Koszyk 0
Opis:
Wszelka pamięć ludzka jest zbiorem mitów... dojrzewają one i konserwują się w niepojętej filmotece, obrazy łączą się w nieskończonych konfiguracjach i tworzą mitologię wspomnień. W życiu moim i mojej rodziny rozwinięciu takiego rodzaju pamięci sprzyjał ważny czynnik. Była nim sztuka pisarska ojca, autora wielu pięknych książek, z których szczególnie jedna – Mitologia – w czarodziejski sposób deformowała moją wyobraźnię. W niezwykle barwnej ... pełnej dygresji i anegdot Mitologii wspomnień Piotr Parandowski szczególne miejsce przyznaje swojemu ojcu, w którego „cieniu, ale i w blasku” owa książka powstała. Najbliżej centrum pamięci jest matka autora, rodzeństwo, żona Ewa, po orbitach zaś krąży wiele osób z otoczenia rodziców – na ich czele grono „znajomych pań”: Watowa, Tuwimowa, Iwaszkiewiczowa, Gałczyńska. Przenikają kadry pamięci Monika Żeromska i Tulcia Kowalska, Artur Miller i Wiktor Osiatyński, Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Gustaw Flaubert, Karol Dickens, Stephen Spender, prof. Kazimierz Michałowski... Oprócz ludzkiego pejzażu autor przywołuje krajobrazy egzotycznych podróży, najczęściej z kręgu archeologii Egiptu, Syrii, Sudanu. fragment W życiu moim i, zapewne, w życiu mojego rodzeństwa, siostry i brata, a nawet i naszej matki, rozwinięciu takiego rodzaju pamięci sprzyjał ważny czynnik. Była nim sztuka pisarska ojca, autora wielu pięknych książek, z których szczególnie jedna – Mitologia – w czarodziejski sposób deformowała moją wyobraźnię, czyniąc z niej narzędzie baśniowego, a nie trzeźwego i racjonalnego poznawania zjawisk. Zanim potrafiłem samodzielnie oceniać ludzi z bliskiego i dalszego otoczenia, miałem do dyspozycji prawdziwy katalog wzorów na podobieństwo idei platońskich. Człowiek dzielny, mężczyzna, był Odysem, żona Penelopą albo Herą, dziewczyna Nauzykaą, królem Agamemnon, ktoś pracowity Hefajstosem, mądry Ateną, piękny Apollonem, a bardzo silny Heraklesem. Niedawno zakończona wojna była wojną trojańską. Szedłem drogą prowadzącą do upośledzenia umysłowego. Uchroniła mnie przed nim pogodna atmosfera domu i codzienne troski. Ustrzegłem się przed identyfikowaniem ojca jako Homera. Prał swoje skarpetki, nie raz stawał w kolejkach, chodził ze mną na spacery i w niedzielę do kościoła, był dla nas wszystkich bardzo czuły, chociaż nie trudził się wychowywaniem, to wyłączna domena matki, a w moim przypadku także starszego rodzeństwa. Świat herosów greckich długo rządził moim gustem i, na przykład, wykluczał z lektury milutkiego Kubusia Puchatka, Doktora Doolittle’a, różne Mikołajki i małych księciów, nawet Karol May wydawał mi się infantylny. Co innego Yerne, bliski, szczególnie w Tajemniczej wyspie, która doskonale uzupełniała Odyseję. Potem „szkołą uczuć” stały się książki Marka Twaina i Dickensa, a Conan Doyle i Aghata Christie przyniosły infekcję kryminałów, choć dobrze pamiętam, że Dziesięciu małych Murzynków nadmiarem zbrodni budziło moją odrazę. (....) Do szczęśliwych w moim życiu należą bardzo liczne okresy poznawania zabytków w krajach śródziemnomorskich. Beztroskie początki, z tak wcześnie ofiarowanym mi Akropolem – miałem trzynaście lat – rozzuchwaliły mnie i ośmieliły do zachłannego wręcz zwiedzania najstarszych miejsc we Włoszech z Sycylią, w Hiszpanii, w Grecji, w Egipcie i w Sudanie. Zuchwałość i nonszalancja polegały na powierzchownym poznawaniu, jakby sama obecność wśród ważnych ruin była celem i spełnieniem, dlatego z łatwością zamieniłem, prawie nieużywane, badawcze „szkiełko i oko” na medium jeszcze konkretniej związane z tą podwójną optyką, czyli na kamerę filmową. Dzięki tej zamianie zwiedzałem intensywniej i więcej, ale zawsze w sposób impresyjny. Bliskie mi są słowa wielkiego Cezanna o temperamencie, który jest bezcenny gdy jednak podda się dyscyplinie. Dla mnie jest nią montaż filmowy, czynność wtórna, dyscyplinująca. Porzucę już te samolubne uwagi, by, niejako w oprawie niedawnych podróży po Syrii, przywołać wspomnienia o Rudolfie Ranoszku. Każdy, kto miał szczęście słuchać wykładów tego uczonego, a dane mu było, po latach, jeździć po Azji Zachodniej, szczególnie w Syrii, nie mógł ani nie chciał się wyrzec jego przewodnictwa. Wiedzieliśmy, że ma ogromną wiedzę o całym Bliskim Wschodzie, mimo że podczas wykładów mówił niewiele. Stosował wobec nas sokratyczną metodę majeutyczną – położniczą. Nadzwyczaj celnymi pytaniami wyciągał z nas wiedzę z zadanych lektur, poprawiał i porządkował. Był klasycznym ex libris doctus, uczonym z ksiąg. Nie podróżował po krajach, lecz znał ich geografię i historię, kilometr po kilometrze i dekadę po dekadzie. Miał legendarną sławę posiadacza wszechwiedzy, mówiło się z przekonaniem, że odczytał pismo linearne B przed Yentrisem i Chadwiekiem, szeptano nawet o linearnym A! To wszystko było możliwe, lecz ukryte (mato bowiem publikował, o co wielu miało pretensje) i w moim odczuciu krzywdzące tego uczonego o niepojętym uroku i niespotykanej skromności. Ten Ślązak, głęboko wierzący samotnik, uważał się za sługę Nauki, nie dostojnika. Tę postawę wyraził niedługo przed śmiercią. Najmniej oczekiwanie ukazał się w telewizji. Drobny i przygarbiony w fotelu, na pytanie o życiową dewizę odpowiedział w charakterystycznej dla niego wymowie: „Żyć tsicho, pracować tsicho, umierać tsicho”. (....) Sławne powiedzenie Aghaty Christie, pisarki i żony archeologa Maxa Mallowana, że ludzie tak naprawdę interesują się trzema rzeczami: pieniędzmi, seksem i archeologią, i to w tej, a nie w innej kolejności, jest wybornym żartem, ale nie absurdem. Kłopot w tym, że rozbieranie na części czyjegoś dowcipu jest zajęciem nudziarza. Poczucie humoru nie pozwala mi na to, a doświadczenie mówi, że ta bardzo mądra pani miała rację. Moglibyśmy się upierać przy polityce, która by wyparła archeologię, ale nie byłoby żartu. Kultury prekolumbijskie, Mezopotamia, wizja Atlantydy, a najbardziej Egipt, elektryzują ludzi dorosłych, jakby w zastępstwie porzuconych już bajek dziecięcych. W tej sferze tajemnic pozornych, albo rzeczywistych, ludzie zwykle nie dojrzewają i bronią się przed racjonalnym argumentem. Więcej, poznałem wybitnych archeologów, którzy mając niezliczone dowody na ciągłość i logiczny rozwój cywilizacji, rezerwują sobie miejsce na ewentualność ingerencji pozaziemskiej albo, co częste, z powagą oddają się astrologii i przesądom. Ja sam zapieram się z całą siłą i nie dopuszczam do siebie myśli spod znaku UFO, magii czarnych kotów itp. A jednak, przynajmniej raz, złapałem się na zabawnej niekonsekwencji. W Luksorze jeździ pełno dorożek, a konie gubią podkowy i one, co kilka kroków, błyszczą w słońcu, wyślizgane na blachę. Schyliłem się po oślepiający odbitym światłem kawałek czegoś i zatrzymałem się w połowie skłonu. Rozjechana i zgięta w połowie podkówka. Jej kalectwo powstrzymało mnie i, nie dotknąwszy złowieszczego znaku, odszedłem. Nie skomentuję tego incydentu, bo nie potrafię, ale przyznam, że zachwiał on lekko moją pychą i ironią wobec ludzkiej skłonności do ulegania przesądom. W dumnej relacji: ja i reszta, zagościła nowa duma. Skoro i ja, to wszyscy (......) Pamiętam, kiedy jako praktykant oprowadzałem szkolne wycieczki po salach egipskich w Muzeum Narodowym w Warszawie, tych samych, które mnie, dziecko, kilkanaście lat wcześniej wprawiły w stan grozy. W gablotach są piękne alabastrowe, naczynia, za szkłem barwne papirusy i wiele pradawnych przedmiotów. Dzieci przechodziły obok nich bez najmniejszego zainteresowania, zbijały się natomiast w gęstą gromadę przed rachityczną mumią kota, drżąc z podniecenia. Tak jest w muzeach na całym świecie; dorosłych i dzieci jednakowo fascynuje widok obandażowanych zwłok, a już znacznie mniej odsłonięty grób ze szkieletem, bo to tajemnica obnażona. (.....) Kiedy ośmielony Dublinem i powodzeniem filmu rzuciłem się na Paryż, znowu marudzono. „Przecież nie pozwolą ci filmować z Wieży Eiffela” (nie wiem, ale może w 1990 roku były z tym jakieś trudności). „W ogóle jej nie pokażę” – odpowiedziałem. „Rzeczywiście, po co?” Jest wprawdzie emblematem Paryża od ponad stu lat, ale w sensie historycznoliterackim jest niczym. Nieporównanie ważniejsze są witraże i tarasy katedry Notre-Dame. Witraże kojarzyły mi się wizualnie z nocnymi światłami Pól Elizejskich, a tarasy, zwykle niedostępne dla publiczności – to wielkie przeżycie. Musiałem zapłacić w urzędzie na rue St. Antoine sporą sumę za ubezpieczenie na życie i przez dwa dni chodziłem po nich z żoną. Pierwszy dzień był bardzo pochmurny, kropił deszcz, podobno przeklinałem, jakby zapominając, gdzie jesteśmy. Samo wejście na pierwszy taras z łukami żebrowania robi ogromne wrażenie. Jakby bardzo wąski, pionowy tunel ze spiralą schodów, klaustrofobiczny, wydrążony w grubym murze. Drugiego dnia była cudowna październikowa pogoda, niebo jasnogranatowe. Witraże od zewnątrz są opałowe, żebra, wyglądające z dołu jak czysta konstrukcja szkieletowa, widziane z bliska tworzą wespół z murami korpusu, rewersami witraży we wspaniałej oprawie reliefów portalowych, z misternie wykrojoną balustradą, z rzygaczami i maszkaronami, gigantyczną rzeźbę przestrzenną – i gotycką, i ponadczasową. Maszkarony. Dla nich samych warto się wspiąć na tarasy. To one świadczą za zdaniem Wiktora Hugo, że katedra była dziełem zarówno nieznanych z imienia artystów, jak i paryskiego ludu. Wśród potworków, owych magots rodem z Objawienia św. Jana, czyli Apokalipsy, małp i smoczych pysków, są poczciwe gęby plebejskie – tak mi się zdawało i tak wspominam, a mylić się mogę co do terminów, ale nie w absolutnym przekonaniu, że to lękliwa wyobraźnia prostaczków, nie teologów i filozofów, urodziła maszkarony. Jeden z nich podobny jest, w moich oczach, do Krzyku Edwarda Muncha. Nie mogłem wyrazić w półgodzinnym filmie choćby jednej tysięcznej związków literatury z Paryżem. Ułamki wrażeń z lektur poetów i powieściopisarzy starałem się nastrojem łączyć z kalejdoskopem Paryża, który współcześnie symbolizuje ciągle Centre Pompidou. Łaziłem po Ogrodzie Luksemburskim, staroświecko przywołując duchy Diderota, Rousseau, Musseta, Baudelaire’a, Veiiaine’a, Hugo, Balzaka, Hemingwaya, Camusa. Przy St. Germain znalazłem zabawne popiersie Apollinaire’a, od zewnątrz musnąłem literackie kawiarnie przy Mont-pamasse, a kiedy indziej chciałem wyszydzić dzielnicę La Defense, nie wiem, z jakim skutkiem, wydała mi się groteskowa i nieoczekiwanie wiernopoddańcza. Cóż powiedzieć? Intensywny, bogaty w impresje pobyt w bajecznie bogatym mieście, zachwyt mojej żony, wiele niezłych zdjęć i uchwyconych uroczych scen paryskich, szczególnie jedna, przy Boul’Mich, z wirującą ze szczęścia dziewczyną, do której za parę sekund podejdzie jej chłopak z bukietem róż. Odnawiałem wspomnienia wcześniejszych pobytów z rodzicami i z moim bratem. (.....) W moim uwielbieniu i niemal bezkrytycznym stosunku do ojca było miejsce na satysfakcję szczególnego rodzaju. Sam niezdolny do nich, z niedowierzaniem, ale z chłonną ciekawością reagowałem na gesty i słowa znajomych i przyjaciół ojca, gdy miały w sobie ton lekki, pobłażliwy, a nawet pouczający. Ich powiew odmładzał go w moich oczach i potrząsał laurem nieomylności. Pamiętam silne wrażenie, jakie zrobił na mnie list Wierzyńskiego z lat pięćdziesiątych, może nawet było ich więcej. Namawiał ojca do napisania drugiej części Nieba w płomieniach, nie wiedząc zresztą, że ojciec ją pisze jako Powrót do życia. Argumenty przedstawiał w trybie rozkazującym, z pasją i niecierpliwością, poganiał i przygarnął. List czytałem kilka lat po śmierci ojca, nie mogłem poznać reakcji, choć nie wątpię, że była serdeczna. Zachowanie się Iwaszkiewicza zawsze też naruszało dystans – te strofujące „Jasiu, Jasiu” – ale to należało do jego sposobu bycia, ojcowskiego wobec wszystkich poza Rubinsteinem i Szymanowskim. Najczęściej bywał dobrotliwie złośliwy, jak wtedy na Stawisku, kiedy ojciec zapytał go, czy już przeczytał Pod zamkniętymi drzwiami czasu, ostatni tom opowiadań. „Tak, ale przecież to Irena napisała”. Przyznaję, że to mnie bawiło. Pamiętam jednak jego najprawdziwsze zatroskanie, kiedy w siedemdziesiątym pierwszym roku w Rzymie wyciągnął mnie z jakiejś sali i nakazał większą opiekę nad oj cem, który już nie był zdrów. „On odsuwa talerz, prawie nic nie je, dbajcie o niego”. Czytaj dalej >> << Zwiń
Mniej Więcej
  • Piotr Parandowski
  • 2008
  • 192
  • 150
  • 978-83-06-03164-5
  • 9788306031645
  • W4129

Dodaj recenzję

Dołącz do grona naszych recenzentów. Dziel się z innymi miłośnikami książek wrażeniami z lektury. Cenimy wszystkie opinie naszych czytelników, stąd też w podziękowaniu za każdą opublikowaną recenzję proponujemy rabat - 5% na kolejne zakupy ...

Jak to działa?

Wyszukujesz książkę, którą chcesz się podzielić z innymi czytelnikami.
Piszesz recenzję. Logujesz się.
Możesz napisać kilka słów o sobie i wgrać swoje zdjęcie albo wybrać ilustrację z bazy awatarów.
Twoja recenzja czeka na akceptacje i publikację.
Po jej zatwierdzeniu:
a) otrzymasz w ciągu 24 godzin 5% kod rabatowy na kolejne zakupy.
- Rabat nie obejmuje podręczników.
- Kod rabatowy jest ważny miesiąc. Należy użyć go w czasie składania zamówienia.
b) dołączasz do grona recenzentów.

Więcej Zwiń

Twoja ocena

Zostaną nagrodzone najciekawsze wypowiedzi świąteczne w formie polecenia książki na prezent połączonego ze wspomnieniem świąt dzieciństwa, refleksją, dedykacją.