Koszyk 0
Opis:
Victor Frankenstein rozpoczyna swe eksperymenty anatomiczne w stodole na skraju odludnej wioski Headington koło Oksfordu. Z biura koronera otrzymuje potrzebne mu ciała, tyle że często są zniekształcone i pokawałkowane. Dlatego też ze swymi laboratoryjnymi słojami i elektrycznym fluidem przenosi się do opuszczonej fabryki porcelany w Limehouse. Niebawem nawiązuje kontakt z wykopcami, ludźmi handlującymi zwłokami. Victor płaci za ciała osób niedawno zmarłych lepiej niż wszystkie szpitale ... ale i tak trudno mu zapewnić sobie właściwe okazy do eksperymentów? Pewnego dnia jednak okutany szarym płaszczem czeka na drewnianej przystani na Tamizie i słyszy od rzeki miarowy plusk wioseł, dostrzegając w mroku zarys łódki wiozącej zwłoki przystojnego młodzieńca. Czytaj dalej >> << Zwiń
Mniej Więcej
  • Peter Ackroyd
  • 2010
  • 1
  • 372
  • 205
  • 128
  • 97883-7506-5800
  • 9788375065800
  • Z9317

Recenzje czytelników

Ożywionego z ludzkich szczątków stwora na kartach powieści dziwnie mało. Pojawia się on jednak w niespodziewanych momentach, a autor dba o to, by nie można się było nudzić.

Ocena:
Autor:
Data:
To zastanawiające, jak długi żywot mogą mieć wszelkiej maści stwory-potwory powstałe dawno temu, a w dodatku wyłącznie w czyimś umyśle. O fenomenie rozmaitych wampirów i istot wampiropodobnych nawet nie będę wspominać, bo ostatnie ich wersje nie tyle budzą grozę, co niesmak. Jednak nie tylko one — wbrew temu, co nieustannie serwuje nam popkultura — mogą pobudzać do tworzenia literackich światów. W powieści Petera Ackroyda pt ... Przypadek Victora Frankensteina wprawdzie spodziewanego strasznego stwora dziwnie mało, ale mimo to w trakcie lektury nie sposób o nim nie myśleć.

Słysząc słowo „Frankenstein”, zapewne nie tylko mnie staje przed oczyma Boris Karloff z ekranizacji powieści z 1931 r. ucharakteryzowany na dziwną humanoidalną postać. Do teraz pamiętam swoje zdziwienie, ale i swego rodzaju rozczarowanie sprzed wielu lat, gdy dowiedziałam się, że Frankenstein to bynajmniej nie ożywiony potwór, ale nazwisko naukowca. Ackroyd w swojej powieści koncentruje się na samym twórcy właśnie. Victor Frankenstein to pochodzący z Genewy student, który żywo interesuje się wszelkimi naukowymi nowinkami. Młody mężczyzna chodzi na dodatkowe wykłady, rozmawia z przyjaciółmi o poezji, porusza go los londyńskiej biedoty, ale nade wszystko pasjonuje go kwestia życia i śmierci, którą to tajemnicę pragnie zgłębić, poznając tajniki elektryczności. Okazuje się jednak, że zabawa z nowinkami myśli technicznej zmieniająca się stopniowo w obsesję, której towarzyszy całkowity brak poszanowania dla ludzkich szczątków (trudno mówić o poszanowaniu w przypadku korzystania z usług wykopców) usprawiedliwiany naukową pasją, może nie przynieść oczekiwanych rezultatów albo — zależnie od punktu widzenia — może stać się aż nadto efektywna.

Peter Ackroyd w swojej książce poniekąd odtwarza realia stworzone przez Mary Wollstonecraft Shelley w Frankensteinie, czyli współczesnym Prometeuszu z 1818 r. Jedak tylko „poniekąd”, ponieważ w powieści nie brakuje odniesień typowych dla współczesnych dzieł literackich i filmowych, choć być może dla części polskich czytelniczek i czytelników będą one nieco mniej wyraźne niż dla zachodnich. I tak — razem z Victorem, tytułowym bohaterem (nota bene nazwisko postaci najprawdopodobniej pochodzi od nazwy Ząbkowic Śląskich, które już w dokumencie z XIII w. zostały określone jako civitas Frankenstein), poznajemy też jego bliskiego przyjaciela ze studiów Percy’ego Bysshe’a Shelleya i jego perypetie miłosne, dziwne zbieżne z życiorysem pewnego romantycznego poety o takimż nazwisku. Na kartach powieści pojawia się Byron, a także sama Mary Shelley — żona Bysshe’a. Acroyd przywołuje także nazwiska ludzi nauki — Victor bierze udział w wykładzie angielskiego chemika Humphry’ego Davy’ego, rozmawia o dokonaniach Johna Huntera, szkockiego anatoma i chirurga.

Jak wspomniałam, ożywionego z ludzkich szczątków stwora na kartach powieści dziwnie mało. Pojawia się on jednak w niespodziewanych momentach, a autor dba o to, by nie można się było nudzić. Co prawda w Przypadku Victora Frankensteina nieszczęśliwe monstrum nie powie, jak w powieści Mary Wollstonecraft Shelley: „Doprowadziłem do najokropniejszej niedoli mego stwórcę, niedościgły wzór wszystkiego, co pośród ludzi zasługuje na miłość i podziw. Doprowadziłem go do tej ruiny, z której już się nie dźwignie. I oto leży zastygły i blady w zimnych objęciach śmierci”, lecz nie oznacza to bynajmniej, że czytelniczki i czytelnicy mogą oczekiwać happy endu. Ale i bez niego — zapewniam — zakończenie będzie iście filmowe.

Tekst publikowany na: http://nowy.tezeusz.pl/blog/202440.html.
Czytaj dalej >> << Zwiń
Czy ta recenzja była przydatna?

Dodaj recenzję

Dołącz do grona naszych recenzentów. Dziel się z innymi miłośnikami książek wrażeniami z lektury. Cenimy wszystkie opinie naszych czytelników, stąd też w podziękowaniu za każdą opublikowaną recenzję proponujemy rabat - 5% na kolejne zakupy ...

Jak to działa?

Wyszukujesz książkę, którą chcesz się podzielić z innymi czytelnikami.
Piszesz recenzję. Logujesz się.
Możesz napisać kilka słów o sobie i wgrać swoje zdjęcie albo wybrać ilustrację z bazy awatarów.
Twoja recenzja czeka na akceptacje i publikację.
Po jej zatwierdzeniu:
a) otrzymasz w ciągu 24 godzin 5% kod rabatowy na kolejne zakupy.
- Rabat nie obejmuje podręczników.
- Kod rabatowy jest ważny miesiąc. Należy użyć go w czasie składania zamówienia.
b) dołączasz do grona recenzentów.

Więcej Zwiń

Twoja ocena

Zostaną nagrodzone najciekawsze wypowiedzi świąteczne w formie polecenia książki na prezent połączonego ze wspomnieniem świąt dzieciństwa, refleksją, dedykacją.