Koszyk 0

Ocalała z piekła... Wojna dotarła do jazydzkiej wioski w północnym Iraku...

Na początku zimy 2014 roku Dżinan, mieszkanka jazydzkiej wioski u podnóża góry Sindżar w północnym Iraku, poznała Thierry'ego Oberlé, reportera francuskiego dziennika „Le Figaro”. Opowiedziała mu swoją historię piekła wojny. Sprzedano ją dwóm „bojownikom” — policjantowi i imamowi, była więziona i torturowana. Zmuszono ją do przejścia na islam, podobnie jak pozostałe niewolnice. Miała szczęście. Udało jej się uciec. Jej „odrodzenie” możliwe stało się między innymi dzięki tej książce, powstałej z myślą o niej samej i o wszystkich kobietach, które spotkał podobny los, także i tych, które przypłaciły swoje przejścia życiem.

Przeczytaj fragment książki Niewolnica ISIS, Dżinan, Thierry Oberlé.

Pasza zaś poi się krwią młodych!
Odrywa młodzieńca od wybranki!
Przeklęty, kto rozłącza miłujące się serca!
Przeklęty, kto dzierżąc władzę, nie zna litości!
Nie zwrócą nam mogiły zmarłych,
Lecz Anioł Najwyższy usłyszy nasz krzyk!
— pieśń jazydów

Rozdział 1. Rozłąka.

„Daesz atakuje” • Popłoch wśród Kurdów • Na wygnańczym szlaku • Programowa inwazja • „Mężczyżni na lewo, kobiety na prawo” • Deportowana

Tej nocy powrócił do mnie zły sen. Byli w nim mężczyżni bez twarzy, z szablami u pasa i kałasznikowami przewieszonymi przez ramię. Chodzili po wsi. Były ich tysiące. Hordy wojowników bez twarzy, nosów, ust. Zastępy widm w czarnej jak smoła nocy. Nieśli ze sobą pochodnie. Ulica stała w płomieniach, a nasze domy zamieniły się w stosy. Mężczyżni bez twarzy ryczeli jak niedżwiedzie.
— Wyrżnąć ich w pień! — wrzeszczeli.
Wtargnęli do naszego domu, by zmieść mnie serią z karabinu.
Obudziłam się z łomocącym sercem.

Przez ażurowe zasłony do pokoju wpada blada poświata dnia. Przewracam się z boku na bok, z głową ciężką od nocnych mar. Mojego męża Walida nie ma już od dwóch tygodni. Mój ukochany pracuje jako murarz na budowie w As-Sulajmanijja, dużym, otoczonym górami mieście w irackim Kurdystanie.

Z kuchni dolatuje zapach gotującej się zupy z soczewicy. Teściowa przygotowuje śniadanie. Dom rodziców Walida powoli wybudza się ze snu. Ich najstarsza córka, Nesrin, i jej córeczka Rezan śpią jeszcze. Młodsza córka, Amina, zabrała się właśnie do gry w karty w swoim telefonie komórkowym, gdy nagle telefon wibruje. Dzwoni Diana, kuzynka z pobliskiej wsi.
— Daesz wkroczył do wsi! Daesz atakuje!

Wiedziałam, że któregoś dnia trzeba będzie w pośpiechu się pakować. Od dłuższego czasu dręczyło mnie narastające poczucie zagrożenia, a wraz z nim przerażająca myśl, że oto nadchodzi koniec pewnego świata — mojego świata. Nigdy dotąd nie czułam czegoś podobnego. Nieuchronny kataklizm pędził w moją stronę, zmiatając na swojej drodze wszystko.

Trzeba zwijać manatki. Ojciec Walida, Kero, ponagla swój mały, kobiecy światek. Jego żona Amsza zalewa się w kuchni łzami; słyszę, jak na ziemię spada z łoskotem sterta garnków. Zrywam z podłogi wełniany kilim przy łóżku i razem z Kero podnosimy cementową płytę. Wyjmuję ze skrytki skórzaną sakiewkę i ręcznie wykonaną pończochę oblepioną grubą warstwą kurzu. Zrobiłam je zaraz po ślubie, by ukryć w nich nasz majątek: około trzech tysięcy dolarów w srebrze i złocie. Nasz skarb.

— No już, szybciej! Wyciągaj to! — pogania mnie Kero.

Nesrin złości się, bo Rezan marudzi. Zastanawia się, jakie rzeczy córeczki ma ze sobą zabrać. Rezan dopiero uczy się chodzić, właśnie zaczęła mówić dajeke [„mama”]. Pomagam Nesrin schować pod ubraniem jej własną fortunę, pięć tysięcy dolarów. Jej męża Baktiara także nie ma w domu. Pracuje jako robotnik w północno-wschodniej części kraju, przy granicy z Turcją.

Teść ponagla. Bierzemy zapas żywności: chleb, warzywa, wodę. Dużo wody, bo dzień zapowiada się skwarny. On sam chwyta kałasznikowa. Ukrywa go pod siedzeniem w samochodzie, a w schowku dodatkowo rewolwer. Widok Kero z bronią w ręku, z dłonią zaciśniętą na kolbie, dodaje mi odwagi. Zamykam oczy, biorę głęboki oddech i wsiadam do starego, brązowego opla vectry. Machinalnie zatrzaskuję drzwi, kręci mi się w głowie. Na siedzeniu obok Rezan mazgai się na kolanach matki. Mała jest jak gąbka: wyczuwa wiszący w powietrzu strach i go wchłania.

— Jesteś niemożliwa — złości się jej matka. — Uspokój się, to nie pora, by się mazać!

Kero uruchamia silnik, zwalnia ręczny hamulec i nagle sobie coś przypomina:

— Boże drogi! Zapomniałem o ptakach! Siedżcie tu! Zaraz wracam!

Rusza biegiem w stronę woliery i pośród ogólnego świergotu i trzepotania skrzydłami otwiera klatkę. Kolorowo ubarwiony ptak sfruwa z żerdzi i wystawia na zewnątrz dzióbek. Waha się przez sekundę, ale już po chwili wylatuje. W końcu przysiada na kamieniu. Tylko on jeden zaryzykował wyprawę. Zgraja kanarków ani myśli iść w jego ślady. Przynajmniej na razie. Ale czy to czas, by się tym teraz martwić?

— Musicie sobie radzić sami, przyjaciele — mruczy pod nosem Kero.

Sąsiedzi przytroczyli już bagaże do dachu swojego samochodu, ale wciąż jeszcze nie są gotowi. Ruszamy bez nich. Na głównej ulicy rejwach. Po położonej u podnóża góry Sindżar wsi wiadomość o ofensywie Daeszu rozniosła się lotem błyskawicy. Mieszkańcy umykają pieszo, samochodami lub stłoczeni na przyczepach furgonetek. Wieś ogarnęła panika. Co bardziej przewidujący są już w drodze. Mniej zaradni uwijają się z ostatnimi przygotowaniami.

Wśród tych, którym najbardziej się spieszy, rozpoznaję Baszira i Rożka. Wczoraj jeszcze gotowi byli „bronić się do ostatniej kropli krwi”. Tak przynajmniej głosili wszem wobec. Należą do brygady strażników. Zaciągnęli się, by brać udział w nocnych wartach. Byle szmer i zaraz było słychać strzały. Nie przejmowaliśmy się tym zbytnio. Nie mieli doświadczenia, toteż strzelali na oślep. Czuli się przez to pewniej. A i my przy okazji też.


Przez ostatnie dni sklepikarze nie podnosili już metalowych rolet, a rolnicy nie wychodzili w pole. Zamarła wszelka działalność. Zamierzaliśmy wymknąć się jak najdyskretniej, zanosiło się jednak na skomplikowaną wyprawę. Ujść przed inwazją Daeszu oznaczało objechać masyw góry Sindżar wraz z pobliskimi szczytami, zahaczyć o Rożawę, syryjską część Kurdystanu, przebyć Tygrys i powrócić do irackiego Kurdystanu bardziej na północy, w pobliżu granicy z Turcją. Naszym celem były okolice miasta Zachu, gdzie mieliśmy krewnych. Dawało to w sumie dwustukilometrową pętlę. Peszmergowie, kurdyjscy bojownicy, odradzali nam tę podróż.

— Po co macie jechać? Obronimy was. Możecie na nas liczyć. Znacie nasze męstwo — chełpił się Kekan, dowódca oddziału peszmergów stacjonującego we wsi i w okolicach.

Tych, którzy mimo wszystko wybierali się w drogę, peszmergowie twardo sprowadzali na ziemię:

— Nie zajedziecie daleko. Nie dostaniecie się z Syrii do Iraku. Granice pozamykane. Nie objedziecie gór.

Mieliśmy dotąd zaufanie do peszmergów — „tych, którzy nie boją się śmierci”. Kekan miał wielki, wystający brzuch. W niczym nie przypomniał Saladyna, legendarnego wodza kurdyjskiego pochodzenia, który tak chlubnie zapisał się w dziejach arabsko-muzułmańskich. Ojciec Walida, Kero, twierdził, że Kekan dzielnie bił się przeciwko ziejącemu nienawiścią do Kurdów i jazydów Saddamowi, lecz czyny te były odległą przeszłością. Mit bojownika żył jednak nadal swoim własnym życiem, jako coś całkiem oczywistego. Kekan cieszył się poważaniem. Dwadzieścia pięć lat temu, gdy w swym okrucieństwie dyktator dopuścił się ataku chemicznego na Kurdów z Halabdży, Kekan mężnie stanął do walki. Był najdzielniejszym z dzielnych. Nie przyszło nam nawet na myśl, by ktoś taki mógł nocą 3 sierpnia tak po prostu wziąć nogi za pas.

Kekan wraz ze swym skromnym oddziałem opuścili wieś krótko przed wschodem słońca. Powiadomili przedtem jazydzkich wartowników, że Daesz przypuścił szturm na Sindżar, duży, liczący trzysta tysięcy mieszkańców ośrodek administracyjny regionu. Kekan dostał rozkaz, by się wycofać. Porzucił posterunek. Nie on jeden. Chrześcijańskie wsie na równinie Niniwy i miasto Karakosz spotkał podobny los. Ale o tym miałam dowiedzieć się póżniej.

Już od miesięcy żyliśmy w okowach strachu. Fala grozy napłynęła w maju z Syrii do Iraku, wraz z ogłoszeniem przez sunnickich rebeliantów, że likwidują oficjalne granice, zastępując je granicami jedynego uznawanego przez nich państwa — Mezopotamii. My, jazydzi, mówiąc o Islamskim Państwie Iraku i Lewantu, używamy jednak jego islamskiej nazwy — Daesz.

W czerwcu, nie napotkawszy większego oporu, Daesz wkroczył do Mosulu, drugiego co do wielkości miasta Iraku, liczącego dwa miliony mieszkańców. Armia iracka rozpierzchła się w popłochu. Podobny scenariusz rozegrał się w Tal Afar, dwadzieścia kilometrów od nas.

Gdy 9 czerwca padło Tal Afar, szyiccy Arabowie schronili się w naszej wsi. Przyjęliśmy ich godnie. Rodziny, które miały wolne pokoje, zaprosiły uchodżców pod swój dach. Ci, dla których nie starczyło miejsca, zostali zakwaterowani w szkole. Opowiadali o okrucieństwie Daeszu, a ich opowieści mroziły mi krew w żyłach. Rozmawiałam na pewnym weselu z dziewczyną, której ojciec muzyk, podówczas już na wygnaniu, przygrywał na flecie w duecie ze swoim synem wtórującym mu na bębnie. Uciekła przed Daeszem, ale była świadkiem, jak bojownicy Daeszu strzelali na oślep do cywili na ulicy, sama zaś musiała pocieszać kuzynkę, która padła ofiarą gwałtu. „Nie tylko Daesz jest przeciw nam. Inni sunnici, ludzie, którym codziennie mówiłam »dzień dobry«, napadli nas i złupili. Wygnali nas z domu, by przejąć nasze mienie” — opowiadała. Rodzina muzyka straciła wszystko poza fletem i bębnem. „Jeśli ci ludzie są zdolni do podobnego barbarzyństwa wobec szyitów — myślałam — możemy spodziewać się najgorszego”. Byłam pewna, że wobec nas będą jeszcze okrutniejsi. Bałam się, że jazydzcy mężczyżni polegną w walce o honor swego ludu.

Nie jesteśmy muzułmanami jak szyici, a Biblia, święta księga chrześcijan, nie jest naszą księgą. Dla sunnitów z Daeszu jesteśmy szumowiną ludzkości. Grozi nam wielkie niebezpieczeństwo, bo my, jazydzi, jesteśmy inni niż wszyscy. Nasza religia jest jedną z najstarszych na świecie. Nie czekaliśmy na pojawienie się żydów, chrześcijan i muzułmanów, by wierzyć w jedynego Boga. Nasz kalendarz liczy sobie 6765 lat. Zawsze staraliśmy się trzymać z dala od konfliktów wyznaniowych i politycznych, wciąż jednak padaliśmy ofiarą rzezi i prześladowań. Ponieważ jesteśmy inni. Wierzymy w Boga Wszechmogącego i jego siedmiu Aniołów, a jednak od wieków uchodzimy za odszczepieńców i niewiernych. Dlatego żyjemy na uboczu, u stóp masywu Sindżaru, gotowi w każdej chwili wspiąć się na jego zbocza, by uniknąć zsyłek i pożarów wsi. Te góry to nasza twierdza.

Historia się powtarza. Od upadku Mosulu sidła zaciskają się wokół nas coraz ciaśniej. Państwo Islamskie zastukało do naszych drzwi. Ogłosiło się kalifatem i obrało sobie za przywódcę Abu Bakra al-Bagdadiego. Nigdy wcześniej nie słyszałam o tym kalifie, któremu pokłon mają złożyć wszyscy muzułmanie. Niewiernych zaś, czyli kafir, jak nas nazywa, obiecał zmieść z powierzchni ziemi.


W pierwszej kolejności zamierzamy przedostać się do odległej o zaledwie dziesięć kilometrów wsi Ardan, z której pochodzi teściowa; tam, w polu u podnóża gór, zostawić samochód, wspiąć się na zbocza masywu, znależć tymczasową kryjówkę i przeczekać. Jeśli Daesz się zbliży, podejdziemy wyżej. Jeśli nie, zejdziemy, wsiądziemy do samochodu i ruszymy w dalszą drogę.

Za pierwszymi wzniesieniami ścieżka gubi się pośród skał gładkich jak wnętrze dłoni. Posuwamy się jedno za drugim, gęsiego, ocierając się o skarlałe krzewy, podobne do parasoli morwy o długich, wystających gałęziach i fioletowo-zielone skupiska ostu kąsającego nas w nogi. Suche jak wióry kępy traw trzeszczą pod stopami. Ziemia jest rozpalona.

Nagle zza wąskiego zakrętu wyłania się wejście groty. Z kijem w ręku teść podejrzliwie zagląda do środka, sprawdzając, czy aby nie zakłócamy spokoju jakiemuś dzikiemu zwierzęciu. Naprzeciw wejścia ściana przewężenia tworzy rodzaj wysokiego cypla, strzelającego w górę i oddzielającego nas od wsi. Kryjówka wprost idealna! Rozkładam na ziemi obrus z myślą o posiłku.

Od świtu bezskutecznie próbuję dodzwonić się do Walida. Połączenie niemożliwe. Przeciążenie sieci. Wszyscy w okolicy powtarzają ten sam gest: w kółko wybierają ten sam numer i w kółko słyszą to samo arabskie lub kurdyjskie zdanie: „Abonent czasowo niedostępny. Prosimy zadzwonić póżniej”. Usiłuję przerzucić się na inną sieć. Bezskutecznie.

W końcu, wczesnym popołudniem, udaje się.

— Walid! Jesteśmy w górach nad wsią! Strasznie za tobą tęsknię! Co z nami będzie?!
— Nie bój się! Trzymaj się moich! Wszystko będzie dobrze!
— Kocham cię, ruhe men [„duszo moja”]!
— Ja ciebie też, dżiana men [„życie moje”]!

Wybucham szlochem. Walid stara się mnie w prostych słowach uspokoić, ale niewiele może zrobić. Choć As-Sulajmanijja jest tylko o kilka godzin drogi stąd, ofensywa Daeszu odcięła nas od reszty Kurdystanu. Rozłączam się i zastygam w bezruchu.
Leżymy pod osłoną cienia.

Z dołu dobiegają krzyki. Urywki zdań wzlatują z doliny ku górze, odbijając się echem o głazy. Ktoś idzie po skałach w naszą stronę. Coraz wyrażniej słychać kroki. Podrywam się do ucieczki. Ojciec Walida uspokaja mnie ruchem ręki.

— To inni uciekinierzy.

Kobiety mają na głowach chusty dla osłony przed palącym słońcem, mężczyżni turbany. Pytają, czy wiemy, co się dzieje na dole. Wahają się: którędy iść?

— Witajcie w naszych skromnych progach! Mam nadzieję, że nie boicie się węży — mówi z uśmiechem Kero.

Stara się być dowcipny — udaje gospodarza przyjmującego pod swym dachem znamienitych gości.

— Boimy się tych z Daeszu — rzuca w odpowiedzi młody ojciec. — Z tymi z gór damy sobie radę!

Jego dwaj nastoletni synowie zgrywają twardzieli. W wewnętrznych kieszeniach kurtek noszą rewolwery i korzystają z okazji, by pochwalić się sukcesami w polowaniu na gady. Pierwszy jednym ciosem rozpłatał łeb długiej na metr żmii. Drugi widział, jak „miodowy jad spływał z kłów sterczących ze zmiażdżonego łba”.

— Szkoda, żeśmy go nie zebrali i nie posmarowali nim chleba — mądrzą się, zadowoleni z siebie. Coraz to nowi uciekinierzy przechodzą obok nas, ale nie zatrzymują się nawet; spieszno im, by wejść wyżej.

— Idziemy do Mazar Szaraf el-Din — rzuca jeden z nich. — Jazydzcy bojownicy bronią tego świętego miejsca. Setki rodzin już się tam schroniły. Zastały tam dach nad głową, kapłanów, zapasy wody i jedzenia.

W regularnych odstępach czasu przechodzą kolejne grupy, obwieszone tobołkami i ciągnące za sobą walizki przewiązane sznurkiem. Spieszą się. Przodem idą mężczyżni, przecierając szlak kobietom — starszym i młodszym, w kwiecistych wiejskich sukienkach, otoczonym wianuszkiem dzieci. Kobieta w ciąży krzywi się z wysiłku. Jakaś dziewczyna rozpacza — dowiedziała się, że matkę, która została w domu, zabili dżihadyści. Jazydzcy wygnańcy wytrwale podążają naprzód.

My nie ruszamy się z miejsca. Czekamy pod osłoną cienia, zaszyci wewnątrz kryjówki. Myślami jestem daleko. Z Walidem. Wyobrażam go sobie w As-Sulajmanijja, tym półtoramilionowym mieście, którego nie widziałam na oczy.

Opowiadał mi już o Ankawie, zamieszkałej przez chrześcijan dzielnicy Irbilu, w której budował willę dla bogatego Asyryjczyka. Już wtedy liczyłam dni, a on mówił o ceglanych kościołach i bijących z całej siły dzwonach zwołujących wiernych na modlitwę. Opisywał tarasy kawiarń, gdzie dziewczęta i chłopcy wspólnie palą sziszę, popijając coca-colę i lane piwo — alkohol serwowany im przez jazydzkich kelnerów. Nie wierzyłam własnym uszom. Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie ubarwia swej opowieści, by zrobić na mnie wrażenie. Smak wolności, którego zakosztował, budził we mnie zazdrość. Zdarzyło mi się myśleć, że przecież mógł poznać w tej Ankawie, na przedmieściach Irbilu, stolicy Kurdystanu, inną kobietę, przechodzącą właśnie obok jakiegoś marmurowego pałacu czy wysokiego budynku, jakie widywałam w telewizji.

Walidzie, mój ukochany, mój najdroższy, brak mi ciebie.

U wlotu groty płonie ognisko z dębowych szczap. Co jakiś czas ogień rzuca poblask na niebo. Zwijam się w kłębek. Drzewa, kamienie, ziemia powoli stapiają się w ciemność. Musiałam zapaść w sen. A jeśli to koniec naszego ludu? Siedemdziesiąte trzecie ludobójstwo, skoro było już ich siedemdziesiąt dwa. Pamięć o nich przechodzi z pokolenia na pokolenie, zawarta w przekazach przodków. Nasze dusze od tak dawna już nasiąknięte są grozą tamtych tragedii. Moi dziadkowie, a przed nimi ich dziadkowie i dziadkowie ich dziadków nosili w sobie ślady tej grozy. I ja także, podobnie jak oni, naznaczona jestem tym pierwotnym strachem przed zagładą. Zdaje mi się, że słyszę, jak szakal krąży wokół naszej kryjówki. Mówią, że noc przynosi radę. Nie mnie, nie tym razem.


Na wschodzie pojawią się pierwsze oznaki świtu. Rankiem tego dnia, 4 sierpnia, teść odbiera wreszcie mniej alarmujący telefon. Przyjaciel przedostał się przez granicę z Syrią. Przy odrobinie szczęścia może i nam się uda. Może damy radę objechać szosą góry Sindżar? Czy nie lepiej zaryzykować teraz, zamiast czekać i być może zostać zmuszonym do pieszej wspinaczki w promieniach palącego słońca, z malejącym zapasem wody i Daeszem depczącym po piętach?

Kero podejmuje decyzję. Opuszczamy grotę i schodzimy w dół. Połowa towarzyszy niedoli, którzy koczowali u naszego boku, idzie w nasze ślady, reszta decyduje się na wspinaczkę.

Schodzimy i wsiadamy do samochodu. Nasza karawana liczy szesnaście pojazdów, rozklekotanych gratów z rzężącymi silnikami. Opel ojca Walida jedzie za innymi, powoli, z włączonymi światłami, wzniecając tumany kurzu. Za nami, zderzak w zderzak, sunie radziecki łazik. — To uaz — komentuje ze znawstwem Kero. — Niezniszczalny poprzednik toyoty land cruisera.

Właściciel kupił go od szyickiego Kurda irańskiego pochodzenia, jak dowiadujemy się od niego podczas postoju spowodowanego przegrzaniem chłodnicy. Kero, pasjonat mechaniki, wychwala jakość wykonania i wytrzymałość modelu, ale widać, że w głębi duszy targa nim niepokój. Słuchamy go jednym uchem.

Próbuję połączyć się Walidem. Udaje się za pierwszym razem. Walid jest cały w nerwach. Zamierza wsiąść do taksówki i przyjechać z As-Sulajmanijja do Zachu, dokąd mamy nadzieję dotrzeć, nadrabiając drogi przez Syrię.

— Przyjadę, ale nie mogę zerwać się z budowy bez uprzedzenia — tłumaczy. — Porozmawiam dziś z szefem, poproszę, by mi dał wypłatę, i już jadę! To daleka droga, ale ty, skarbie, masz jeszcze dalej. Nie martw się!

Nagle rozlega się wybuch. Odruchowo chowam głowę w ramionach. Na tyłach naszej kolumny pojawiają się samochody Daeszu. Ojciec Walida mówi, że widzi ich w lusterku. Strzelają ponad naszymi głowami.

— Walid, rozłączam się! Są tu! Daesz tu jest! Walid, ratuj!

Pojazdy z czarną flagą mijają nas kolejno, pędząc w stronę czoła kawalkady. Kilkudziesięciu dżihadystów strzela w naszym kierunku z równoległego pasa. I nam dostaje się gratis ostrzegawcza seria. To strzały w powietrze, ale drętwiejemy z przerażenia. Mija nas czarny humvee z wyrzutnią rakiet na dachu. Przypomina pancerny sejf na kołach. Jadący w środku wyglądają jak ufoludki, ale ja wiem, że są stąd. Może nawet widziałam już kiedyś tego dżihadystę, który teraz otwiera w trakcie jazdy drzwi samochodu, by lepiej nam się przyjrzeć. Może spotkałam go już kiedyś w Sindżarze, nim rozpętało się powstanie sunnitów. Mógł być wtedy zwyczajnym gapiem, jednym z wielu w anonimowym tłumie. Ze zwierzęcym wyrazem twarzy drapie się po brodzie. Ma na sobie przykrótkie bojówki, a przez ramię przewieszony pas z amunicją. Na głowie czarna bejsbolówka z daszkiem.

Dżihadyści docierają do czoła karawany, gwałtownie hamują i tarasują nam drogę. Na dachu każdego pick-upa DSzK — ciężka broń maszynowa strzelająca z prędkością kilkudziesięciu wielkokalibrowych naboi na sekundę. Samochody jazydów zatrzymują się jeden po drugim. Ojciec Walida hamuje, ale nagle rusza z kopyta. Opel wyrywa się do przodu na oczach zdumionych dżihadystów. Przebijamy się z lewej przez kordon, przelatując po koleinach. Udało się — prawie. Przez tylną szybę widzę jeden z pick-upów, który ruszył za nami w pościg i zbliża się coraz szybciej.

— Tato, stój! — krzyczą Amina i Nesrin.

Jeden z pocisków trafia w karoserię, przeszywając bagażnik. Celują w opony. Teść daje za wygraną. Hamuje i wysiada z rękami w górze. Oczyma wyobrażni już widzę, jak zmiata go seria z karabinu, ale nie — dżihadyści mają wobec nas inne plany. Każą mu z powrotem wsiąść do samochodu, zawrócić i włączyć się do kolumny. Kero posłusznie wykonuje rozkaz.

Dżihadyści wyciągają nas z opla. Są przerażający, dokładnie tacy, jak ich sobie wyobrażałam. Niektórzy mają twarze zasłonięte czarną chustą. Nie po to, by ich nie rozpoznano — tym się akurat nie przejmują. Maskują się, by budzić strach i zabezpieczyć się przed pyłem. Po akcencie poznaję, że to arabscy sunnici stąd lub z okolic Bagdadu. W pierwszej kolejności rzuca mi się w oczy ich broń — nowiuśkie karabiny szturmowe M16, kałasznikowy i przytroczone do pasa granaty. Twarze dostrzegam póżniej.

Komitet powitalny obrzuca nas stekiem wyzwisk.

— Jeszcze jedna taka akcja i już po was — ostrzega wysoki facet w drelichu, przejeżdżając dłonią po szyi w geście podrzynania gardła.

Spluwa.

— Zabieramy was do Rakki, w Syrii, odszczepieńcy jedni, psy niewierne! Kalba, kurwy, gównozjady!

Na przodzie pick-upa powiewa sztandar z pieczęcią Proroka i wykaligrafowanym po arabsku islamskim wyznaniem wiary: la ilaha illa’llah — „Nie ma boga prócz Allaha”. Czy rzeczywiście zawiozą nas do Syrii?

Stoimy samotni i bezradni, twarzą w twarz z ich zajadłością. Pozostali czekają w samochodach za zasuniętymi szybami. Zastygliśmy w bezruchu. Nasza wyprawa dobiegła końca tu, pośrodku stepu, tego więzienia pod gołym niebem. Setka pojazdów stoi unieruchomiona. Dżihadyści wezwali posiłki. Pilnuje nas tuzin mężczyzn w spodniach do pół łydki i wojskowych bluzach. Powiedzieć, że nas nienawidzą, to mało. Staram się nie patrzeć im w oczy.

Pod czujnym okiem dżihadystów ruszamy w dalszą drogę. Gdy któryś z samochodów się psuje, pasażerowie porzucają go na trasie i tłoczą się w innym pojeżdzie.

Teść siedzi jak na szpilkach, teściowa rozpacza. Córeczce Nesrin jest za gorąco, chce jej się pić. Przejeżdżamy przez jakąś wieś. W pewnej chwili zauważam na drodze u stóp znaku drogowego opuchnięte zwłoki. To moje pierwsze martwe ciało. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam. A jeśli i ja skończę jak ten ktoś, gdzieś na poboczu drogi?

Dojeżdżamy do punktu kontrolnego, w którym panuje zamęt. Dżihadyści każą nam wyłączyć silnik i dołączyć do pozostałych jazydzkich rodzin zgrupowanych pośrodku pustego placu, obok dużego sklepu ze sprzętem AGD. Jest nas co najmniej tysiąc cywili, otoczonych przez uzbrojonych mężczyzn. Pod grożbą kałasznikowów wymierzonych w naszą stronę przesuwamy się w kierunku czegoś w rodzaju checkpointu. Bojownicy Daeszu trzymają w rękach duże rolnicze worki. Są młodzi. Byle słowo i walą w łeb.

Mamy im oddać całą gotówkę i wszystko, co wieziemy ze sobą! Złoto, biżuterię, telefony i komputery! Szybciej! I niech tylko ktoś spróbuje kantować!

Bez słowa wrzucamy do worków nasze dobra i dokumenty: dowody osobiste, telefony komórkowe, pieniądze, złoto, srebro, biżuterię. Zrywają nam naszyjniki, zszarpują bransoletki.

— Wszystko? — upewnia się jeden z rabusiów o cuchnącym oddechu hieny.

Potakuję.

— Lepiej, żebyś mówiła prawdę!

Nim przyszła moja kolej, przezornie zdążyłam zdjąć z szyi łańcuszek, wyjąć z medalika ślubne zdjęcie i schować je blisko serca. Wrzuciłam do worka łańcuszek z medalikiem, bransoletkę, pierścionki, złoto i srebro. Każdy kruszec osobno, do oddzielnej torby. Przepadł cały skarb. Złupili nas jak bandyci. Nikt z nas się nie postawił. Wrzucają torby ze zdobyczą na tyły pick-upów. Wszystko ściśle obmyślone. Przeczesują jeden po drugim samochody, konfiskują broń.


Spędzili nas w hali supermarketu, pełnej kuchenek, lodówek, zamrażarek i suszarek do bielizny. Są nas setki stłoczonych w salonie wystawowym sklepu z niezrozumiałych dla nas przyczyn. O co im chodzi? Stoję wciśnięta między dwie zmywarki. Celowo nie stanęłam w przejściu, bo ścisk tam taki, że szpilki nie da się wetknąć. Z irackiej gospodyni domowej marzącej o zmywarce do naczyń zamieniłam się w towar, który sam wkrótce stanie się przedmiotem targu. Stoję, jakbym połknęła kij. Jestem warta mniej od najtańszej mikrofalówki.

Pilnujący obrzucają nas wyzwiskami.

— Polujemy na was od setek lat, no i wreszcie was mamy! Kafir, odszczepieńcy jedni, niewierni! Już się nam nie wymkniecie!

Po bardzo długim czasie bez słowa wyjaśnienia każą nam wrócić do samochodów. Konwój znów rusza.

— Wygląda na to, że wiozą nas do Syrii — mówi Kero.

Szlocham. Jestem pewna, że to podróż w jedną stronę. Zamieniam się w fontannę łez. Teściowa pojękuje. Tylko Rezan się nie odzywa. Z wycieńczenia zasnęła w ramionach matki. We wszystkich pojazdach kolumny ludzie zalewają się łzami gorętszymi od upalnego powietrza. To karawana płaczu w piekle irackiego lata. Jej droga kończy się na jednym ze skrzyżowań, gdzie droga rozchodzi się w trzy strony: w kierunku zapory wodnej w Mosulu, granicy z Syrią i miasta Sindżar. Nad tablicą oznajmiającą zaporę powiewa ciąg czarnych flag. To pewnie ich strategiczny punkt.

— Koniec podróży! Wysiadka! — wrzeszczą dżihadyści.

Jechaliśmy zderzak w zderzak, parkujemy teraz na poboczu jak popadnie. Żołnierze Daeszu spędzają nas do kupy u stóp wzgórza, jak stado bydła.

— Mężczyżni z powrotem na drogę, kobiety i dzieci ani kroku dalej — rozkazują. — Szybciej!

Kero nie ma wyjścia, maszeruje w kierunku szosy. Nieposłusznym dla przykładu spuszczają lanie. Z dachu pick-upa z napędem na cztery koła celuje do nas stary radziecki bkc.

— Zostawcie mi męża! — błaga moja teściowa Amsza. — Jestem chora, potrzebuję go!

Dostaje kolbą karabinu w biodro. Kero ledwie zdołał ucałować na pożegnanie córki. Nie zdążył już pocieszyć żony — został wepchnięty do szeregu mężczyzn. Rozłożył ramiona w geście oburzenia i rozpaczy. Jeden z dżihadystów mierzy do niego z broni, gotów dla przykładu zmieść go serią z karabinu.

— Ruszaj się! I sed halgak [„morda w kubeł”]!

Setki mężczyzn — młodych, w sile wieku, starców — maszeruje po rozpalonym do białości asfalcie. Jest ich może ze trzystu. Kobiety i dzieci spoglądają na ten widok ze złamanymi sercami. Nas jest co najmniej pięćset.

— Rozstrzelają ich! Rozstrzelają i zasypią w rowie!

Wszystkie obawiamy się tego samego, przez tłum przebiega szmer. Kilka kobiet, bardziej śmiałych, decyduje się wspiąć na wierzchołek wzgórza, by zobaczyć, dokąd zabierają mężczyzn. Część z nich zostaje złapana, inne docierają do szczytu.

— Niektórzy wsiadają do autobusu, pozostali idą pieszo — donoszą nam po zejściu.
Same nie wiemy, co czuć — ulgę czy przerażenie?
Dokąd ich zabierają? Nie mamy pojęcia.


Dżihadyści nie oszczędzają na nabojach. Każdy rozkaz poparty jest ostrzegawczą serią z karabinu.

Zaczyna się kolejny przesiew. Sortują nas jak zboże, według kryteriów, które szybko stają się dla nas jasne. Młode i dojrzałe kobiety po jednej stronie. Starsze kobiety, matki i dzieci po drugiej. Mnie i Aminę, moją dwunastoletnią szwagierkę, wcielają do pierwszej grupy. Teściową, Nesrin i Rezan do drugiej. Korzystając z zamieszania, próbujemy z Aminą podkraść się do pick-upa, do którego wepchnięto je razem z matkami z dziećmi. Jakiś dżihadysta w wojskowym stroju drze się na całe gardło. Podchodzę jeszcze bliżej pick-upa. Dżihadysta puszcza serię wprost pod moje nogi. Kule odbijają się ze świstem. Bojownik ma długie włosy, gęstą brodę i ciemne oczy. Cofam się. Gdy tylko się odwraca, ponawiam manewr. Pędzę sprintem w stronę samochodu. Za nic nie chcę trafić do grupy niezamężnych i bezdzietnych kobiet. Dżihadysta dopada mnie po krótkim pościgu i ciągnie za ramię w kierunku Aminy.

— Chcę zostać z rodziną! Zostaw mnie z siostrami albo zabij!

Zwracam się do niego po arabsku. Przygląda mi się przez dłuższą chwilę w milczeniu.

— Emirze Abu Mussa, transport kobiet gotowy do drogi — zwraca się do niego jeden z jego zbirów. — Możemy ruszać w każdej chwili. Abu Mussa podnosi do góry szablę.

— Ty i ty, wsiadacie albo was skrócę o głowę! Wasza rodzina mnie nie interesuje. Wypuścimy ich. Ale was zatrzymamy.

Idziemy za nim w stronę autobusu z „ładnymi” kobietami. Już czeka z uruchomionym silnikiem. Po chwili rusza i z zasłoniętymi szybami obiera kurs na Syrię. Wpychają nas do pick-upa. Wsiadam i pomagam wsiąść Aminie.

— Jedziemy! — rzuca Abu Mussa, kierując się w stronę swojego hummera.


W samochodzie jest tak ciasno, że nawet nie można kucnąć, nie mówiąc już o siedzeniu. Nie mogę się ruszyć. £apią mnie potworne skurcze. Jest nas czterdzieści kobiet i dzieci stłoczonych w jednym pojeżdzie. Matki wzięły dzieci między nogi. Karawana pick-upów i furgonetek wzbija tumany kurzu. Dzieci nie mają czym oddychać. Matki podnoszą je co jakiś czas do góry. Droga usłana jest trupami. Wszystko to cywile — jazydzi schwytani wczoraj lub dzisiaj na próbie ucieczki.

— Widziałyście? Kierowca to jazyd — rzuca jedna z pasażerek.
— Nie łudż się, to niczego nie zmienia. To jeńcy brani na posługaczy. Pewnie brakuje im kierowców — wzdycha jakaś starsza kobieta.

Podróż jest koszmarem. W samochodzie panuje potworny ścisk. Upał, wertepy, pot i strach wykańczają nas.


Docieramy, zdaje się, do celu.
Wjeżdżamy do Sindżaru. Tu także na każdym kroku trupy w kałużach zaschniętej krwi. Ze stosów gruzu i piętrzących się wraków samochodów dolatuje odór rozkładających się ciał.
Miasto jest w rękach Państwa Islamskiego. Daesz sprawuje tu swoje rządy.

— Staniecie przed trybunałem. To on zdecyduje, co z wami zrobić!

Wchodzimy do splądrowanego dwupiętrowego budynku, dawnej siedziby PDK — Demokratycznej Partii Kurdystanu. Każą nam czekać na podwórzu, gdzie dopalają się resztki wyrzuconych przez okno drewnianych stołów. To pewnie tutaj przywożą transporty jazydzkich kobiet. Stoi tu już z setka więżniarek. I wciąż przybywa nowych, w każdym wieku, z dziećmi albo bez.

Strażnik przydziela mnie do grupy porządkowej. Naszym zadaniem jest uprzątnąć pomieszczenie archiwum. Na podłodze walają się luzem akta i odłamki szkła. Zabieram się do roboty.

Każą mi wrócić na podwórko.

Około dziesiątej wieczorem żołnierze, na których wcześniej nie zwróciłam uwagi, robią przegląd w szeregach kobiet. Oglądają swoją zdobycz z bliska, jak złodzieje delektujący się łupem. Przyglądają się naszym oczom. Szukają kobiet o jasnych żrenicach. Chwytają nas za podbródki i brutalnie otwierają nam usta, żeby obejrzeć zęby. Obmacują. Kobiety o zielonych i niebieskich oczach cieszą się największym wzięciem. Udaję niedorozwiniętą. Kurczowo napinam mięśnie szczęki, rozdziawiam usta i wywracam gałkami oczu. Dziecięcy trik, którym z moją przyjaciółką Dagan straszyłyśmy dzieciarnię. Dżihadyści odpychają mnie ze wstrętem. Zatrzymują pół tuzina kobiet.

Gruby brodacz w czerwonym kamizie i spodniach do pół łydki folguje sobie, obrzucając nas wyzwiskami. Nie zamykają mu się usta. Żołnierze powracają póżnym wieczorem, by zabrać sześciu mężczyzn zamkniętych w komórce. Więżniowie wychodzą ze spuszczonymi głowami, zawiązanymi oczami i skutymi na plecach rękoma.

Około dwudziestej trzeciej podają nam w miskach niedogotowany ryż. Do tego placki chleba twarde jak kamień. Od świtu nie miałam niczego w ustach, ale ryż nie przechodzi mi przez gardło. Robi się chłodniej. Piętnastoletni wyrostek bez śladu zarostu polewa grunt ogrodowym szlauchem. Gdy któraś z nas mu zawadza, odpycha ją. Woda nie wsiąka w twardo ubitą ziemię. — Możecie się kłaść! — dowcipkuje wyrostek.

Siadam w kałuży wody. W końcu i tak wyschnie. Trzęsę się ze strachu.


Rozdział 2. Jazydzkie dzieciństwo.

U podnóża Dżabal Sindżar • Na lekcjach pana Szukri • Źle zaaranżowane małżeństwo • Biała, koronkowa suknia • „Mabruk”

Jak daleko sięgamy pamięcią wstecz, nasz lud żył na obszarach Sindżaru — lub raczej Shingalu, jak brzmi jego nazwa w języku kurdyjskim — w nagich dolinach i na równinie wokół Dżabal Sindżar. Legenda głosi, że unoszona falą potopu arka Noego uderzyła o szczyt naszej góry. Uderzenie wstrząsnęło statkiem, powodując w kadłubie przeciek. Noego i zwierzęta uratował wąż, który zwinął się w kłębek w pęknięciu i zatkał go swoim ciałem. A arka żeglowała dalej po zalanych ziemiach Al-Dżaziry.

Urodziłam się 7 stycznia 1996 roku u podnóża naszej świętej góry, w regionie na pograniczu Syrii i Iraku, którego mieszkańcy nawykli do ciężkiej pracy fizycznej.

Pierwsze obrazy, jakie zapamiętałam z dzieciństwa, to widok mojego ojca Dżalala pracującego na roli. Jego świat kończy się na kilku poletkach pomidorów, bakłażanów, arbuzów, melonów i słoneczników. Co jakiś czas tato przenosi się z uprawą w inne miejsce. Jest „wędrownym” rolnikiem. Dzierżawi na rok kawałek gruntu.

Widzę go, jak w bufiastych spodniach i fezie z brązowego filcu haruje i zlewa się potem, a u jego boku mamę, Kortie, w białej sukience. Mama jest czuła i cicha. W swym białym stroju, nieskazitelnie czystym mimo pracy w polu, wygląda jak anioł. Starsze pokolenia mieszkańców Sindżaru kultywują tradycję. Mężczyżni od wieków przywdziewają te same długie, wycięte pod szyją koszule lub tuniki przewiązane szerokim pasem, kobiety zaś noszą się na biało, owijając głowę turbanem dla ochrony przed słońcem. Młodzi za to ubierają się w T-shirty i dżinsy, jak wszyscy Kurdowie w ich wieku.

Moi rodzice pobierają się w wieku zaledwie osiemnastu lat. Przychodzę na świat rok po ślubie, jako pierwsza z pięcioosobowej czeredki. Ojciec pracuje w okolicach Rabii, arabskiego miasta przy granicy z Syrią, zamieszkałego w większości przez Szamarów, wpływowe sunnickie plemię Beduinów, którego przywódcy odnoszą się z szacunkiem do przedstawicieli naszej społeczności.

Żyjemy w rytmie pór roku. Na czas gorących miesięcy, od kwietnia do listopada, przenosimy się w pobliże granicy z Syrią. Okres od grudnia do marca spędzamy w Nawdaszte, mojej rodzinnej wsi. Na nasz inwentarz składają się dwie kozy, sześć kaczek, dziesięć kur oraz pies. W czwartki i soboty tato wynajmuje furmankę, którą jeżdzi na targ. Nie wolno mi z nim jeżdzić. Jestem podobno za mała. Póżniej, gdy będę już nastolatką, tato zmieni zawód. Około 2010 roku wstąpi w szeregi irackiego wojska, tak zwanej armii Malikiego, od nazwiska wpływowego polityka tamtych lat, szyickiego premiera Iraku.

Gdybym tylko mogła powrócić do tamtych szczęśliwych, niewinnych lat, do tego skrawka raju z czasów mojego dzieciństwa. Mam trzy lata, biegam za drepczącymi po obejściu kaczkami. Na świat przychodzi moja siostra Hanan. Pamiętam jej pierwszy płacz i pierwszy śmiech. Jestem pewna, że wyjęto ją ze studni na tyłach ogrodu. No bo skąd niby miałaby się wziąć, jak nie z tamtej tajemniczej, bezdennej czeluści prowadzącej w głąb ziemi? Mam też o rok młodszego brata Sirwana, a póżniej urodzi się jeszcze jeden brat, Guelmehate, młodszy o siedem lat, oraz siostra Arwan, najmłodsza z nas wszystkich. Hanan to moja ulubienica. Czuwam przy niej, niczym jej własna matka, co przychodzi mi tym łatwiej, że mała wszędzie za mną lata. Ma na imię tak samo jak moja lalka o jasnych, kręconych włosach. Chyba że lalka ma tak jak ona.

Lubię, gdy mama sadza mnie na barana i zabiera ze sobą w pole, a potem pozwala mi się bawić w kwiatach słonecznika. Z wielką ostrożnością wślizguję się w gąszcz grubych łodyg, uważając, by ich nie połamać. Gigantyczne kwiaty rozpościerają nad moją głową dach ze swych olbrzymich płatków. Jakże przyjemnie jest w ich cieniu. Tato mówi, że słoneczniki są strasznie wytrzymałe. Mały słonecznik czym prędzej wyrasta w górę, by złapać jak najwięcej słońca. A gdy dojrzeje, jego głowa staje się bardzo ciężka, opada ku ziemi i rozsypuje spalone słońcem ziarna. Do siódmego roku mojego życia mieszkamy w rodzinnej wsi, w tak zwanym „zamku” — domu dziadków. Tak nazywa się u nas przestronny dom z kamienia i cementu, w niczym niepodobny do ruder z gliny i ze słomy, w których mieszka większość rodzin. W naszym „zamku” jest dwanaście pokoi, obok domu są dwa ogrody. Czuję się, jakbyśmy wraz z rodzicami i wujostwem mieszkali w pałacu. A potem nasza rodzina przenosi się do własnego domu, na równoległej ulicy.

Z płaskiego dachu naszej ceglanej siedziby spoglądamy na tarasy pozostałych domów przy głównej drodze. Moja wieś to dla mnie cud nad cudy. Nie sądziłam, że któregoś dnia opanuje ją horda okrutnych i krwawych morderców, fanatyków rodem z przeszłości. W najgorszych koszmarach nie śniło mi się, że zostanę niewolnicą Państwa Islamskiego.

W Nawdaszte co noc sypiam w ramionach mamy. Dni upływają mi w rytmie domowych obowiązków. Wstaję o ósmej, chyba że leniuchuję w łóżku. Jem śniadanie, czyszczę kanarkom klatkę, sprzątam i przygotowuję posiłki, na które składają się w większości wyhodowane przez nas warzywa. Mięso to luksus, który pojawia się na naszym stole wyłącznie z okazji świąt. Na śniadanie jemy jajecznicę i jogurt, a w zimie zupę z soczewicy. Na obiad ryż, liście winorośli, bób i fasolę. Na kolację pomidory, bakłażany i ziemniaki.

Po południu przychodzi Lalisz, moja przyjaciółka i sąsiadka, i bawimy się razem, albo biegnę do domu dziadków. Jestem bez dwóch zdań ukochaną wnuczką babci. Tak przynajmniej twierdzi.

— Jesteś naszą ulubienicą i będziesz nią zawsze, nawet gdyby twoi rodzice mieli i setkę dzieci. Pamiętaj, że gdybyś kiedyś potrzebowała, zawsze masz tu u nas dom — szepcze mi do ucha z uśmiechem po każdych nowych narodzinach.

Rozpieszcza mnie, obsypuje czułościami, podsuwa pod nos ciastka i cukierki, które kupuje w sklepiku u Baktiara.

Bardzo wcześnie oświadczyłam tacie: — Tato, chcę iść do szkoły.
— Pójdziesz, ale musisz jeszcze trochę podrosnąć. Nie bądż taka niecierpliwa — odpowiada.

W końcu, w wieku siedmiu lat, wkładam szkolny fartuszek i zarzucam na plecy tornister. Jest pierwszy pażdziernika, początek roku szkolnego. Tato bierze mnie za rękę. Długo idziemy ulicami. Tato jest równie dumny jak ja. Szkoła znajduje się w obrębie fortu, najstarszej części miejscowości. Dzieci stoją grzecznie na podwórku w równiutkich rzędach, czekają na nauczycieli. Jest ich strasznie dużo. Nigdy wcześniej nie widziałam tylu dzieci naraz.

Dyrektor szkoły, pan Dosto Szukri, jazyd, jest miłym i łagodnym człowiekiem, który ukrywa swą dobroć pod maską surowości. Z wykształcenia jest matematykiem, ale przekwalifikował się na nauczyciela podstawówki. Pan Szukri uczy mnie rachunków i logicznego myślenia. Jestem dobrą uczennicą, czego nie można powiedzieć o Lalisz. Moja przyjaciółka nie radzi sobie zbytnio. Wieczorami pomagam jej w odrabianiu lekcji. Na przerwach tańczymy w kółku albo ganiamy się po podwórku.

W naszych szkołach przez długi czas większość nauczycieli była arabskiego pochodzenia.

— Jazydzcy nauczyciele, tacy jak ja, to rzadkość — wyjaśnia pan Szukri. — Nasz lud jest słabo wykształcony.

Pan Szukri mówi, że szkoła otwiera przed człowiekiem wrota wiedzy. Dzięki niej nasza społeczność może wydobyć się z nędzy i zacofania. Według niego dopiero po uzyskaniu przez Irak niepodległości jazydzkie dzieci zaczęły mieć dostęp do szkoły. W porywie gniewu iracki rząd zamknął póżniej przed nimi jej drzwi, by zemścić się za bunt tutejszych plemion wymierzony przeciwko obowiązkowej służbie wojskowej. A potem zabrał się za nas Saddam Husajn… Niektórym udało się jeszcze skończyć studia. Wielu wybrało emigrację. Wiedzieliśmy we wsi, że ta lub tamta rodzina wyemigrowała do Niemiec albo że w sąsiedniej osadzie ten czy ów miał syna, który osiedlił się w Stanach.

Pan Szukri zwraca nam też uwagę, że zanim w 2003 roku doszło do obalenia Saddama, w szkolnych podręcznikach nie było mowy o jazydach. Były tam rozdziały o dawnych cywilizacjach, omawiano historię Arabów i ich kalifów, ale o nas nie było ani słowa. Zupełnie jakbyśmy nigdy nie istnieli. To nie było w porządku. Ani zdania o naszej wierze, historii, monarchach. Ani linijki o dziesiątkach rzezi dokonanych w imię prawa silniejszego.

W Kurdystanie mamy dziś inżynierów, wykładowców i naukowców, nawet jeśli nie jest ich zbyt wielu. Ani moi dziadkowie, ani rodzice, zgodnie z typowym dla ich pokolenia wzorcem, nie zachęcali nas do zdobywania wiedzy.

Dzięki szkole mówię po arabsku, który jest moim drugim językiem, zaraz po kurdyjskim. W głębi duszy czuję się najpierw jazydką, potem Kurdyjką, a na końcu Irakijką, którą to narodowość mam wpisaną do dowodu.

Chodziłam do szkoły do czternastego roku życia. Ani o rok więcej. Ojciec nie chciał słyszeć o dalszej nauce. Starałam się go przekonać, ale czułam, że bierze mój głód wiedzy za dziecięcy kaprys.

— Miałaś szczęście, że mogłaś się uczyć tak długo, nie tak jak inne wiejskie dziewczynki. Jesteś lepiej wykształcona niż większość młodych ludzi w twym wieku. Jesteś już duża, czas wybić sobie z głowy fanaberie! — strofował mnie.

— Ale tato, ja lubię chodzić do szkoły…!

Przerwał mi. Koniec dyskusji.

Matka się nie odzywała, ale też myślała swoje. Decyzje o przyszłości dzieci podejmował u nas ojciec, a ja byłam tylko dziewczynką. Mama starała się zrobić ze mnie wzorową gospodynię domową.

— Musisz być bez zastrzeżeń, inaczej rodzina męża będzie cię krytykować. Musisz umieć gotować, zmywać, ścierać kurze, sprzątać, prać, prasować, szyć…

I tak dalej, i tak dalej.

— Jak będziesz dobrą gospodynią, oszczędzisz sobie plotek, które sąsiadki zawsze rozsiewają za twoimi plecami — tłumaczyła. Mama nauczyła mnie też pewnej drobnej umiejętności: umiem robić skromną biżuterię. Haftuję bransoletki i naszyjniki. Zaopatruję się w pobliskiej pasmanterii i wyszywam na zamówienie. Moja specjalność to bransoletka z haftowanym imieniem.


Mam piętnaście lat, gdy na jednym z przyjęć weselnych poznaję Walida. Dziewczęta przywdziały swoje najlepsze kreacje. Niektóre mają makijaż. Taka uroczystość to znakomita okazja, by zwrócić na siebie uwagę. Chłopaki chcą się zaprezentować z jak najlepszej strony — wypinają torsy, docinają sobie nawzajem, popisują się. Dziewczyny paradują z rozwianym włosem, w obcisłych spodniach i opiętych gorsetach. Walid mnie podrywa. Nie jest z naszej wsi. Wzrusza mnie jego niezręczność. Moja młodsza siostra Hanan pokpiwa sobie z niego niegrożnie. Przez kilka kolejnych miesięcy widujemy się z Walidem pod byle pretekstem. Czatuje na mnie i gdy tylko wychodzę z domu, spotyka „przez przypadek”, żeby porozmawiać.

Któregoś dnia, podczas gry w piłkę, Walid skręca sobie nogę. Mój dziadek, który oglądał ten mecz, zabiera go do nastawiacza kości. Po drodze wstępują do naszego domu. Walid jest zaskoczony, że mnie widzi. Jego twarz promienieje radością.

— Twój uśmiech wart jest, widać, skręconej nogi — żartuje sobie dziadek.

Walid coraz częściej kręci się koło naszego domu z nadzieją na zaproszenie do środka. Mam szesnaście lat, więc kwestia zamążpójścia jest coraz bardziej aktualna.

Walid wyznaje mi miłość i na dowód uczucia ofiarowuje w tajemnicy telefon komórkowy Ericssona. Przynosi mi go któregoś upalnego dnia. Matka, jak to zwykle ona, bez ceregieli wyprasza go z domu.

— Idż sobie! Nikt cię tu nie prosił! Czego tu szukasz?
— Już sobie idę, proszę pani. Tylko niech mi pani da pić, taki upał!

Idę na tyły podwórka, by przynieść mu ze studni kubek wody. Bierze go prawą ręką, a lewą wsuwa mi w dłoń telefon, po czym odchodzi bez słowa. Telefon łączy nas niczym niewidzialna nić. Pierwszej nocy Walid mówi mi „kocham cię”. Drugiej — „uwielbiam cię”. Nasze codzienne sam na sam zaplanowane jest na pierwszą w nocy. Czuwam. Nie spuszczam oka z ekranu telefonu, w którym wyłączyłam dżwięk. Hanan stoi na czatach, gotowa w każdej chwili bić na alarm w razie niespodziewanych szmerów bądż pojawienia się rodziców. Porozumiewamy się na migi.

Przez dwa lata i pięć miesięcy rozmawiamy w ten sposób z Walidem, po godzinie miłosnego dialogu dziennie. Osiągnięcie dokonane bez jednej wpadki z jego lub mojej strony, do którego przyczynia się walnie Hanan, wtajemniczona w przedsięwzięcie. Moja siostra zna w najdrobniejszych szczegółach meandry mojej miłosnej przygody. Zwierzam się jej z mych uczuć. Mój pierwszy pocałunek nie jest dla niej tajemnicą. Mogłaby opowiedzieć, ale tego nie zrobi, jak Walid ujął mnie za rękę, wplatając palce w moją dłoń, jak staliśmy długo ze splecionymi dłońmi, jak objął mnie i mocno przytulił do siebie, by mnie uspokoić, gdy zlękniona chciałam uciekać, jak musnął ustami moje usta i jak złożył na nich pocałunek, szepcząc: „Nie bój się”.

Walid wysyła do mnie miłosny list pisany ręką swojej siostry, bo pisanie nie jest jego mocną stroną. Oto treść listu:

„Dzień dobry, Dżinan,
mam nadzieję, że miewasz się dobrze i cieszysz się dobrym zdrowiem.
Gdy przyszłaś do naszej wsi i powiedziałaś do mnie »kocham cię«, zdawało mi się, że śnię. Zastanawiałem się, czy nie wyobraziłem sobie tego. Tak długo czekałem na ten dzień. Chciałbym mieć pewność, że Twoje uczucie jest prawdziwe.
Ja także Cię kocham i będę kochał zawsze.
Pragnę szczerej miłości, miłości na życie, miłości, w której jedno nie przeszkadza drugiemu, miłości bez zdrady, na zawsze.
Nie mogę się doczekać Twojej odpowiedzi. Gdy spotkamy się następnym razem, proszę Cię, byś podeszła do mnie i od razu, bez przywitania, powiedziała, co do mnie czujesz. Jeśli czujemy to samo, będziemy szczęśliwi do końca życia. Chcę mieć pewność, że mnie kochasz i akceptujesz. Mam nadzieję, że spodoba Ci się mój list.
Twój Walid”

Walid może być spokojny. Ujęło mnie jego wyznanie, które przechowuję pod stertą rzeczy w kufrze. Gdyby jakimś trafem wpadło w ręce rodziców, rozzłościliby się nie na żarty. Wiem, że są przeciwni mojemu małżeństwu z Walidem.
Moja rodzina nie należy do bogatych i rodzice mają dla mnie w zanadrzu lepszą partię.

Walid jest robotnikiem budowlanym. W dużych kurdyjskich miastach, które dzięki dochodom z ropy przeżywają budowlany boom, stuka od drzwi do drzwi w poszukiwaniu pracy, trafiając z budowy na budowę. Jednego dnia nosi cegły, innego jest murarzem, a jeszcze innego bezrobotnym. W kraju jazydów małżeństwo, jak wszystkie inne ważniejsze wydarzenia w życiu, jest sprawą, w której decydujący głos ma rodzina i w której liczą się pozycja społeczna i rodzinna duma. Dla wpływowych jazydzkich rodów, do których nie należymy, małżeństwo jest sposobem na umocnienie pozycji klanu. Prości ludzie nie mają wprawdzie tak dużych rodzin, lecz zasada pozostaje ta sama. Nie wolno nam na przykład żenić się z przedstawicielami innej niż nasza społeczności. Siedemnastolatka o imieniu Dua, która sprzeniewierzyła się tej regule, została w kwietniu 2007 roku ukamienowana przez rodzinę, w tym jej własnego ojca, przeciwnego jej związkowi z sunnitą. Zamordowano ją tylko dlatego, że była w kimś zakochana. Jej każń została sfilmowana telefonem komórkowym, zamieszczona w internecie i pokazało ją wiele stacji telewizyjnych. Jazydzi bardzo cenią sobie honor, coś na ten temat wiem.

Mój ojciec jest przekonany, że wybrał już dla mnie przyszłość. Przeznaczył mnie nie Walidowi, lecz jednemu z moich dalekich kuzynów. Matka aprobuje ten wybór. Jakkolwiek by było, wiele małżeństw rodzice sugerują, aranżują, jeśli zajdzie potrzeba, a nawet narzucają, gdy pojawi się opór. Husajn jest dwudziestosiedmioletnim dryblasem, żołnierzem irackiej armii. Jego ojciec, podobnie jak tysiące irackich żołnierzy, zginął w latach osiemdziesiątych w jednej z transzei na froncie iracko-irańskim, podczas okrutnej wojny Iraku Saddama Husajna z Iranem ajatollaha Chomeiniego.

Husajn jest wojskowym jak mój ojciec, od kiedy zmienił zawód. Przede wszystkim jednak jest idealnym kandydatem na męża z uwagi na pensję, jaką pobiera jako syn szahida, czyli męczennika.

Wiem o zamiarach rodziców od Hanan, mojego „szpiega”, dyskretnie nadstawiającego ucha, gdy tata z mamą rozmawiają w tajemnicy. Hanan wpada do pokoju jak burza i wskakuje pod moją kołdrę roztrzęsiona. Głos jej drży z nerwów, nie może wydusić słowa.

— Hu… Hu… Husajna…! Rodzice wybrali dla ciebie naszego kuzyna Husajna! To nie żart! — duka wreszcie.

Jestem w szoku.

— Husajna? Co ja mam robić z Husajnem? Nie kocham go. Nic dla mnie nie znaczy.
— Tato mówi, że gdyby pozwolił ci robić, co chcesz, wyszłabyś za cymbalistę — dorzuca Hanan.

Małżeństwo zostało zaaranżowane w tajemnicy przy okazji wizyty u nas matki Husajna. Napomknęła rodzicom, jak to „jej Husajn potrzebuje żony i że proponuje, by nasze rodziny nawiązały bliższe stosunki”.

Tato twierdzi, że Husajn to zwykły, porządny chłopak. Znamy jego i jego rodzinę.

— To godni szacunku kuzyni — mówi tato.

Jak oni mogą mi to robić! Moi właśni rodzice! Mnie, Dżinan, ich córce!

Hanan, która nigdy nie daje za wygraną, z posłańca zamienia się w doradcę. Nakłania mnie, bym kierowała się głosem serca, i zachwala Walida, „miłego, troskliwego i opiekuńczego chłopaka”.

— Kocha cię jak żaden inny. To wybranek twojego serca! Trzymaj się go, bo nie znajdziesz lepszego!

W następnych dniach po tym odkryciu niczego nie daję po sobie poznać. Po cichu rozpoczyna się pojedynek sił. Zdecydowana jestem przeciwstawić się woli rodziców. Nie zgadzam się, by złożono mnie na ołtarzu interesów dorosłych. Gotowa jestem odprawić Husajna z kwitkiem tyle razy, ile to będzie konieczne.

Otwarty konflikt wybucha za sprawą matki Husajna. Nalega, bym przyjechała do nich na kilka dni w odwiedziny podczas najbliższej przepustki syna. Odmawiam. Rodzice zaczynają krzyczeć. Walid, zazwyczaj spokojny, odchodzi od zmysłów. Błaga, bym nie słuchała rodziców. Tłumaczę mu, że nie mogę nie przyjąć rodzinnego zaproszenia, ale obiecuję, że będę nieugięta. W czasie pobytu uprzejmość Husajna nie robi na mnie najmniejszego wrażenia. Jestem grzeczna, ale zimna jak głaz. Wieczorem piątego dnia pojawia się nagle Walid. Z całej siły łomocze do drzwi. Otwiera Husajn.

— Czego chcesz?
— Chcę z nią porozmawiać.
— Nie ma mowy! Zjeżdżaj!
— Przyszedłem ci powiedzieć, że ona cię nie chce. Ty jej nie in-te-re-su-jesz!
— Zjeżdżaj! — wrzeszczy Husajn, odpychając mojego ukochanego.

Zaczynają się bić. Ciągnę Walida za ramię, chcąc ich rozdzielić, ale matka Husajna odpycha mnie, bym nie mieszała się do bójki.

— Jeśli nie wrócisz wieczorem do rodziców i nie zadzwonisz do mnie od nich, by mi powiedzieć, że wróciłaś, wszystko między nami skończone! — grzmi Walid i odchodzi, obrzucając Husajna wyzwiskami.

Gdy patrzę z perspektywy czasu, ta scena ma w sobie coś komicznego. Jest jak żywcem wyjęta z Toma i Jerry’ego, mojej ulubionej kreskówki dla dzieci — z Walidem w roli małej, burej myszki o zadziwiającej jak na swoje ciałko sile. Tamtego wieczoru jednak przeżyliśmy dramatyczne chwile.

Sąsiedzi śledzą rozwój wypadków z nosami przyklejonymi do szyb, toteż nie umyka im żaden szczegół. Mój powrót do domu następnego dnia odbywa się w atmosferze skandalu.

Ojciec każe mi dzwonić do Walida, by mu powiedzieć, że z nim zrywam. Posłusznie dzwonię. Ranię go, Walid zarzeka się, że to koniec, że nie chce mnie więcej widzieć. Nigdy więcej!

Spotykamy się jednak przypadkiem na ślubie znajomych. Zbywa mnie. Mijają dwa miesiące. W końcu wyznaję mu przez telefon, że to ojciec kazał mi powiedzieć mu, że go nie chcę.

— Kocham cię — mówię.

Tylko na to czekał. Godzimy się ku utrapieniu rodziców. Ich upór może się równać tylko z moim.
Tymczasem Walid obmyśla plan.

— Husajn jest murem, który nas dzieli. Trzeba działać — oświadcza mi przez telefon tajemniczo.

Porywa mnie któregoś czwartku. Uciekam przez taras na dachu, za cały bagaż mając telefon komórkowy i kilka drobiazgów w torbie. Walid czeka na mnie na rogu ulicy, oparty plecami o mur.

— Przepraszam, że musiałeś czekać… Rodzice długo nie kładli się spać…

Znikamy w ciemności nocy. Jeszcze tego samego wieczoru u swego przyjaciela Merzy Walid prosi mnie o rękę.

— Czy zgadzasz się wyjść za mnie?

Wypowiedział te cudowne słowa. Jestem w siódmym niebie.
Wczesnym rankiem moja matka odkrywa puste łóżko.

— Uciekła z ukochanym! Walid na pewno ją porwał! Co my teraz zrobimy?

Siada i zaczyna płakać.
Kilka dni póżniej u Merzy zjawia się moja siostra Hanan.

— Rodzice cię przysłali czy przychodzisz z własnej inicjatywy? — przekomarzam się z nią.
— Przychodzę w tajemnicy — odpowiada z uśmiechem kładąc palec na ustach.

śmiejemy się obie radosnym, dziecięcym śmiechem. Po chwili poważnieję i oznajmiam jej naszą decyzję.

— Dość mamy ukrywania się. Chcę założyć rodzinę. Dzień ślubu jest już wyznaczony. Wychodzę za mąż za dwa tygodnie.
— Tym razem ojciec naprawdę się wścieknie — prorokuje Hanan. — Sporo czasu minie, nim mu przejdzie. Rodzice zerwali wprawdzie z tobą stosunki, ale nie wierzę, by się obrazili na zawsze. Znasz ich, Dżinan. Tato nie mógł przełknąć, że powiedziałaś mu „nie”. Pogniewał się i nie może się wycofać, zwłaszcza teraz, w obliczu waszych planów.

Prawdziwa dyplomatka z tej mojej młodszej siostry. Rola pośrednika przypada jednak Merzie, kuzynowi Walida. To jego zadaniem, jako naszego mistrza ceremonii, jest przygotowanie uroczystości. Jak nakazuje zwyczaj, będziemy u niego mieszkać aż do dnia ślubu. To dla nas okazja, by zakosztować wspólnego życia bez obecności rodziców. Robię sobie codziennie makijaż, by sprawić przyjemność swojemu przyszłemu mężowi. Wieczorami Walid i Merza gawędzą na podwórku, popijając tureckie piwo. Walid wybrał Merzę ze względów przyjacielskich, a także z uwagi na przesłanki natury geograficznej. Merza mieszka dokładnie naprzeciw Husajna. Walid celowo szuka zaczepki, chce, by szala przechyliła się na jego stronę. Na szczęście Husajn nie jest bojowo nastawiony i nie wychodzi z domu w czasie naszego pobytu w sąsiedztwie.

Z tatą nie idzie nam równie łatwo. Merza ma niewdzięczne zadanie powiadomienia go o ślubie przez telefon. Reakcja ojca jest bardzo gwałtowna: dostaje szewskiej pasji.

— Nie po to cię wychowywałem, żebyś nie szanowała rodziny i ojca! Walid nie jest ciebie wart. Co z tobą będzie u boku tego nieudacznika? Nie zapewni ci godziwej przyszłości. Skończ z nim. Nakazuję ci być posłuszną! Zaręczymy cię z Husajnem. Jeśli teraz nie wrócisz, nigdy już nie przekroczysz progu naszego domu!

Wylewa do telefonu całą swoją złość. Lawinę brutalnych, bolesnych słów. Nie wiem, jak go uspokoić. Odgraża się, że przyjdzie do nas i rozniesie wszystko w drobny mak.

— Daj mi do telefonu Walida!

Obrzuca Walida gradem wyzwisk i wściekły odkłada słuchawkę.

Matka ze swej strony przysyła posłańca — Lalisz, moją szkolną koleżankę i sąsiadkę. Rodzice żądają, bym z powrotem stała się grzeczną i posłuszną córką. Jeśli nie ustąpię, ojciec z wujami wedrą się do domu Merzy i odbiją mnie siłą. Chcąc zapobiec kolejnym incydentom, Merza prosi, abyśmy nie odbierali telefonu, i uprzedza krewnych, by w razie najścia mojego ojca gotowi byli mu przyjść z pomocą. Ale grożby nie przeradzają się w czyny.

Znużony walką tato odpuszcza. Od niechcenia godzi się na pośrednictwo Merzy. Wysokość zapłaty zostaje ustalona na trzy tysiące dolarów. Rodzice Walida oddychają z ulgą. Merza i ojciec mojego przyszłego męża składają się na tę sumę. W tym czasie w Nawdaszte mój tato wrzuca do rozpalonego na podwórku ogniska moje ubrania, zabawki, zdjęcia. Niszczy moje wspomnienia, ale nie może zniszczyć przeszłości. Pobieramy się z Walidem w sobotę 18 maja 2013 roku w Bażarok.

Wstaję o czwartej rano, nie zmrużywszy oka, by na czas dopiąć wszystko na ostatni guzik. Jest jeszcze ciemno. Przeobrażenie w księżniczkę wymaga cierpliwości, precyzji i chociaż minimalnej dozy organizacji.

Nie jestem typem kokietki, ale sklepy z odświętnymi strojami, ich wystawy z manekinami w uroczych kobiecych wdziankach już w dzieciństwie sprawiały, że zapominałam o bożym świecie. Wystawałam też długo przed witryną fotografa. Przyglądałam się sukniom ślubnym. Wyobrażałam sobie, jaka piękna będzie moja. I jest! Mój wybór padł na przepyszną, białą suknię z koronkami i falbankami, dopasowaną w talii i wyszywaną perłami. Pozostaje tylko włożyć ją na siebie. Ale zanim przywdzieję mój najpiękniejszy strój, mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia. Muszę założyć diadem, a przedtem zebrać włosy w ciasny kok i odsłonić czoło. I po raz pierwszy pokażę się publicznie w makijażu. Oczy wszystkich będą zwrócone w moją stronę. Muszę wyglądać bosko.

Zwracam uwagę na każdy szczegół i bardzo się denerwuję. Moja kuzynka Bejan, która pracowała w salonie fryzjerskim, doradza mi i asystuje. Najpierw podkład na twarz w kolorze brzoskwiniowym, następnie róż do policzków dla podkreślenia ich kształtu. Staram się jak mogę. Cały mój dotychczasowy trening ogranicza się do kilku prób przeznaczonych dla mojego Walida. Jeszcze czarny kontur wokół oczu i pogłębiający spojrzenie cień do powiek.

Sprawnie rozprowadzam na powiekach brąz i jasną kredką podkreślam zarys brwi. Na koniec tuszuję rzęsy, maluję na czerwono usta, pudruję nos i gotowe.

Zdaniem Bejan efekt naszych starań jest na miarę rangi wydarzenia. Spoglądam na siebie w lustrze, wydymając usta w podkówkę.

— Jesteś młoda i piękna, Dżinan — stwierdza z uśmiechem Bejan.

Walid przypomina hinduskiego gwiazdora kina. Wypomadowane włosy, cieniutkie bokobrody, garnitur z czarnego jedwabiu i szeroki, jasnobeżowy, lużno zawiązany krawat. Nie przechwalając się, wyglądamy razem bardzo reprezentacyjnie. Na nogach mam satynowe pantofelki, białe, na wysokim obcasie. I jeszcze nieodzowne dodatki: płaski, przysłaniający dekolt naszyjnik, okrągłe kolczyki z wisiorkami i długie, białe, koronkowe rękawiczki.

Walid nie może usiedzieć na miejscu. Z samego rana pędzimy do salonu fotograficznego. Pozujemy dla potomności na tle wypłowiałego, sztucznego tła z motywem góry przypominającej nasz własny dżabal oraz położonego nad brzegiem jeziora romantycznego zamku z ogrodem. W rękach mam bukiet róż. Pozuję także sama, usadowiona na wielkim małżeńskim łożu. Fotograf, starszy pan, który gościł już w swoim studiu kilka pokoleń miejscowych młodych par, uwiecznia ten radosny moment. Zdjęcia zostają opatrzone dedykacjami — angielskimi, by było bardziej z klasą — w rodzaju I need your love albo God speed your love to me.

Na zegarze wybija jedenasta, gdy hałaśliwą kawalkadą suniemy na uroczystość religijną. Zajmuję miejsce w limuzynie, koreańskiej kii wynajętej specjalnie na tę okoliczność i przystrojonej wstążkami i wieńcami białych kwiatów. Zatrzymujemy się u szejcha, najwyższego rangą duchownego, na krótką ceremonię ślubowania. Całujemy okrywające ołtarz święte sukno w kolorze zielonym z napisem Jakode, czyli „O Boże mój”. Nasze pocałunki przeplatane są pocałunkami dziecka, które także musi dotknąć ustami tkaniny. Gdyby nie ten rytuał, moglibyśmy zostać bratem i siostrą. Składamy ofiarę, a szejch błogosławi nasz związek. Udajemy się następnie do pirsa, duchownego niższego rzędu. Czeka nas tam taka sama ceremonia, tym razem pod jego przewodnictwem. Inny jest tylko kolor tkanin — czerwony i pomarańczowy. Wizyty u patriarchów stanowią okazję do pokłonienia się przedstawicielom naszych religijnych kast. Najwyżej w hierarchii stoi kasta szejchów. Wywodzi się w prostej linii od szejcha Adiego, założyciela naszej religii, oraz od rodzin sześciu Aniołów, którzy sprawują nad nami władzę. Szejch jest świętym obdarzonym często uzdrowicielską mocą. Potrafi wyleczyć z ukąszenia węża, gorączki, reumatyzmu, bólów głowy, a nawet napadów szaleństwa. Zdolności te przekazywane są w rodzinach szejchów z pokolenia na pokolenia. Pirsowie to z kolei mędrcy. Otaczają opieką nasze świątynie i miejsca kultu.

Przed domem Walida czeka na nas powitalny orszak. Staram się jak mogę, by nie potknąć się w butach na obcasie. Pośród okrzyków „wiwat młodzi!” na nasze głowy sypie się deszcz czekoladek w srebrnych papierkach. Rzucam do góry ślubny bukiet — dziewczyny podskakują, by go złapać. Wpada w ręce Ezin, kuzynki Walida. Jestem pewna, że to ona będzie następna.

Przed wejściem do domu z szacunku dla gospodarzy zdejmuję buty i całuję drzwi. Na znak powitania matka Walida podaje mi lewą ręką ślubną obrączkę.

— Mabruk! Gratulacje! — wołają goście.

W asyście maleńkiej kuzynki wchodzę do ciemnego pokoju i siadam na dywanie. Moja towarzyszka Zera ma, jak nakazuje zwyczaj, niespełna dwa latka. Dopiero uczy się chodzić. Obejmuję ją czule i przytulam. Gest ten czyni ze mnie jej „Opiekunkę”. Gdy w wieku siedmiu lat Zera wkroczy w „wiek rozumu”, zapyta:

— A kto jest moją ślubną siostrą?
— Dżinan — usłyszy.

Każde z nas było w dzieciństwie czyjąś ślubną siostrą lub ślubnym bratem. Oprócz Walida, w którego rodzinie nie było żadnego ślubu, gdy był w odpowiednim wieku.

Dawniej zamykano pannę młodą samą na trzy dni, okrytą od stóp do głów welonem. Siedziała w ciemnym pokoju za zasłoną, czekając, aż gospodarze skończą się bawić. Mąż miał prawo dołączyć do niej dopiero po zakończeniu wesela. To już na szczęście odległa przeszłość.

Po obrzędach przychodzi czas na zabawę. Wesele odbywa się na głównym placu wsi. Merza, mistrz ceremonii, zatroszczył się o najmniejszy szczegół. Walid ma dwóch brasawa — drużbów w czarnych garniturach i czarnych krawatach. Potrawy są wyśmienite. Na scenie występuje Tazem Smoke, jazydzki gwiazdor piosenki. Jego występ kosztował nas pięćset dolarów, prawdziwy majątek. Tazem Smoke wzbudza entuzjazm gości. Tańczymy w rytm przebojów kurdyjskiej muzyki rozrywkowej. Taniec ramion, który, jak sama nazwa wskazuje, polega na tym, że porusza się ramionami, nie poruszając torsem, podrywa biesiadników. Tańczący podają sobie ręce i podrygują w kole.

O siedemnastej goście kolejno zjawiają się w domu młodej pary. Obsypują nas podarkami, począwszy od wentylatora, poprzez pralkę, srebrną i złotą biżuterię, aż po sztabki złota. Niektórzy przypinają mi do sukni banknoty.

Z nadejściem zmroku wesele przybiera bardziej intymny charakter. Obecni są już tylko najbliżsi. Walid z przyjaciółmi popijają whisky. Bardziej śmiali dolewają do niej napoje wysokoenergetyczne. Czuję się szczęśliwa, choć żałuję, że nie ma z nami moich rodziców. Nikt z rodziny nie miał odwagi się zjawić, z wyjątkiem ukochanej babci i jednego z wujów. Potrafię ich zrozumieć. Sprawia mi to przykrość, ale muszę walczyć o moją miłość i wolność.

Pozostajemy zwaśnieni przez rok. Wiosną 2014 roku jednemu z wujów, dzięki wyjątkowej cierpliwości i sile perswazji, udaje się zorganizować spotkanie na neutralnym gruncie, u siebie w domu. Całuję ojca w rękę na znak posłuszeństwa. Nie reaguje. Znów ocieramy się o kłótnię. Nazajutrz rodzice decydują się w końcu do mnie odezwać. Znowu jesteśmy sobie bliscy i przysięgamy, że o wszystkim zapomnimy. Spędzam nawet w domu rodziców kilka nocy, by przypieczętować rozejm. Od kiedy matka Husajna zaproponowała, by za jej synka wydać Hanan, ojciec ma co innego na głowie. Moja siostra ma się rozumieć odmawia. Tym razem jednak ojciec nie nalega zbyt długo.

W rajskiej dolinie wśród zielska 1 W rajskiej dolinie wśród zielska Jacek Hugo-Bader
37,99 44,90
Rabat 15% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Krym. Miłość i nienawiść 1 Krym. Miłość i nienawiść Maciej Jastrzębski
32,99 39,00
Rabat 15% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Zabójcy w imię Republiki 1 Zabójcy w imię Republiki Vincent Nouzille
33,76 39,90
Rabat 15% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Pajęczyna strachu 1 Pajęczyna strachu Ewa Ornacka Karolina Szymczyk-Majchrzak
30,37 35,90
Rabat 15% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Inna dusza 1 Inna dusza Łukasz Orbitowski
32,99 39,00
Rabat 15% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Najtajniejsza broń wywiadu 1 Najtajniejsza broń wywiadu Sebastian Rybarczyk
29,53 34,90
Rabat 15% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Człowiek to człowiek, a śmierć to śmierć 1 Człowiek to człowiek, a śmierć to śmierć Maria Stepan
33,76 39,90
Rabat 15% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Drapieżca. Wspomnienia pilota zdalnego zabójcy 1 Drapieżca. Wspomnienia pilota zdalnego zabójcy
33,83 39,99
Rabat 15% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Czterech Wyprzedaż 1 Czterech Grzegorz Chlasta
20,99 29,99
Rabat 30% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Ojcowie szóstego levelu 1 Ojcowie szóstego levelu Magdalena Szwarc
33,76 39,90
Rabat 15% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Dobra pustynia 1 Dobra pustynia Dorota Kozińska
25,30 29,90
Rabat 15% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Masa o żołnierzach polskiej mafii 1 Masa o żołnierzach polskiej mafii Artur Górski
26,25 35,00
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Anna Seniuk. Nietypowa baba jestem 1 Anna Seniuk. Nietypowa baba jestem Anna Seniuk
29,93 39,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Niebezpieczne kobiety Nowość 1 Niebezpieczne kobiety Patryk Vega
25,94 39,90
Rabat 35% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Jeszcze jeden oddech 1 Jeszcze jeden oddech Paul Kalanithi
26,18 34,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Najlepiej w życiu ma twój kot. Listy 1 Najlepiej w życiu ma twój kot. Listy Wisława Szymborska
37,43 49,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Sekretne życie drzew Nowość 1 Sekretne życie drzew Peter Wohlleben
33,68 44,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Służby specjalne. Podwójna przykrywka 1 Służby specjalne. Podwójna przykrywka Patryk Vega
27,68 36,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Masa o kilerach polskiej mafii. Jarosław Sokołowski 1 Masa o kilerach polskiej mafii. Jarosław Sokołowski "Masa" w... Artur Górski
25,20 35,00
Rabat 28% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Beduinki na Instagramie. Moje życie w Emiratach Polecamy 1 Beduinki na Instagramie. Moje życie w Emiratach Aleksandra Chrobak
27,68 36,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Masa o bossach polskiej mafii 1 Masa o bossach polskiej mafii Artur Górski Jarosław Sokołowski
29,61 35,00
Rabat 15% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Cybulski. Podwójne salto 1 Cybulski. Podwójne salto Dorota Karaś
33,68 44,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Lion. Droga do domu 1 Lion. Droga do domu Saroo Brierley
27,68 36,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Rezydencja. Sekretne życie Białego Domu 1 Rezydencja. Sekretne życie Białego Domu Kate Andersen Brower
29,93 39,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka 24h!