowiem złapać Josepha Morellego - mężczyznę, z którym łączy ją jednorazowy, erotyczny wyskok, a który obecnie posądzony jest o morderstwo. Początkowo może się wydawać, że książka będzie należeć do tych ,,kobiecych", o czym diametralnie przeczy napis ,,kryminał" na tylnej okładce. Później jednak akcja się rozkręca i wątek kryminalny, choć niewielki, ale się pojawia. Książka dostarcza pokładów śmiechu, na co wpływa barwny i lekki język autorki. Wątki detektywistyczne pozwalały na dociekanie, a wspomniana część kryminalna pod koniec naprawdę trzymała w napięciu. Historia opisana jest lekko, ale i z klimatem, który wierzę, że będzie towarzyszył dalszym częścią. Całość ta sprawiła, że książkę czytało się świetnie i wierzcie mi, dawno się tak nie ubawiłam.

Tytułowa Stephanie Plum jest nieco zakręconą kobietą. Jej początkowe lekceważenie nowego zajęcia sprawiło, że zaczęłam ją postrzegać jako damulkę w opałach. Później jednak obraz ten zniknął i to jej postrzelenie bardzo polubiłam. W losy bohaterki naprawdę można było się wciągnąć i razem z nią przeżywać rozterki i łapać przestępców. Oświadczam również, że uwielbiam Josepha Morellego i staje się on obecnie moją nową książkową miłością. Kocham go za bunt przeciw systemowi, zaciętość, dążenie do celu i, a może przede wszystkim za poczucie humoru. Bardzo barwną postacią wydała mi się także babcia Mazurowa. Uwielbiam takie starsze, pokręcone panie w literaturze, nie znudzą mi się nigdy i ta Babcia również przypadła mi do gustu.

Pierwszą część przygód Stephanie Plum mogę zaliczyć do lepszych książek, jakie przeczytałam ostatnimi czasy. Spędziłam z nią naprawdę bardzo miło czas i aż szkoda mi było ją kończyć. Większość z Was pewnie ma tę część już za sobą, lecz jeśli zachowali się gdzieś tacy, którzy jeszcze jej nie czytali, radzę szybko nadrobić zaległości. Będzie z pewnością doskonałą lekturą na wakacje!
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: AmeliaGrey
Data:
Zabrali jej wszystko, co było dla niej ważne. Dom, rodzina i ukochany już od dawna są poza jej zasięgiem. Nie ma normalnego życia, bo już nie wiadomo, co oznacza normalność. Na pewno nie to, co wszyscy by chcieli. Teraz pozostało jej tylko żyć i walczyć.

Po śmierci Alexa Lena trafia do osady w Głuszy. Tamtejsi mieszkańcy zajęli się nią, gdy była prawie martwa, pomogli jej stanąć na nogi. Od tej chwili Lena jest jedną z nich - Odmieńcem - i żyje, jak oni. Po siedmiu miesiącach od tych wydarzeń, dziewczyna trafia do Nowego Jorku, gdzie wstępuje do ruchu oporu. Przed nią wielka misja i wielkie zadanie, choć nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. W jego trakcie pozna czarującego Juliana - stojącego po drugiej stronie barykady. Chłopak, mimo różnic przypomni jej, co to miłość, a przede wszystkim, jaką osobą chce być.

Lauren Oliver jest pisarką, która nie podejmuje tematów banalnych. Chce nam przedstawić coś więcej, niż można by się po niej spodziewać. Pokazuje nam to również w niebanalny sposób, gdzie pod metaforami, porównaniami i inną rzeczywistością można odkryć ważne prawdy. Tak jest na przykład w serii ,,Delirium". Autorka stworzyła świat bez miłości. Rząd chciał, aby ludzie byli wolni od skrajnych emocji, które źle wpływają na odbiór świata. Może i cel był szczytny, ale potem obróciło się to w skrajną kontrolę, traktowanie jednych ludzi ponad innymi i usuwaniu wszystkich, którzy nie pasują do szablonu. Nie przypomina Wam to czegoś albo kogoś? Na przykład pana z wąsem, który uważał, że jest lepszy od innych i chciał zniszczyć pewną rasę? Może moje porównania są zbyt głębokie, ale bardzo ułatwia to odbiór tego, co autorka chce przekazać. A mianowicie, że świat bez miłości nie istnienie. Za miłością idą inne uczucia, jak współczucie, poświęcenie czy przyjaźń, a właśnie dla nich warto żyć. Każdy jest równy, nie ważne czy różni się nieco czy też nie, a dyskryminacja to najgorsze, w co możemy wdepnąć i nigdy nie powinniśmy pozwolić, aby nas dopadła.

W ,,Pandemonium" widać, że autorka urozmaiciła swój warsztat. Historię mamy podzieloną na dwa etapy: "Teraz" i ,,Wtedy". Możemy przez to obserwować powiązania i odbierać to, jako urozmaicenie w akcji. Mnie nie przypadło to niestety do gustu. Zbyt dużo mącenia tu było. Może nie gubiłam się w akcji, ale nie mogłam też się w niej zatracić. Kiedy bowiem przeczytałam ciekawy fragment z ,,Wtedy" musiałam przeskoczyć do mniej ciekawego z ,,Teraz" lub na odwrót. Później, kiedy rozdziały były nieco krótsze już tak bardzo mi to nie przeszkadzało. W ,,Pandemonium" możemy też obserwować charakterystyczny styl autorki. Chyba każdy, kto przeczytał choć fragment tej serii, nie zaprzeczy, że Lauren Oliver posiada takowy za co jestem jej doprawdy bardzo wdzięczna i jeszcze bardziej ją za to podziwiam.

W ,,Pandemonium" pojawiło się wielu nowych bohaterów. Można nawet powiedzieć, że wszyscy, oprócz Leny, byli nowi. Ci z ,,Delirium" pozostali w cywilizowanym świecie, po drugiej stronie barykady. Teraz obserwujemy ludzi z Głuszy i żyjemy wraz z nimi. Poznajemy waleczną Raven, sympatyczną Blue i wielu innych. Każdej z tych osób nadany jest przydomek, zamiast imienia, jako symbol nowego życia. Muszę przyznać, że cieszę się, że nie zostały one przetłumaczone. Sami przyznajcie, lepiej się czyta o Blue niż o Niebieskiej, prawda? Wspomnieć trzeba o Julianie, który jest nową miłością naszej bohaterki. Mamy tu przykład chłopaka, z innej ligi, z którym związek nawet nie powinien przychodzić na myśl. Jak pewnie wiecie i się domyślacie przyszedł na myśl, choć racji bytu nie miał. Znów coś szablonowego, czyż nie? Sam Julian, mimo że z wielką duszą i sercem nie porwał mnie. Wiem, że narzekałam wcześniej, że między Leną i Alexem jest mdło, ale cóż z tego. Jestem wierna temu pierwszemu chłopakowi i domagałam się go od początku książki. Ci, co czytali mogą sobie wyobrazić moją minę na koniec.

Sama Lena bardzo się zmieniła. Od początku ,,Delirium" do końca ,,Pandemonium" przeszła diametralną przemianę. W pierwszej części widzieliśmy, że popiera remedium i wszystko inne, co sugeruje ludziom rząd. Zmieniła się już w pierwszej części i była gotowa na ucieczkę, choć nie wiedziała, co ona tak naprawdę oznacza. W ,,Pandemonium" stała się pełnoprawnym Odmieńcem. Walczy o wolność i robi wszystko dla wyższego dobra. Zawdzięcza to pewnie Alexowi. Nie jest już szarą, nieporadną myszką, a kobietą, która wie, jak radzić sobie w sytuacji kryzysowej. Tą Lenę lubię zdecydowanie bardziej, niż początkową.

,,Pandemonium" różni się od ,,Delirium" czy to pod względem znacznie lepszego wykonania, urozmaicenia akcji, czy też umieszczenia jej w innym środowisku. Akcja ,,Pandemonium" bowiem toczy się od strony Głuszy i ruchu oporu. Dzięki temu właśnie, możemy obserwować innych bohaterów czy zmianę Leny. Nie wiem, czy ta część przypadła mi do gustu bardziej, czy mniej niż ,,Delirium". Wiem jednak, że cała seria prezentuje się naprawdę świetnie. Porusza ważny temat, który wpleciony jest w antyutopijną rzeczywistość. Nie można tego nie polubić, tak jak i nie można tego nie polecić. Robię to z czystym sercem. Spodoba się nie tylko młodzieży, ale myślę, że starszym czytelnikom również. Tak więc jeszcze raz polecam gorąco!!
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: AmeliaGrey
Data:
,,Wyspa z mgły i kamienia" to książka, która jakimś magicznym sposobem przyciągała mnie do siebie. Jej autorkę - Magdalenę Kawkę - możemy znać z takich książek, jak ,,Alicja w krainie konieczności" czy ,,Rzeka zimna". Ja spotykam się z jej twórczością po raz pierwszy i choć muszę przyznać, że oczekiwałam od książki czegoś innego, to jednak się nie zawiodłam.

Poznajemy tutaj ponad pięćdziesięcioletnią Julię. Kobieta całe swoje życie dbała o innych, żyła według planu i starała się wszystko wykonywać jak najlepiej. Wychowała samotnie córki, pracowała w szpitalu, jako anestezjolog i mierzyła się z trudami codzienności. Kiedy jej partner odszedł, uświadomiła sobie, że dotychczasowe życie nie daje jej już radości. Postanawia więc coś zmienić, zacząć walczyć i zmienić sposób patrzenia na świat. Trafia na Kretę, gdzie oprócz spokoju doświadczy także niespodziewanych wrażeń.

Na pierwszy rzut oka można by sądzić, że książka będzie jedną z tych kobiecych, o zmienianiu życia z powodu odejścia partnera. Sama trochę się tego obawiałam, ale okazało się, że moje obawy były bezpodstawne. Na początku doświadczamy co prawda tego schematu, jednak potem autorka daje nam całą masę innych wątków, niż tylko zrozpaczona samotna kobieta. Prawdę mówiąc tej rozpaczy w ogóle nie było. Była natomiast archeologia, temat jak dla mnie bardzo ciekawy i na pewno różniący się od innych pozycji. Mamy tu także temat drugiej wojny światowej połączony właśnie z archeologią, do tego lekki wątek kryminalny i wychodzi bardzo zjadliwa i frapująca mieszanka. Umieszczenie akcji w Grecji sprawia, że od razu robi się człowiekowi cieplej, a serca ogarnia przyjemny spokój. Pod tym względem więc książka wyróżnia się i naprawdę zachwyca. Widać pracę, jaką autorką włożyła w to wszystko. Informacje o wykopaliskach czy nawet o wojnie wymagały poznania i odpowiedniego zgromadzenia, także należą się wyrazy szacunku.

Rzeczą, która mnie drażniła było samo wykonanie. Nie mówię nic na temat języka, a po prostu formy pisania. Całość była bowiem dość ciężko przyswajalna. Czytając miałam wrażenie, że nie odbieram wszystkiego kompletnie, a jedynie doświadczam powierzchni tej historii, bez możliwości całkowitego zatopienia się w niej. Opisy były miejscami naprawdę nudne, a przez niektóre fragmenty ciężko było mi przebrnąć. Nie było jednak tak ciągle, nie bójcie się. Nie skreślajmy więc całości, z powodu kilku niepowodzeń.

Bohaterowie byli tu jak najbardziej poprawni. Główna bohaterka, mimo wieku, który przyznajmy szczerze, raczej bliski mi nie jest, była osobą, którą naprawdę dało się polubić. Nie jak ciocię, czy babcię, a po prostu kobietę, równą nam, z którą można by porozmawiać i od której można się uczyć. Nie wiem, czy podjęłabym decyzję, taką jak ona, nie wiem, czy zachowywałabym się podobnie, ale choć w innym przypadku taka sytuacja mogłaby mnie irytować, tu traktowałam ją, jako swego rodzaju doświadczenie. W ,,Wyspie z mgły i kamienia" możemy spotkać także pewnego tajemniczego archeologa i trochę mniej tajemniczego syna. Panowie wprowadzają pewną zagadkę, którą czytelnik za wszelką cenę stara się rozwiązać. Dodaje to książce profesjonalizmu i nie pozostawia jej w kanonach kobiecych czytadeł, a sprawia, że idzie ona znacznie dalej. Bez obaw, przystojniaczka też nie zabraknie...

,,Wyspa z mgły i kamienia" to bardzo przyjemna powieść, która ma w sobie więcej, niż możemy się po niej spodziewać. Choć nie jest w stu procentach taka, jakbym chciała, to jednak całość prezentuje się bardzo dobrze. Postaram się więc zapomnieć o braku większych emocji towarzyszących czytaniu, a w pamięci pozostawię bardzo dobry pomysł, widoczną pracę, sympatycznych bohaterów i to ,,coś", które książka niewątpliwie ma.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: AmeliaGrey
Data:
W życiu człowieka, nigdy nic nie układa się tak, jakby on tego chciał. Zdarzają się niespodziewane sytuacje, którym trzeba sprostać, przypadek o sobie przypomina, a ciąg zdarzeń, który potem zostaje wywołany wywraca nasze życie do góry nogami. Choć chciałoby się potem cofnąć czas, to jednak nie można już tego zrobić i pozostaje jedynie ratować to, co jeszcze można. W takiej właśnie sytuacji znalazła się Mary - bohaterka ,,Lasu Zębów i Rąk".

Dziewczyna żyła w świecie po Powrocie. W tym czasie ludzie zostali zarażeni, umarli i powrócili, jako Nieuświęceni, polujący na żywych. Na świecie pozostała tylko garstka zdrowych ludzi, którzy stworzyli osadę, a żeby bronić się przed Nieuświęconymi odgrodzili ją siatką. W miasteczku porządku strzegło Siostrzaństwo i Strażnicy. Pilnowali, aby ludzie żyli zgodnie z prawem i zapewnili przetrwanie gatunku. Kiedy nadchodził czas musieli wziąć ślub, mieć dzieci i je wychować. Mary jednak nigdy nie była taka, jak wszyscy dookoła niej. Od zawsze wiedziała, że świat nie kończy się w Lesie. Że jest coś więcej. Każdej nocy marzyła o Ocenie i przypominała sobie historie sprzed Powrotu, które opowiadała jej matka. Kiedy jej rodzice zostali zarażeni, trafiła do Siostrzaństwa, gdzie miała się uczyć, aby zostać jedną z nich. W momencie, kiedy pod ich opiekę trafia Travis, jej wielka miłość i zarazem przyszły narzeczony jej najlepszej przyjaciółki, dziewczyna mimo prób wie, że nie jest w stanie bronić się przed miłością. Mary odkrywa także sekret, który poddaje w wątpliwość wiarygodność Sióstr. Kiedy jej dotychczasowy świat legnie w gruzach, będzie musiała nauczyć się walczyć o marzenia.

Przyznacie sami, że powieści antyutopijnych mamy na rynku sporo. Sama je wprost uwielbiam, a że wybierać jest w czym, czytać można w nieskończoność. Kiedy jednak książek z danego gatunku jest multum, pojawia się możliwość powielania pewnych schematów. Coś takiego niestety znalazło się w ,,Lesie Zębów i Rąk". Odizolowaną społeczność, ,,złych" po drugiej stronie i swego rodzaju rząd, chcący ratować ludzi, możemy spotkać naprawdę w wielu pozycjach. Jako jednak, że książka pojawiła się na rynku około dwóch lat temu, mogę ten fakt wybaczyć autorce. Gdybym przeczytała książkę w momencie wydania, pewnie zachwycałabym się nad tym pomysłem. Nawet teraz, wśród wielu podobnych schematów, pozostaje on w jakimś stopniu inny i intrygujący. Wędrówka wśród labiryntów ścieżek, szukanie wskazówek i Nieuświęceni czający się na każdym kroku wprowadzają naprawdę sporą dawkę tajemniczości i klimatu, który książka wprost musi mieć.

Sama fabuła w jakimś stopniu mnie nie usatysfakcjonowała. Oczywiście wydarzenia były wciągające, nie nudziły, a co więcej - intrygowały. Mimo to mam wrażenie, jakby mogło się zdarzyć coś więcej, a wszystko mogło być poprowadzone w jakiś głębszy sposób. Za dużo było zwykłego siedzenia w miejscu. Można było wykorzystać ten czas na tworzenie relacji między bohaterami, czy po prostu rozbudowywanie ich osobowości, a niestety tego zabrakło. Dialogów było, jak na lekarstwo, a przecież to one w wielkim stopniu wyznaczają nam tę osobowość. Tu dużo rzeczy działo się ,,bez słów". Dodatkowo narracja poprowadzona została w czasie teraźniejszym, czego niezbyt lubię. Miało to pewnie dodawać akcji, jednak mnie niestety irytowało.

Główna bohaterka - Mary - była odważna, musiała znieść wiele i sprostać rzeczom, których żadne z nas nigdy nie doświadczy. Mimo to irytowała mnie. Nie rozumiałam i chyba nie będzie mi dane zrozumieć jej pragnienia zobaczenia oceanu. Wiem, dlaczego miała właśnie takie marzenie i nie ten fakt mnie denerwuje, jednak to, że podporządkowywała mu ona całe swoje życie. Tak naprawdę to taka mała egoistka z niej była. Poza tym co możemy sami zaobserwować, zarówno o niej, jak i o pozostałych bohaterach niewiele wiemy. Mamy co prawda, jakieś wspomnienia z dzieciństwa, jednak ich osobowość pozostaje dla nas niewiadomą. Byli, ale nic po za tym. Nikt się nie wyróżniał, nie fascynował, ani nie pozwalał na branie z siebie przykładu. Choć mówię to z ciężkim sercem, jednak muszę to przyznać, że byli po prostu bezbarwni.

,,Las Zębów i Rąk" to książka, która swego czasu zrobiła furorę i furorę tę, jak najbardziej rozumiem. Teraz jednak wśród wielu podobnych pozycji na rynku, pozostaje dość w tyle. Choć czyta się ją naprawdę dobrze, ma tajemniczy klimat, a wydarzenia intrygują, to jednak pozostawiła we mnie niedosyt. Choćby pod względem bohaterów. Drugą część jednak z chęcią bym przeczytała. Często bywa, że kontynuacje są lepsze od pierwszych tomów i mam nadzieję, że tu właśnie tak będzie. Jeżeli ,,Las Zębów i Rąk" wciąż przed Wami, jak najbardziej mogę go Wam polecić. Nie powinniście wiele stracić, a może odkryjecie historię, która porwie Was zdecydowanie bardziej, niż mnie.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: AmeliaGrey
Data:
Wielokrotnie już mieliśmy okazję czytać o wizjach świata w przyszłości. Nowoczesne technologie i pełen cyfrowy rozwój z jednej strony, z drugiej zupełne przeciwieństwo - zagłada i apokalipsa. Ten drugi obraz znany jest nam o wiele lepiej. Wszelkiej maści antyutopie przybliżają nam go niemal z każdej strony. W kolejną przygodę z tym gatunkiem postanowiła zabrać nas Julianna Baggott.

Wielka eksplozja zniszczyła świat. Podejrzenie wybuchu istniało już wcześniej, dlatego wybudowano Kopułę, pod którą ludzie mogliby się schronić. Kiedy jednak nadeszła godzina zero, wstęp do niej uzyskali tylko nieliczni. Reszta została skazana na śmierć. Ci, którzy przeżyli ulegli deformacjom, szczepili się z przedmiotami, elementami przyrody, a nawet z innymi ludźmi. Pressia żyje właśnie w takim świecie. Jedną jej ręką jest głowa lalki, na twarzy ma blizny po oparzeniach, jej rodzice zginęli, a jedyną ostoją dla dziewczyny jest dziadek. Zgodnie z rozporządzeniami władz każda osoba, która skończy szesnaście lat musi się do nich zgłosić, aby móc zostać wyszkolona na żołnierza, mogącego w przyszłości walczyć z Kopułą. Pressia wie, że nie może do nich trafić. Na drodze jej ucieczki staje Czysty - chłopak spod Kopuły. Choć wmawiano mu całe życie, że jego matka zginęła ratując ludzi podczas wybuchu, on ma powody by sądzić inaczej. Postanawia postawić wszystko na jedną kartę i uciec, aby ją odnaleźć. Jak można się spodziewać, ta dwójka odkryje wiele faktów, zaskakujących dla nich, a niestety przewidywalnych dla nas.

Dlaczego przewidywalnych, można by zapytać. Ileż to już czytaliśmy podobnych książek, w których świat się wali, przeciętna dziewczyna (która potem gubi przeciętność) wyrusza na misję z tego, czy innego powodu, w której to dowiaduje się, że wszystko nie jest takie, jak jej wmawiano do tej pory. Brzmi znajomo, czyż nie? Może właśnie taki schemat trzeba zachować, ale mnie trochę to już zaczyna męczyć. Nowa Ziemia zapowiadała się na właśnie taką, znaną nam wszystkim pod jakimś innym tytułem historię. Dlatego właśnie początkowe rozdziały czytało mi się tak opornie. Na nasze szczęście autorka postanowiła zaserwować czytelnikom kilka faktów, które odsuwają książkę od kategorii ,,przeciętne".

Z samym pomysłem Kopuły, spotkałam się już w Przez burzę ognia, więc nie odebrałam tego, jako czegoś nowego. Wiem jednak, że to ja pomyliłam kolejność i Julianna Baggott wpadła na niego wcześniej, więc nie mogę tego zarzucać. Sam świata po wybuchu został przedstawiony w bardzo ciekawy sposób. Autorka wykorzystała szeroką wiedzę z wielu dziedzin, jak chociażby z fizyki, aby precyzyjnie zobrazować nam swoją wizję. Mutacje, deformacje, mieszkanie w skrajnie prymitywnych warunkach to rzeczy, jakie spotkały tych niegodnych znalezienia się w Kopule. Szczęśliwcy wiodą zupełnie inne życie. Każdy ich ruch kontrolowany jest przez władze, jednak warto jest poświęcić niezależność, na rzecz bezpieczeństwa i możliwości ponownego zasiedlenia planety w przyszłości. Właśnie wykreowanie tego obrazu świadczy o tym, że Julianna Baggott stworzyła niezwykle wartościową, a przede wszystką wyróżniającą się na rynku wydawniczym pozycję.

Narracja poprowadzona jest z punktu widzenia różnych osób. Możemy poznać zdanie Presii i Partridge'a, a także chociażby El Capitana czy Lydy. Książka niewątpliwie na tym zyskuje. Przyznam szczerze, że nie potrafiłam zżyć się z bohaterami. Każdy był inny, to prawda. Nie zostali też stworzeni po łebka, nic z tych rzeczy. Po prostu nijak nie mogłam ich sobie wyobrazić, jako rzeczywiste osoby, nie potrafiłam odczuwać ich emocji, czy identyfikować się z nimi, przez co całość wydawała mi się trochę papierowa. Plus jednak należy się za wątek miłosny. Po przeczytaniu opisu chyba każdemu przychodzi na myśl stwierdzenie, że będziemy mieli do czynienia z kolejnym ckliwym romansem. Autorka zaskakuje nas w tej kwestii i stwarza coś zupełnie innego.

Nowa Ziemia nie jest książką, którą czyta się dobrze przed zaśnięciem. Okrutność wydarzeń bardzo często mną wstrząsnęła, bardzo często też stwierdziłam, że nie chciałabym żyć w takim właśnie świecie. Autorka przedstawia nam wszystko w niezwykle obrazowy sposób. Czasem może nawet zbyt obrazowy, bowiem zdarzało się, że opisy nudziły i po przeczytaniu strony zastanawiałam się, co tak naprawdę się tu zdarzyło. Mimo świetnego pomysłu i wykonania go na poziomie, nie obyło się bez pewnej przewidywalności. Niektóre wydarzenia była aż za proste, a każda inicjatywa podążała ku szczęśliwemu wykonaniu. Czy tylko mnie się wydaje, że nie zawsze w życiu jest tak łatwo?

Nowa Ziema jest pozycją naprawdę wyjątkową. Autorka miała świetny pomysł i co więcej, bardzo dobrze go zrealizowała. Mamy tu wiele rzeczy, których nie spotkamy nigdzie indziej. Były jednak sprawy, które mnie irytowały, a największa to chyba nieumiejętność identyfikowania się z bohaterami. Pomysł na książkę, jak już wspominałam jest świetny, ale wydarzenia nijak nie mogły mnie porwać i sprawić, żebym zatraciła się w lekturze, dlatego właśnie ocena taka, a nie inna. Mam nadzieję, że jeżeli dane mi będzie przeczytać Nowego Przywódcę, wciągnę się bardziej. Pierwszy tom zna już pewnie wiele osób. Tych, którzy jeszcze go nie czytali, ani nie namawiam, ani nie odradzam. Decyzja należy do Was!
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: AmeliaGrey
Data:
Kultura Anglii ma w sobie to znane i lubiane "coś". Sama ją wprost uwielbiam! XVI wiek mogłam już bliżej poznać przy okazji Uwięzionej królowej Philippy Gregory, która to książka wywarła na mnie wielkie wrażenie. Nic więc dziwnego, że chciałam ponownie wybrać się w książkową podróż do Anglii w tamtym okresie.

Tym razem mogła się ona odbyć dzięki Eve Edwards i jej Alchemii miłości, będącej pierwszym tomem Kronik Rogu Lacey. Poznajemy tu Willa Lacey, który po śmierci ojca został hrabią i na jego barki spadła cała odpowiedzialność za dom i poddanych. Przed śmiercią ojciec niemal wszystkie rodzinne fundusze wydał na pracę pewnego alchemika, który obiecywał mu wynalezienie złota. Niestety były to obietnice bez pokrycia. Teraz, aby odbudować finansową pozycję rodziny, Will skazany jest na ślub z jakąś bogatą damą. Kiedy jednak udaje się na dwór z zamiarem znalezienia takiej, jego serca zaczyna szybciej bić do niejakiej Ellie - biednej dziewczyny, córki alchemika, który zrujnował jego rodzinę. Will będzie musiał wybrać pomiędzy małżeństwem z rozsądku z lady Jane a miłością do Ellie.

Eve Edwards do napisania tej książki przygotowała się bardzo dobrze, o czym możemy czytać na skrzydełku okładki: ,,na użytek tej książki oglądała wnętrza z epoki i rycerskie turnieje oraz uczestniczyła w ucztach w stylu elżbietańskim". Trzeba przyznać, że wywarło to wpływ na treść. Dostajemy tu bowiem bardzo dobry obraz epoki elżbietańskiej. Może nie jest on tak genialny, aby się nad nim długo rozpływać, ale na pewno bardzo miło się czytało o ucztach, turniejach, strojach i innych rzeczach towarzyszących tamtym czasom. Późniejsze perypetie miłosne osadzone w XVI-wiecznym klimacie także miały swój nieodparty urok. Dzisiaj miłość wygląda inaczej, a czytanie o ograniczeniach i powinnościach, którym musiano sprostać, było z pewnością bardzo ciekawe.

Książka jest romansem historycznym, więc miłość odgrywa tu główną rolę. Muszę przyznać, że podczas gdy początkowo to zakazane i powoli rozwijające się uczucie bardzo mi się podobało, to już na koniec miałam go dość. Wszechobecnego lukru było zdecydowanie za dużo i trochę szkoda, że ta delikatna miłość gdzieś potem zniknęła. Autorka poświęciła także nieco miejsca na problemy epoki, jak chociażby walka z katolikami czy ukazanie mentalności dworu, więc jeżeli ktoś będzie miał dość miłosnych perypetii z pewnością znajdzie w Alchemii miłości kilka innych ciekawych wątków. Eve Edwards posługuje się bardzo sprawnym językiem. Pisze lekko, przyjemnie i niezwykle obrazowo. Ani na chwilę w książce nie było mowy o sztywności czy niewpasowaniu się w tendencje epoki. Dialogi prowadzone przez bohaterów są pełne prawdziwości, a jeżeli nawet czasem mało prawdopodobne, to i tak autorka sprawiła, że wierzymy jej we wszystko. Książkę czytało mi się niezwykle szybko. Prawdę mówiąc nawet nie zorientowałam się, kiedy ją skończyłam.

Bohaterów polubiłam już od samego początku. Nie byli oni może wielce złożonymi osobowościami, ale mieli w sobie takie wewnętrzne, promieniujące na innych ciepło, które uwielbiam zarówno w ludziach, jak i książkowych bohaterach. Ellie - wykształcona dziewczyna, która musi sprostać naukowemu szaleństwu ojca, Will - na którego barkach spoczywa wiele zmartwień związanych z utrzymaniem rodziny i Jane - pozostająca w sidłach obowiązku małżeństwa i despotycznego brata. Los postanowił połączyć tę trójkę, wytworzył między nimi przyjaźnie i wielkie uczucie. Jak już wspomniałam nie ma w związku z nimi wielkich komplikacji, od początku można się domyślać, jak zakończą się ich perypetie, ale mimo to byli tak sympatycznymi, że z pewności zapamiętam ich na długo.

Alchemię miłości czytało mi się naprawdę świetnie! Co prawda nie jest to jakaś ambitna literatura ukazująca problemy tamtego okresu czy dworskie zawiłości. Nie pozbawiona jest też wad, jak chociażby zakończenie, o którym staram się zapomnieć. Mimo to w opowiadaną przez Eve Edwards historię można się naprawdę wciągnąć. Sprawdzi się bardzo dobrze, jako lekka książka na nudny wieczór, gdzie miłość w elżbietańskiej Anglii odgrywa główną rolę. Ja z pewnością będę tę historię miło wspominać i z chęcią sięgnę po kolejny tom!
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: AmeliaGrey
Data:
Do tej pory powstało już wiele książek, które przedstawiały nam wizję przyszłości. H. J. Rahlens stworzyła jedną z nich. Jej powieść jest kolejną pozycją z cyklu Poza czasem Wydawnictwa Egmont, a to dlatego, że oprócz świata w przyszłości, jednym z głównych wątków są, jak nazwa cyklu wskazuje, podróże w czasie - temat powszechny, lecz ciągle intrygujący.

Akcja Nieskończoności osadzona jest w 2264 roku. XXIII wiek to zdecydowanie czas nowoczesnej technologii. Roboty wykonujące najprostsze czynności czy ludzie, posługujący się mózgołączem to sprawy, które nie dziwią nikogo. Zmiany nastąpiły także w samym społeczeństwie. Zaimek ,,ja" wyszedł z użycia z uwagi na potrzebę wprowadzenia jedności między ludźmi, a miłość stała się czymś mało pożądanym. Samą historią interesuje się niewiele osób. Wśród nielicznych jest Finn Nordstrom, który tłumaczy wymarły niemiecki. Pewnego dnia otrzymuje zadanie przetłumaczenia dziennika trzynastoletniej dziewczyny z XXI-ego wieku. Zadanie to może i mało ambitne, ale jednak zmieni życie Finna diametralnie.

Nieskończoność zbiera ostatnio same pozytywne oceny, które w połączeniu z wątkiem podróży w czasie sprawiły, że musiałam sięgnąć po tę książkę. Autorka postanowiła na podróże z przyszłości do XXI w., a więc jest to dość niespotykany zabieg. Przynajmniej dla mnie, bo do tej pory czytałam jedynie o tych XXI w. - przeszłość lub odwrotnie. Taki pomysł wprowadził wiele intrygujących kwestii, jak chociażby ukazanie świata. Roboty, powszechna technika, zapominanie o przeszłości - choć w pewnych momentach było to drastyczne, to jednak uderzyło mnie prawdopodobieństwo, takiego rozwoju wypadków. Ogólnie rzecz ujmując jestem pod wielkim wrażeniem wizji autorki. Niektórzy mogą uznać, że została ona ukazana w dość szczątkowej wersji i zdecydowanie mało im szczegółów. Moim zdaniem pisarka chciała skupić się bardziej na innych aspektach i nie zaciemniać obrazu opisami świata przedstawionego i jak dla mnie, całkiem dobrze jej to wyszło.

Sama historia porwała mnie w zupełności. Nawet nie spodziewałam się, że tak bardzo się wciągnę. Pani Rahlens nie można odmówić umiejętności konstruowania rzeczywistości w taki sposób, aby zaciekawić czytelnika i nie pozwolić mu odłożyć książki na bok. Motyw z pamiętnikami okazał się bardzo trafionym pomysłem. Choć początkowo rozmyślania trzynastolatki, z uwagi na jej wiek, były nieco naiwne, to później stały się jak najbardziej ciekawe i czytało się je z najwyższą przyjemnością. Podróże w czasie nie mogły mi się nie spodobać. Choć ukazane zostały w trochę naciągany sposób, to i tak byłam zachwycona. Powiedzcie mi, czemu nie mogą dziać się naprawdę? Kolejny olbrzymi plus dla autorki wędruje za język. Mogę sobie tylko wyobrażać, jaką trudność zarówno pani Rahlens, jak i tłumaczowi sprawiło stworzenie książki bez zaimka ,,ja". Nigdzie indziej się z tym nie spotkałam, także tym bardziej należą się wyrazy uznania. Generalnie mówiąc powieść napisana jest jak najbardziej poprawnie, także czytanie to czysta przyjemność. Ogólne pozytywne wrażenie mąci mi kilka dość denerwujących momentów. Niektóre były tak mało prawdopodobne i naiwne, że ciężko było się nie roześmiać, ale możecie być spokojni - na tle całości znaczą niewiele.

Bohaterów nie dało się nie polubić. Widać pracę, jaką autorka włożyła w ich stworzenie. Zarówno ci nam współcześni, jak i ci z przyszłości posiadali cechy charakterystyczne dla swych czasów. Mimo, że nikogo jakoś wyjątkowo nie polubiłam, to nikt też mnie nie irytował, a tu już pewien sukces. Główna postać - Finn - to dwudziestosześcioletni historyk. Właśnie jego wiek sprawia, że Nieskończoność nie jest typową młodzieżówką. Choć niektóre jego zachowania mogą wydawać się dziwne, to nie można było nie obdarzyć go sympatią. Eliana również okazała się bardzo intrygującą postacią. Mówię tu o czasach, kiedy już dorosła, bo jako trzynastolatka było dość płytka. Nie można nie przyznać, że bohaterowie tworzyli zgrany duet.

Nieskończoność jak wszystko inne ma swoje wady i zalety. Nie wszystkim się spodoba, niektórzy uznają ją za literaturę niższych lotów i przejdą obok niej obojętnie. Mogę jednak zaświadczyć, że na takim podejściu można wiele stracić. Choć książka może czasem irytować, to jednak wady mało znaczą w porównaniu z niezwykle wciągającą całością. Jeżeli lubicie podróże w czasie i szukacie książki, która umili Wam nudny wieczór, śmiało możecie sięgnąć po Nieskończoność. Ja zaliczam spotkanie z tą lekturą do jak najbardziej udanych i płaczę w duchu, że nie ma kolejnego tomu.
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: AmeliaGrey
Data:
Chwytliwa okładka, ciekawy opis i przyciągająca siła - to powody, dzięki którym zwróciłam uwagę na Drzewo migdałowe. Czasem tak się dzieję, że jesteśmy niemal pewni, że dana opowieść będzie niezwykła. Tak było właśnie ze mną i debiutem Michelle Cohen Corasanti.

Ahmadowi przyszło żyć w czasach wojny. Wszystko zaczyna się sypać, kiedy jego siostra umiera. Potem, w dwunaste urodziny chłopca, jego ojciec trafia do więzienia z jego winy. Wkrótce ich dom zostanie zniszczony, a rodzina będzie musiała zamieszkać w namiocie. Od tej pory każdy dzień Ahmada wypełniony będzie strachem o bliskich i naglącą potrzebą zapewnienia im przetrwania. Ponadprzeciętna inteligencja jednak da mu szansę na lepsze życie.

Rzeczą niezwykle ważną w tej książce jest przedstawiony konflikt izraelsko-palestyński. Autorka ukazuje życie mieszkańców i w pewnym sensie otwiera oczy tych, którzy ignorowali tamtejszą sytuację. Żyjemy sobie bezpiecznie i bardzo często nawet się nie zastanawiamy, jak to wygląda w rzeczywistości. Michelle Cohen Corasanti nie unika trudnych tematów. Nie stroni też od polityki. W książce pełno jest grozy i cierpienia, które nie raz sprawiają, że łzy stają w oczach. Drzewo migdałowe to piękna opowieść, lecz wcale nie lekka. Mamy tu przekaz, który skłania do myślenia. Widzimy bardzo wyraźnie, jak ważne jest, by każdy dzień miał znaczenie, by cieszyć się z tych prostych, małych rzeczy i uświadamiamy sobie wpływ jednej decyzji na naszą przyszłość. Można też przyznać, że jest to opowieść o przebaczeniu, więzach rodzinnych, przyjaźni i prawdach, które możemy odnaleźć w życiu każdego z nas.

Nie myślcie sobie, że w książce jest tylko wiedza i morał. Autorka posiada naprawdę dobry warsztat, dzięki któremu bardzo umiejętnie wplotła w przesłanie opowieść o pewnym chłopcu. Czytając Drzewo migdałowe nie miałam wrażenia, że czytam książkę polityczną, a autorka zbyt moralizuje. Otrzymałam piękną i mądrą historię, gdzie życie głównego bohatera zmuszało do refleksji i podziwu. Nie powiem, że zawsze się ją lekko czytało, ale za to w opowieść można się niewyobrażalnie wciągnąć. Wędrujemy strona za stroną przez życie Ahmada i choć mogłoby się wydawać, że nie może się zdarzyć więcej nic interesującego, to jesteśmy ciekawi każdego kolejnego dnia, miesiąca i roku. Trzeba też wspomnieć o samym tytule, który stanowi jakoby hołd dla niezwykle ważnego dla rodziny Ahmada drzewa.

W książce ukazaną mamy również bardzo bogatą kreację bohaterów. Główna postać - Ahmad - to mądry, skłonny do poświęceń chłopak. Jego zachowanie często może budzić podziw, a dążenie do celu stanowi w pewnym sensie natchnienie dla nas. Na uwagę zasługuje profesor Szaron czy Baba - ojciec chłopaka. Ten drugi dostarczał wielu mądrości i mimo problemów, z którymi się musiał zmierzyć, wnosił pozytywną energię do tej opowieści. Mamy także Abbasa - brata Ahmada, będącego symbolem nienawiści i stanowiącego kontrast dla głównego bohatera. Przy postaciach muszę wspomnieć o jednej rzeczy, która mnie irytowała. Chodzi mi o fakt, że prawie każdy odniósł życiowy sukces. Mimo trudnych warunków i konieczności podjęcia ciężkiej pracy, aby utrzymać rodzinę, nie tylko mądry Ahmad zdobył profesorskie wykształcenie, ale też jego rodzeństwo, a później wnuki. Nawet żona, która początkowo nie potrafiła sama zrobić zakupów, stała się kobietą biznesu. Może się czepiam i jestem tak okrutna, że nie pozwalam bohaterom na to szczęśliwe zakończenie, mimo trudów, które przeżyli, no ale...

Drzewo migdałowe to opowieść, której naprawdę warto poświęcić czas. Pokazuje ona izraelsko-palestyński konflikt i ważne w naszym życiu wartości. Choć wypełniona cierpieniem, daje też nadzieję na lepsze jutro. Autorka wykorzystała swoje umiejętności, aby stworzyć piękną historię, która z pewnością pozostanie ze mną na długo. Polecam gorąco!
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: AmeliaGrey
Data:
Muzyka w życiu niemal każdego człowieka odgrywa ważną rolę. Każde pokolenia ma swoje przeboje, tak jak i każda osoba posiada taki zespół/wykonawcę/utwór, który coś w nim zmienił, rozpoczął jakiś etap lub po prostu tak na niego wpływa, że staje się nieodłącznym elementem istnienia. Kings of Leon poznałam na samym początku mojej przygody z muzyką rockową. Usłyszałam i pokochałam. Za głos Caleba, bas Jareda, gitarę Matthew i perkusję Nathana. Za teksty i szczerość. Wychodzi więc na to, że za całokształt.

Kings of Leon to kwartet pochodzący z Tennessee. Trzej bracia (Nathan, Caleb i Jared) byli wychowywani w religijnej rodzinie. Ich ojciec, będąc kaznodzieją, dużo podróżował, rodzina wraz z nim, dlatego chłopaki nie mieli normalnego dzieciństwa. Śpiewali w chórze, pisali kawałki country, żeby zarobić, aż pewnego dnia postanowili zawalczyć o swoje marzenia. Najpierw tylko dwaj najstarsi braci próbowali swoich sił i nawiązywali kontakty. Później dołączył do nich młodszy brat i kuzyn Matthew, aby już jako Kings of Leon zmienić świat muzyki. W dzieciństwie byli trzymani z dala od popkultury, jak też używek i samych imprez. Potrzeba nadrobienia zaległości, wielki talent, jak i przeżyte doświadczenia stworzyły wizerunek zespołu, który znamy dzień.

Nie czytam często biografii. Jeżeli mam być szczera, ta jest pierwszą, jaką poznałam. Nie żeby nie ciekawiła mnie historia znanych ludzi, którzy odnieśli coś w swoim życiu. Po prostu zawsze odkładałam te pozycje na "kiedyś przeczytam". Ostatnio jednak postanowiłam to zmienić i poznać bliżej jedną z moich ulubionych kapel. Nie mam swojego zespołu życia, którego dyskografię znałabym od A do Z. Kings of Leon z pewnością też nim nie jest. Ich muzyki jednak słucham od tak dawna, że z pewnością plasuje się on wysoko wśród wykonawców, których twórczość w jakiś sposób poznałam. Choć pewnie zaczęłam ich słuchać wtedy, kiedy zrobił się na nich wielki rzut i wszyscy się nimi zachwycali, to tłumaczę to sobie moim wiekiem i niemożliwością wcześniejszego sięgnięcia po ich twórczość. Właśnie biografia napisana przez Michaela i Drew Heatley pozwoliła mi poznać historię zespołu od samego ich początku.

Mężczyźni opisują historię chłopaków od ich wczesnego dzieciństwa. Przedstawiają trudy okresu dojrzewania i stopniowe wspinanie się po deskach kariery. Opisują dokładnie każdy album, prezentują ważniejsze koncerty i wydarzenia, które miały wpływ na brzmienie zespołu, jak chociażby występy obok U2. Muszę przyznać, że brakowało mi tutaj trochę faktów z życia prywatnego. Na co dzień nie przeglądam serwisów plotkarskich, więc stwierdzenie, że zespół był na celowniku mediów nie przypomina mi żadnych szokujących doniesień. Dlatego też nie przeszkadzałoby mi, gdyby autorzy zagłębili się nieco bardziej w ich życie, poświęcili więcej uwagi szczegółom stopniowego wchodzenia na szczyt. Jak dla mnie było tu nieco zbyt wiele suchych faktów i choć te o muzyce z czasów, gdy już Kings of Leon słuchałam, czytałam z wielkim zainteresowaniem, to rozdziały o wcześniejszych utworach były dla mnie jak błądzenie we mgle. Dzięki temu jednak byłam zmuszona do przesłuchania sobie wcześniejszych kawałków i poznania nowych faktów o zespole.

Muszę przyznać także, że po poznaniu tej biografii w mojej głowie nie powstał za dobry obraz chłopaków. Sex, Drugs & Rock'N'Roll w pełnym wydaniu nie przedstawia ich w dobrym świetle, ale prawdę mówiąc mało mnie to obchodzi. Nadal pozostanę tą, która nie śledzi z wypiekami na twarzy prywatnego życia artystów, więc nie uderzyło i z pewnością nie będzie mnie to uderzać. Ważne tylko, żeby nadal tworzyli tak świetną muzykę, abym mogła się nią zachwycać. Bo nie da się ukryć, że prezentują nam coś genialnego. Kings of Leon. Sex on Fire jest pozycją z pewnością warta poznania. Spodoba się raczej fanom zespołu i osobom interesującym się muzyką samą w sobie. Dla innych może okazać się nieco nudna, choć nie zmienia to faktu, że zespół i jego historię warto poznać!
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: AmeliaGrey
Data:
Nie wiem, jak rozpocząć tę recenzję. Nie wiem, od czego zacząć, żeby dokładnie w najmniejszych szczegółach oddać to, jakie perypetie miałam z tą książką i jakie emocje we mnie wywołała. Przybliżę Wam może najpierw fabułę.

Opowieść zaczyna się w momencie, gdy Petronella Oortman przybywa do domu dopiero co poślubionego męża - Johannesa Brandta. Mężczyzna, jako kupiec, może zapewnić jej życie, jakiego nie mogła zaznać na wsi. W domu zamiast męża wita ją jednak jego surowa siostra, Marin, śmiała służąca, Cornelia i ciemnoskóry sługa, Otto. Gotowa na podjęcie życia żony Nella musi pogodzić się z wielokrotnym odrzuceniem. W prezencie ślubnym Johannes ofiaruje jej miniaturę ich domu. Zadaniem Nelli jest umeblowanie go. Dziewczyna rozpoczyna znajomość z tajemniczym miniaturzystą, który otworzy wiele drzwi prowadzących do rodzinnych tajemnic.

Muszę przyznać, że początkowo bardzo trudno było mi się wgryźć w czytaną opowieść. Jakoś nie mogłam poczuć ducha epoki, historia mało mnie ciekawiła, a momentami wydawała mi się wręcz infantylna. Na szczęście jestem świadoma moich częstych problemów, jakie mam rozpoczynając lektury, dlatego też mało sobie robiłam z tych początkowych trudności. I oczywiście moje przewidywania się sprawdziły, bo potem wybuchłam bombą zachwytu. Na początek muszę pochwalić właśnie umieszczenie akcji pod koniec XVII wieku. Ten wiek to dla mnie prawdziwa zmora. Gdybyście mnie teraz zapytali o jakikolwiek, najprostszy fakt z tego czasu, nie odpowiedziałabym Wam kompletnie nic. Tak, wiem, że matura w maju. Dlatego też cieszę się, że dzięki Jessie Burton mogłam poznać ludzką mentalność tamtego okresu, dowiedzieć się kilku ważnych faktów i ujrzeć Holandię XVII-ego wieku. Autorka przedstawiła nam istotę małżeństwa, pogoń za szczęściem i prawdziwym sobą, poruszyła kwestię marzeń i miłości oraz walkę o bliskich. Piękne połączenie.

Kolejny wielki plus należy się za tę historię, która tak mnie początkowo nudziła. Jestem po prostu oszalała z zachwytu faktem, jak autorka połączyła wszystkie tajemnice. Początkowa monotonia zamieniła się w zdumiewającą liczbę zaskoczeń, a ta niby prosta akcja przerodziła się w tak zaplątaną fabułę, że po prostu brak mi słów. I teraz muszę publicznie wyznać autorce miłość, bo dzięki niej mogłam doświadczyć wielokrotnych momentów zachwytów. Do tego jej piękny język. Pani Burton genialnie nakreśliła opowiadaną historię i pozostawiła przed czytelnikiem malownicze opisy. Trzeba przyznać, że jej urokliwy styl doskonale komponuje się z tematyką. Książka wzbogacona jest też w słowniczek, krótkie porównanie zarobków pod koniec XVII wieku w Amsterdamie oraz przykładowe wydatki przeciętnej osoby. Przyznajcie sami, takie dodatki zawsze udoskonalają książkę i pokazują wkład pracy autora.

Nie można też zapomnieć o bohaterach. Zacznijmy od głównej postaci - Nell, której metamorfozę dokładnie widać na kartach powieści. Daje mi to kolejny powód do uwielbiania autorki. Potem Marin, której złożoności wciąż nie mogę się nadziwić. Jest to z pewnością jedna z bardziej charakterystycznych postaci. Kobieta tajemnica, którą kocha się mimo chłodu, jaki ofiarowywała. Dalej Johannes, czyli czarna owca całej historii. Człowiek, który musiał mierzyć się z ludzką mentalnością i zaściankowym myśleniem. Mężczyzna, który popełnił wiele błędów, ale też był ofiarą błędów innych. Kolejny powód, dla którego ta historia tak bardzo wybija się ponad przeciętność. Oczywiście trzeba też wspomnieć o naszej tytułowej miniaturzystce. Kobiecie, która skrywała jeszcze więcej tajemnic, niż Marin i była paliwem, które napędzało całą tę opowieść.

Jestem po prostu zachwycona historią, którą miałam okazję przeczytać. Na okładce znajdziemy fragment opinii autorki "Zanim zasnę", mówiący, że książka należy do tych, które przypominają nam, dlaczego zakochaliśmy się w czytaniu. Podpisuję się pod tym. Tej książki po prostu nie mogłam nie pokochać!
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: AmeliaGrey
Data:
iewolnictwo to temat, który boli. Boli przyznanie się do faktu, że jeszcze w XIX wieku, a nie w starożytności, było zjawiskiem powszechnym w Stanach Zjednoczonych. Równie bardzo boli czytanie o takiej sytuacji i pogodzenie się z zaściankowym sposobem myślenia ówczesnych ludzi. Tym bardziej należą się hołdy dla autorki, że postanowiła poruszyć ten temat.

Sara Grimke pochodzi z bogatej rodziny w Karolinie Południowej. Na jedenaste urodziny dostaje swoją własną niewolnicę. Nie chce jednak takiego prezentu. Nie godzi się z możliwością posiadania drugiego człowieka. Dziewczynka ma niecodzienne marzenia - chce zostać prawnikiem, podobnie jak ojciec i bracia. Kiedy dowiaduje się, że jako kobieta, nie będzie mogła go zrealizować, jej świat rozpada się. Te wydarzenia będą miały wielki wpływ na jej późniejsze życie. Przyjaźń z niewolnicą Szelmą i niecodziennie bliska wieź z siostrą Niną pokierują losem Sary w sposób, którego nikt by się nie spodziewał.

Autorka w swej powieści poruszyła kilka bardzo ważnych tematów. Nie tylko niewolnictwo i segregacja rasowa mają tu coś do powiedzenia, choć to one odgrywają pierwsze skrzypce. Autorka włożyła wiele pracy, aby zobrazować tę sytuację jak najrealniej. Pokazała różne jej aspekty i różne poglądy, które się kształtowały. Widać, że nie chciała poruszać jedynie losu głównych bohaterkek, ale i dotknąć problemu znacznie szerzej. Pani Kidd poświęciła też czas sytuacji kobiet w tamtym czasie i ich próbom dążenia do równouprawnia. W jej powieści znajdziemy także problemy dojrzewania, zawiedzione dziecięce marzenia, jak i chęć walki o siebie i zachowanie swojej osobowości.

Narracja powieści prowadzona jest przez dwie osoby - Sarę i Szelmę. Dzięki temu mamy możliwość poznawania historii zarówno z punktu widzenia osoby, która walczy, jak i tej, o którą się walczy. Wolnej i uciśnionej. Sprawiało to, że historia stawała się o wiele ciekawsza. Mieliśmy też okazję obserwować wiele różnych wątków, których jedna narratorka wprowadzić by nie mogła. Autorka zdecydowanie wie, jak stworzyć pasjonującą powieść. Nie czytałam jej jednak z zapartym tchem. Ale wyjaśnijmy coś sobie. To nie jest książka, którą powinno się tak czytać. To książka, którą się delektuje. Podziwia historię, zastanawia nad nią i coś z niej wyciąga. Autorka opisuje życie dwóch kobiet, które czasem pędzi galopem, czasem wolno kroczy. Ani na chwilę jednak nie nudzi. Dodatkowy zachwyt nad książką pojawił się u mnie kiedy przeczytałam dodatek od autorki na końcu powieści. Dowiedziałam się, że Sara i jej siostra Nina były postaciami autentycznymi. Ich dom istniał naprawdę i wiele faktów z życia naprawdę się wydarzyło. To sprawiło, że podziwiam je nie jak wymyślone postaci, ale prawdziwych ludzi, z których powinno się brać przykład.

Czarne skrzydła to książka, o której zdecydowanie powinno być o wiele głośniej. Pokazuje piękną, nieraz niezwykle okrutną historię. Porusza ważne tematy, a co więcej, zostawia ślad w pamięci. Więcej takich powieści poproszę!
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: AmeliaGrey
Data:
Józef K. to pracoholik. Dla wymarzonej pozycji poświęcił wiele, chociażby kontakty z rodziną, a teraz spędza w banku całe dnie. Wszystko jednak zmienia się, kiedy pewnego dnia budzą go dwaj mężczyźni z informacją, że został aresztowany. Powód nie jest jednak nikomu znany, podobnie jak terminy przesłuchań i dalsze formy dochodzenia. Jeszcze bardziej absurdalny jest fakt, że mężczyzna, mimo aresztowania, może wciąż chodzić do pracy. Choć początkowo Józef K. podchodzi z dystansem do całego zajścia, to potem stopniowo ulega systemowi i wpajanym mu schematom.

Proces, jako lektura szkolna, z pewnością odstraszył od siebie wielu potencjalnych czytelników i przyszłych fanów. Lektury tak już często mają, cóż poradzić. Gdyby jednak zapomnieć na chwilę o tym fakcie i potraktować Proces, jak kolejną przygodę z intrygującą i wciągającą książką? Można by bardzo szybko doświadczyć klimatu grozy, który towarzyszy czytelnikowi od pierwszej do ostatniej strony. Potem odkrylibyśmy pełną absurdów rzeczywistość, w której można zagubić się niczym w labiryncie. Lekko pokręcona fabuła, którą trzeba by było potraktować z przymrużeniem oka, zmusiłaby nas do głębszych przemyśleń i rozbudziłaby wiele interpretacji. Tego przecież zazwyczaj szukamy, prawda?

Proces bowiem to bardzo specyficzna książka. Wiele tu sytuacji bez wyjścia i rzeczy, które w normalny społeczeństwie nie miałyby prawa się zdarzyć. Jednak właśnie w takiej formie autor starał się ukryć wiele ważnych tematów: o losie ludzkim, władzy i systemie. Muszę przyznać, że obawiałam się nieco Procesu, bo słyszałam o nim różne opinie. Mimo to zaskakująco dobrze odebrałam tę lekturę. Pełno w niej pesymistycznych nastrojów i takiego brudu życia, jeżeli mogę to tak wyrazić. Ale właśnie w takiej formie podoba się najbardziej i najbardziej oddziałuje na czytelnika. Powolny sposób kreowania wydarzeń daje możliwość do zauważenia wielu decydujących o rozwoju akcji czynników i pozwala na delektowanie się lekturą.

Muszę też wspomnieć o przepięknym wydaniu Wydawnictwa MG. Nie lubię szkolnych lektur z Grega i chyba to one są jednym z czynników, które odbierają mi radość z przyswajania tych książek. Jednak to wydanie Procesu jest po prostu cudowne! Gruba okładka, piękne ilustracje Bruno Shulza, sposób ułożenia czcionki na stronie - spełnienia marzeń książkoholika. Jestem pewna, że gdyby szkolne lektury zawsze były wydawane w taki sposób, zdecydowanie więcej osób by je czytało!

Proces to klasyka, a klasykę po prostu wypada znać. Jestem świadoma, że tematyka i sposób jej przedstawienia nie każdemu przypadną do gustu. Ja jestem pod naprawdę dużym wrażeniem. I polecam oczywiście!
Czy ta recenzja była przydatna?
Autor: AmeliaGrey
Data:
Lily nigdy nie miała szczęśliwego dzieciństwa. Od bardzo dawna dręczyło ją poczucie winy, że przez nią zginęła jej matka. Na dodatek po tym feralnym wydarzeniu przyszło jej żyć z apodyktycznym ojcem, który nigdy ani przez moment nie okazał córce miłości. Pewnego dnia dziewczynka postanawia wyrwać się z okrutnego położenia. Razem ze swoją nianią, korzystając ze wskazówki zostawionej przez matkę, ucieka do małego miasteczka - Tiburon w Karolinie Północnej. Tam pozna, co znaczy rodzinne ciepło, spotka miłość i zakocha się w zawodzie pszczelarki.

Jakiś czas temu zachwycałam się Czarnymi skrzydłami tej autorki - książcą o niewolnictwie, uprzedzeniach i walce o siebie. Nie powinna zatem nikogo dziwić moja wielka ochota, aby zapoznać z kolejnym dziełem pisarki wydawanym w Polsce. Sekretne życie pszczół, choć w podobnym klimacie i z podobnymi odniesieniami, jest książką zdecydowanie inną. Sama tematyka nie skupia się tu na problemach segregacji rasowej, jak w Czarnych skrzydłach. I tu ten temat ma duży wydźwięk i odgrywa swoją rolę, jednak pierwsze skrzypce przekazane są innym sprawom. Autorka pisze w tej powieści o próbach odnalezienia własnego miejsca na ziemi. Pokazuje, jaki wpływ na człowieka mają wyrzuty sumienia, podkreśla rolę rodziny i opowiada o dojrzewaniu. Taka mieszanka tworzy naprawdę wciągającą powieść.

Nie można też nic zarzucić zdolnością pisarskim autorki. Kocham jej pióro i sposób, w jaki przenosi nas do innego świata. Tym razem była to Karolina Południowa z lat 60. XX w. Miasteczko Tiburon żyło nie tylko na kartach powieści, ale i w mojej głowie, gdy o nim czytałam. Czułam zapach pasieki i wszechobecny miód. Widziałam różowy dom, gdzie mieszkały bohaterki. Wszystko kreowało się w mojej wyobraźni bardzo łatwo i w najdokładniejszych szczegółach. Z czytaniem samej historii jest podobnie, jak było z Czarnymi skrzydłami. Nie można z nią gonić i pochłonąć w kilka godzin. Takimi powieściami się po prostu delektuje i przeżywa każde wydarzenie w spokoju. Bardzo podobało mi się też zamieszczenie na początku każdego rozdziału cytatu z książek o pszczelastwie, które odzwierciedlały samą akcję, Przy okazji miałam okazję dowiedzieć się czegoś o tej dziedzinie.

Piękny w tej książce jest również fakt, że wypełniona jest nadzieją. Nadzieją na lepszą przyszłość, na to, że wszystko może się kiedyś ułożyć. Pokazuje, że choć teraz jest źle, że choć dręczą nas nasze własne demony, to nic nie jest jeszcze przesądzone i każdy z nas może znaleźć swoje szczęście. I choć przez to książka staje się momentami lekko przewidywalna, a szczęśliwe zakończenie jest z góry przesądzone, to właśnie w takiej formie staje się najdoskonalsza i właśnie z takiego obrotu wydarzeń cieszymy się najbardziej.

Gdybym miała się do czegoś przyczepić, byłaby to kult Czarnej Madonny w łańcuchach. Zgadzam się z twierdzeniem, które pojawiło się w powieści, że każdy potrzebuje takiego Boga, z którym może się utożsamiać, jednak przeszkadzały mi formy kultu, sprawowane przez bohaterki - smarowanie figury miodem czy własne obrządki. Mogę się nawet pokusić o stwierdzenie, że momentami przypominało to sektę, którym, jako osoba wierząca, mówię stanowcze nie!

Mimo to Sekretne życie pszczół to kolejna książka autorki, którą pokochałam całym sercem. I chcę przeczytać zdecydowanie więcej jej powieści! Ważne tematy, świetne wykonanie i historia, która zostawia ślad w pamięci. O takich książkach trzeba mówić i trzeba je czytać!
Czy ta recenzja była przydatna?
  • 1
  • 2