Koszyk 0

„Moje bohaterki zakasują rękawy” - rozmowa z Olgą Rudnicką

Wydaje się, że bycie żoną bogatego męża to dobry sposób na życie. Jolka, Kama i Martusia mają na ten temat inne zdanie… Z Olgą Rudnicką rozmawiamy o jej najnowszej powieści, „Były sobie świnki trzy”.

Znany i ceniony na całym świecie Stieg Larsson pisał kiedyś o „Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet”. Można powiedzieć, że w swojej najnowszej powieści - „Były sobie świnki trzy” - przedstawia Pani sytuację dokładnie odwrotną... Skąd pomysł na kobiety, które nienawidzą mężczyzn?

Ależ moje bohaterki wcale nie nienawidzą mężczyzn! One tylko nienawidzą swoich mężów! Natomiast sam pomysł… Hm… Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Chciałam napisać coś zabawnego, ironicznego, prawdziwego – bo która kobieta nie ma czasami ochoty zrobić krzywdy swojemu mężczyźnie: a to za niewyniesione śmieci (znowu!), a to za wielogodzinne siedzenie przed komputerem i ignorowanie nowej fryzury (jak zawsze!), a to za sam fakt, że jest jaki jest, a przecież po ślubie miał się zmienić… (uśmiech) Rzecz jasna – nie zamierzałam robić z moich bohaterek męczennic, zatem im również należało przyprawić rogi i ogon. A odpowiedź na pytanie, kto tak naprawdę jest świnką w mojej książce, pozostawiam czytelnikowi, bo z pewnością jest ich więcej niż trzy… (uśmiech).

Pani najnowsza książka z pewnością nie jest typowym kryminałem, pisanym według pewnych ścisłych gatunkowych reguł. Jak Pani sama określiłaby ten gatunek? I na ile łączyć go można z literaturą kobiecą? Męski trup ściele się gęsto – co w tzw. „kobiecym pisaniu” nie jest rzeczą często spotykaną...

Solidarność jajników nie pozwoliła ukatrupić bohaterek, co nie znaczy, że są one kryształowe. Musiało paść na panów, inaczej się nie dało. A to, że lubię moje dziewczyny, nie pozwoliłoby mi zrobić im krzywdy. Co do gatunku… Nie do końca rozumiem określenie literatura kobieca. Wcale nie uważam, by kobiety czytały inne książki niż mężczyźni. No dobrze, może romanse – ale znam kobiety, które czytają horrory, krwawe kryminały, thrillery… Sama uwielbiam takie książki. Moja siostra zaczytuje się w fantasy, moja mama w kryminałach i książkach obyczajowych dotykających trudnych tematów – co nie znaczy, że obie uciekają od literatury lekkiej, łatwej i przyjemnej. Na naszych półkach znajdzie się wszystko, poczynając od biografii, poprzez horror, kryminał, fantasy, dokument, ekonomię, prawo, kryminalistykę, socjologię, psychologię, na harlequinach kończąc. Co z tego jest literaturą kobiecą?

Rozmowy bohaterek „Świnek” uderzają szczerością i prawdziwością, ale ich najbardziej charakterystyczną cechą jest sarkastyczny, często czarny humor. Jak ważny wydaje się Pani komizm w Pani twórczości? Czy oprócz wciągnięcia czytelnika do swojego świata istotne jest też dla Pani skłonienie go do uśmiechu? A może samo tak wychodzi?

Moim marzeniem jest napisanie prawdziwego kryminału z krwi i kości, a wychodzi, co wychodzi... Tylko w „Cichym wielbicielu”, w którym poruszam temat stalkingu, udało mi się uciec od komizmu i poważnie przedstawić opisywane zjawisko. Powieść ta napisana została tak wysokim kosztem emocjonalnym, że nie sądzę, abym po raz drugi zdecydowała się na tego typu tematykę. Na co dzień pracuję z osobami niepełnosprawnymi. Jest to praca bardzo wymagająca, potrzebuję więc odskoczni, która pozwoli mi uciec przed problemami całego świata. Jestem osobą optymistyczną, energiczną, i myślę, że to właśnie pojawia się w moich powieściach. A czarny humor… No cóż… Straszne rzeczy są mniej straszne, gdy człowiek potrafi się z nich śmiać. To sposób radzenia sobie ze stresem, z problemami. Rzecz nie w tym, by je bagatelizować, ale by się uśmiechnąć, choćby przez łzy, i stawić czoło rzeczywistości. Moje książki są dla mnie jak swego rodzaju psychoterapia. Sama śmieję się z perypetii moich postaci. Zależy mi na tym, by moi czytelnicy również mieli uśmiech na twarzy, gdy czytają moje powieści.

Środowisko prawnicze jest w Pani książce sportretowane dość dobitnie. Wszystkim chodzi głównie o pieniądze, małżeństwa są fikcją, każdy ma coś do ukrycia... Czy to wynik jakichś własnych obserwacji? A może „prawniczy światek” to tylko płaszczyzna, na której chciała Pani ukazać pewne cechy właściwe całemu społeczeństwu?

Nie chciałam portretować środowiska prawniczego. Potrzebowałam poważnych zawodów, dających spore pieniądze. Jedyny prawnik, jakiego znam, jest świetnym facetem, a jego żona to fantastyczna babka. W niczym nie przypominają sportretowanych przeze mnie postaci. Chciałam natomiast pokazać pewne cechy, zjawiska – zrobiłam to, ukazując je w krzywym zwierciadle. Moje bohaterki zostały żonami bogatych mężczyzn. Na początku jest wspaniale, ale co potem? Dziewczyny stają się tylko dodatkami do kont, nie mają właściwie własnego życia, nie mają też życia małżeńskiego. Zostają z niczym, nie licząc kart kredytowych. Ale ile szczęścia może dać kolejna bluzka, kolejna wizyta u kosmetyczki? To nie jest życie, tylko wegetacja. A gdy zainteresowanie męża się skończy? Nie zostanie nawet karta kredytowa. I co wtedy? Ludzie podejmują ważne decyzje ze złych pobudek, nie zastanawiając się, co będzie dalej. Dotyczy to nie tylko związków międzyludzkich. Mamy tylko jedno życie. Nikt nie przeżyje go za nas. Nie rozmieniajmy go na drobne – nikt nie wyda nam reszty.

Można powiedzieć, że postawiona przez Panią diagnoza roli kobiety w dzisiejszym świecie jest dość smutna – ale Pani bohaterki zakasują rękawy i, na swój oryginalny sposób, same rozwiązują swoje sprawy. Powinnyśmy odczytywać to jako postulat i apel? Oczywiście bez sięgania po środki ostateczne, jak Jolka, Kama i Martusia.

To nie jest diagnoza roli kobiety. Nie żyjemy już w czasach, gdy nie mamy własnego „ja”, a życie określa nas przez role żon, matek, babć i nie jesteśmy niczym więcej. Nie zamierzam umniejszać ani obrażać nikogo. Rzecz w tym, żebyśmy miały możność podjęcia decyzji. Jeśli zechcę zostać mamą na pełen etat, to niech będzie to moja decyzja, a nie przymus ekonomiczny typu: „moje wynagrodzenie jest tak małe, że nie wystarczy na opłacenie dojazdu do pracy i opiekunki, żłobka czy przedszkola, więc lepiej będę siedzieć w domu i zajmować się dzieckiem”. Moje bohaterki zrezygnowały ze swojego „ja” w imię wygodnictwa, stabilizacji finansowej, bezpieczeństwa, które miał zapewnić im mężczyzna. Takie całkowite uzależnienie się od kogoś nie może skończyć się dobrze. I nie kończy. W mojej książce akurat dla panów. Ale to tylko książka. W życiu to tak nie wygląda. Ile kobiet doświadcza przemocy? Fizycznej, psychicznej, ekonomicznej, seksualnej? Ile z nich chce odzyskać wolność i godność, a ile z nich trwa w tej pętli, nie widząc z niej wyjścia? Tak jak Pani powiedziała, moje bohaterki zakasują rękawy i na swój sposób rozwiązują problem, co nie znaczy, że w realnym świecie taki sposób rozwiązania sprawy jest właściwy. W życiu różnie się nam układa, ale żyjmy swoim życiem, a nie cudzym.

Jolka – z pozoru łagodna Matka Polka, w rzeczywistości silna kobieta z charakterem. Martusia – wrażliwa, delikatna, nieco naiwna, ale twardo stąpająca po ziemi. Kamelia – kobieta typu alfa, energiczna i wybuchowa. I wreszcie Sandra – żądna sukcesu, gotowa na wszystko, by go osiągnąć. Do której z tych bohaterek najbliżej Pani, Oldze Rudnickiej? Która z nich najbardziej Panią przypomina, którą lubi Pani najbardziej? I czy sądzi Pani, że mogłaby zostać „piątą muszkieterką” i dołączyć do tego specyficznego „gangu”?

Oj, chyba żadna. Z pewnością mam cechy charakteru, które można przypisać moim bohaterkom, tak samo jak każda inna kobieta. Żadna z nich nie jest jednak mną i nie obrazuje tego, kim jestem. Potrafię być delikatna i wrażliwa, by za chwilę wybuchnąć. Jestem energiczna, ale nie idę po trupach do celu. Mam w sobie wiele współczucia, ale nie należy mylić go z naiwnością. Lubię wszystkie moje bohaterki, razem z ich wadami i zaletami, ale dołączenie do tego specyficznego „gangu”, jak je pani nazwała, całkiem trafnie zresztą, nie jest dla mnie. Ja go tylko stworzyłam (uśmiech).

Niektórzy czytelnicy i krytycy łączą Pani styl z tym właściwym Joannie Chmielewskiej, prawdziwej królowej polskiego kryminału. Czy jej książki, takie jak „Klin” czy „Lesio”, faktycznie wywarły na Panią znaczący wpływ? A może mogłaby Pani wskazać innych swoich mistrzów gatunku, pisarskich idoli?

Nie wzoruję się na nikim. Nie potrafiłabym. Piszę, jak mi w duszy gra. Porównywanie mnie do Joanny Chmielewskiej, którą uwielbiam – zwłaszcza jej wcześniejsze książki, jak „Całe zdanie nieboszczyka” czy „Romans wszechczasów” – to dla mnie ogromny komplement. Nie potrafię jednak powiedzieć, czy jej twórczość wywarła na mnie wpływ. Kocham też Stephena Kinga, czy wspomnianego wcześniej Stiega Larssona, po którego śmierci płakałam z żalu, że nie stworzy nic więcej – a może z egoizmu, że ja nie przeczytam niczego więcej jego autorstwa. Nie widzę jednak u siebie śladów ich twórczości. Nie piszę jak King, nie myślę jak Larsson, nie jestem Joanną Chmielewską. Staram się być sobą. Naśladowanie kogokolwiek musi skończyć się źle. Naśladowca nigdy nie dorówna oryginałowi.

Jak rozumiem, to pisanie było w Pani życiu tym, czemu podporządkowała Pani inne sprawy. Jak zaczęła się ta literacka przygoda i jak wpłynęła – i nadal wpływa – na Pani życie? Czy traktuje ją Pani jako drugi zawód? Na co dzień pracuje Pani wszak jako asystent osób niepełnosprawnych.

Owszem, pisanie jest wymagające. Przede wszystkim to pochłaniacz czasu. Nie traktuję tego jako poświęcenia, choć ma Pani rację, że w pewien sposób moje życie jest podporządkowane pisaniu. Nie wyobrażam sobie pracy na etat. Nie ma takiej możliwości. Jak miałabym powiedzieć pracodawcy, że w tym tygodniu nie przyjdę do pracy, bo gonią mnie terminy, albo dać mu listę dni, kiedy mnie nie będzie, bo mam spotkania autorskie i powiedzieć mu, że ma dostosować grafik? Tak się nie da (uśmiech). Nie mogę też nie pójść do pracy, którą wykonuję jako asystent osób niepełnosprawnych. Osoby, z którymi pracuję, nie przestają potrzebować pomocy tylko dlatego, że jest weekend. Muszę zorganizować za siebie zastępstwo. Więc można też powiedzieć, że wszystkie sprawy są podporządkowane mojej pracy z ludźmi. W rzeczywistości te dwa moje zawody, bo pisanie też jest pracą, choć niezwykle przyjemną, uzupełniają się.

Kontynuując ten temat, jakie są wzajemne wpływy Pani pisarstwa i pracy zawodowej? Czy doświadczenie literackie zmienia coś, ułatwia albo utrudnia, w codziennej pracy? Jakie przełożenie na kreowaną przez Panią na kartach powieści rzeczywistość ma codzienny kontakt z Pani podopiecznymi?

Jak powiedziałam przed chwilą, te dwa zawody uzupełniają się, przynajmniej pod względem czasowym. Muszę dzielić dzień tak, by znaleźć czas na wszystko, co tego dnia musi być zrobione, łącznie z zakupami, praniem, wyprowadzeniem psa czy relacjami towarzyskimi. Pisanie jest pewną odskocznią od mojej codziennej pracy i pozwala mi zregenerować siły, odprężyć się, znaleźć odrobinę spokoju od problemów innych osób, które pomagam rozwiązywać. Asystent osób niepełnosprawnych to zawód bardzo wyczerpujący emocjonalnie. Zaczęłam taką pracę w wieku dwudziestu lat, teraz mam dwadzieścia siedem. Nie dopadła mnie znieczulica, która podobno często pojawia się w tej profesji jako swoisty mechanizm obronny. Moim mechanizmem obronnym jest ten drugi świat, kreowany przeze mnie. Dzień, w którym przestaną mnie obchodzić moi podopieczni, będzie ostatnim dniem mojej pracy w tym zawodzie. Będzie to znak, że już się do tego nie nadaję. Mam jednak nadzieję, że ten moment nigdy nie nadejdzie. Nie wyobrażam sobie innej pracy.

Czy pisząc, zastanawia się Pani nad swoim potencjalnym odbiorcą – kto to będzie, czym zajmuje się na co dzień, jakie są jego oczekiwania? Czy raczej takie refleksje nie mają dużego znaczenia dla Pani procesu twórczego?

W ciągu roku mam sporo spotkań autorskich. Przychodzą na nie kobiety i mężczyźni. Są to osoby w różnym wieku – od młodzieży poczynając, a na paniach czy panach emerytach kończąc. Cieszę się, że czytają mnie osoby tak różne osoby, że każdy znajduje tam coś dla siebie, bez względu na etap życia, na którym się znajduje, wykształcenie, zainteresowania, tryb życia. Dlatego nie zastanawiam się nad tym, kim jest odbiorca moich książek. Piszę dla każdego, kto chce mnie czytać i jedyne, czego chcę, to aby czas spędzony z moimi bohaterami wywołał uśmiech na twarzy. Chcę wierzyć, że tak jak pisanie jest odskocznią od problemów życia codziennego dla mnie, tak samo jest i dla moich czytelników.

Jakie są pani dalsze literackie plany? Kamelia, Marta, Jolanta i... nawet Sandra dają się lubić. Czy jest szansa, że spotkamy je jeszcze na łamach którejś z Pani książek?

Nie, dziewczyny narozrabiały już dosyć. Teraz czas na kogoś nowego. Zupełnie odmiennego. Spokojnego, uczciwego, naiwnego… Ale drodzy Państwo, któż z nas nie ma czegoś za uszami? (uśmiech)

Rozmawiał(a): Katarzyna Lipska