Koszyk 0
Opis:
Korzystając z najnowszej technologii, umożliwiającej podróże międzygwiezdne, okręt badawczy „Odyseja” wyrusza w dziewiczy rejs. Lecz kosmos nie jest tak pusty, jak może się wydawać z perspektywy naszej planety. „Odyseja” trafia prosto w środek konfliktu między dwoma rasami. Załoga okrętu staje w obliczu śmiertelnie groźnego, bardzo potężnego i znakomicie wyposażonego przeciwnika. Dysponuje o wiele mniej zaawansowaną technologią, lecz musi sobie radzić za pomocą tego ... co posiada. Ale czy podoła wyzwaniu? I jakie będą konsekwencje poczynań Ziemian? Czy odwaga, poświęcenie i ludzka inteligencja są w stanie zniwelować dystans cywilizacyjny? Lasery, torpedy impulsowe, ataki i uniki, gonitwy myśliwców, krwawe starcia na powierzchni planety… Akty odwagi i poświęcenia. Wszystko to znajdziesz w pierwszej części cyklu stworzonego przez Evana Currie. Autor w doskonały, wręcz magnetyzujący sposób przedstawia dokładnie przemyślane uniwersum i świetnie prowadzi akcję, sprawiając, że trudno oderwać się od książki, a po zakończeniu ma się ochotę na więcej… i jeszcze więcej. Czytaj dalej >> << Zwiń
Mniej Więcej
  • Evan Currie
  • 2012
  • 0
  • 560
  • 195
  • 125
  • 97883-64030161
  • 9788364030161
  • ZB6Y6

Recenzje czytelników

Pierwsza rozgrywka

Ocena:
Autor:
Data:
Powieść aspiruje do miana military science fiction, czyli historii umieszczonej w niedalekiej przyszłości, będąca połączeniem fantastyki naukowej z rzemiosłem wojennym. Innymi słowy są to zmagania jakiejś jednostki wojskowej gdzieś w przyszłości, najczęściej w kosmosie, z udziałem ogromnych statków liniowych, myśliwców i komandosów. To wszystko mamy upchane właśnie w pierwszym tomie "Odyssey One". Inną sprawą, że military sf rzadko łączy się z psychologią wojny ... zajmując się genezą konfliktu, opisując stan psychologiczny jednostek, układ polityczny itp. Evan Currie nie zakrząta sobie tym głowy - cóż, w swoim dorobku ma już ponad dziesięć pozycji, traktujących o przygodach wojskowych, które sprzedają się za granicą całkiem dobrze. A trzeba także podkreślić, że pomysł autora został ujęty w sposób wyjątkowo nowatorski z uwagi na wymyślenie wielu nowych całkiem przydatnych technologii, jakich zwykle w powieściach z tego gatunku nie uświadczyłem.

Fenomenem "Oddysey One" wydaje się być konstrukcja powieści, która w niemal 90% składa się z samej akcji. Jest ona rozlokowana w przestrzeni, na orbicie planet, w atmosferze, na powierzchni miast, a także głęboko pod ziemią. Jednym słowem ciągle coś się dzieje, a autor oferuje mocne wrażenia dla każdego typu czytelnika. Mnie osobiście najmniej przypadły do gustu zmagania pilotów myśliwców, ale końcem końców czytałem z zainteresowaniem, ponieważ były one ważną częścią planu kapitana Westona. Currie jak mało kto potrafił napisać powieść wciągającą kompletnie. Jak wspomniałem udało mi się ją przeczytać w niecałe 48 godzin, co uważam na sukces z uwagi na intensywny weekend. Bardzo mało tutaj zapychaczy, opisy są krótkie i tłumaczące dany temat w sposób wystarczający, a dialogi… no cóż… są najsłabszą częścią tej historii, na szczęście te najmniej ciekawe są dawkowane. Razi trochę sam fakt opracowania technologii przemieszczania na ogromną odległość, a przy okazji wykorzystuje się pierścienie obrotowe w statkach do generowania grawitacji, czy nadal używa broni palnej na naboje… No i oczywiście sam statek - choć pięknie wygląda, to jednak nie widzę sensu budowania okrętu kosmicznego na modłę średniowiecznego żaglowca, który do obrony ma tylko garść myśliwców.

Irytuje również wszechobecna naiwność historii. To druga rzecz mająca wpływ na obniżenie oceny końcowej. Wkurza mnie wciskanie na siłę rozwiązań, ponieważ autorowi nie chciało się wymyślić sensownego wytłumaczenia dla danego pomysłu. I tak np. razi strasznie lekceważenie protokołu przez dowódcę statku, który wybiera się na rutynową przejażdżkę z obsługą promu, bo ma taki kaprys. Will Riker nigdy nie pozwolił na to Picardowi! Jakby tego było mało, autor posłużył się już wytartym motywem podziału sił na Ziemi na te skupione wokół USA (teraz USA w koalicji z Kanadą i Meksykiem - o Europie zasadniczo ani słowa), a potężnym Blokiem Komuchów - czyli takim ZSRR wersja 2, tym razem pod przywództwem Chin. Od razu wiadomo, kto tu jest dobry, a kto dostanie baty - jak nie teraz, to w następnych tomach.

Co z kolei w świetle niepewnej sytuacji politycznej pozwala usprawiedliwić powstanie takiego statku jak Oddysey One, ale stawia pod znakiem zapytania jego podróż w nieznane z dala od Ziemi. Jeśli już o podróży w nieznane jestem, to zacznę od podobieństw, czyli produkcji, którymi musiał inspirować się autor. Choć w powieści przytacza tylko film "Run Silent Run Deep" (po naszemu "Dramat w głębinach"), to jednak nie trudno doszukać się inspiracji m.in. "Star Trekiem" - statek na misji wysłany do gwiazd, a samo wspomnienie o koloniach i innych szczepach ludzi przywodzi na myśl "Battlestar Galactica" - w tym także walki z myśliwcami. Walki z robalami przywodzą na myśl dwa tytuły, sama rasa insektów z powodzeniem podbiła amerykański rynek wydawniczy z cyklem "Endera", natomiast walki na planecie jakby żywcem zaczerpnięte z "Żołnierzy kosmosu". No i pewnie wiele thrillerów politycznych z walką łodzi podwodnych w tle. "Czerwony Październik" może?

Początkowo podchodziłem sceptycznie do pomysłu istnienia innej humanoidalnej rasy w galaktyce, ale jak już wiadomo z klasyka przytoczonego powyżej - najwyraźniej ludzie zamieszkują ją całą. Wszak autor nie pokusił się jeszcze o wyjaśnienie dlaczego "Inni" ludzie są w galaktyce, ale wyraźnie kroczy w tym kierunku - dlatego tym razem odpuszczę. Wroga rasa przedstawiona przez autora to tajemniczy Drasinowie, których celem jest wyłącznie niszczenie. Ten wątek też został lekko ugryziony pod koniec powieści, dlatego uważam, że warto poczekać na więcej informacji.

Można mieć również żal do autora za niedopracowanie postaci. Są one w większości iście banalne i do bólu przewidywalne. Brak tutaj jakichkolwiek ciemnych charakterów - wszyscy są spoko i się lubią, flota ziemska stanowi w końcu jedną wielką rodzinę - zupełnie jak Gwiezdna Flota w "Star Treku". Ale to, że obca rasa tak szybko skapitulowała i zaufała "tajemniczym ludziom" - razi niesamowicie. Nie tego można by oczekiwać. Zarówno kosmici jak i ziemianie są tutaj kompletnie prawi - tak, to również jedna wielka rodzina wzajemnie sobie ufająca. I to nie tylko postacie szwankują, ale również ich dialogi, które są bardzo często po prostu… drętwe, albo naiwne.

Generalnie jestem i tak zadowolony z faktu, że przeczytałem powieść. Nigdy zapewne nie dowiedziałbym się o Evanie Currie, gdybym nie wygrzebał w Internecie tego nowego cyklu wydawanego przez Drageus Publishing House. Powieść ma wady, ale z uwagi, że czytało mi się ją bardzo przyjemnie postanowiłem przymknąć oko na kilka niedociągnięć. Daję szansę autorowi i zabieram się za kolejny tom, bo warto!
Czytaj dalej >> << Zwiń
Czy ta recenzja była przydatna?

Pacyfistom na ratunek.

Ocena:
Autor:
Data:
Military science-fiction, czy nie brzmi to jak coś, w czym znajdą coś dla siebie osoby będące wielbicielami aż dwóch gatunków literackich? A może wręcz przeciwnie, i jedni, i drudzy uznają, że nic tu po nich, bo to za dużo kombinacji? Obstawiam to pierwsze, jako że ani samo pojęcie, ani tego typu mieszanka nie jest już od dawna niczym nowym, bo też i przestrzeń kosmiczna sama się czasem prosi o to, by być miejscem starć ... Nie sposób też dołożyć do tego opcji kontaktu z obcą cywilizacją (i żeby to tylko jedną!), oczywiście będącą na wyższym stopniu rozwoju niż ziemska, z wyglądu możliwie dziwną i przeważnie wrogo nastawioną. No, chyba żeby było inaczej… I właśnie tak troszkę inaczej jest w przypadku cyklu Odyssey One Evana Currie, z którego pierwszym tomem przyszło mi się poznać i zmierzyć.

Odyseja jest statkiem nowym, wyposażonym w najnowocześniejszy napęd tachionowy („Że jaki?” Tachiony to cząstki poruszające się w próżni szybciej niż światło, ale to czysta teoria póki co), pozwalający dokonywać skoków w przestrzeni kosmicznej na ogromne odległości. Zbudowana dość szczególnie, bo na wzór klasycznego, morskiego okrętu, Odyseja zbiera załogę – najlepszych z najlepszych – i wyrusza w próbny rejs, mający przetestować jej możliwości i doszkolić ekipę, by działała w możliwie najefektywniejszy sposób na tym, jak na razie eksperymentalnym typie statku. Kapitan Weston postanawia odrobinę zboczyć z kursu, by dać podwładnym i sobie okazję do wypróbowania broni, gdy dochodzi do nich, przekazane drogą radiową, wezwanie o pomoc. Podążając za sygnałem znajdują kapsułę ratunkową z umieszczoną w niej kobietą. Coś się jednak nie zgadza… Rozbitek jest co prawda człowiekiem, ale badania przeprowadzone przed wyjęciem jej ze schronienia wskazują pewnie niepokojące odchylenia od normy, co więcej, jak się okazuje, nie pochodzi ona z Ziemi. I potrzebuje pomocy.

Cała historia zaczyna się banalnie, aż wionie od niej „Obcym” przez takie a nie inne zawiązanie akcji. Wiemy przecież jak skończyło się to w przypadku niejakiej Elen Ripley, prawda? Aż chciałoby się krzyknąć, żeby spadali, bo to źle się skończy… i dobrze, że nie można, bo to, co dzieje się dalej, totalnie odbiega od historii o znanych nam z filmów, słodziakowatych kosmitach. Tu jest zupełnie inaczej: skonfliktowane strony, a raczej jedna najeżdżana i skutecznie wyżynana przez drugą, początkowo są jedynie obserwowane przez oniemiałych z zaskoczenia ziemian, ale, jak stwierdza Weston, nie można się bezczynnie przyglądać zwykłemu ludobójstwu, nawet będąc daleko od Ziemi, nie mającej pojęcia co się dzieje kawałek od niej. Akcja rozwija się wręcz zaskakująco pomyślnie dla Odysei i jej załogi (przynajmniej na początku), a obca cywilizacja, którą spotyka i przy okazji próbuje ratować, okazuje się być im nawet zbyt „bliska”: zaskoczył mnie pomysł z równoległą ewolucją, chociaż w starciu „oni konta my” wcale nie jest jednoznaczne to, kto jest lepszy, pomimo wyraźnej różnicy w „wieku” obu nacji. A jest jeszcze strona trzecia, atakująca…
Tu wydawałoby się być oczywistą rzeczą, że standardowo została stworzona jako „wróg doskonały”, ktoś, kto żyje tylko po to, by niszczyć wszystko inne. Odrobinę rozczarowujące, co? A jednak nie, bo w zakończeniu autor wprowadza nową ideę, którą tłumaczy dotychczasowe zachowanie nacji Drasinów i składa niejako obietnicę: myślicie, że do tej pory się działo? To zaraz zobaczycie.

Trudno mi się skupić się jednak jeszcze trochę na ludziach-kosmitach (pozwolę sobie ich tak roboczo nazwać), bo wydają się być odrealnieni do bólu. Już tłumaczę: jako ród o wiele starszy od ziemian, z wyżej zaawansowaną technologią, wroga traktuje jak coś z opowiadań dla dzieci, w ogóle nie interesując się kwestiami militarnymi. To po prostu banda pacyfistów, skrajnie brzydząca się przemocą, nie rozumiejąca idei broni. Czy może być coś bardziej irytującego? Pierwszą ich przedstawicielką jest Milla, znaleziona w kapsule ratunkowej. Jak na osobę, której naród wymiera w szybkim tempie, wykazuje zadziwiający opór wobec faktu, że jej planetę bronić ma ktoś, kto ma na pokładzie myśliwce i jest uzbrojony w działa robiące spore szkody (tak, one ZABIJAJĄ, pani Chans), co w równie zadziwiający sposób nie przyprawia załogantów o spazmy śmiechu bądź chęć dania pannie w pyszczek. Przeciwnie: bardzo spokojnie rzecz tłumaczą, dużo rozumieją, wygłaszają przy tym parę bardzo istotnych słów do przemyśleń własnych… A kobieta przez całą objętość książki ma czas przejść z pozycji „obce robale niszczą cały mój świat… o matko, on ma pistolet, pogarda bardzo” do „dziękuję za ratunek”. Mogę tylko podziwiać profesjonalizm i cierpliwość osób, które muszą z nią przebywać.

No właśnie, Milla. Jej tytuł (czy też szarża, szczerze mówiąc nie wiem), „ithan”, świadczyłaby o tym, że pełni dość istotną funkcję w społeczeństwie, jednak zupełnie nie znajduje to odzwierciedlenia w jej charakterze. Jest po prostu mdła, słaba, niezdecydowana i bierna, przez większość czasu robi wrażenie typowej „damy w opałach”. Jej wizerunek ulega pewniej poprawie dopiero w momencie, w którym można porównać ją do innych przedstawicieli jej ludu: im wyżsi stopniem, tym gorzej, co miało zapewne stanowić o specyfice całej nacji. Jest to spójne, sensowne, daje ciekawy kontrast, nadal jednak pozostaje irytujące dla czytelnika oczekującego po atakowanych pewnej chociaż współpracy z kimś, kto chce ich bronić, nie mówiąc już o jakimś własnym wkładzie. A tu jest daleka droga do przebycia. Swoją drogą, umiejętnie i ciekawie przedstawiona została kwestia wspomnianej już przeze mnie równoległej ewolucji: obie rasy ludzkie są niemal identyczne, ale… i tu autor ma jeszcze spore pole do popisu, co, mam nadzieję, dobrze wykorzysta. W przeciwieństwie do „kosmitów” dobrze wypada załoga Odysei, będąc zbiorem różnych charakterów, co zostało potraktowane z odpowiednią starannością. Zarówno mężczyźni jak i kobiety, na różnych stanowiskach, z jednakowym problemem z dopasowaniem się do zastanych warunków. Tak właśnie miało być: to wybrańcy, każdy gdzieś się zasłużył i ma własną legendę, nic dziwnego, że zebranie ich w jednym miejscu powoduje zgrzyty, do problemów z dyscypliną włącznie. Nad wszystkim panuje Weston, świeżo w randze kapitana, dawniej pilot myśliwca, którego działania i decyzje odbiegają od ściśle wojskowej normy, której można by tu oczekiwać, jednak to jego nieobycie i brak doświadczenia (zwłaszcza w stosunkach towarzyskich) zdają się dobrze uzupełniać braki całości, pozwalając mu skutecznie nad wszystkim panować. Innymi słowy: zarówno sama Odyseja, jak i cała jej załoga, zdecydowanie przypadły mi do gustu.

Zarówno wypowiedzi bohaterów, jak i część opisowa książki bogata jest w szczegóły techniczne dotyczące zarówno Odysei (w końcu to dla Ziemian nowość), jak i ogólnych kwestii technologicznych dotyczących podróży kosmicznych; poruszono tu kwestie napędu nadświetlnego i antygrawitacji – których ludzkość nadal nie posiada (wyjąwszy ten tachionowy; swoją drogą, momenty skoków i ich wpływ na załogę zostało opisane po prostu świetnie), ale „obcy” już tak – głównie pod względem pojawiających się na drodze nauki przeszkód. W konfrontacji z cywilizacją równoległą, dla której te rzeczy są oczywiste, natomiast żywo reagują już na coś takiego, jak komunikaty głosowe ze strony maszyn pokładowych (skądinąd trochę słaby motyw, znają wszystko i więcej, a takiej drobnostki nie widzieli…), pojawia się ciekawa opcja wymiany wiedzy, co do której przewiduję problemy w przyszłych tomach, ale znowu – dajmy się zaskoczyć! W „Odyssey One” nie znalazłam natomiast tego, czego się obawiałam: że „fiction” będzie przeważać nad „science” i autor trochę za daleko zapuści się w wyobraźnię, nie zważając zupełnie na fakt, że czytelnik może ni cholery tego nie kupować, zwłaszcza, że współczesna nauka ma już sporo do powiedzenia w tych sprawach. Nie, tego zjawiska nie ma, opisy technologiczne są raczej powściągliwe i rzeczowe, bez zagłębiania się w szczegóły i „co by było, gdyby”, zwłaszcza, że rozwiązań nowych u Ziemian nie ma tam znowu tak wiele, autor najwyraźniej wie o czym pisze i nie próbuje nic dokładać na siłę. A to się chwali.

Książka pisana jest językiem barwnym i żywym, chociaż momentami obserwowałam z pewnym zmieszaniem pojawiające się opisy mimiki bohaterów. Za dużo, za często, może nie byłoby to tak zauważalne, gdyby nie to, że lubią się grupować w jednym miejscu. Szczególnie dotyczy to postaci Milli Chans, która potrafi blednąć i otwierać usta ze zdumienia kilka razy w jednej scenie. Mocną stroną jest humor, bo zabraknąć go nie mogło, zwłaszcza, że mamy do czynienia z wojskowymi, i to z tych bardziej doświadczonych w swoim zawodzie. Poziom żartów jest różny, od zakładów, robionych przez pilotów myśliwców („przetrwam skok statku na stojąco i nie zwrócę obiadu!”) do wyrafinowanych, politycznych niemal aluzji czynionych przy bardziej oficjalnych okazjach. Więcej jest oczywiście tego pierwszego, co sprawdza się wspaniale jako rozluźniacz atmosfery w sytuacji walki o życie. Mały problem zauważyłam jedynie przy okazji kwestii czysto technicznych, czyli korekty. W pewnym momencie wcale porządny poziom poprawności językowej i ortograficznej tekstu po prostu się kończy, tak jakby korektorom nie chciało się sprawdzać całości, poprzestając na mniej więcej połowie. Niestety, czytelnik na danej połowie raczej czytania nie skończy, więc nie ma cudów – błędy zgrzytają czasem dość niemiło. Nie jest ich znowu tak dużo, są jednak czasem dość banalne i proste do wyłapania, jak dziwny szyk zdania bądź dwukrotne powtórzenie tego samego słowa, o przecinkach w dziwnych miejscach nie wspominając.

Podsumowując, „Odyssey One: Rozgrywka w ciemno” to jeden z ciekawszych przedstawicieli gatunku space opera, jaki zdarzyło mi się czytać. Nie zawiodłam się, z książką pana Currie spędziłam kilka przyjemnych godzin i z pewnością zapoznam się z dalszymi częściami cyklu; muszę się dowiedzieć, jak rozwiną się stosunki między oboma rasami ludzkimi, o co tak naprawdę chodzi z Drasinami, i, przede wszystkim może, jak będzie wyglądał rozwój militarny nacji, która przemoc uważa za przejaw zacofania i zło wszelakie. Szybka akcja przeplatana etapami planowania taktyki, świetnie opisane starcia (w tym kulminacyjnym robiłam aż przerwy na oddech, niepewność i napięcie nie dały się znieść), wszechobecne kontrasty i utrudnienia to tylko niektóre z zalet pierwszego tomu cyklu o Odysei, i mam nadzieję, że kolejne utrzymają ten poziom.
Czytaj dalej >> << Zwiń
Czy ta recenzja była przydatna?

Dodaj recenzję

Dołącz do grona naszych recenzentów. Dziel się z innymi miłośnikami książek wrażeniami z lektury. Cenimy wszystkie opinie naszych czytelników, stąd też w podziękowaniu za każdą opublikowaną recenzję proponujemy rabat - 5% na kolejne zakupy ...

Jak to działa?

Wyszukujesz książkę, którą chcesz się podzielić z innymi czytelnikami.
Piszesz recenzję. Logujesz się.
Możesz napisać kilka słów o sobie i wgrać swoje zdjęcie albo wybrać ilustrację z bazy awatarów.
Twoja recenzja czeka na akceptacje i publikację.
Po jej zatwierdzeniu:
a) otrzymasz w ciągu 24 godzin 5% kod rabatowy na kolejne zakupy.
- Rabat nie obejmuje podręczników.
- Kod rabatowy jest ważny miesiąc. Należy użyć go w czasie składania zamówienia.
b) dołączasz do grona recenzentów.

Więcej Zwiń

Twoja ocena