Zapraszamy do zapoznania się z naszym lipcowym Informatorem Sieci Księgarskiej Matras. Pobierz… czytaj dalej »
Data: 15 stycznia 2010 | Komentarze |
Czarny kwadrat czyli kapitulacja?
Wiersz jest światłem, które pozwala więcej zobaczyć i zrozumieć czy może szczeliną, prześwitem, w który światło wpada? Takie pytanie zadaje sobie czytelnik najnowszego tomu wierszy Tadeusza Dąbrowskiego zatytułowanego „Czarny kwadrat”. Tomu nie tylko zauważonego, ale i docenionego, choćby prestiżową Nagrodą Fundacji Kościelskich.
Pojęcia „światła” i „prześwitu”, a także relacje między nimi sygnalizuje już motto (jedno z dwóch) zaczerpnięte z Martina Heideggera. Poeta rozwija te rozważania w utworach uszeregowanych w kilku pasmach tematycznych. Pierwsze dotyczy „ja”. Kim jestem? Do kogo należy „ja”? Do takich pytań czytelnicy poezji gdańszczanina zdążyli się przyzwyczaić, w „Czarnym kwadracie” jednak mamy do czynienia z oczyszczeniem utworów z metaforycznych naleciałości, otrzymujemy bez mała wiersze-destylaty, nienaganne formalnie łamigłówki na wysokim poziomie abstrakcji.
Przede wszystkim poeta chce nam powiedzieć, że… nie ma nam zbyt wiele do powiedzenia. Mnoży pytania i sylogizmy po to, aby dowieść, że pojęcia, począwszy od „ja”, a skończywszy na Bogu, wymykają się ludzkiemu poznaniu. „Za dużo/ tego ja, żebym mógł je ogarnąć, wziąć za swoje./ Zważywszy, że jesteśmy dopiero przy ciele” – konstatuje „trzydziestoletni chłopiec święcie przekonany/ o swojej nieśmiertelności”. Owo „przekonanie” jest zresztą również elementem gry, jaką poeta prowadzi z rzeczywistością. I z Bogiem. Wiara jest dla niego przede wszystkim aktem woli, wyborem dokonanym na drodze poznania. „bardzo chciałem wierzyć/ w Boga” – czas przeszły sugerowałby, że wiara, zawierzenie nie jest łaską, czymś danym raz na zawsze. Poeta nie pisze: „uwierzyłem”, ale „chciałem wierzyć”. Wiara jest porównana do gry z dzieciństwa, której zasad bohater nigdy nie poznał. Niepokojące. Odległe od tradycyjnie rozumianej „poezji religijnej”.
W wierszach poświęconych bliskiej zmarłej osobie powraca u Dąbrowskiego – zniekształconym echem – fraza z „Trenów” Kochanowskiego: „Gdzieśkolwiek jest jeśliś jest, lituj mej żałości”. Do końca nie wiadomo do kogo zwraca się poeta, do owej osoby czy do samego Boga. A może nie jest to tak istotne, ponieważ zarówno zmarli, jak i Bóg „milczą absolutnie”? Zwróćmy jednak uwagę na zastosowaną w tym miejscu przerzutnię, mylącą nasz trop: „Milczysz absolutnie // pewien, że jeszcze moment/ i cię znajdę”. A więc niezupełnie i nie do końca ciemność. A więc – wracając do pytania postawionego na początku – wiersz raczej jako prześwit, możliwość światła.
Wiele nowych utworów Dąbrowskiego sprawia wrażenie powstałych w wyniku mozolnej pracy myślowej. Można im poczynić zarzut zbytniego chłodu, z drugiej strony należałoby docenić wysiłki poety chcącego uwolnić wiersz od egzystencjalnego balastu, uczynić go czystą myślą. Ryzykowne bywają zwykle wiersze autotematyczne, wiersze o wierszach. Udaje się to nielicznym, w końcu nie każdy jest Różewiczem. Ale Dąbrowski, wierny Różewicza uczeń, podąża tym szlakiem całkiem śmiało. Czy udatnie? Mnie osobiście bardziej przekonuje w miejscach, w których odnosi się do swojego doświadczenia, niż kiedy wypowiada refleksje o tym czym jest „wiersz współczesny”. Rozważania na temat roli poety i poezji w naszych czasach to zresztą kolejny zakres tematyczny tej książki.
„Poezja// jeśli jest, przypomina/ dziś kamyk,/ czasem cegłę” – czytamy w najbardziej chyba „Różewiczowskim” utworze książki zatytułowanym „Wiersz współczesny”. „Słyszy samego siebie” – to inne określenie tytułowego wiersza. Poeta diagnozuje tu kryzys obecnej poezji, która uwalniając się od „powinności” straciła zdolność
oddziaływania na ludzkie sumienia. Jeszcze dobitniej swoją niemoc wobec tej sytuacji autor określa w wierszu bez tytułu zaczynającym się pytaniem: „czy istnieje jeszcze poezja?”. Jest to jeden z nielicznych utworów Dąbrowskiego, w którym pada jednoznaczna odpowiedź: „nie,/ poezja już nie istnieje”. Co to znaczy? Przecież powstaje mnóstwo nowych tomików, debiutują wciąż kolejni poeci. „Pisma też” [już nie ma – przyp. JJ] – dopowiada podmiot tego wiersza, ktoś kto wyzbył się (a może kto nigdy nie miał) złudzeń nie tylko co do roli poezji, ale w ogóle – słowa.
Poetę niepokoi, drażni wręcz niemożność dotarcia słowem do istoty rzeczy. Dzieje się tak, ponieważ – dowodzi autor – pomiędzy słowem a rzeczą jest zawsze przestrzeń, w której „dzieje się” rzecz. Najkrótszy wykład epistemologii Dąbrowskiego stanowi zdanie: „Między słowem prawda a prawdą dzieje się// śmierć”.
Stosunek gdańszczanina do poezji rozpięty jest pomiędzy melancholią (jak w ładnym wierszu dedykowanym T. Różewiczowi, w którym poezja jest pacjentką starzejącą się wspólnie z poetą w szpitalnej sali) a kpiną – czego dowodem ostatni utwór tomu, zapraszający czytelnika do swoistej gry (nie będę więc czytelnikowi odbierał radości cytując go w tym miejscu).
Co zatem pozostaje, skoro poezja utraciła swe dawne znaczenie, a słowo zamiast otwierać raczej zamyka nam drogę do prawdy? To, co wybrał Różewicz – uważne przyglądanie się swojej twarzy. Twarzy, czyli po staremu mówiąc – sumieniu. Bardzo charakterystyczne dla Dąbrowskiego jest rejestrowanie tych momentów, w których pozostajemy niejako – używając terminologii komputerowej – w „stanie wstrzymania”. Jak w wierszu bez tytułu, który opowiada o chwili, gdy w sąsiednich pokojach, na tapczanach leżą ojciec i syn. Syn myśli o ojcu, następuje kumulacja doznań: „Tyle miłości, z którą// nie ma co zrobić”. A jednak „jest” co zrobić, bo czytamy o tym wiersz. Zdystansowany liryk à la Larkin.
Etyczny wymiar poezji Dąbrowskiego zasługuje na uwagę, bo nawet jeśli jest to moralistyka, to nie nieznośna, a przede wszystkim demaskująca czy wręcz kompromitująca „ja”. W utworze „Nieomal” podmiot zastanawia się kim jest kobieta, która przypomina mu ukochaną osobę: „A może to ty przebrana/ za siebie, żeby sprawdzić, czy umiałbym cię zdradzić.// I aby poczuć, że tak”.
A teraz proszę sobie wyobrazić kogoś, kto mówi zaniepokojony: „Dobro i zło przestały się we mnie spierać” jako uczestnika współczesnej popkultury. Otrzymamy obraz człowieka, który dostrzega i nazywa symptomy kryzysu cywilizacji zachodniej, a jednocześnie jest przez nią jak przez ogromną falę tsunami niesiony. Ciekawy pod tym względem jest wiersz napisany w austriackim Grazu. Polski poeta ze starannie skrywanym poczuciem wyższości spogląda na uporządkowany świat Zachodu, w którym nawet „gałęzie/ starych drzew kołysały się bezwolnie jak/nastolatki w filmach porno”. Gdzieś w podświadomości tli mu się romantyzm z jego skłonnością do tajemnicy i nie może zrozumieć, że „park nie jest zgwałconym lasem”.
Gwałtowności współczesnych przemian cywilizacyjnych i obyczajowych poeta może przeciwstawić jedynie swoje świadectwo. „Przechodniu, powiedz Sparcie…” – nie, zamiast tego jest: „Na moich oczach miłość/ zamieniała
się w seks,/ seks w pornografię,/ pornografia/ w miłość.// Wielokrotnie./ Coraz szybciej”.
Wpatruję się w „Czarny kwadrat na czarnym tle” będący głównym motywem graficznym okładki i zastanawiam się czy książkę Tadeusza Dąbrowskiego należy odczytywać jako dokument zmagań z niepoznawalnością czy też dokument kapitulacji wobec niej? Tak czy inaczej mamy do czynienia z dramatem nadświadomości, która nie potrafi pogodzić się ze swymi ograniczeniami. Z dramatem „małej stabilizacji”, która najwyraźniej zaskoczyła trzydziestoletniego człowieka.
Jarosław Jakubowski