Koszyk 0

„Miłość dopada nas bez uprzedzenia” - rozmowa z Katarzyną Hordyniec.

Nigdy nie jest za późno, by odważyć się na spełnianie marzeń. Lena, ambitna rudowłosa dziennikarka z prowincji, wie o tym doskonale. Rusza więc do Warszawy, a tam... Z Katarzyną Hordyniec rozmawiamy o jej książkowym debiucie, „Poza czasem szukaj”.

Za Panią debiut wydawniczy. Jakie uczucia Pani towarzyszą, kiedy widzi Pani na półkach księgarni swoje „Poza czasem szukaj”? Czy napisanie i wydanie powieści to coś, o czym – jak wielu pisarzy – marzyła Pani od dziecka? A może wręcz przeciwnie – to stosunkowo nowy pomysł, który postanowiła Pani wprowadzić w życie?

Nie wiem, jak na to pytanie odpowiedzieć, żeby nie zabrzmiało to żałośnie... Bo jeśli powiem, że zawsze wiedziałam, iż chcę napisać powieść, pierwszym odruchem czytelnika tego wywiadu będzie wywalić oczy w sufit – przecież co drugi na ulicy tak by powiedział. No, ale cóż poradzę, że – pisząc felietony – wiedziałam, iż większa forma to tylko kwestia czasu. Oczywiście mogłabym się nigdy nie odważyć, ale jednak to zrobiłam i polecam każdemu sięgać po swoje marzenia. Żyjemy tak krótko na tym świecie, że szkoda czasu na żałowanie i frustrację, że się czegoś nie robi.
Kiedy widzę swoją powieść na półkach księgarni, jestem wzruszona, szczęśliwa, dumna, jakbym dziecko w odprasowanym mundurku wyprawiła do pierwszej klasy i w przyspieszonym tempie widziała, jak przechodzi kolejne etapy i przynosi piątki. Trója też wpada czasem, ale na szczęście tylko incydentalnie.

Proszę opowiedzieć naszym Czytelnikom coś o tym, jak narodziła się postać Leny. Czy miała ona jakiś pierwowzór wśród Pani znajomych – albo nieznajomych, których obserwowała Pani w kawiarni czy w tramwaju? I skąd te rude włosy? Czy ma to coś wspólnego z tym, że na co dzień mieszka Pani w Irlandii, gdzie rudowłosych – przynajmniej w stereotypowych wyobrażeniach – spotkać można częściej niż na polskich ulicach? Z ciekawości – kim jest kobieta na tej przepięknej okładce „Poza czasem szukaj”?

Nie mam pojęcia, kim jest dziewczyna z okładki, ale kiedy redaktor prowadzący podesłał mi tę propozycję, aż usiadłam z wrażenia i tylko powiedziałam do siebie – to jest Lena. Chociaż, kiedy o niej pisałam, wyobrażałam ją sobie trochę mniej wystrzałowo piękną, ale powiedzmy, że każda kobieta ma takie chwile, kiedy wygląda wyjątkowo, więc kiedy, jak nie na okładce? Lena przyszła do mnie (dokładnie tak – przyszła) po całej serii rozmów z kobietami w jej wieku, które wskazywały na to, że ich związki nie do końca są satysfakcjonujące albo że są same, bo nie potrafią zadowolić się partnerami, z którymi zdarza im się próbować tworzyć parę. Nie wiem, dlaczego jest ruda, nie ma pierwowzoru. Wiedziałam, że chciałabym, żeby była jednocześnie delikatna, słaba, silna i temperamentna, rudzielce takie są. Faktycznie może to być wpływ miejsca zamieszkania, bo tu mamy wiele naturalnie rudych kobiet – to bardzo celny trop. Inna rzecz, że fascynują mnie rude kobiety. Taka ciekawostka – ta pręga nad górną wargą w momentach ekscytacji została przeze mnie ukradziona Nicole Kidman, zaobserwowałam ją u niej kiedyś i wróciła do mnie w czasie pisania o Lenie.

Lena decyduje się na odważny krok – porzuca życie na prowincji, żeby rozwinąć skrzydła w Warszawie. Zazwyczaj w polskich powieściach i filmach jest odwrotnie – najpierw wielka kariera, miasto, a potem wyprowadzka gdzieś na wieś lub do małego miasteczka, sielanka... W pewien sposób polemizuje Pani z tym idealizowanym obrazem prowincji. Czy przyczyniły się do tego Pani własne doświadczenia? I czy na kształt Pani powieści wpłynęły jakoś opowieści takie jak „Nigdy w życiu” albo „Dom nad rozlewiskiem”?

Ta historia po prostu przyszła mi do głowy, nie chciałam żeby była w kontrze do jakiejkolwiek innej. Uważam, że prowincja ma swoje plusy, ale bez przesady, miasto daje duże możliwości. A ucieczki z niego wiążą się raczej z preferencjami ludzi, którzy decydują się na taki krok, a nie z modą. Od zawsze byli tacy, którzy lubią spokojne, małe ojczyzny i slow life, oraz inni, którzy nie mogą żyć bez energii wielkiego miasta. Ja mam w sobie nieznośną ambiwalencję – lubię małe społeczności, wolniejsze tempo, ale nie mogę się obyć bez tego specyficznego, niespokojnego pulsu nigdy niezasypiającej metropolii. Poza tym nie bez powodu co roku zjeżdża do stolicy tylu młodych ludzi na studia i już tu zostają. Albo do pracy po studiach w innych miastach. A dzieje się tak po prostu dlatego, że Warszawa jak matka, starsza siostra czy troskliwa ciotka przyjmuje te pisklaki, inkubuje, aż stają się łabędziami. To fascynujące. Ja też kiedyś byłam takim pisklakiem, jeszcze w czasach, kiedy nie było pojęcia „słoik”.

Pani bohaterka bierze los w swoje ręce, mówi swojemu gnuśniejącemu partnerowi Zbyszkowi „nadal mam marzenia” i wyjeżdża. Czy nie jest tak, że prawdziwym i największym marzeniem Heleny jest właśnie miłość, płomienna i oślepiająca? Widzę w Pani powieści pewien drogowskaz dla kobiet, apel: „hej, możecie więcej – także w miłości i seksie!”. Czy dostrzega Pani też taki, nazwijmy to, „misyjny” charakter swojej książki?

Nie wiem, czy od razu takie wielkie słowo jak misja, ale tak, chcę powiedzieć – nie gódźcie się na byle co, nie dopasowujcie się za wszelką cenę, czujcie się wolne, a właściwie wolni, bo dlaczego by pomijać panów, żeby sięgać po to, co was uszczęśliwi. Miłość jest naturalną potrzebą człowieka, zaraz po tym, żeby być sytym i mieć dach nad głową. A może nawet przed dachem (uśmiech). Dotyczy każdego bez wyjątku. Chciałabym, żeby czytelnik wziął z tego taką refleksję, że warto o nią walczyć, żeby była pozytywnym motorem działania, uszczęśliwiała, dodawała skrzydeł. Byle jaka, byle by była – to nie to, na dłuższą metę nie przetrwa, jest powodem nieznośnej frustracji. Helena nie szukała, chyba nawet nie była gotowa, ale jej historia wskazuje, że to uczucie dopada nas bez uprzedzenia.

Warszawa okazuje się jedną z „bohaterek” Pani powieści. Na co dzień mieszka Pani jednak w niewielkiej miejscowości w Irlandii, w hrabstwie Donegal – czy i ona ma jakiś wpływ na świat, który przedstawia w powieści? Czy przemyca Pani gdzieś między wierszami fragmenty swojej Irlandii? Jak mieszka się w Donegal i jak się w Donegal pisze?

Nie przemycałam Irlandii do tej historii, ona jest w stu procentach warszawska, pewnie dlatego, że miałam potrzebę wylać gdzieś z siebie miłość do tego miasta.
Życie w Donegalu jest spokojne, chociaż oczywiście niepozbawione codziennych trosk. Mam tu dużo przestrzeni, za oknem ocean, w zasięgu kilku-kilkunastu minut wiele plaż, przejmującą ciszę zielonych wzgórz, wąskie, ale za to prawie puste drogi, to sprzyja myśleniu, refleksjom, a co za tym idzie pisaniu. Nie bez znaczenia jest, że ludzie tutaj są otwarci, sympatyczni, a kiedy powiedzieć im, że pisze się książkę, odpowiedź zawsze jest – to fantastycznie, dlaczego by nie? Mam wrażenie, że w Polsce głownie to budzi zdziwienie albo reakcję typu – no tak, wszyscy teraz piszą. To czasem deprymuje. Będąc daleko od kraju, nie miałam w sobie tego „wstydu” tworzenia.

Jest Pani blogerką, pracowała też Pani jako felietonistka. Jak te doświadczenia przełożyły się na pracę nad Pani książką? Czy pisanie publicystyczne bardzo różni się od literatury? Jak wygląda przejście od krótkiej formy do powieści? Czy to naturalny krok, czy wymaga dużych zmian w warsztacie pisarskim i myśleniu o pisaniu?

Felietonistką się jest, to nie praca, a sposób „pisemnego postrzegania świata”. Ten background przeszkadza o tyle, że forma felietonu jest ograniczona ilością znaków, czyli wszystko, co chce się przekazać, to przeważnie maksymalnie pięć tysięcy znaków. Zdarzało mi się musieć zamknąć w trzech i pół. To uczy dyscypliny. Większa forma była dla mnie jak zamknięcie na noc w sklepie z cukierkami i najwspanialszymi tortami (bo ja łasuch jestem) – mogłam się „nawtryniać” do woli i to bezkarnie. A i tak zarzucają mi, że ta powieść mogłaby być dłuższa – to nauczka dla mnie, żebym może nie trzymała się tak w ryzach znaków. Natomiast samo przejście z krótkiej do długiej formy było dla mnie naturalne, nie zmagałam się z tym. Może trochę histeryzowałam wewnątrz, bo jako Panna nie lubię wchodzić na nieznane ziemie, cierpi na tym wtedy moja potrzeba bycia perfekcyjną.

W jednym z wywiadów wspomina Pani, że „czasami wypada spod prysznica, żeby zapisać jakiś dialog lub pomysł”. Zaintrygował mnie ten prysznic... Czy to jedno z miejsc, w których olśnienia i najlepsze rozwiązania pojawiają się częściej niż gdzie indziej? A może ma Pani inne miejsca, gdzie szuka Pani inspiracji w chwilach zwątpienia?

O tak, prysznic to dla mnie wyjątkowe miejsce, ledwo wchodzę pod wodę – szczególnie strumień z góry, kiedy myję głowę – przychodzą do mnie różne pomysły. Zawsze słucham wtedy muzyki, a jednocześnie jestem odizolowana od świata zewnętrznego strumieniem wody. Uwielbiam to uczucie. W chwilach zwątpienia niczego nie szukam, po prostu wpadam w rozpacz, wszystkich tym obarczam, odwalam spektakularną dramę, na końcu maluję się jakoś wyjątkowo starannie, ubieram się i jadę do ulubionej kafejki pisać w miejscu publicznym. Energia ludzi wokół zawsze mnie jakoś tam „prostuje” i daje kopa. W najtrudniejszych momentach wyjeżdżałam na tydzień pisać do Warszawy. Energia tego miasta i przyjaciele zawsze wpływają na mnie jak potrójne espresso. Niestety, ze względów finansowych muszę dozować te wizyty.

Czytałam, że tytuł powieści zaczerpnęła Pani z jednej z piosenek Doroty Miśkiewicz, „Poza czasem”. Podejrzewam więc, że muzyka jest dla Pani dość ważna w procesie twórczym? Jakie dźwięki najczęściej towarzyszą Pani podczas pisania i czy jakoś przekładają się na to, co spotyka Pani bohaterów? Na rytm, w jakim płynie ich życie?

Muzyka jest dla mnie nieodzowna, to motor działania, remedium na wszystko, źródło energii i radości, wiele wzruszeń, czasem łzy, ale wtedy też pozytywne, bo oznaczają oczyszczenie. Ci, którzy śledzą mnie na Facebooku, wiedzą, o czym mówię. Natomiast dla powieści muzyka Doroty Miśkiewicz była wodą na młyn, poruszyła tryby w mojej głowie. I jestem przekonana, że ta historia poszła w tym kierunku i z takim natężeniem emocjonalnym właśnie dzięki wrażliwości artystycznej Doroty Miśkiewicz. Powiedziałam jej zresztą o tym – ciekawe, czy mi uwierzyła? Nie znamy się, podeszłam do niej po koncercie u Kamedułów; magiczny dzień i występ dla mnie, bo miał miejsce w dzień podpisania umowy na wydanie powieści. Prawie prosto z siedziby Prószyńskiego pojechałam posłuchać jej na żywo po raz pierwszy, więc chce tego czy nie, jest ściśle związana z napisaniem mojej pierwszej powieści.

Na zakończenie – czy mogłaby Pani zdradzić naszym Czytelnikom, jakie są Pani dalsze literackie plany? Czy rudą Lenę i jej Jula spotkamy jeszcze na kartach którejś z Pani powieści?

Zaczęłam pisanie drugiej powieści – to zupełnie inna opowieść, chciałabym, żeby była też inna w tonie. Lena i Jul to nie jest zamknięta historia, ale my im towarzyszyliśmy tylko przez te kilka dni, ich pierwsze chwile razem. Trzeba im dać żyć, a ja zwróciłam się teraz do innej bohaterki, która już obok mnie żyje – to Bieta Frycz, czterdziestolatka po rozwodzie. Singielka. Kiedy zobaczycie babeczkę siedzącą przy kawie w rogu Cafe Nero, to znaczy, że utknęłam, odwaliłam histerię i mąż wydalił mnie z Irlandii na tydzień do Warszawy (uśmiech). Ciężkie jest życie męża pisarki.

Rozmawiał(a): Katarzyna Lipska