Koszyk 0

Owieczki dobre, owieczki złe - kryminał filozoficzny

Wywiad z autorką, która w zwykłym życiu zwyczajnych ludzi dostrzega niezwykłość. Była sekretarką, barmanką w przydrożnym pubie, opiekunką w schronisku dla zwierząt, sprzedawała pizzę i perfumy, a w końcu została lekarzem psychiatrą i pisarką. Zna życie i rozumie ludzi. Pisze w przekonaniu, że niemal wszyscy, od czasu do czasu, mają wrażenie, że nie pasują do świata. I że trzeba chronić, i akceptować to poczucie odmienności. Bo w nim jest uroda życia i świata. Tak jak inny debiut, Sprawiedliwość owiec Leonie Swan, który dziesięć lat temu stał się wydarzeniem literackim, mówi o nas prawdę mądrze, śmiesznie i wzruszająco. Książka odniosła niebywały sukces w Wielkiej Brytanii, zdobywając uznanie zarówno krytyki, jak i czytelników. Była najbardziej wyczekiwanym debiutem początku tego roku, trafiła na szczyty list bestsellerów.

Dlaczego zaczęła Pani pisać?

Sądzę, że pisanie i czytanie to najlepsze sposoby radzenia sobie z otaczającym nas światem. Dzięki nim można spojrzeć z innej perspektywy na doświadczenia, jakie przynosi życie. Kiedy zostałam lekarzem, bardzo intensywnie przeżywałam zdarzenia z mojej szpitalnej praktyki. Żeby poradzić sobie z emocjami, zaczęłam pisać. Najpierw o tym, co czułam, potem powstał blog o życiu lekarza, a w końcu narodził się pomysł na powieść.

Jest Pani lekarzem psychiatrą. Czy doświadczenia zawodowe miały wpływ na Pani powieść Owieczki dobre, owieczki złe?

Psychiatria wpłynęła na mnie na wiele sposobów. Po pierwsze, zwyczajne życie zaczęło mnie jeszcze bardziej pasjonować. Niektórzy piszą książki o rodzinie królewskiej czy gwiazdach filmowych i nie ma w tym nic złego, bo wszyscy potrzebujemy eskapizmu. Mnie jednak bardziej interesuje sąsiad czy listonosz. Pracując jako psychiatra, poznałam historie wielu zwykłych ludzi i to sprawiło, że uświadomiłam sobie jak nadzwyczajna może być zwyczajność. Psychiatria pomogła mi też radzić sobie z warsztatem pisarskim. Kiedy do izby przyjęć zgłasza się pacjent, który skarży się na ostry ból w klatce piersiowej, można założyć, że mówi prawdę. W psychiatrii jest inaczej – pacjent z różnych powodów może okłamywać lekarza. Może na przykład bać się lub wstydzić i dlatego, żeby poznać jego historię, trzeba szukać innych wskazówek. Czasami ważniejsze jest to, jak pacjent wygląda, jak się zachowuje czy jak mówi, niż to, co mówi. Trzeba więc uważnie obserwować. Psychiatria to szczyt przykładu mantry pisarza: pokazuj, nie mów wprost.

Fascynują Panią oustiderzy, ludzie niedopasowani, odmienni, nie potrafiący – tak jak bohaterowie Owieczek – znaleźć miejsca w społeczeństwie. Czy czuje się Pani jedną z nich?

Tak, zdecydowanie. Poszłam na medycynę, mając ponad 30 lat i napisałam powieść na parkingu samochodowym. To zachowanie bardzo owco-podobne. Chyba wszyscy od czasu do czasu mamy wrażenie, że nie pasujemy do świata. I to jest główne założenie Owieczek. Mniej więcej w wieku Grace, dziesięcioletniej narratorki powieści, zaczynamy dostrzegać różnice między sobą a innymi ludźmi. Żeby zostać zaakceptowanym przez tych innych, zaczynamy zmieniać swoje zachowanie, czasem podświadomie. Niektórym przychodzi to z łatwością. Są zupełnie inni na przykład w pracy i w domu. Jednak zdarzają się ludzie, którzy mają tylko jedną wersję siebie, którą na dodatek społeczeństwo nie zawsze chce zaakceptować. Mocno wierzę, że wiele potulnych „owieczek” skrywa w głębi zupełnie inną prawdę o sobie. Tylko niektórzy potrafią lepiej to maskować.

Mawia Pani, że zbyt łatwo wydajemy sądy o innych. Że nikt nie jest tylko dobry lub tylko zły. Żaden z Pani bohaterów nie jest postacią jednowymiarową. Czy są oni wzorowani na znanych Pani ludziach?

Nie, w Owieczkach dobrych, owieczkach złych nie ma portretów konkretnych osób. Prawdziwe jest to, że dzięki mojej pracy poznałam wielu ludzi, którzy całe życie byli i są oceniani przez innych. Pomimo wielu kampanii informacyjnych pacjenci z problemami psychicznymi są stygmatyzowani, oceniani i poniżani przez część społeczeństwa. Chciałam udzielić tym ludziom głosu, więc choć żadna z postaci nie jest oparta na prawdziwej osobie, społeczne doświadczenie dyskryminacji jest niestety bardzo rzeczywiste.

Pani zdaniem literatura ma za zadanie coś nam przekazać. Co chciała Pani przekazać w Owieczkach?

Myślę, że ktoś, kto postanawia napisać książkę z przesłaniem, zawsze ryzykuje, że nikt nigdy go nie wysłucha. Trzeba być o czymś niezwykle przekonanym, aby napisać powieść. Wiele z najlepszych, najbardziej wartościowych książek, które przeczytałam, sprawiły, że musiałam głęboko przemyśleć problemy, o jakich mówiły. Wielokrotnie pod ich wpływem zmieniałam zdanie na jakiś temat. W Owieczkach dobrych, owieczkach złych chciałam pokazać, że każdy z nas ma swoją historię. Z jakiegoś powodu wszyscy jesteśmy w określonym miejscu, zachowujemy się w określony sposób, także ludzie żyjący na uboczu społeczeństwa. Różnimy się od siebie, a te różnice powinniśmy zaakceptować i próbować zrozumieć.

Jak powstawała Pani powieść? Podobno pisała Pani po nocach i w przerwach na lunch?

Pracując na pełen etat, musiałam korzystać z każdej chwili, więc nastawiałam budzik na 3 rano i pisałam przed pracą, albo łapałam pół godziny w samochodzie w trakcie przerwy na lunch. Pisałam tylko dla własnej przyjemności, bo nie spodziewałam się, że powieść zostanie wydana. Dość wiele wymagam od siebie, więc postanowiłam, że będę pisała po 1000 słów dziennie!

Jak Pani pracuje teraz? Czy ma Pani jakąś wypracowaną rutynę, warsztat pisarski?

Promocja Owieczek dobrych, owieczek złych oznaczała dla mnie wiele podróży i wiele spotkań z czytelnikami, którym spodobała się moja powieść. Niestety, musiałam zrobić przerwę w praktyce lekarskiej, bo nie da się tego pogodzić! Nadal wstaję o 3 rano, żeby pisać, ale chcę wrócić do psychiatrii, gdy sytuacja się uspokoi.

Czy spodziewała się Pani, że Owieczki dobre, owieczki złe zadebutują na listach bestsellerów? Co Pani zdaniem zadecydowało o takim sukcesie?

Gdy pisałam tę książkę, nie spodziewałam się, że ktokolwiek ją przeczyta – więc gdy zobaczyłam ją na liście bestsellerów, byłam w prawdziwym szoku! Nikomu nie mówiłam, że piszę, a Grace i Tilly żyły tylko w mojej wyobraźni i nikt o tym nie wiedział. Dopiero na początku 2014 zdobyłam się na odwagę i pokazałam Owieczki innym. Wzięłam udział w konkursie literackim, który wygrałam i od tej pory moje życie stało się bardzo przyjemnym tornadem. Słuchając czytelników, myślę, że sukces – a przynajmniej jego część – polega na tym, że wszyscy mamy czasem wrażenie, że nie pasujemy do świata. Musi być nas więcej, niż przypuszczałam...

Pracuje Pani nad nową powieścią. Czy zdradzi Pani, o czym ona będzie?

Chciałabym, żeby w drugiej książce było to samo poczucie humoru i ciepło, co w Owieczkach. Piszę też o podobnych problemach – o starzeniu się, drobnych aktach dobroci i o tym, że zostawiamy po sobie większy ślad, niż nam się wydaje.