Koszyk 0

Chciałabym dłużej móc pozostać dzieckiem – rozmowa z Mariną Achmedową, rosyjską pisarką i reportażystką

Przecież ludzkość nauczyła się tak wielu rzeczy – latamy w kosmos, mamy zaawansowane technologicznie gadżety, leczymy skomplikowane choroby. Tylko ze śmiercią nie możemy sobie poradzić, nic zmienić. I wydawałoby się, że dopóki bliski ci człowiek żyje, dopóty będziesz go bronić, bić się o niego, krzyczeć. A ci ludzie pokornie stali, czekali na ciała swoich niedawno jeszcze żywych dzieci. Dotarło do mnie, że państwo jest bezwzględne dla nich, a oni nie oczekują od niego litości, że ta bezwzględność jest jak śmierć.

Kończyła pani studia filologiczne. Jak zaczęła się pani historia jako dziennikarki?

Po przyjeździe do Moskwy zaczęłam pracować jako sekretarz w niewielkim wydawnictwie, które wydawało specjalistyczne czasopismo o zdrowiu. Pewnego razu okazało się, że wszyscy korespondenci gdzieś się porozjeżdżali, a trzeba było pilnie wysłać kogoś na konferencję. Redaktor naczelna poprosiła mnie, żebym tam pojechała, zaczęłam się wymawiać – że nie umiem pisać, że się boję.
Ona na to:
- „Niekoniecznie musisz coś pisać. Po prostu posiedź tam – ważne, żeby ktoś od nas był.”
Gdy wróciłam z konferencji, jednak poprosiła mnie o nieduży tekst. Pamiętam, jak siedziałam przed monitorem i próbowałam wydusić z siebie jakiekolwiek słowa. W końcu napisałam krótki tekst. Wymęczony i formalny. Szefowa jednak, gdy go przeczytała, z jakiegoś powodu powiedziała:
- „Zdaje się, że masz talent.”

Zaczęła zamawiać u mnie krótkie teksty. Po kilku miesiącach właściwie zajęłam miejsce wszystkich innych autorów w tej redakcji, rozpierała mnie energia. Zaczęłam pisać do kolorowych magazynów. Potem zaproszono mnie do czasopisma, w którym pisało się po prostu o życiu, miejscu, gdzie żyjemy, psychologii – ale nie o ludziach. Wkrótce jednak to wydawnictwo zamknięto, a niemal równocześnie rozpoczęło działalność czasopismo „Russkij Rieportior”. Zatrudniano tam najlepszych autorów. Nie byłam najlepsza, co więcej – byłam nikim, nikt mnie nie znał. Jednak potrzebowałam pracy, bo inaczej nie miałabym z czego żyć. Przyszłam więc do redakcji i zaproponowałam swoją kandydaturę. Szefowa działu poszukała w Internecie – i niczego o mnie nie znalazła. Zamówiła tekst próbny, dając do zrozumienia, że na etat nie wezmą mnie na pewno, ale mogę pisać dla nich od czasu do czasu za honoraria.

W tym czasie przyjęłam propozycję pracy w pewnym popularnym czasopiśmie, które pisze o celebrytach. Popracowałam tam parę tygodni – jeździliśmy do gwiazd z seriali, robiłam z nimi wywiady. Musiałam zadawać im głupie pytania i zapisywać ich niezbyt mądre odpowiedzi. Tymczasem szefowa z „Rieportiora” przypomniała mi w liście, że mija czas złożenia tekstu próbnego, który im obiecałam. Musiałam usiąść i napisać go w nocy. Wtedy obiecałam sobie, że to mój pierwszy i ostatni tekst do „Rieportiora”. Rana poszłam do pracy nieprzytomna. A tu w środku dnia przychodzi list (mail) z „Rieportiora” – „Pani Marino, proszę przyjść dziś z dokumentami, przyjmujemy Panią do pracy.” Wstałam, spakowałam swoje rzeczy i pojechałam prosto do nich.

Pensja była tam niższa niż w kolorowym magazynie. Nad niczym się nie zastanawiałam, nie podejmowałam żadnych decyzji – byłam jak człowiek, którego ktoś pociąga za sznurki. Ani ja nie umiałam pisać reportaży, ani też redakcja nie wiedziała jeszcze, jakie to ma być czasopismo. Myślą przewodnią było pisanie o Rosji, o ludziach, mieszkających w różnych regionach. Chodziło o to, żeby nie skupiać się na Moskwie, jak to robiły inne media, ale po prostu oddać głos ludziom, wykonującym najróżniejsze zawody. Podczas wyjazdów w teren sama uczyłam się pisać reportaże. Nie miałam żadnego nauczyciela. Ja więc się sama uczyłam, a równocześnie kształtował się „Russkij Rieportior”. Już po kilku latach stał się jednym z najpoczytniejszych tygodników w Rosji.

Jasne, że teraz z zawstydzeniem czytam swoje pierwsze reportaże. Jest w nich wiele rzeczy, które już od dawna mi się nie podobają. Wtedy, na samym początku, nawet nie przemknęło mi przez myśl, że kiedyś na podstawie moich tekstów studenci z Uniwersytetu im. Łomonosowa będą pisać prace roczne i dyplomowe, podczas gdy ja sama nigdy nie miałam możliwości, żeby tam studiować.

A jak powstają pani reportaże? Zbierając materiały zawsze mówi pani, że jest dziennikarką?

Było kilka reportaży, nad którymi pracowałam, ukrywając fakt, że jestem dziennikarką. W pracy z moimi bohaterami nie chodziło jednak o to, żeby wydobyć z nich jakieś tajne informacje, związane z ich działalnością czy życiem osobistym. Po prostu musiałam zobaczyć ich życie od środka. W zasadzie zawsze zmieniałam imiona, aby nikt nie mógł ich rozpoznać. Nigdy też nie kręciłam ukrytą kamerą. To znaczy - nigdy nie skompromitowałam nikogo, nawet jeśli mieszkałam z prostytutkami w burdelu.

Jeden z reportaży poświęciłam robotnikom z huty w Niżnym Tagile. Przyszłam do stołówki zakładowej do pracy – przez pierwsze dni kroiłam kurze udka, myłam podłogi. Potem przeniesiono mnie do działu cukierniczego. Kierowniczka stołówki stale się mnie czepiała, ale kobiety mnie broniły. Kiedyś przyszła do naszego działu i zobaczyła, jak nawijam paski ciasta na metalowe rurki – robiłyśmy rurki z kremem. Gdy byłam mała, nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego rurki z kremem są wypełnione tylko w połowie. Dopiero pracując w stołówce, dowiedziałam się, dlaczego tak jest – to były jeszcze radzieckie normy, ściśle określona ilość kremu i ani grama więcej, bo w przeciwnym wypadku ich cena musiałaby się zmienić. Kierowniczka zwróciła mi uwagę:
- „Twoja rurka będzie krzywa”.
A ja, prowokując ją, odpowiedziałam:
– „Hutnikom wszystko jedno, jaką rurkę zjedzą, równą czy krzywą.”
Gdy to usłyszała, rozpłakała się. Później się dowiedziałam, że jej ojciec, mąż i dwaj synowie – wszyscy pracują w tej hucie, w hali produkcyjnej. Wezwała mnie do swojego gabinetu i powiedziała:
- „Chcę cię zwolnić. Nie jesteś taka jak my, jesteś inna. Nie wiem, skąd przyszłaś, ale na pewno nie należysz do naszego świata. Spójrz na inne kobiety. Gdy je wołam, w te pędy biegną do mnie, a ty powolnym krokiem płyniesz przez korytarz. Jeśli jednak potrzebna ci ta praca, to zostań, nauczę cię wszystkiego, co sama umiem.”

Poprosiła robotników, żeby zawieźli mnie do hali produkcyjnej. Wydali mi ubranie ochronne i mogłam zobaczyć, jak wytapia się stal – ogromna, kipiąca, czerwono-żółta masa. Leciały z niej iskry, buchał żar. Hutnicy podchodzili blisko do kadzi, których temperatura sięga tysiąca stopni. Dookoła niekończący się hałas, wrażenie, jakby w twojej głowie ciągle stukały maleńkie młoteczki. Wtedy właśnie zrozumiałam, dlaczego robotnicy w stołówce milczą przy obiedzie – wychodzą z przepełnionego hałasem piekła i delektują się ciszą.

Gdy w stołówce nalewałam im barszcz, zaczęłam zadawać pytania: „Jak się dziś pracowało?” „Jak tam samopoczucie?” Na początku nie docierało do nich, że właśnie do nich się zwracam. Potem uśmiechali się i zadowoleni odchodzili z talerzami do swoich stolików. A kierowniczka stołówki opowiedziała mi potem o miłości do pracy, do swojego miasta, kraju. Jej słowa były szczere, bardzo odbiegały od tego, co zazwyczaj w telewizji mówią o patriotyzmie urzędnicy i politycy. Później oczywiście powiedziałam im, że jestem dziennikarką i zrobiło im się przykro. Drugi reportaż zrobiłam w melinie narkomanów w Jekaterynburgu. Na początku nie chciałam się przyznawać, że jestem dziennikarką. Wiedziałam, że jest taki straszny narkotyk, tani syntetyk – „krokodyl”, zabija w ciągu roku-półtora. Zadzwoniłam do jednego „krokodylarza”, obiecał, że mnie zaprowadzi do meliny. Gdy tylko przyjechałam z Moskwy do Jekaterynburga i spotkaliśmy się, to popatrzył na mnie i powiedział:
– „Od razu wszyscy się połapią, że jesteś podstawiona. Żadna narkomanka tak nie wygląda. Zmęczony jestem, nie dam rady, taki glamour nie przejdzie”.
Wtedy poprosiłam, żeby po prostu pokazał mi miejsce, no i poszłam tam sama. Spędziłam tam prawie tydzień i napisałam reportaż „Krokodyl”. Roskomnadzor (Federalna Służba ds. Nadzoru w Dziedzinie Łączności, Technologii Informatycznych i Komunikacji Masowej) nakazał usunięcie go z naszego portalu. Przegraliśmy sprawę w sądzie, decyzja Roskomnadzoru pozostała w mocy, a ja na znak protestu napisałam książkę – powieść o narkomanach, właśnie pod tytułem „Krokodyl”. Zimą tego roku wyszła we Włoszech.

Opisując swoich prawdziwych bohaterów, jakieś środowisko, czy relacjonując to, co się dzieje podczas konfliktu, poznaje pani ludzi, z którymi czasem łączy pani coś więcej niż zwykła znajomość. Którzy z nich zostali z panią na dłużej?

Zazwyczaj z moimi bohaterami wiąże mnie pamięć. Na przykład w Doniecku, w domu starców spotkałam pewnego człowieka, miał na imię Walera. W jego dom trafił pocisk, a on sam stracił nogi i palce u rąk. Walera ma pięćdziesiąt lat, był elektrykiem. W tym domu opieki czuło się nieznośny zapach starości, natychmiast wżerał się dosłownie w ubrania i włosy. Trudno wręcz było oddychać, a do tego zapachu nie sposób się przyzwyczaić. Weszłam do pokoju Walery, zaczęłam go wypytywać o jego historię. Odpowiadał monosylabami, nie chciał mówić – wspomnienia bolały.

Pielęgniarka uprzedziła mnie, że jeśli się zdenerwuje, może dostać ataku. Nie wyrażał szczególnej chęci do rozmowy ze mną, ale powiedział:
- „Gdybym miał protezy, to mógłbym. Wiem, że mam dość siły.”
Odpowiedziałam:
– „Znajdę pieniądze na protezy dla pana.”
Obiecałam, że przyjadę następnego dnia, gdy zadzwoni do zakładu i dowie się, ile kosztują. Przyjechałam i poszłam do kierowniczki. Powiedziała:
- „Walera rano przyjechał do mnie swoim wózkiem i spytał – „Jak pani myśli, czy ona przyjdzie?”. A teraz siedzi i płacze, bo w zakładzie powiedzieli mu, jaka jest cena – sześćdziesiąt tysięcy hrywien, czyli trzy tysiące dolarów. Walera doszedł do wniosku, że nie zdoła pani zebrać tak ogromnej sumy.”

Pieniądze zbierałam przez Facebooka – moi czytelnicy przesyłali je na konto. Ktoś powiedział – on nie da rady, trzeba mieć ogromną siłę woli, żeby się nauczyć chodzić na drewnianych protezach. Jednak Walera mówił mi, że nie chce, żeby jego życie zakończyło się w tych ścianach. Nauczył się nawet pracować kikutami palców – naprawiał przewody elektryczne w domu starców. Gdy przyjechałam do niego z pieniędzmi, popatrzył na mnie, zakrył usta kikutami palców i rozpłakał się. Zapamiętam tę chwilę – nie dlatego, że mu pomogłam, ale dlatego, że spotkałam silnego człowieka, który chce żyć. Niedawno kierowniczka zadzwoniła do mnie i powiedziała:
– „Walera zaczął chodzić.”
Wspominam wciąż jeszcze Tajgę – owczarka. Byłam w Doniecku, przyjechałam na ulicę Iljińską, którą zbombardowano, ponieważ tuż obok znajdowała się jednostka jednego z oddziałów Donieckiej Republiki Ludowej. W jednostkę nie trafili, za to pociski spadły na domy. W jednym domu zginęło dziecko, jego matce urwało nogę. Szczekał tam pies. Doszłam do wniosku, że pewnie nikt go nie odwiązał. Przeszłam wzdłuż domów, podeszłam do furtki, żeby uwolnić psa. Znów rozległy się wystrzały artyleryjskie, przestraszyłam się i uciekłam. Przez kilka dni miałam poczucie winy – nie odwiązałam tego psa. Po pewnym czasie wróciłam tam, a pies – chudy, wystraszony – już biegał po ulicy. Teraz co kilka dni odwiedzam go, zostawiam sąsiadom worek z karmą, żeby mu dawali jeść.

A kilka lat temu pisałam reportaż o wiejskim listonoszu. Mieszka w obwodzie riazańskim. Roznosił emerytury do pięciu wsi. Wszystkie one były opustoszałe – na pięćdziesiąt domów tylko jeden mieszkaniec. Sklepów tam nie było, tylko taki objazdowy, który przyjeżdżał raz w tygodniu. Pogotowie ratunkowe w ogóle nie dojeżdżało. I tak oto staruszkowie, pozostawieni samym sobie, dożywali ostatnich dni. Pod koniec miesiąca kończyła się żywność i opał, a oni czekali na emerytury, żeby kupić to, co najpotrzebniejsze. Dlatego też mój stary listonosz, ledwo zdążył odebrać emerytury na poczcie, pakował do plecaka jedzenie i ruszał w drogę. Mógłby je dostarczyć jutro albo pojutrze, ale obchodził wszystkie wioski jeszcze tego samego dnia, bo wiedział, że tam na niego czekają. I tak przeszliśmy jednego dnia dwadzieścia pięć kilometrów przy trzydziestostopniowym mrozie.

Chwilami myślałam, że nie dam rady. Brnęliśmy przez las, w głębokim śniegu. Wiedziałam, że jeśli się zatrzymam, to zamarznę. A wtedy ten staruszek powiedział:
– „Wy, miastowi, nie jesteście w stanie zrozumieć, co tu na wsi znaczy emerytura. Emerytura – to życie.”
I gdy weszliśmy do domu, w którym skończyło się drewno na opał, a jego starego mieszkańca grzały cztery koty, zrozumiałam, co znaczą słowa listonosza. A w innym domu zastałam samotnego, starego człowieka, który siedział na taborecie i patrzył przez okno na śnieg:
– „Ciężko mi – powiada – tylko biel i biel. Żeby choć jednego człowieka zobaczyć. Żeby ktokolwiek tu przyjechał. Nawet Chińczycy, wszystko mi jedno. Jak ciężko żyć bez ludzi.”
Na poczcie poczęstowali nas czekoladowymi cukierkami. Listonosz mówi:
- „Schowaj je do kieszeni. Wiem, komu je oddamy.” Tego dnia zaszliśmy do jeszcze jednego, bardzo ubogiego domu. Na piecu siedziała na wpół żywa kotka z małymi: – „Co im jest?” – spytałam. – „Prędko zdechną – odpowiedziała gospodyni – w tym domu nic się nie trzyma.” Wtedy zauważyłam jej syna. Był ociężały umysłowo. Miał jakieś trzydzieści lat. Stał za piecem, trzymał siekierę w ręku, śmiał się i pokazywał mi ikonę Chrystusa na ścianie. Oddaliśmy im rentę i wyszliśmy. Nocą dotarliśmy do zimnego domu listonosza, rozpaliliśmy w piecu, a on nagle mówi: – „A o cukierkach zapomniałaś, nie dałaś ich temu nienormalnego chłopakowi. Jutro rano tam pójdziemy, damy mu cukierki, ucieszy się.” Zapadła noc. W całej wsi było tylko nas dwoje. Miało się wrażenie, jakby nasz dom wpadł do głębokiej studni – za oknem było zupełnie czarno. Jednak patrzyłam przez to okno, dopóty rozgrzewał się piec – i zrozumiałam nagle, że to listonosz jest normalnym człowiekiem. Ktoś się podśmiewa z tego, że stara się wykonać swoją pracę na czas, że jest przesadnie odpowiedzialny. Ale ludzie właśnie tacy powinni być. Niestety, dookoła nas jest tyle nienormalnych rzeczy, że to, co normalne, odbieramy jako coś niezwykłego.

Na przykład kiedyś w Dagestanie poprosił mnie o pomoc pewien rolnik ze wsi Dyłym. Chciał wziąć kredyt dla rolników, trzysta tysięcy rubli. Zażądano od niego dziesięciu procent tej sumy jako łapówki. Oburzył się, napisał do prokuratury. Wezwano go tam, a prokurator mówi:
- „Co ty wyprawiasz? Jak ci nie wstyd? Też brałem kredyt dla teścia i też zostawiłem im dziesięć procent.”
- „Ale ja nie chcę dawać łapówki – odpowiada na to stary rolnik – nie chcę oszukiwać ludzi. Jestem prostym kołchoźnikiem. Chcę pracować na roli.”
Napisał do Putina zażalenie na prokuraturę. W biurze prezydenta FR odebrali to pismo i przesłali do prokuratury Dagestanu. Do rolnika przyjechała policja – krewni tego prokuratora, wpakowali do samochodu, wywieźli w pole, pobili, a potem dali łopatę do reki i kazali, żeby kopał sobie grób. A potem powiedzieli:
– „No dobra, wycofaj swoje skargi, to cię puścimy.” Oczywiście wycofał, żeby żyć. Jednak nie dali mu spokoju. Wciągnęli go na listę wahhabitów. Nigdy nie był wahhabitą. Znalezienie się na tej liście jest bardzo niebezpieczne – mogą w każdej chwili po ciebie przyjechać, zabrać na policję, torturować, zabić. Do domu tego rolnika zaczęli często przyjeżdżać policjanci, grozili mu. Wtargnęli też nocą do domu jego starych rodziców i zaczęli przeszukanie – w mundurach polowych, w maskach na twarzy, z automatami w ręku. Szukali czegoś pod łóżkiem staruszki matki. Jeszcze tej samej nocy sparaliżowało ją – ze strachu.

To był jedyny przypadek, kiedy odstąpiłam od swojej profesjonalnej zasady, aby nie interweniować. Przyszłam na posterunek policji, poprosiłam szefa, który był krewnym tamtego prokuratora. Powiedzieli mi, że go nie ma, ale ja widziałam, że siedział w samochodzie przy drodze i mnie obserwował. Wtedy przedstawiłam się jego współpracownikom i oświadczyłam, że będę śledzić losy tego rolnika, że napiszę o nim reportaż, a jeśli coś mu się stanie, to zrobię wszystko, aby zostali ukarani. Przez kilka miesięcy dali mu spokój. Ci ludzie nie mogli uwierzyć, że jestem zwyczajną dziennikarką. Przywykli do tego, że wszyscy się ich boją – i miejscowi, i prasa regionalna.

Pamiętam jednak, co pisali mi niektórzy dziennikarze z Dagestanu:
– „Marino, jak Pani może bronić tego człowieka? To kapuś. Donosi na swoich Putinowi.”
Proszę mi wierzyć, zrobiło mi się od tego niedobrze. To znaczy, że ludzie do tego stopnia przyzwyczaili się do tego, że wszyscy dookoła biorą i dają w łapę, że stało się to dla nich normą. I jeśli ktoś nie chce dać łapówki, to znaczy, że jest nienormalny. Pamiętam jeszcze, jak pomyślałam sobie wtedy – jaka szkoda, że ten rolnik nie urodził się gdzieś w Europie, gdzie człowiek przestrzegający prawa może osiągnąć wiele, po prostu pracując.

Inaczej zbiera się materiały do tekstów gazetowych, inaczej do książek beletrystycznych (fikcji)? W wypadku tej książki („Musiałam umrzeć”), która jako pierwsza ukazuje się w Polsce, było tak samo?

Najpierw napisałam reportaż „Zrozumieć smoka”.
Pojechałam w podróż służbową do Machaczkały, stolicy Dagestanu. Kiedy samolot wylądował, nagle rozdzwoniły się telefony pasażerów. „Jakaś specoperacja?” – zadawali sobie pytanie. Okazało się, że równocześnie w mieście przeprowadzane są dwie operacje specjalne, mające na celu likwidację bojowników. Od razu pojechałam na jedną z nich.
Podwórze domu, w którym ukryli się bojownicy, było otoczone przez OMON, a w środku już działał specnaz. W pewnej chwili przyprowadzili na podwórko kobietę, a ta zaczęła wołać swojego syna:
- „Skarbie – powiedziała – wychodź. Poddaj się, mój najdroższy synku. Siostrzyczka twoja płacze. Babcia, jak usłyszała, żeś tu jest, nie wstaje z łóżka. Poddaj się, mój jedyny.”
Przez okno wyjrzał młody chłopak.
- „Mamo, nie poniżaj się przed nimi – krzyknął – Odejdź stąd! Więcej nie powiem ci ani słowa!” Schował się, i choć bardzo prosiła, nawet na klęczkach, nie wyjrzał już więcej. Potem ją wyprowadzili stamtąd, a po kilku godzinach ostrzelali ten dom z BTR-ów, transporterów opancerzonych.

Z ciałami tych młodych ludzi – dwóch chłopaków i dwóch dziewcząt – pojechałam do kostnicy. Ktoś powiedział, że jestem ekspertem medycznym z FSB (Federalnej Służby Bezpieczeństwa), że mam pobrać ich odciski palców, dlatego nikt nie miał nic przeciwko mojej obecności. Przy bramie kostnicy zobaczyłam stojących tam od kilku godzin krewnych zabitych bojowników. Rzecz w tym, że ciał bojowników nie wolno wydać rodzinie, jednak w Dagestanie istnieje nielegalny handel ciałami – wydają je krewnym, jeśli zapłacą do 100 do 500 tysięcy rubli. Widok czekających krewnych wstrząsnął mną.

Przecież ludzkość nauczyła się tak wielu rzeczy – latamy w kosmos, mamy zaawansowane technologicznie gadżety, leczymy skomplikowane choroby. Tylko ze śmiercią nie możemy sobie poradzić, nic zmienić. I wydawałoby się, że dopóki bliski ci człowiek żyje, dopóty będziesz go bronić, bić się o niego, krzyczeć. A ci ludzie pokornie stali, czekali na ciała swoich niedawno jeszcze żywych dzieci. Dotarło do mnie, że państwo jest bezwzględne dla nich, a oni nie oczekują od niego litości, że ta bezwzględność jest jak śmierć.

Nawiasem mówiąc, nigdy nie sympatyzowałam z fanatykami religijnymi. Boję się ludzi z lasu, wyznających radykalny islam. Są dla mnie jeszcze straszniejsi niż „siłowicy” – ludzie z dawnych służb. Zresztą dostrzegam w tych ostatnich zło, ale to jest mniejsze zło. Trzeciej drogi, czyli czegoś alternatywnego, nie ma, więc trzeba wybierać pomiędzy jednym a drugim złem. Napisałam reportaż o tym, co zobaczyłam, dlatego że wydawało mi się ważne, by zrozumieć, co to byli za ludzie, którzy dobrowolnie oddali życie za swoje idee. Przecież jeśli będziemy wiedzieć, dlaczego idą do lasu i dlaczego są tak nieprzejednani, to będziemy mogli rozwiązać problem, uratować życie wielu, zapomnieć o zamachach terrorystycznych w moskiewskim metrze. Ale tego wszystkiego, co zobaczyłam na Kaukazie, nie dało się zmieścić w jednym reportażu, wszak jeździłam do Czeczenii i Dagestanu regularnie. Chciałam napisać książkę, wiedziałam, że powinnam to zrobić.

Właśnie dopiero co wróciłam z Machaczkały. Tam wstąpiłam do dużej księgarni „Arbat” – sprzedawcy poznali mnie, zaprowadzili do półki z moimi książkami, ale „Chadidży” (tyt. polski – „Musiałam umrzeć”) tam nie było. Powiedzieli mi, że wykupują ją natychmiast, gdy tylko przychodzi dostawa z Moskwy. Cieszę się, że miejscowa młodzież ją czyta, może to uchroni ją przed radykalnymi ideami religijnymi.

Ta powieść zawiera wiele szczegółów dotyczących tradycji, obyczajowości, realiów życia w społeczności na wsi na Kaukazie, które musiały być prawdziwe. Jak sobie pani z tym poradziła?

Moi rodzice są z Kaukazu. Tata wyjechał ze swojej wioski w górach, gdy miał siedemnaście lat i właśnie skończył szkołę. Nie mówił wtedy po rosyjsku. Przyjechał pociągiem do Tomska, praktycznie bez pieniędzy, w jednej marynarce. Egzaminy z matematyki zdał na piątkę, ale nie mógł oczywiście zdać rosyjskiego. Mimo to przyjęli go – był geniuszem matematycznym. Mama opowiadała, że przyjechała nawet telewizja, żeby nagrać tego niemówiącego po rosyjsku studenta.

Po pierwszym roku na uniwersytecie tata wrócił po mamę – byli z tej samej klasy – i razem uciekli do Tomska. Gdy skończyłam siedem lat, tata postanowił, że wyśle mnie do swojej rodzinnej wioski, żebym się nauczyła jego języka ojczystego. Rodzice rozmawiali z nami – to znaczy z dziećmi – tylko po rosyjsku. Rosyjski uważam za swój język ojczysty.

W wiosce wcale mi się nie podobało – babcia ma dziesięcioro dzieci, masę wnuków, nie chcieli mnie wyróżniać. A ja od dzieciństwa byłam egocentryczna. Przywykłam do tego, że w Tomsku byłam ulubienicą wszystkich babć, mieszkających w naszym domu. Na wsi spędziłam miesiąc, nie nauczyłam się w języku rodziców niczego poza przekleństwami. Kradłam cukier. Jednak nie dlatego, że kazał mi to robić – jak w książce – szejtan, zły duch. Nie wierzyłam w złe duchy, uważałam po prostu, że cały cukier świata należy się dzieciom. Przyjechali po mnie krewni mamy i w atmosferze skandalu zabrali do swojej wioski. Tam zachowywałam się dobrze – dlatego, że czułam się kochana. Chciałam, żeby jak najprędzej odwieźli mnie do Tomska.

Wtedy, jako siedmioletnia dziewczynka, nie mogłam nawet przypuszczać, że ten miesiąc życia w wiosce przyda mi się kiedyś, żebym mogła napisać książkę. Wiele pamiętam z życia codziennego na wsi. Właściwie to zapomniałam, lecz gdy zaczęłam pisać, przypomniałam sobie. A o niektóre rzeczy pytałam mamę, ona opowiadała mi wszystko ze szczegółami.

Śmierć matki głównej bohaterki – to prawdziwa historia śmierci babci, matki mojej mamy. Mama opowiadała, że kiedyś bardzo ciężko zachorowała. Lekarz, który przyjechał z rejonu do nich do wioski, powiedział, że mama nie przeżyje. I wtedy jej mama, to jest babcia, zaczęła prosić Boga, aby zabrał ją zamiast córki. Babcia zgasła dosłownie w ciągu kilku dni z powodu nagłej choroby, a mama przeżyła. Nie było mnie wtedy na świecie, nie poznałam swojej babci. A historia prababci i dywanu – to także historia mojej prababci. Nikt mi jej nigdy nie opowiedział, ale zaczęła mi się śnić – i z tych snów w odcinkach poznałam tę historię.

Gdy swoje sny opowiadałam mamie, przyznawała, że wiele z nich pokrywa się z rzeczywistością. Prababcia faktycznie była silną kobietą. Gdy w wiosce zaczął panować głód – a było to wkrótce po rewolucji – na ulicach leżały ciała zmarłych z głodu, zaś ci, którzy zostali przy życiu, bali się wyjść z domu, żeby ich pochować – a prababcia wychodziła, zbierała zmarłych na wózek i grzebała. Nikt nie ośmielił się jej tknąć. Pewnego dnia pośród zmarłych, leżących na ulicy, znalazła swego syna.

Poza tym jeszcze na długo przed wojną na Ukrainie właściwie zamieszkałam w Doniecku, stamtąd jeździłam na Kaukaz, do wiosek, rozmawiałam z ludźmi, wszystko notowałam. Życie codzienne poznałam więc bardzo dobrze – z samej rzeczywistości, z historii rodzinnej, a także ze snów.

Główna bohaterka pani książki „Musiałam umrzeć”, Chadżidża, wyrwana ze swojego tradycyjnego, oswojonego środowiska, nie umie się odnaleźć w innym świecie. W dużym mieście, gdzie studiuje, styka się z zupełnie inną obyczajowością, ale też z polityką i jej patologiami, korupcją, różnymi nadużyciami. Szuka przewodnika, a gdy go odnajdzie, ten prowadzi ją ku katastrofie – zostaje szahidką, ginie w samobójczym zamachu. Czy taka droga to coś wyjątkowego, czy też istnieje zagrożenie, że młodzi ludzie, zagubieni w rzeczywistości dzisiejszego Dagestanu, będą skłonni wybierać podobnie?

Taki scenariusz dla wielu stał się już pewną prawidłowością. Młodzież nie przestała odchodzić do lasu, do oddziałów – wręcz przeciwnie, idzie tam coraz więcej młodych ludzi. Ale teraz jest jeszcze jedna droga – Syria.

Dosłownie przedwczoraj wróciłam z Dagestanu. Poznałam tam dziewczynę, która była bardzo mocno zanurzona w islamie, głęboko religijna, jednak nie mogąc znieść tego, jak bardzo rygorystycznie religia określa w każdym detalu jej życie, zaczęła mieć wątpliwości, co do słuszności swego wyboru. A gdy dowiedziała się jeszcze, że młodzież z jej islamskiego środowiska jest werbowana do Syrii, podjęła decyzję, że porzuca islam. Gdy na własne oczy zobaczyła młodych chłopaków ze swego środowiska, których werbują do Syrii, gdy posłuchała, co opowiadają powracający stamtąd o przemocy, zrozumiała, że nijak się to nie ma do prawdziwego, czystego islamu, że jest on po prostu traktowany instrumentalnie, służy realizacji czyichś celów. Nazajutrz rano zdjęła hidżab, założyła wąskie spodnie i tak po prostu poszła do pracy. Poza tym w w Dagestanie panuje bezrobocie. Nikt nie jest zainteresowany tym, żeby rozwiązać problem społeczny, dać młodzieży równe szanse, możliwości rozwoju społecznego.

W republikach kaukaskich zieje przepaść pomiędzy bogatymi a biednymi. Dzieci bogaczy mogą mieć wszystko – studia w prestiżowej uczelni czy szkole, drogi samochód, pracę, do której na Kaukazie Północnym – tak jak kiedyś – przyjmuje się nie na podstawie kompetencji zawodowych, lecz na prośbę krewnych. Tam wszystko jest uwikłane w nepotyzm, powiązania i układy rodzinne, które decydują o wszystkim. W takiej sytuacji biedni, młodzi ludzie zaczynają szukać sprawiedliwości – i znajdują ją u kaznodziejów, przywódców religijnych, którzy mówią – „U Allaha wszyscy są równi. Tylko u niego odnajdziesz sprawiedliwość.”

Czy czuje się pani bardziej reporterką czy pisarką? A może te dwie drogi w pani przypadku biegną obok siebie, równolegle?

W jednym i drugim przypadku piszę teksty.
Tylko że jako dziennikarka jestem zobowiązana do obiektywizmu, nie mogę odbiegać od faktów. Reportaż jest formą o ograniczonej liczbie słów, a w książce nie muszę się ograniczać, mogę pisać, ile dusza zapragnie. Mogę wymyślać. W reportażu tego mi nie wolno. Z reportażami mam zawsze „deadline”. W książkach też często opisuję fakty, ale mogę je dowolnie, wedle swojego upodobania połączyć ze sobą, upleść z nich taki wątek, który nigdy się nie wydarzył. Poza tym jako reporterka często pracuję z ludźmi. Robię mnóstwo nagrań, a potem godzinami je odsłuchuję, rozszyfrowuję. Dzięki temu nauczyłam się czuć to, jak ludzie mówią.

Mogę na przykład otworzyć jakąkolwiek książkę współczesnego pisarza, przeczytać parę dialogów – by zrozumieć, że w rzeczywistości ludzie tak nie mówią, nie tak rozmawiają ze sobą. Mam wyostrzony słuch, jestem wyczulona na autentyczność dialogów. Choć czasem moi czytelnicy mnie też oskarżają o to, że moi bohaterowie rozmawiają o zbyt głębokich materiach.

Mam znajomego w Kijowie, jest księdzem. Latem w zeszłym roku przeczytał mój reportaż z Iziumu, miasta na południowym wschodzie Ukrainy, w którym mieścił się sztab ATO – operacji antyterrorystycznej. Tamtejsi milicjanci chcieli sprawdzić mi dokumenty, gdy byłam na obiedzie w restauracji – nie chciałam ich pokazać, ponieważ była razem ze mną przyjaciółka z Zachodniej Ukrainy, bałam się o nią. Milicjanci powiedzieli: - „Na pewno jest pani z Moskwy. Tylko ludzie z Moskwy mogą w ciągu dwóch minut zadać taki ból moralny. I po co wszyscy tak się rwą do tej Rosji?”. I ów mój znajomy ksiądz po przeczytaniu tego fragmentu stwierdził:
- „Milicjanci tak nie mówią. Nie mogli wypowiedzieć takich słów.”

Jeden z kolejnych reportaży robiłam z jego rodziną. Nagrywałam rozmowę jego brata z żoną na dyktafon. Mówili o wojnie, o Rosji, polityce. Nie zmieniłam ani słowa. A jednak i w tym przypadku czytelnicy napisali do mnie w komentarzach, że moi bohaterowi są zbyt mądrzy. Pokazałam to księdzu – „I co teraz powiesz?” A on na to: „Mam ochotę napisać do nich i powiedzieć – a właśnie tak mówili!”

To jeszcze podam przykład, jak z reportażu narodziła się książka, nowela „Dom Ślepców” (Dom Ślepych – nietłumaczona na polski). W Groznym na placu Minutka był dom, w którym mieszkali niewidomi. Gdy rozpoczęła się wojna, po prostu zapomniano o nich, nie ewakuowano ich, byli więc zmuszeni schować się pod ostrzałami w piwnicy. Zabrali ze swoich mieszkań jedzenie – i w tym podziemiu przemieszkali bez światła i wody kilka lat. Po wodę wychodzili kolejno w przerwach między ostrzałami. Tak to właśnie było. Znałam tych ludzi – poznaliśmy się, gdy zaczęłam jeździć do Czeczenii. Wtedy już było po wojnie. W mojej książce niektórzy bohaterowie są realni, inni wymyśleni. Przedstawione fakty są zgodne z rzeczywistością, ale połączone ze sobą w wymyśloną fabułę. Teraz tę książkę czytają ludzie w Doniecku, a w bohaterach z podziemia rozpoznają siebie. „Opisałaś to wszystko, co się teraz z nami dzieje” – mówią. Mimo wszystko jednak nie czuję w sobie jakiejś wyraźnej granicy, wyraźnego podziału na dziennikarkę i pisarkę. Po prostu gdy robię reportaż, jestem dziennikarką, a gdy piszę książkę, to mam pełną świadomość, że jestem pisarką.

W ciągu 8 lat, od momentu, kiedy zaczynała pani w Moskwie od pracy sekretarki, wiele się w pani życiu zmieniło. Nie żałuje pani swoich wyborów?

Żałuję tylko tego, że na Ukrainie wybuchła wojna i pozbawiła mnie mojego przedłużonego dzieciństwa. Teraz, gdy wracam z Doniecka i spotykam się z przyjaciółmi, nie jest mi tak wesoło jak kiedyś. Nie ciekawią mnie już nasze dawne rozmowy. Patrzę na moich przyjaciół i dociera do mnie, że to – dzieci. Bardzo infantylnie patrzą na świat, na to, co się dzieje. A ja już tak nie mogę.

Jednak cieszę się bardzo, że oni nie widzieli tego, co ja sama zobaczyłam. Chciałabym dłużej móc pozostać dzieckiem.

Rozmawiał(a): Małgorzata Sucharska
Tłumaczenie: Anna Szczęsny (Uniwersytet Warszawski)