Zapraszamy do zapoznania się z naszym lipcowym Informatorem Sieci Księgarskiej Matras. Pobierz… czytaj dalej »
Data: 6 października 2009 | Komentarze |
Postmodernistyczne zabawy konwencjami to rzecz już mocno osadzona w tradycji literatury fantasy, wspomnieć tu można choćby rodzimą sagę o Wiedźminie czy też twórczość Neila Gaimana. Ten sposób konstruowania rzeczywistości przedstawionej, polegający na odnoszeniu się do współczesności, przemieszaniu wielu konwencji czy też „zapożyczaniu” wątków i postaci z różnych źródeł, zadomowił się już na dobre w literaturze i wykorzystywany jest przez twórców w wieloraki sposób. W tej konwencji napisane są Jesienne ognie Walerii Komarowej, która z dużą wprawą, ale także z pewną nonszalancją miesza elementy różnych mitologii oraz gatunków literackich, wpasowując je (mniej lub bardziej udatnie) w stworzony przez siebie świat. Para głównych bohaterów, którzy kochają się i nienawidzą, greckie Parki, jednorożce i wilkołaki, elfy i gnomy, a gdzieś w tle walka z Chaosem – to tylko niektóre z elementów zapożyczonych przez autorkę z tradycji literackiej i kulturowej. Do tego mamy jeszcze Wrota między światami, klątwę sprzed lat oraz powracający nieustannie motyw zemsty. Całość doprawiona jest cynicznym, miejscami czarnym humorem i brakiem szacunku nawet dla takich „świętości” literackich, jak Tolkien (np. mocno kpiarski opis krainy elfów i całej tej rasy).
Fabuła powieści nie jest nowatorska w żaden sposób: Komarowa opisuje dzieje księżniczki Rejki, przedstawicielki tajemniczej i potężnej rasy feyrów. Dziewczę przemierza świat w poszukiwaniu własnej tożsamości, przy okazji zarabiając na życie jako najemniczka, dosyć specyficzna zresztą, gdyż potrafi władać ogniem oraz przemieniać się w istotę obdarzoną potężnymi pazurami i płonącymi skrzydłami. Wiedzie sobie spokojne życie na Rusi (to jedyna informacja o miejscu akcji, jaką otrzymujemy) do momentu, gdy upomni się o nią przeszłość. I w tym momencie rozpoczyna się klasyczne fantasy ze zbieraniem drużyny, wędrowaniem przez różne światy i przygotowaniami do walki ze złem.
Świat wykreowany przez Komarową jest miejscem, gdzie koegzystują ludzie i istoty starszej krwi. Do tych drugich należą feyrowie, którzy podtrzymują Ład świata poprzez niedopuszczenie do przerwania granicy między Chaosem i Ładem. Powieść zaczyna się w momencie, gdy wojna między ludźmi i feyrami (wywołana pewnym smutnym incydentem) trwa już 18 lat. W trakcie przywracania pokoju między rasami rozpocznie się walka o istnienie całego świata. Komarowa mnoży zagadki, intryguje nagłymi zwrotami akcji i ani przez sekundę nie pozwala się nam nudzić. Ponad pięćset stron powieści aż pęcznieje od nagromadzonych niespodzianek, jakimi co rusz jesteśmy zaskakiwani, a tempo nie maleje nawet na chwilę.
Całość czyta się bardzo dobrze, ale wszystko nie wykracza poza poziom sprawnie napisanego czytadła. Drażni główna bohaterka, która kreuje się na silną i krwiożerczą, tyle że zachowuje się raczej jak słodka idiotka. Komarowa stworzyła niezdecydowaną histeryczkę, wpatrującą się maślanymi oczami w pewnego maga. Nie przeczę, że sympatyczną, jednak trudno utożsamiać się z kimś, kto przypomina gorszą wersję Szarki z powieści Brzezińskiej. Lepiej i wiarygodniej wypadają bohaterowie drugoplanowi, nakreśleni w kilku zdaniach, ale naprawdę pełnokrwiści i niejednoznaczni. Komarowa czasami z trudem panuje nad namnożonymi bez umiaru wątkami, co daje o sobie znać kilkakrotnie: prowadzenie dwutorowej narracji niestety czasami zawodzi, rezultatem czego jest bałagan fabularny.
Przesadny sentymentalizm i nadmiar patetyzmu także nie wychodzą powieści na dobre, choć akurat te chwyty można odczytywać jako kpinę z nadętego tonu niektórych dzieł fantasy. Powieść nie broni się również językowo: przedziwna mieszanina języka współczesnego i stylizowanego na starodawny brzmi groteskowo. Zwroty „azaliż” i „czcigodna panno” sąsiadują ze stwierdzeniami ” spadaj” oraz „mnie to rybka”, co daje w sumie niespójny efekt pełen anachronizmów i zwrotów ze słownictwa potocznego, nieraz trudny do przyswojenia.
Sprawne pióro i bogata wyobraźnia nie zawsze wystarczą. Gdy przeciwstawimy im nadmiar wątków i trudność w ich ogarnięciu, mało oryginalne wykorzystanie popularnych motywów, a także niezbyt wyrafinowane poczucie humoru, to jasnym się stanie, że nazwisko Komarowej nie może być stawiane w jednym rzędzie z pisarzami takimi jak Łukjanienko, Kornew czy Pielewin. Jako czytadło powieść Komarowej się broni, żal jedynie, że zabrakło tych kilku elementów, dzięki którym Jesienne ognie mogłyby być czymś więcej.
Małgorzata Tomaszek
Księgarnia Forum w Gliwicach