Koszyk 0
Opis:
Halina Poświatowska (1935-1967), poetka, autorka czterech tomików wierszy: Hymn bałwochwalczy, dzień dzisiejszy, Oda do rąk, jeszcze jedno wspomnienie (wydane pośmiertnie) oraz autobiograficznej prozy Opowieść dla przyjaciela. Jedno z najciekawszych zjawisk polskiej poezji powojennej. Ideał kobiecej subtelności i literackiej wrażliwości. Poezja Poświatowskiej to przede wszystkim wiersze o miłości – zmysłowe, odważne, pełne liryzmu. Wiersze o ponadczasowej wartości. Życie poetki – ... naznaczone nieuleczalną chorobą serca, która w znacznym stopniu wpłynęła na twórczość – wciąż fascynuje wiele osób, budzi zainteresowanie i emocje. Halinę Poświatowską – poetkę-legendę, zdolnego filozofa, fascynującą dziewczynę – wspominają najbliżsi: matka, brat, cioteczne i stryjeczne rodzeństwo, a także przyjaciele i znajomi, wśród nich Joanna Rawik, Ludmiła Waluszewska, Jan Adamski, prof. Julian Aleksandrowicz, Stanisław Grochowiak, Tadeusz Nowak i ks. prof. Józef Tischner. FRAGMENTY LISTÓW HALINY POŚWIATOWSKIEJ DO MATKI 7-my dzień po operacji [Chodzi o operacje, przeprowadzoną w USA 12 listopada 1958.] To zamiast prawdziwego listu – bo co się wybiorę, to przystanę po dwóch zdaniach – mokra jak mysz. Jutro będzie tydzień – trudno, jak trudno. Głupio ludzi zaopatrywać w ciała, które ulegają zgnieceniu – upadkom – krojeniu. I bolą... Pocięta jestem tak, że sobie lepiej wyobrazić nie można – ale to nawet zabawne, zawzięcie wypyskowuję się o zastrzyki morfiny. Oni mnie mają za zdrową i każą samej jeść, myć się, i nabijają się ze mnie, że krzywo trzymam ścierkę z wodą. No a ja nie mam kawałeczka siebie, bo wszystko rozparcelowane pod kłucie, cięcie i ból. O jak boli – moje złotko – jak boli. Nie wpadaj w histerię, bo zanim list zajdzie, to już to będzie bardzo mało aktualne. No i zresztą gdyby mi nie było lepiej, to bym jeszcze nie pisała. Ale Leszek [Dereń] mi kazał. A ja go lubię słuchać. Byłam cholernie dzielna przed tym – nic się nie bałam – zaczęłam się bać panicznie po operacji. W czwartek było bardzo źle, w piątek też, dopiero w sobotę się uładziło. Jurka Bigosińskiego przy najbliższej okazji spiorę po pysku, niefrasobliwa świnia – on sobie do Ciebie wysyła telegram, kiedy jeszcze nic nie było wiadome. Telegram miał wysłać Leszek, i to na adres cioci Heli [Anna Roman – siostra Stanisławy Mygowej], gdy już będzie wszystko dobrze. Na szczęście wyżyłam Ci. To było trudne, i jeszcze – boli – wiesz. Kobieta operowana w moim pokoju zmarła na trzeci dzień. To było najgorsze. W ogóle nie mówiłam Ci, ale tu po tych operacjach mrą jak muchy. Dlaczego ja nie? Podejrzewam w tym ciemne machinacje losu. Oni mówią, że zdrowieję bardzo ładnie. (...) TADEUSZ GIERYMSKI Z wierszami Haliny Poświatowskiej zapoznałem się za pośrednictwem jej matki. W jakich okolicznościach? W „Gazecie Częstochowskiej” tuż po śmierci poetki zamieściłem wspomnienia, których fragment przytoczę. „Któregoś dnia, a było to zapewne pod koniec 1956 roku, do redakcji przyszła kobieta w średnim wieku z kilkoma brulionami wierszy swojej córki. Z niezdecydowaniem wziąłem je do ręki. Jak wiadomo, ci którzy starają się «upłynnić» tego rodzaju towar, nie przez każdą redakcję przyjmowani są z otwartymi ramionami. Był to bowiem okres wyjątkowej erupcji poetyckiej. (...) Kobieta powiedziała mi, że córka sama przyjść nie może z powodu choroby, jakiejś niedomogi serca. Młoda dziewczyna, pomyślałem, najczęściej przywiązana do łóżka, nudzi się, ergo pisze wiersze. Jest jednak poważnie chora. W takich przypadkach ludzki odruch – to współczucie. Zadecydowałem, jak to się mówi, a priori, że cośkolwiek, choćby to było całkiem złe, wydrukować trzeba. Potem dopiero otworzyłem zeszyt, jeden, drugi, trzeci... Nie były to rewelacje poetyckie, to prawda. Wiersze znalazłem jeszcze bardzo «młode», niektóre zupełnie nieudolne, ale tu i tam błysnęła jakaś grudka złota. W sumie różniły się in plus od tuzinkowej produkcji, o której myślałem, zabierając się do czytania. Zamieściliśmy kilka utworów w najbliższym numerze gazety. Autorkę poznałem dopiero po kilku tygodniach. Weszła szczupła, jasnowłosa dziewczyna w ciemnoniebieskim palcie (dlaczego takie nieistotne szczegóły tkwią latami w pamięci?). Rozmowa potoczyła się naturalnie o poezji. Była długa i żarliwa. Zgadzaliśmy się lub nie. Dziewczyna miała swoje zdanie, od którego nie odstępowała. A że przyniosła ze sobą nowe wiersze – zacząłem je głośno czytać. Autorce nie podobała się widocznie moja interpretacja, gdyż gwałtownie i niemal obcesowo (była taka zawsze) wyjęła mi kartkę z ręki. Wiersz odczytała po swojemu, mniej płynnie, bardziej rwąco, arytmicznie”. Tyle z pierwszego spotkania. Natomiast w jednym z grudniowych numerów ukazały się dwa wiersze Haliny Poświatowskiej będące rzeczywistym debiutem. Oto one: Człowiek z Annapurny Wyciągnął ręce ponad grzbietami lodowców dotknął palcami skalistego garbu A gdy wróciły do niego bezsilne obolałe dłonie nie było palców wszystkie dziesięć zostały w śniegu Człowiek uśmiecha się pokazując kikuty rąk Szczęście mam szczęście! krzyczą dzieci chwytając piłkę z nurtów wody a ono – na niebie świeci roześmiane złotem – młode wyciągnij rękę – zamknij płonący krążek w pięści i głośno – głośno krzyknij – mam szczęście – STANISŁAW GROCHOWIAK Chodziliśmy po ciemnych listopadowych Plantach. W powietrzu unosiły się wilgoć i ostry zapach butwiejącego listowia. W oknach domów zapaliły się kielichy różowych abażurów, Kraków wchodził w swój dostały jesienny wieczór. Przechodziliśmy koło gazowej latarni. Blade światło wskoczyło na twarz Haliny, objawiło mokry listek w jej pięknych kasztanowych włosach. Mówiła. Śmiała się swoim wysokim, trochę groźnym śmiechem, w którym było tyleż autoironii, ile głęboko ukrytej goryczy. Słuchając jej pospiesznego monologu o nieważności strachu, a równocześnie oglądając tę szczupłą naznaczoną wiecznym skupieniem twarz, pomyślałem, że oto stoję naprzeciw człowieka, któremu nikt i nigdy nie ma prawa wyrządzić krzywdy. W niespełna rok później największą krzywdę wyrządziła Halinie śmierć. To zdumiewające, jak ta dziewczyna pisząca wiersze kochała i szanowała życie. Pierwszy tom poezji, który wydała, nazywał się Hymn bałwochwalczy. Zawarły się w tym tytule tęsknota, zachwyt i posępna samowiedza. Jej miłość do życia miała w sobie coś istotnie religijnego, była to przecież religia niedozwolona, z góry skazana na niewdzięczność i brak łaski, religia bałwochwalcza. Oto kobieta, której każde żywsze poruszenie serca groziło śmiercią, wielbiła miłość nieposkromioną, zmysłową, cielesną. Oto człowiek, który zrządzeniem absurdalnego wyroku był całym sobą obrócony ku krainie cienia, pozostawił za sobą smugę światła: poezje kropel rosy rozsypanych na włosach, rozkruszonego zioła w wądole dłoni, ptaka i obłoku. Targowała się ze śmiercią nie tylko w poezji. Tuż po dramatycznej operacji serca, którą przeżyła w Stanach Zjednoczonych, znalazła w sobie tyle uporu i nadziei, aby rozpocząć studia filozoficzne na amerykańskim uniwersytecie. Po powrocie do kraju uzyskuje tytuł magistra filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Uczy się języków, przygotowuje pracę doktorska. Z moich przelotnych pobytów w jej krakowskim mieszkaniu pamiętam ją przede wszystkim jako dziewczynę z książką w ręku. Trochę mnie to niepokoiło, bałem się – jakże niesłusznie – że nadmiar gromadzonej wiedzy przeobrazi ją, urzekającą kobietę i poetkę, w typ zgorzkniałej sawantki. A przecież była w tym wiara i rozpacz: wierzyła, że jeśli nic innego jej nie uratuje, to przynajmniej uczciwość losu. Jakże ma pójść na marne taki wkład pracy i dobrej woli? Kto ośmieli się potargać te nici, które rozprzędła między sobą i życiem? Nie wiem, czy w głębi serca była przekonana o sukcesie; wiem, że przekonała innych – nas wszystkich: rodzinę, przyjaciół, kolegów. Otrzymałem wiadomość o jej śmierci późno, kilka dni po pogrzebie. Nie mogę za to nikogo winić. Jestem przekonany, że zwłoka w udzieleniu mi tej wiadomości wynikła z osłupienia, z owej niemocy, która nas ogarnia, kiedy stajemy wobec czegoś niewiarygodnego. I to jest chyba jej smutny sukces: nie mogąc pozostać wśród żywych, przynajmniej śmierć swą uczyniła niewiarygodną. Pozostawiła po sobie wielki smutek – nie ten żałobny, który mija z opadnięciem ostatnich liści z cmentarnego wieńca, nie ten uroczysty, który przywdziewamy na twarze w warcie honorowej przy trumnie poety, ale ten, który nas postarza, który odsłania nam pochmurne dziedziny naszego wspólnego losu. W liście, jaki otrzymałem od Małgosi, ukochanej siostry Haliny, Małgosia pisze: „Ogromnie chciałabym, żeby przez jeszcze trochę ludzie pamiętali o Niej”. Przez jeszcze trochę... Czytaj dalej >> << Zwiń
Mniej Więcej
  • Mariola Pryzwan
  • 2008
  • 1
  • 228
  • 240
  • 153
  • 978-83-06-03187-4
  • 9788306031874
  • W4353

Dodaj recenzję

Dołącz do grona naszych recenzentów. Dziel się z innymi miłośnikami książek wrażeniami z lektury. Cenimy wszystkie opinie naszych czytelników, stąd też w podziękowaniu za każdą opublikowaną recenzję proponujemy rabat - 5% na kolejne zakupy ...

Jak to działa?

Wyszukujesz książkę, którą chcesz się podzielić z innymi czytelnikami.
Piszesz recenzję. Logujesz się.
Możesz napisać kilka słów o sobie i wgrać swoje zdjęcie albo wybrać ilustrację z bazy awatarów.
Twoja recenzja czeka na akceptacje i publikację.
Po jej zatwierdzeniu:
a) otrzymasz w ciągu 24 godzin 5% kod rabatowy na kolejne zakupy.
- Rabat nie obejmuje podręczników.
- Kod rabatowy jest ważny miesiąc. Należy użyć go w czasie składania zamówienia.
b) dołączasz do grona recenzentów.

Więcej Zwiń

Twoja ocena