Koszyk 0
Opis:
Dzięki tej książce Landsburg stał się w Stanach Zjednoczonych jednym z najpopularniejszych autorów poruszających problemy ekonomii życia codziennego, a właściwie obalającym mity i fałszywe paradygmaty, jakimi zalewają nas media i ignoranci z uniwersyteckich katedr. Na co dzię jeden z najwybitniejszych specjalistów teorii cen, dzięki wyjątkowemu pcozuciu humoru, odwadze i przenikliwości stał się ulubieńcem amerykańskich czytelników. Mamy nadzieję ... że podobnie jak spopularyzowaliśmy Thomasa Sowella czy Murraya Rothbarda, Landsburg także stanie się ikoną kojarzoną z Fijorr Publishing. Wkrótce bowiem ukażą się jego kolejne książki. Miłej lektury! Wydawca Moim ulubionym instrumentem dydaktycznym jest bajeczka mająca swe korzenie w opowieści profesora Jamesa Ingrama z Uniwersytetu Stanowego Północnej Karoliny. Jest to historia pewnego genialnego przedsiębiorcy, który wynalazł nową technologię umożliwiającą wytwarzanie samochodów ze zboża. Wybudował on fabrykę nad morzem, otoczył tajemnicą prace firmy i rozpoczął produkcję. Wiadomość o tym, iż nowe samochody są lepsze i tańsze od jakiegokolwiek produktu pochodzącego z Detroit, wywarła wstrząsające wrażenie na konsumentach. Farmerzy ze Środkowego Zachodu byli zaszokowani, kiedy fabryka zaczęła zamawiać ogromne ilości zboża, aby zasilać swe tajemnicze maszyny. Wprawdzie przeszkoleni starą metodą pracownicy zatrudnieni w sektorze samochodowym byli nieco skonsternowani, jednak generalnie pozytywnie przyjęto fakt, iż postęp technologiczny jest per saldo bardzo dobrą rzeczą, nawet jeśli towarzyszą mu pewne niedogodności. Pewnego dnia dociekliwemu reporterowi udało się dotrzeć do niezadowolonego pracownika, który ujawnił największą tajemnicę przedsiębiorcy. Wielka fabryka była pusta. Tylna ściana otwierała się wychodząc na basen portowy. Zboże dostarczane do fabryki frontowymi drzwiami opuszczało ją tylnymi i było wysyłane za granice w zamian za samochody. Szok wywołany tą rewelacją spowodował przekształcenie się przedsiębiorcy, w oczach opinii publicznej, z bohatera w łajdaka, a fala powszechnego oburzenia wyniosła Pata Buchanana na urząd prezydencki. Morał tej historyjki jest taki, że niedrogie samochody są dobrą rzeczą i pozostają nią niezależnie od tego czy nabywamy je dzięki rozwojowi technologii, czy też poprzez transakcje handlowe. Ograniczanie handlu działa w dokładnie ten sam sposób, co zamykanie najbardziej wydajnych fabryk. Trzeba być ślepym, żeby popierać Buchanana i nie dostrzegać faktu, że jest to fundamentalnie równoważne. Jest mało prawdopodobne, aby ślepi na własne życzenie, mogli odpowiednio prosperować. Opowiadam to studentom, ale nie mojej córce. W przeciwieństwie do studentów, Cayley polega na moim moralnym przewodnictwie. Mógłbym pewnie wytłumaczyć jej jak handel przyczynia się do wzrostu zamożności naszej rodziny. Jednak dziewięciolatki są już wystarczająco skoncentrowane na sobie, a wywołanie u nich troski o innych wymaga łagodnej zachęty. Zatem, zamiast opowiadać Cayley jak wspaniałą rzeczą dla naszej rodziny jest zaoszczędzenie pieniędzy w momencie zakupu samochodu, mówię jej o różnicy pomiędzy dobrem i złem. Wie już o tym dużo. Jest ona aktywnym uczestnikiem szkolnego rynku kalkomanii, starych kart kredytowych i nakrętek do butelek od mleka. Niekiedy Cayley chce dokonać transakcji z koleżanką z tej samej klasy Melissą, jednak ta woli operacje z Jennifer, czwartoklasistką z innej klasy. Cayley wie, jakim może to być rozczarowaniem, wie jednak także, że nie może zmusić Melissy do prowadzenia wymiany właśnie z nią. Co jeszcze ważniejsze, wie ona, że byłoby to złe. Cayley jest zbyt dobrze przygotowana pod względem moralnym, żeby sobie nawet tylko wyobrazić możliwość zwrócenia się do swej nauczycielki z prośbą o interwencję i zabronienie Melisie prowadzenia handlu z „cudzoziemcami”. Tylko bardzo niemiłe dziecko mogłoby spróbować takiej taktyki. (...) Cayley i ja próbujemy nie robić zakupów w sieci Wal-Mart. Nie zawsze nam się to udaje, czasami gorąco pragniemy kupić coś, czego nie można łatwo dostać gdzie indziej niż w Wal-Mart. Jednak, jeśli tylko możemy, wolimy kupować gdzie indziej. Jest to świadome echo własnej szeroko reklamowanej polityki Wal-Marta. Napisy umieszczone na każdej półce wychwalają wysiłki magazynu mające na celu niesprzedawanie towarów importowanych. Nie zawsze się to Wal-Martowi udaje, co przyznają napisy, czasami mają wielką ochotę włączyć do sprzedaży pozycję, która jest nieosiągalna gdzie indziej niż tylko za granicą. Jednak Wal-Mart, kiedy tylko może, woli „kupować to, co amerykańskie – a więc wy też możecie”. Zanim osiągnęła odpowiedni wiek, aby móc czytać te napisy, Cayley była już wystarczająco duża, aby wiedzieć, że ludzie, którzy chcą, aby zwracać uwagę na rasę, religię, płeć czy narodowość partnerów handlowych są źli. Nawet menedżerowie Wal-Martu musieli prawdopodobnie przyswoić sobie tę prawdę w dzieciństwie. Dorośli, którzy chcą wierzyć w coś innego, muszą uciekać się do ekstremalnej sofistyki nieosiągalnej dla uczniów pierwszych klas. Łatwo sięgnąć po tę sofistykę; gdyby było inaczej, sieć Wal-Mart zostałaby wyeliminowana z biznesu. Podobnie stałoby się z Senator Dianną Feinstein z Kalifornii. Senator Feinstein przeciwstawia się „okrutnym i nieludzkim” redukcjom wydatków na publiczną służbę zdrowia i zasiłków edukacyjnych dla nielegalnych imigrantów, lecz jednocześnie popiera ściślejszą kontrolę granic, aby przede wszystkim powstrzymać nielegalnych imigrantów przed przedostaniem się do kraju. Tylko człowiek o wyjątkowo zwichniętym intelekcie mógłby usprawiedliwić taką hipokryzję, bowiem albo Senator Feinstein troszczy się o Meksykanów, albo nie. Jeśli się o nich nie troszczy to, po co to rozprawianie o nieludzkim postępowaniu? Natomiast jeśli nie są jej obojętni, to jak może ona uzasadnić skazywanie tych Meksykanów na pozostawanie w Meksyku? Podobnie jak kierownictwo Wal-Martu, Senator Feinstein podpisuje się pod dziwacznymi zapatrywaniami, zgodnie z którymi powinniśmy bardziej troszczyć się o obcych, którzy jakimś trafem mieszkają w Stanach Zjednoczonych, niż o obcych, którzy akurat mieszkają gdziekolwiek indziej. Natomiast jeśli możemy zmusić tych obcych, aby pozostawali po jednej stronie wyimaginowanej linii, wówczas nie potrzebujemy troszczyć się o ich dobrobyt. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie żadnej rozsądnej zasady moralnej, zgodnie z którą możnaby bronić takiego poglądu. Jednak Senator Feinstein nie kieruje się oczywiście żadnymi zasadami natury moralnej, a jej jedynym celem jest promowanie interesów tych mieszkańców Kalifornii – w większości Angloamerykanów, którzy już mają to nadzwyczajne szczęście, iż są obywatelami Stanów Zjednoczonych Ameryki. Uważa ona, że obywatele ci skorzystają pośrednio na odpryskowych efektach związanych ze zdrowiem i wykształceniem ich meksykańskich sąsiadów, mogą jednak zarazem spokojnie ignorować zdrowie, wykształcenie i poziom życia Meksykanów żyjących kilkaset mil dalej na południu. Powiedzmy, że jeśli Senator Feinstein byłaby libertarianinem z zasadami, wówczas wypowiadałaby się na rzecz zezwolenia ludziom na mieszkanie w miejscu, które wybiorą. Gdyby była zwolennikiem egalitaryzmu z zasadami, jej zmartwienie o stosunkowo szczęśliwych Meksykanów, którzy zdołali przedostać się przez granicę, uległoby zmniejszeniu z powodu troski o ich zubożałych byłych sąsiadów, ciągle tkwiących po drugiej stronie granicy. Tylko dlatego, że jest zupełnie pozbawiona zasad, może ona jednocześnie żądać, abyśmy więcej oferowali niewielu szczęśliwcom i mniej wielu innym, których to szczęście ominęło. Zatem Senator Feinstein służy swym wyborcom bez względu na jakiekolwiek poczucie dobra i zła. Być może to jest wszystko, czego możemy oczekiwać od polityka (może jest to dobry powód, aby ograniczać potęgę polityków zawsze i wszędzie, kiedy tylko możemy to uczynić). Jednak jej odnoszenie się do „okrucieństwa” i „braku człowieczeństwa” cechującego tych, którzy się z nią nie zgadzają, wskazuje na to, iż uważa ona za warte zachodu rozpostarcie zasłony dymnej nad własnymi działaniami. I założyłbym się, że ją ma. Jeśli udostępniono by pani Senator taką samą ilość miejsca na tej stronie, z pewnością nie miałaby ona problemu z przygotowaniem powierzchownego i pozornie słusznego sposobu pogodzenia jej sprzecznych poglądów. Nie sądzę jednak, aby moja córka to kupiła. (fragmenty Fair Play) Czytaj dalej >> << Zwiń
Mniej Więcej
  • Steven E. Landsburg
  • 2008
  • 1
  • 222
  • 205
  • 144
  • 978-83-89812-47-9
  • 9788389812476
  • V5562

Dodaj recenzję

Dołącz do grona naszych recenzentów. Dziel się z innymi miłośnikami książek wrażeniami z lektury. Cenimy wszystkie opinie naszych czytelników, stąd też w podziękowaniu za każdą opublikowaną recenzję proponujemy rabat - 5% na kolejne zakupy ...

Jak to działa?

Wyszukujesz książkę, którą chcesz się podzielić z innymi czytelnikami.
Piszesz recenzję. Logujesz się.
Możesz napisać kilka słów o sobie i wgrać swoje zdjęcie albo wybrać ilustrację z bazy awatarów.
Twoja recenzja czeka na akceptacje i publikację.
Po jej zatwierdzeniu:
a) otrzymasz w ciągu 24 godzin 5% kod rabatowy na kolejne zakupy.
- Rabat nie obejmuje podręczników.
- Kod rabatowy jest ważny miesiąc. Należy użyć go w czasie składania zamówienia.
b) dołączasz do grona recenzentów.

Więcej Zwiń

Twoja ocena

Zostaną nagrodzone najciekawsze wypowiedzi świąteczne w formie polecenia książki na prezent połączonego ze wspomnieniem świąt dzieciństwa, refleksją, dedykacją.