Koszyk 0

Kogo poznamy bliżej na kartach "Ciotki Zgryzotki"? - wywiad z Małgorzatą Musierowicz

Stworzona przez nią poznańska rodzina Borejków od niemal 40 lat bawi i wzrusza kolejne pokolenia czytelników. Z Małgorzatą Musierowicz rozmawiamy o pisarskim warsztacie, o sympatii, jaką żywi do swoich bohaterów i... o bliskich kontaktach z fanami.

Pani pierwsza książka, Małomówny i rodzina, przez czytelników uznawana za swego rodzaju preludium do Jeżycjady, ukazała się w roku 1975. Faktyczna powieść inaugurująca cykl, Szósta klepka, została wydana dwa lata później. Czy opisując perypetie Cesi Żakówny miała już Pani w głowie plan na kolejne części tej wydawniczej serii? Czy żyła już wtedy w Pani wyobraźni Aniela Kowalik, rodzina Borejków? I czy spodziewała się Pani wtedy, że czterdzieści lat później Jeżycjada wciąż będzie żyła i miała się dobrze?

Właściwie było odwrotnie: kiedy już Jeżycjada liczyła kilka tomów, czytelniczki nagle, jakby się umówiły, zaczęły apelować, żeby jakoś włączyć „Małomównego” do serii, na przykład: przydzielić Natalii Borejko któregoś z braci Ptaszkowskich, bohaterów tej powieści. Zastanowiłam się nad tym i wyszło mi, że nawet młodszy z nich jest już jakby za stary, dobrze po trzydziestce . I na którymś ze spotkań autorskich tak właśnie odpowiedziałam na ponowioną prośbę. Odpalono mi: - To niech im pani urodzi młodszego brata, co to dla pani! Tym więc sposobem w Nutrii i Nerwusie pojawił się Filip Bratek.

Pisząc „Szóstą klepkę”, nie miałam oczywiście pojęcia, czy ta książka się spodoba, a już tym bardziej do głowy mi nie przyszło, że to jest pierwszy tom potężnej sagi! I Anielę, i Borejków wymyśliłam dopiero znacznie później, już po premierze „Szóstej klepki”, gdy stało się jasne, że niechcący wstrzeliłam się w jakąś wielką potrzebę młodzieżowego rynku czytelniczego. Wydawnictwo „Nasza Księgarnia” zażądało kolejnej powieści, a ja po prostu napisałam dalszy ciąg. I tak to już trwa przez ponad czterdzieści lat. Zmienił się tylko wydawca.

Jest Pani nie tylko pisarką, ale też ilustratorką swoich książek. Na okładkach kolejnych części Jeżycjady widnieją zazwyczaj postaci najistotniejsze dla przebiegu ich akcji. Zawsze zastanawiało mnie, co rodzi się pierwsze – rysunek, nazwijmy to: materialny portret bohaterki/bohatera, czy jednak jego historia, jego charakter? Czy ilustracja jest tylko dopełnieniem, czy bywa tak, że to ona staje się inspiracją?

Najpierw wymyślam tę główną bohaterkę (raz tylko na okładce był chłopiec, Ignaś), przeprowadzam drobiazgową analizę psychologiczną, zastanawiam się nad jej charakterem i reakcjami, wymyślam zarys fabuły, robię mnóstwo notatek etc. Projekt okładki, potrzebny jako zapowiedź do katalogu, maluję zwykle na żądanie wydawcy. I wtedy już wszystko wiem. Tylko siadać i pisać!

Choć – jak się wydaje – do mediów społecznościowych podchodzi Pani sceptycznie, utrzymuje Pani bardzo żywy kontakt ze swoimi czytelniczkami i czytelnikami za pośrednictwem swojej strony internetowej. Czytając dodawane przez Panią, felietonowe w formie aktualności, często można odnieść wrażenie, że z wieloma z tych osób pozostaje Pani w relacjach przyjacielskich. Czy tak jest w istocie? Czy może Pani powiedzieć, że przyjaźni się Pani ze swoimi czytelniczkami? I jak te relacje wpływają na kształt Pani książek?

Ależ bynajmniej nie podchodzę sceptycznie do mediów społecznościowych! Jestem na przykład zagorzałą bywalczynią Twittera, tyle że się po prostu nie odzywam, czytając sobie ukradkiem na boczku. Bardzo tam ciekawie! Mam swoich faworytów i zaglądam do nich każdego dnia.

Tak, można powiedzieć, że przyjaźnię się ze swoimi czytelniczkami – i czytelnikami! - z niektórymi już od dawna! Tak się jakoś składa, że towarzyszy mi od czterdziestu lat chmara ludzi, a większość z nich to osoby z klasą, bardzo sympatyczne, bystre, dowcipne i oczytane, w istocie bardzo aktywne, pozytywne i życzliwe wobec świata. Jak tu się nie zaprzyjaźnić?! Prowadzę też ogromną korespondencję mailową i wymianę opinii na tej mojej stronie autorskiej. I rzeczywiście ma to wpływ na kolejne moje książki – może nie na ich kształt, bo na to nikomu wpływać nie pozwalam – ale na różne miłe drobiazgi i szczególiki, którymi faszeruję tekst dla uciechy wtajemniczonych.

A co z czytelnikami zagranicznymi? Pani powieści ukazały się m. in. w Japonii, na Litwie, w Czechach… Czy i z tamtejszymi fanami Pani twórczości udaje się utrzymywać stały kontakt?

Tylko z Japonii dostaję listy i opinie, po angielsku, albo za pośrednictwem pani Kazuko Tamura, wspaniałej tłumaczki Jeżycjady. Ale też tylko w Japonii Jeżycjada odniosła taki zaskakujący, długotrwały sukces wydawniczy. Najbardziej zresztą spodobało się tam Opium w rosole, już dwukrotnie wznawiane, ale triumfy święci też Tygrys i Róża, z oryginalną moją okładką, na której widnieje skośnooka Laura!

Na kartach Pani książek przez minione dziesięciolecia pojawiło się bardzo wiele bohaterek i bohaterów o przeróżnych rysach osobowościowych, różnych charakterach, temperamentach… Czy zdarzało się Pani przemycać w tych bohaterach cechy znajomych bądź nieznajomych osób spotkanych na swojej drodze? Jak często „podobieństwo do osób rzeczywistych” nie było przypadkowe? I którą z tych postaci polubiła Pani najbardziej? W której z nich tkwi największa cząstka Małgorzaty Musierowicz?

Opisywanie istniejących osób lub prawdziwych sytuacji wydaje mi się zbyt łatwe i nie stanowi wyzwania. A ja lubię wyzwania, i lubię tworzenie! Wszystko więc wymyślam, chyba że ktoś poprosi, by go umieścić w Jeżycjadzie. Nawet profesor Dmuchawiec jest moją kreacją, choć pisząc o nim nie mogłam nie pamiętać o własnych dwóch ulubionych nauczycielach licealnych, o fizyku Marianie Węgrzynowiczu i poloniście Czesławie Latawcu. Dmuchawiec jest ich syntezą, a zarazem wcale ich nie przypomina.

Lubię wszystkich swoich bohaterów. Mnie samej tam nie widać, z zasady. Jako zażarta i zamiłowana czytelniczka nabrałam bowiem przekonania, że książka, w której autor zajmuje się samym sobą, robi się ciężka i nudna, a najciekawsze są te opowieści, w których autor dzieli się z czytelnikami swoim zachwytem wobec świata i sympatią oraz zrozumieniem, które żywi dla bliźnich.

Od kilku lat mieszka Pani na wsi, pod Poznaniem. Wydaje się, że i w Pani twórczości widać wyraźnie zwrot ku wsi, ku naturze – zdecydowanie „wiejskie” były i Wnuczka do orzechów, i Feblik. Czy praca nad książką, której akcja toczy się przede wszystkim na wsi, rożni się jakoś od tych, w których jednym z głównych bohaterów był Poznań (czy, jak w „Tygrysie i Róży”, Toruń)?

Nie, w zasadzie wcale się nie różni, poza tym, że przyjemniej się opisuje wiejskie i leśne pejzaże, wśród których też, nota bene, o wiele lepiej się mieszka.

Kilkanaście lat temu pisywała Pani bardzo lubiane przez czytelników felietony dla „Tygodnika Powszechnego” (wydane zresztą później w trzech tomach „Frywolitek””). Obserwując Pani działalność na stronie internetowej, można odnieść wrażenie, że echa felietonowej twórczości odbijają się dzisiaj właśnie w publikowanych tam tekstach. Jak powstają? Co zazwyczaj stanowi dla nich inspiracje? I czy planuje Pani kiedykolwiek powrót do gatunku felietonu albo wydanie w formie książkowej tekstów, którymi dzieli się Pani z odbiorcami na musierowicz.com.pl?

Na razie nie przyszło mi to do głowy, ten internetowy kontakt jest ulotny, i to stanowi o jego uroku. Teksty powstają spontanicznie, takie też są i odpowiedzi czytelników. Zresztą, przekonałam się już, że tym, na co najbardziej czekają, jest kolejny tom serii o Borejkach. To dlatego zwlekam z wydaniem jeżyckiego „Silva rerum”, czyli czegoś w rodzaju encyklopedii i zarazem przewodnika po zakamarkach serii. Dawno bym tę książkę napisała, gdyby mi pozwolono zakończyć Jeżycjadę! A tu nie i nie!

Najmłodsze pokolenie Borejków przebojem wkroczyło do Jeżycjady i podbiło serca czytelników. Dzieci Gabrysi i Idy miały już swoje pięć minut – czy teraz nadejdzie czas na córeczki Pulpecji i synków Nutrii? Prędko dorastają – jak ten czas leci… Może Pani uchylić rąbka tajemnicy, kogo poznamy bliżej na kartach „Ciotki Zgryzotki”?

O uchylaniu rąbka nie ma mowy! Musi być suspensik.

Na zakończenie, z okazji rozpoczętych niedawno wakacji – jakie plany wakacyjne ma Małgorzata Musierowicz? Czy będą to dla Pani pracowite wakacje, czy raczej zapowiada się leniwie i niespiesznie?

Cha, cha, pani Katarzyno! Ależ rozmawia Pani z typowym wielkopolskim pracusiem! Lenistwo i niespieszność były u nas w domu surowo tępione. NIGDY nie leniuchuję! – nawet, kiedy akurat nie piszę.
A piszę.

Rozmawiał(a): Katarzyna Lipska