Koszyk 0
Opis:
Ceniony autor powieści kryminalnych Andrew Thomas wypoczywa w zaciszu swego domu nad jeziorem, szykując się do promocji kolejnej książki. Idylla przeradza się w koszmar, kiedy list, który początkowo uznał za makabryczny żart, okazuje się autentyczną wiadomością od mordercy. Na terenie jego posiadłości w płytkim grobie spoczywają zwłoki kobiety bestialsko zamordowanej nożem z jego własnej kuchni. Na ciele znajdują się ślady krwi pisarza ... Prześladowca wydaje się niepokojąco dobrze znać jego każdy krok Andrew oraz szczegóły z jego życia... By nie narażać bliskich na zemstę nieznanego wroga, a siebie samego na konfrontację z policją, pisarz podejmuje grę narzuconą przez mordercę. Wykonując jego polecenia, wyrusza w drogę przez piekło, bez gwarancji powrotu... Czytaj dalej >> << Zwiń
  • Replika
  • miękka
Mniej Więcej
  • Blake Crouch
  • 2011
  • 1
  • 304
  • 205
  • 145
  • 978-83-7674-101-7
  • 9788376741017
  • ZA4S6

Recenzje czytelników

Fragment

Ocena:
Autor:
Data:
"... W prześliczny majowy wieczór siedziałem na tarasie, przyglądając
się, jak słońce pochyla się nad jeziorem Norman. Jak
dotąd był to idealny dzień. Wstałem o piątej rano, jak zawsze,
nastawiłem dzbanek mocnej kawy i przygotowałem swoje ulubione
śniadanie złożone z jajecznicy i miski świeżego ananasa.
Przed szóstą już pisałem i nie przerywałem aż do południa. Wtedy
usmażyłem dwa białe bassy, które złowiłem poprzedniej nocy,
a w chwili, gdy zasiadałem do stołu, żeby zjeść lunch ... zadzwoniła
moja agentka. Kiedy zbliżam się do zakończenia książki,
Cynthia wyręcza mnie w odbieraniu wiadomości i teraz właśnie
miała kilka nowych. Jedyna – rzeczywiście ważna – dotyczyła
sfinalizowania umowy na sfilmowanie mojej ostatniej powieści
Przecież to zbrodnia. Oczywiście, to były dobre wieści, ale na
podstawie książek, które napisałem, powstały już dwa inne filmy,
zdążyłem się więc z tymi kwestiami oswoić.
Pracowałem w swoim gabinecie przez resztę popołudnia i skończyłem
o osiemnastej trzydzieści. Ostatnie poprawki nowego, jeszcze
niezatytułowanego rękopisu zamierzałem nanieść następnego
dnia. Byłem zmęczony, ale mój nowy thriller, zatytułowany Spiekota,
w ciągu tygodnia powinien trafić na półki księgarni. Delektowałem
się wyczerpaniem, jakie następuje po całym dniu pracy.
Ręce miałem obolałe od pisania, oczy suche i zmęczone. Wyłączyłem
komputer i w obrotowym fotelu odsunąłem się od biurka.
Wyszedłem na zewnątrz i ruszyłem długim podjazdem w kierunku
skrzynki na listy. Po raz pierwszy tego dnia znalazłem się
na dworze i ostre światło słońca raziło mnie w oczy, przeciskając
się przez rzędy sosen porastających obie strony podjazdu. Było
tak cicho. Piętnaście mil dalej na południe Charlotte nadal dusiło
się w korkach w porze szczytu, byłem więc wdzięczny, że
nie jestem cząstką tego obłędu. Gdy maleńkie kamyki chrzęściły
mi pod stopami, wyobraziłem sobie mojego najlepszego przyjaciela,
Waltera Lancinga, wściekającego się w swoim cadillacu.
Pewnie przeklinał trąbienie klaksonów i mrowie tylnych świateł,
ubrany w garnitur, w ślimaczym tempie sunąc z willowej dzielnicy
Charlotte i zostawiając za sobą przyrodniczy kwartalnik
„Turysta”, by wrócić do domu, do żony i dzieci. „To nie dla mnie”,
pomyślałem. „Ja jestem samotnikiem”.
Chociaż raz moja skrzynka na listy nie pękała w szwach. Wewnątrz
leżały dwie koperty – jedna z rachunkiem, a druga czysta
wyłącznie z wydrukowanym na niej moim adresem. „Poczta od
fanów”.
W domu zmieszałem sobie whisky Jack Daniel’s z cytrusowym
napojem i zabrałem na taras pocztę oraz książkę na temat
patologii kryminalnej. Sadowiąc się w bujanym fotelu, odstawiłem
wszystko prócz drinka na mały szklany stolik i zapatrzyłem
się na wodę. Moje podwórze jest wąskie, a drzewa ciągną się na
ćwierć mili z obu stron, dzięki czemu dom, w którym mieszkam
od dziesięciu lat, jest odizolowany od najbliższych sąsiadów.
Wiosna tego roku nadeszła dopiero w połowie kwietnia, więc
zmieniające się zielone wnętrze otaczającego mnie lasu wciąż
jeszcze było upstrzone ostatnimi różowymi i białymi kwiatami
dereni. Jasnozielona trawa sięgała aż do wyblakłej szarej przystani
na brzegu jeziora, gdzie wiekowa wierzba płacząca zwieszała
się nad wodą, a koniuszki gałęzi muskały jej powierzchnię.
Jezioro ma ponad milę szerokości w miejscu, gdzie styka się
z moją posiadłością, przez co domy na przeciwległym brzegu
są widoczne jedynie zimą, gdy drzewa stoją odarte z pokrywy
liści. Teraz zatem, w samym środku wiosny, kiedy gałęzie obsypały
się świeżą zielenią i żółcią, jezioro należało tylko do mnie
i miałem poczucie, że prócz mnie w całej okolicy nie ma żywego
ducha.
Odstawiłem na wpół opróżnioną szklaneczkę i otworzyłem
pierwszą kopertę. Tak, jak się spodziewałem, znalazłem w niej
rachunek za telefon, więc uważnie przejrzałem przydługi wykaz
połączeń. Kiedy skończyłem, odłożyłem go i podniosłem lżejszą
kopertę. Nie było na niej znaczka, co mnie zdziwiło. Rozciąłem
kopertę, wyjąłem z niej pojedynczą kartkę białego papieru
i rozłożyłem ją. Pośrodku strony czarnym tuszem wydrukowano
jeden akapit:
Witam. Na twojej posiadłości znajduje się zakopane
ciało, całe we krwi. Nazwisko tej nieszczęsnej młodej
damy brzmi Rita Jones. Na pewno widziałeś twarz tej
zaginionej nauczycielki w wiadomościach. W kieszeni
jej dżinsów znajdziesz kawałek papieru z numerem
telefonu. Masz jeden dzień, żeby zadzwonić pod ten
numer. Jeżeli nie otrzymam od ciebie wiadomości do
jutra (17 maja) do godziny dwudziestej, wydział policji
w Charlotte odbierze anonimowy telefon. Powiem im,
w którym miejscu na terenie posiadłości Andrew Thomasa
nad jeziorem pochowana jest Rita Jones, jak ją
zabił oraz gdzie w jego domu można znaleźć narzędzie
zbrodni. (Jak sądzę, w kuchni brakuje noża do jarzyn.)
Mam nadzieję, że dla twojego własnego dobra nie będę
musiał wykonać tego telefonu. Na grobie umieściłem
znak. Wystarczy, że pójdziesz wzdłuż brzegu jeziora
w kierunku południowej granicy posiadłości, aby go
znaleźć. Zdecydowanie odradzam udanie się na policję,
ponieważ zawsze mam cię na oku.
Uśmiech wygiął mi wargi. Nawet zachichotałem sam do siebie.
Ponieważ piszę powieści opowiadające o zbrodni i przemocy,
moi wielbiciele często miewają pokręcone poczucie humoru.
Otrzymywałem już śmiertelne pogróżki, drastyczne ilustracje,
a nawet zapiski ludzi twierdzących, że popełnili morderstwo
w taki sam sposób jak seryjni zabójcy w moich książkach. „Ale
ten list sobie zachowam”, pomyślałem. Nie przypominałem sobie
niczego tak oryginalnego.
Przeczytałem list raz jeszcze, lecz za drugim razem ukłuło
mnie ostrzegawcze przeczucie, zwłaszcza że autor posiadał
pewną wiedzę o rozkładzie mojej posiadłości. Nóż do jarzyn zaś
rzeczywiście zginął z bloku z nożami. Ostrożnie złożywszy list,
wsunąłem go do kieszeni spodni i zszedłem po schodach w kierunku
jeziora.

Gdy słońce zniżało się na zamglonym niebie, promienie światła
sączyły się jak farba rozlana po zachodniej stronie horyzontu.
Spoglądając na lśniące jezioro, skąpane w intensywnych barwach
pomarańczu, purpury i fuksji, przez parę chwil stałem na
brzegu i obserwowałem, jak zderzają się dwa zachody słońca.
Na przekór rozsądkowi ruszyłem wzdłuż brzegu na południe
i wkrótce kroczyłem po szeleszczącym materacu z liści.
Przeszedłem jedną ósmą mili, nim się zatrzymałem. U swoich
stóp, pośród pędów wawrzynu obsypanego różowymi kwiatami
górskiego, zobaczyłem miniaturową czerwoną chorągiewkę
umocowaną do kawałka zardzewiałego metalu wciśniętego w ziemię.
Chorągiewka trzepotała targana podmuchem wiatru, który
marszczył też wodę. „To na pewno żart”, pomyślałem. „A jeśli
tak, to cholernie dobry”.
Gdy odgarniałem suche liście wokół znaku, serce zaczęło mi
łomotać. Ziemia dookoła chorągiewki była udeptana, a nie sypka
jak niewzruszona gleba. Dostrzegłem nawet fragment odcisku
buta, kiedy uprzątnąłem wszystkie liście.
Pobiegłem do domu i wróciłem z łopatą. Ponieważ ziemia została
już przekopana, z łatwością zrobiłem dziurę na półtorej stopy
dokładnie w miejscu, gdzie umieszczono znak. Na głębokości
dwóch stóp krawędź łopaty uderzyła w coś miękkiego. Serce mi
zamarło. Odrzuciłem łopatę na bok, osunąłem się na kolana i ryłem
w ziemi rękoma. Otoczył mnie fetor zgnilizny, a w miarę
pogłębiania otworu woń stawała się coraz ostrzejsza.
Moje palce dotknęły ciała. Z przerażenia cofnąłem dłoń i niezdarnie
odsunąłem się od dołu. Wstając, wpatrywałem się w brązową
kostkę nogi o kawowej barwie, ledwie prześwitującą spod
ziemi. Odór zgnilizny przytłoczył mnie z taką mocą, że gdy ponownie
chwyciłem za łopatę, oddychałem tylko przez usta.
Kiedy trup został całkowicie odsłonięty i ujrzałem, co miesiąc
gnicia może zrobić z ludzką twarzą, zwymiotowałem na liście.
Zawsze wydawało mi się, że powinienem być uodporniony na
takie rzeczy, skoro o nich piszę. Zbierając informacje o makabrycznych
wyczynach seryjnych zabójców, obejrzałem wiele
okaleczonych zwłok. Ale nigdy dotąd nie wąchałem ludzkiej
istoty rozkładającej się w ziemi ani nie widziałem, jak owady
roją się w wilgotnych otworach.
Pozbierałem się jakoś, zasłaniając usta i nos ręką, i ponownie
zajrzałem do wykopu. Twarz nie dawała się rozpoznać, ale ciało
bez wątpienia należało do niskiej czarnoskórej kobiety o grubych
nogach i pulchnym tułowiu. Miała na sobie białą niegdyś koszulę,
teraz poplamioną krwią i ziemią, a rozerwana tkanina odsłaniała
część piersi, szczególnie w okolicy serca. Dżinsowe szorty zakrywały
jej uda. Z powrotem opadłem na kolana, wstrzymałem
oddech i sięgnąłem do jednej z kieszeni spodenek. Nogi kobiety
były gąbczaste i nabrzmiałe, miałem więc trudności z wciśnięciem
dłoni w ciasne dżinsy. Nie znalazłszy niczego w pierwszej
kieszeni, przeszedłem na drugą stronę wykopu i spróbowałem
z drugą kieszenią. Wepchnąwszy do niej rękę, wyjąłem pasek
papieru z ciasteczka z wróżbą i znowu osunąłem się na liście,
chwytając czyste powietrze wielkimi haustami. Po jednej stronie
zobaczyłem numer telefonu, po drugiej zaś napis: „Jesteś tylko
kwiatem medytacji na pustkowiu”.
W ciągu pięciu kolejnych minut na powrót pochowałem ciało
wraz z chorągiewką. Przyniosłem niewielki kawałek granitu
znad brzegu jeziora i umieściłem go na pokrytym liśćmi grobie.
Następnie wróciłem do domu. Była za kwadrans dwudziesta,
a na niebie nie pozostała już ani odrobina światła. ..."
Czytaj dalej >> << Zwiń
Czy ta recenzja była przydatna?

Słaba

Ocena:
Autor:
Data:
Po rozczarowaniu jakim okazała się książka "Wayward Pines. Szum, postanowiłam jednak się nie poddawać i dać jej autorowi szansę na naprawienie mojej opinii o jego twórczości. Padło na pierwszą powieść Blake'a Croucha. Szybko okazało się, że to będzie truuuudna lektura. I bynajmniej nie dlatego, że jest jakoś szczególnie skomplikowana. Ale od początku..

Okładka interesująca; zachęca do otworzenia książki, więc za nią na pewno wydawnictwu należy się spory plus. Jeśli chodzi o temat ... to wydaje się on ciekawy, choć nieszczególnie oryginalny. Nie jest to pierwsza książka o tym, jak ktoś zostaje wplątany i wrobiony w morderstwo, którego nie popełnił.

Nie mogę jakoś pozbierać swoich myśli, więc niech się posypią jak chcą..

Drażniła mnie z początku narracja w pierwszej osobie - Andy wydawał się nadętym bufonem, który uważa siebie za nie wiadomo kogo. W szczególności irytowało mnie jego opowiadanie o swojej karierze pisarskiej, bo brzmiało to jak przechwałki; później jakoś się do niej przyzwyczaiłam.

Co do samej akcji książki.. Trochę takie skakanie po gorącym asfalcie, niezbyt się wszystko lepiło ze sobą; miałam chwilami wrażenie, że z książki wycięto rozdziały, które nadawałyby spójności całej opowieści. Były momenty, kiedy wcale nie byłam ciekawa co się dalej stanie, nudziło mnie czytanie i miałam wręcz problem ze zmuszeniem się do skończenia tej powieści. Jak na thriller trochę brakowało emocji, napięcia wręcz żadnego nie odczuwałam. Te irytujące łzawe momenty między Andrew i Walterem (bez dodatkowych opisów odczuć i nastroju, jakby nagle z ich oczu tryskały łzy, towarzyszące dramatycznym wyznaniom) ostatecznie uprzedziły mnie do twórczości tego autora.

Blake Crouch raczej nie przypadł mi do gustu i postanawiam więcej nie marnować na niego swoich pieniędzy. Szczególnie, że podobne odczucia towarzyszyły mi czytając zarówno pierwszą, jak i jedną z ostatnich książek jego autorstwa. O ile w "Wayward.." udało mi się nawet wciągnąć, tak z "Pustkowiami" miałam poważny problem - zupełnie do mnie nie przemawiała.

Pierwsza książka, każdy wie jaka jest - pierwsza. Ale to nie znaczy, że ma być kiepska. Dlatego tym bardziej dziwi mnie fakt, że ten pisarz ma za sobą już całkiem długą listę wydanych książek. Ale może ja po prostu się nie znam, skoro ktoś go ciągle chce wydawać i jego twórczość trafia do czytelników.

Czytaj dalej >> << Zwiń
Czy ta recenzja była przydatna?

Dodaj recenzję

Dołącz do grona naszych recenzentów. Dziel się z innymi miłośnikami książek wrażeniami z lektury. Cenimy wszystkie opinie naszych czytelników, stąd też w podziękowaniu za każdą opublikowaną recenzję proponujemy rabat - 5% na kolejne zakupy ...

Jak to działa?

Wyszukujesz książkę, którą chcesz się podzielić z innymi czytelnikami.
Piszesz recenzję. Logujesz się.
Możesz napisać kilka słów o sobie i wgrać swoje zdjęcie albo wybrać ilustrację z bazy awatarów.
Twoja recenzja czeka na akceptacje i publikację.
Po jej zatwierdzeniu:
a) otrzymasz w ciągu 24 godzin 5% kod rabatowy na kolejne zakupy.
- Rabat nie obejmuje podręczników.
- Kod rabatowy jest ważny miesiąc. Należy użyć go w czasie składania zamówienia.
b) dołączasz do grona recenzentów.

Więcej Zwiń

Twoja ocena