Koszyk 0

„Duety są miłe” – rozmowa z Małgorzatą Kalicińską

Małgorzata Kalicińska w ostatnim czasie daje nam się poznać z zupełnie innej strony. Na półki księgarń trafiają „Kalicińscy od kuchni” i i podróżniczy „Dom w Ulsan, czyli nasze rozlewisko” - a my pytamy ich autorkę o kulinaria, blogowanie i... rodzinną współpracę literacką.

Czytelniczki i czytelnicy do tej pory znali Panią przede wszystkim jako autorkę powieści obyczajowych i felietonistkę. Tymczasem książka, która właśnie pojawia się w księgarniach, jest chyba zupełnie inna... Skąd pomysł na „Dom w Ulsan, czyli nasze rozlewisko”? Czy – a jeśli tak, to w jaki sposób – praca nad tą publikacją różni się od przygotowań towarzyszących poprzednim Pani książkom?

Tak, to zupełnie inna rzecz, taki „dziennik z podróży”, choć to były podróże przeplatane mieszkaniem na stałe w Korei Południowej. Nie ma tu miejsca na kreacje, fantazje, tworzenie postaci, miejsc i sytuacji. To zupełnie inny rodzaj „wypracowania domowego” – jeśli użyć analogii szkolnej. Dziękuję mojej szkolnej polonistce, nieżyjącej już Romie (de facto Romualdzie, ale Roma to z wielkiej sympatii – tak mówiliśmy o Niej między sobą) Stawińskiej, oraz drugiej polonistce – mojej mamie za nauczenie mnie tego, że pisanie jest sposobem przekazywania informacji. Formy i zasady są różne – wywiad (uśmiech), opis dziejów, konspekt, charakterystyka, esej, skrót et cetera, et cetera…

Moje i męża „wypracowanie” pod tytułem: „Opisz swoje wrażenia z pobytu w Korei Południowej” to właśnie ta książka. Trzeba było uruchomić pamięć i emocje towarzyszące zdarzeniom, sytuacjom, obserwacjom, spotkaniom i przelać na papier. Język polski w szkole naprawdę ogromnie mi się przydał, zwłaszcza „rozpisywanie się”, poprawianie kiepskich wypracowań, klasówki (!), a także czytane książki. Czytanie w ogóle.

Choć mówi się, że z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu, Pani zdaje się przeczyć tej teorii. Najpierw razem z córką napisała Pani „Irenę”, później ukazała się także urocza „Kochana moja. Rozmowa przez ocean”, w której toczycie wzruszający, interkontynentalny dialog pełen czułości. Wraz z bratem Mirosławem wydała Pani kulinarnych „Kalicińskich od kuchni”, a teraz mamy okazję poznać książkę, nad którą pracowała Pani razem z mężem. Wygląda na to, że lubi Pani pracować z bliskimi? Jak taka współpraca wpływa na życie rodzinne? I jak życie rodzinne przekłada się na wspólną twórczość?

O tak, duety są miłe, zwłaszcza gdy jest takie serdeczne porozumienie i chęć. Nam się tylko syn nie uaktywnił, ale on ma nawał zajęć związanych z zawodem, jaki wykonuje i obowiązkami taty, które postawił na równi z pracą. Jest tatą na dwadzieścia cztery fajerki – świetnym! Nie rwie się do duetów (uśmiech).

Myślę, że to wszystko wynika z faktu, że ja jestem osobą bardzo pogodną i sama nie uznaję napięć, „ściśnięć”, nerwówki i stąd praca z córką, mężem i bratem (który jest oazą spokoju) poszła lekko, łatwo i przyjemnie. No, zdarzały się jakieś drobne napięcia przy książce o Korei, ale wynikały z chęci jak najlepszej konstrukcji.

Wspomniałyśmy już wydaną razem z bratem książkę „Kalicińscy od kuchni”. Wcześniej w ręce czytelników oddali również Państwo „Kuchnię znad rozlewiska” - zresztą i w samych Pani powieściach smakowitych kulinarnych opisów nie brakuje. Kulinaria mają więc chyba dla Pańskiej rodziny duże znaczenie... Skąd wzięła się taka pasja u rodziny Kalicińskich? I jak wygląda Pani kuchnia na co dzień? Może Pani uchylić rąbka tajemnicy?

Nasz tatko świetnie gotował. Jesteśmy z Mirkiem rodzeństwem przyrodnim, on nie miał wiele czasu na gotowanie z tatą, bo wychowywała go (i jeszcze jednego brata) ich biologiczna mama, z nami chłopcy spędzali tylko wakacje, zresztą w wielkiej serdeczności. Tata nie miał jednej reki, więc byłam jego podkuchenną. Nauczyłam się wielu podstawowych rzeczy, gotując razem. Wspaniałe chwile!

Moja codzienna kuchnia to mieszanka kuchni polskiej, choć nie tej ciężkiej „Ćwierczakiewiczowej”, raczej już lżejszej i z małymi porcjami, bo na te bardzo dojrzałe lata i na starość nie objadamy się – dla zdrowia. Niemniej bywa to zarówno owa polska codzienna kuchnia z kotletem mielonym, gołąbkami czy zupa koperkową czy też modyfikacje i naśladownictwo kuchni świata, w którym dane mi było być i smakować to i owo. Stąd często goszczące u nas wietnamskie Pho, koreańskie kim chi, które często robię, czasem tajin w pięknym, ceramicznym naczyniu glinianym o szmaragdowej polewie, kupiony od ceramików ze polskiego Śląska, buldogi grill – znów koreański sposób spędzania czasu z rodziną przy stole, opiekając skraweczki mięs i zawijając je w liście sałat albo kapust zanim trafia do ust, hinduskie somosy… Dzisiaj będzie kielecka zalewajka.

Od kilku lat jest Pani nie tylko pisarką, ale też aktywną blogerką. O ile w powieściach raczej nie podejmuje Pani wątków politycznych, o tyle komentarze dotyczące tej sfery życia publicznego na blogu pojawiają się dosyć często. Z jakim przyjęciem Pani czytelników się one spotykają? I czy w przyszłości zamierza Pani wpleść je gdzieś między wiersze swoich książek, czy raczej pozostaną one w internetowej przestrzeni?

Tak, blog też jest częścią mojego życia literackiego. Niechętnie, ale dałam się namówić na niego i okazało się, że jest to taki… wentyl bezpieczeństwa. Piszę tam o rzeczach, które na dzisiaj, tu i teraz, mnie jakoś dotknęły, zainteresowały albo wkurzyły. Okazało się, że kilka moich tekstów o tym, co się dzieje w Polsce pojawiło się (dobrze ocenionych) w Studiu Opinii, co jest dla mnie niemałą nobilitacją. Bywam tam w bardzo zacnym gronie mistrzów felietonistyki społeczno-politycznej i czuję się jak uczennica w prestiżowej szkole. Miło być z Wielkimi.

Spotykam się zarówno z akceptacją, sympatią, radosnym”wyjęła mi to pani z ust, z głowy!”, jak i z polemiką z innego punktu widzenia, a też z pospolitym hejtem. Ostatnio dowiedziałam się. że jestem starą, głupią żydowską świnią i kodowską szmatą. Voila! Wątków polityczno-społecznych nie wplatam w treść książek, co niektóre krytyczki mają mi za złe. Po pierwsze, to zupełnie nie mój sposób pisania, dialogu z czytelnikami, ja nie wiem, czy moi odbiorcy (odbiorczynie głównie) oczekują ode mnie, że będę pisała teksty fabularne, ale „zaangażowane politycznie”? To po wojnie pisarze byli zmuszani w PRL, że będą politycznie zaangażowani, „po linii i na bazie”, OCZYWIŚCIE po właściwej stronie (uśmiech).

Ja raczej pisze powieści (już dawno żadnej nie napisałam) zawierające jakiś problem, ale nie nadmiernie udramatyzowany i wstrząsający. W „Domu nad rozlewiskiem” poruszam np. sprawę nieprzydatności zawodowej kobiet po 50, ale też wzięcie w swoje ręce własnego losu i desperacki skok do innej rzeczywistości, wzięcie na siebie odpowiedzialności za to, co się już złego wydarzyło, za naprawienie tego, odnalezienie się w nowych warunkach i próbę budowania na nowo nowego życia. W „Lilce” to nie tylko opis dobrych i ciepłych relacji bohaterki z ojcem, starym wujem i serdecznym, starym przyjacielem – mentorem, ale też rozstanie z mężem takie, żeby nie zostawiło to po sobie niepotrzebnych ran i złych emocji. A reszta książki to opowieść o chorobie nowotworowej, tak częstej dzisiaj w naszych rodzinach, i o tym, jak się opiekować chorą siostrą.

W „Zwyczajnym facecie” też sprawa ważna – przemoc w rodzinie ze strony kobiecej. Bo to też jest cichy i wstydliwy problem, nad którym NIKT się nie pochyla, a ofiarą jest ofiarą niezależnie od płci i wieku. Ale też jest to opowieść o samotności emigranta, o męskiej przyjaźni. Tak więc nie są to wyłącznie słodkie opowiastki, romansiki „bleble”, jak to niektórzy sądzą, ale też nie „Siostry Karamazow” pomieszane ze „Zbrodnią i karą”, okraszone „Łagodną”, jeśli już trzymać się mrocznych powieści Dostojewskiego.

Nie umiem pisać mrocznie, nie mam takiej potrzeby, a wysilać się na coś, co nie wypływa z moich myśli i emocji, nie ma sensu. Jestem, jaka jestem – pogodna, choć z refleksjami. Wolę ledwie naszkicować problem, a już wyobraźnia czytelnicza ubarwi go, udramatyzuje, albo… nie.

Poza aktywnością w internecie często spotyka się Pani ze swoimi czytelnikami na spotkaniach autorskich. Jak ważny jest dla Pani kontakt z nimi i informacje zwrotne na temat Pani twórczości, jakie Pani otrzymuje? Czy zdarza się, że coś Pani podpowiadają, zdradzają pewne oczekiwania, które potem wpływają na kształt opowiadanych przez Panią historii? Bywają inspiracją?

Nade wszystko to dowód na sympatię, zainteresowanie, a to jest naszą główną pożywką. Pisanie to rodzaj dialogu, bo jeśli to wyłącznie mentorski lub narcystyczny (a czasem wręcz onanistyczny) monolog – to kiepsko. Oczywiście odrzucam pisanie „na zamówienie”, pod słupek czy oczekiwania. To komercja, nie moje poletko.

Ciekawią mnie opinie okraszone jakimś osobistym wątkiem. Nie dalej jak wczoraj pani garderobiana w programie, w którym się pojawiłam szepnęła mi, że „Dom nad rozlewiskiem” dał jej powód, kopa, był inspiracją do uporządkowania swojego niefajnego życia, do zmiany przez duże Z i dzisiaj jest w innym już miejscu, czasie, jest innym człowiekiem. I buziak na podziękowanie. To ogromnie poruszające! Miewam, powiem nieskromnie, wiele takich sygnałów, też od mężczyzn (ofiar przemocy psychicznej), przez łzy wzruszenia ocieranych podczas lektury moich z córką maili, bo dzisiaj wiele matek i ojców tęskni za dziećmi, które ułożyły sobie życie gdzieś daleko.

Najbardziej popularnymi Pani powieściami pozostają te z trylogii „Rozlewisko”. Tęskni Pani czasami za Małgosią, Basią i innymi bohaterami z Mazur? Za czasami, kiedy opisywała Pani ich perypetie, kiedy pisząc, żyła Pani niejako ich życiem? A może kiedyś jeszcze zabierze Pani swoich czytelników nad rozlewisko?

Nie. Rozlewisko to skończona historia. W międzyczasie pojawili się nowi bohaterowie, choć też bawi mnie i lubię w każdej kolejnej książce spotkać przypadkowo kogoś z poprzedniej. Tak np. było z Orestem, którego nagle w swoim życiu, w podróży na Mazury spotkał Wiesiek ze „Zwyczajnego faceta”.
Tak, jestem związana z moimi bohaterami, bo ja ich wszystkich po prostu lubię.

Pozostając w mazurskim klimacie – serialowa adaptacja „Rozlewiska” okazała się sporym sukcesem. A co z innymi powieściami? Czy doczekamy się ich ekranizacji? Może na dużym ekranie pojawi się Wiesiek, „Zwyczajny facet”?

Chętnie! Może właśnie mojej Lilki czy Ireny szuka spragniony reżyser? Może ktoś, kto potrafi napisać interesujący scenariusz, zechce podjąć się utkania filmowej opowieści?
Jestem otwarta na propozycje (uśmiech).

Teraz – kuchnia i Korea... A co potem? Czy może Pani zdradzić naszym czytelnikom swoje dalsze literackie plany?

Zdradzę, jak będę w połowie. Na razie startuję, więc sza!
Proszę poprosić Wenę, żeby głaskała mnie po głowie i zaganiała do pracy.

Rozmawiał(a): Katarzyna Lipska