Koszyk 0

Szczęście pachnie farbą drukarską – zdradza Magdalena Kordel

Magdalena Kordel jest autorką bestsellerowych serii „Uroczysko” i „Malownicze”, które sprzedały się już w blisko 100 000 egzemplarzy i zbierają świetne recenzje. Swoich wiernych czytelników mają książki: Tajemica bzów, Wymarzony dom, Wymarzony czas, Okno z widokiem, Uroczysko, Wino z Malwiną, Nadzieje i marzenia. Wkrótce ukaże się jej nowa książka zainspirowana Świętami Bożego Narodzenia Anioł do wynajęcia, jak wszystkie jej powieści pełna  optymizmu. Będzie ją można wygrać w świątecznym konkursie na matras.pl.

Wspólnie z Krystyną Mirek stworzyła pani Klub Dobrych Emocji.

Wiadomo, że są takie miejsca, które wyzwalają w ludziach właśnie dobre emocje. Podobno nasze opowieści też takie budzą: ludziom chce się żyć, czują się bardziej skłonni do działania, żeby wziąć się z życiem za bary, są pozytywnie nastawieni po przeczytaniu naszych powieści. Takie przynajmniej mamy głosy od naszych czytelników i mam nadzieję, że jest to prawda. Stwierdziłyśmy więc, że jeśli czymkolwiek warto się dzielić, to tymi dobrymi emocjami, przeświadczeniem że wszystko w życiu jest możliwe, wystarczy tylko bardzo chcieć i o to zawalczyć. Stąd pomysł Klubu Dobrych Emocji i tego, żeby w nim gromadzić ludzi, którzy tymi emocjami będą się ze sobą dzielić.

Gdzie działa Klub?

Na Facebooku. Inicjatywa jest, wydaje mi się, warta uwagi chociażby z tego powodu, że pozytywne rzeczy w naszym życiu musimy wyłapywać. Potrzeba jeszcze trochę czasu, żeby się rozwinęła, ale odzew jest coraz większy, co nas cieszy. Ludzie zaglądają na tę stronę, mam wrażenie, że dobrze się na niej czują. Wierzę, że będą wracać i zapraszać swoich znajomych.

Na pewno nie brakuje wśród nich czytelników waszych książek.

Oczywiście. Tak się szczęśliwie złożyło, że zaprzyjaźniłyśmy się z Krysią i nasze książki w dużej części trafiają do tych samych rąk, bo mamy podobnych czytelników. Często żartujemy, że chodzimy w kompletach. (śmiech) Ale zaglądają też ludzie ciekawi tego, co nowego się pojawiło. Mam nadzieję, że w przyszłości ci, którzy będą potrzebowali pozytywnego doładowania, rozpoczną swój dzień od zajrzenia na stronę Klubu Dobrych Emocji.


To inicjatywa dwóch pisarek. A zawodowa rywalizacja?

Nie ma jej. Krysię poznałam dużo później niż jej książki. Najpierw zakochałam się w jej powieściach, dopiero potem w samej Krysi, jeśli można tak powiedzieć. Czasem zdarza się, że spotka się człowieka i okazuje się, że to nasza pokrewna dusza, która do tej pory błąkała się gdzieś po świecie. W jednej z późniejszych części cyklu „Ania z Zielonego Wzgórza” jest takie piękne określenie pokrewnych dusz, że to „ludzie znający Józefa”. Bardzo mi się ono podoba. Miałam to szczęście, że Krysia okazała się takim człowiekiem, który „zna Józefa” i zawiązała się między nami przyjaźń. Poza tym ja w ogóle nie traktuję innych pisarek jako potencjalnych rywalek. Proszę mnie źle nie zrozumieć – bardzo chcę osiągnąć sukces i mieć coraz więcej czytelników, żeby moje książki się sprzedawały, ale jednocześnie żeby trafiały do serc i żeby czytelniczki, które po nie sięgają, robiły to z przekonaniem. Tego samego życzę wszystkim autorkom, które wchodzą na rynek. Bo ja nie jestem tylko pisarką, jestem także czytelniczką. Co bym czytała, gdyby nie było innych książek? Gdy chodzi o Krysię, nasze emocje wolimy skierować nie w rywalizację, ale w coś zupełnie innego. Niesamowitą siłę daje wsparcie osoby, która rozumie to, co robisz. Takie zrozumienie zawodowe. W każdym momencie mogę zadzwonić do przyjaciół i powiedzieć: „mam straszny problem, utknęłam w tekście”, ale nikt mnie tak nie zrozumie jak Krysia. Bo ona doskonale wie, co to znaczy utknąć, nie móc ruszyć. To całkowicie inny rodzaj zrozumienia. Zresztą po co miałabym się bawić w zawiść, jeśli mogę skoncentrować swoją energię na tym, by robić coś dobrego. Piszę powieści pozytywne, które mają pobudzić czytelnika do tego, żeby chciało mu się żyć. Nie umiałbym ich pisać, gdyby moje myśli opanowała brzydka chęć rywalizacji. Życzę wszystkim jak najlepiej. Myślę, że dla każdej z nas znajdzie się miejsce na rynku. Tym bardziej że czytelnik wie, czego chce. Jeżeli lubi autorów, bez względu na to, czy w jednym miesiącu ukaże się Kordel, Mirek, Witkiewicz i ktoś jeszcze, sięgnie po wszystkie te powieści.

Jak jest z tym czytelnictwem w Polsce? Jeśli wierzyć badaniom, źle. Ma pani takie odczucie, że mało czytamy?

Nie. Bardzo protestuję, słysząc takie głosy. Wiem, że są statystyki, ale mam do nich specyficzne podejście. Statystyki są wybiórcze, muszą takie być. Jeśli w tej chwili rozejrzałabym się po mieszkaniu i zapytała, ilu mężczyzn ma wąsy, wyszłoby, że żaden. Tak samo odnosi się to do czytelnictwa. Wydaje mi się, że trzeba odróżnić kupowanie książek od ich czytania. Nie wszyscy kupują książki, z różnych powodów. Nie wszyscy są ich zbieraczami, ja jestem, w związku z czym śmieję się, że jak kiedyś zginę, to przywalona książkami. Bardzo wiele osób korzysta z bibliotek, sama to robię, i byłam świadkiem, jak po długim weekendzie przed biblioteką utworzyła się kolejka. Ludzie naprawdę czytają. Może mniej sięgamy do klasyki chociaż nie jest to takie oczywiste, bo są tacy, którzy czytają tylko klasykę, i ci, którzy mieszają. Generalnie – czytamy, ale nie zawsze kupujemy. Powiem więcej, wydaje mi się, że siejemy panikę. Mówimy, że niektórzy nie przeczytali ani jednej książki w ciągu roku. Zgadzam się, są tacy, ale zawsze tak było. Nigdy nie było tak, że wszyscy czytali. W dodatku ten czas, którego kiedyś mieliśmy dużo więcej na czytanie, rozmienił się. Bo nie było internetu, bo mieliśmy mniejszy wybór programów telewizyjnych. No i życie przyspieszyło, więc tego czasu, żeby usiąść w spokoju i poczytać, jest coraz mniej. Nie zapominajmy też, że stosunkowo od niedawna książka stała się towarem dostępnym dla wszystkich, gdyż jeszcze przed wojną był ogromny analfabetyzm. Krzyczenie o tym, że nie czytamy, jest przesadzone. My czytamy. Nie ma strasznego zagrożenia, że nagle okaże się, że nie wiemy, czym jest książka. 

Nie mam wątpliwości, że w domu pani Magdaleny Kordel wszyscy czytają.

Nawyk czytelnictwa wynosi się z domu. Dużo większą szansę wychowania dziecka, które lubi książki, gwarantuje dawanie mu dobrego przykładu. Nie należy się dziwić, że dzieci nie czytają, jeżeli nigdy nie widziały książki w domu ani w rękach rodziców. U nas się czyta. Śmieję się, że nasze biedne dzieci nie miały wyboru. Jeden rodzic z nosem w książce, drugi rodzic z nosem w książce, co pozostało? Trzeba się było dostosować. Mamy bardzo małe mieszkanie, 38 metrów, dwójkę dzieci, dwa koty, psa i książki. Mnóstwo książek. Pomysłowość, gdzie je utknąć, nie zna granic. Są wszędzie. Ostatnio wymieniliśmy regały na takie sięgające pod sufit i nawet w pewnym momencie wydawało mi się, że rozwiązały problem. Na krótko, bo już się tworzy trzeci rząd na półkach. (śmiech)

Jaka jest ta domowa biblioteka?

Wielotematyczna. Jest nas czwórka i każde z nas czyta inne książki. Ja z córką zaczynamy mieć podobne lektury, gdy kupuję książki, wiem, że przeczytamy je obie. Córka ma już 19 lat, więc możemy się naszymi lekturami wymieniać. Ja czytam też kryminały, a mąż literaturę sensacyjną, przygodową; bardzo lubi Kinga. Jest jeszcze młody, 9-latek, więc wiadomo, że tu mamy rybki, zombie.

Klasyki też pewno nie brakuje.

Zgadza się. Sądzę, że dzieci nabierają nawyku czytania i takiej odwagi w sięganiu do książek, jeżeli miesza im się literaturę już wtedy, kiedy są małe. Chodzi mi o to, że podaje im się nie tylko to, co jest nowe, ale też to, co zostało wydane dawniej. Wychowałam się – i myślę, że duża część moich czytelniczek również – na „Muminkach”, „Dzieciach z Bullerbyn”; podsuwając najpierw córce, a potem synowi te starsze książki, nauczyłam ich czytać trochę inny język. Bo nowości pisane są już inaczej. Pamiętam, że kiedy córka miała 12, 13 lat, podsunęłam jej trylogię pani Haliny Popławskiej: „Szpada na wachlarzu”, „Jak na starym gobelinie” i „Na wersalskim trakcie”. Zaczytywałam się nią, gdy sama byłam nastolatką. Córka przyznała, że pierwsze 50 stron czytało się jej bardzo trudno, ale potem już się wciągnęła i polecała książkę innym.

Czyli kształtowała pani gusta czytelnicze swoich dzieci.

Tak. Bardzo się starałam, żeby dzieciaki sięgały po książki, które dla mnie były ważne i w jakimś stopniu mnie ukształtowały. Nie ukrywam, że w tej chwili mój mąż ma więcej do powiedzenia w kwestii literatury dla Tyśka. Ja też czytałam powieści o Tomku Wilmowskim, ale jakoś mniej mnie ekscytował niż Ania z Zielonego Wzgórza. (śmiech) Oboje staramy się, żeby te książki były zróżnicowane. Co więcej, na własnym przykładzie nauczyłam się, żeby uważnie przeglądać nowości książkowe, które kupujemy dla dzieci. Nacięłam się w sposób potworny. Przed Bożym Narodzeniem kupiłam książkę, która miała wprowadzić nas w świąteczny nastrój. Już w pierwszej opowieści okazało się, że prezenty przyniósł sąsiad, ale jakoś z tego wybrnęłam, żeby nie odbierać 4-letniemu synowi wiary w Mikołaja. Potem była „Legenda o św. Mikołaju”, tytuł bardzo niewinny, opowieść już taka nie była. Bardzo biedna matka wysłała swoich synów po resztki kłosów, z których zrobi się mąkę. Chłopcy poszli na pole, zastała ich tu noc, zgubili się i zobaczyli światełko w oddali. Pobiegli tam, zapukali do drzwi, otworzył im rzeźnik w czerwonym fartuchy. Grzecznie powiedzieli „dzień dobry” i już nic więcej nie zdążyli dodać, bo rzeźnik ich zarżnął i zakonserwował w solance. 

Takiej wersji nie słyszałam...

To nie wszystko, obok obrazek: Mikołaj pochylający się nad skrzynią z tymi zakonserwowanymi chłopcami. Oczy mojego syna wielkie jak 5 złotych. „Mamo, to Mikołaj jest rzeźnikiem?!”.

Jak z tego pani wybrnęła?

Przyznaję, że chciałam przerwać lekturę, ale takiej opcji nie było, bo dla mojego dziecka wychowywanego do tamtej pory na historiach o misiach i piratach, którzy wcale nie byli straszni, ta opowieść była bardzo, ale to bardzo fascynująca. Skoro powiedziało się A, trzeba powiedzieć też B, więc doczytaliśmy do końca. Aniołowie w niebie zobaczyli rozpacz matki i wysłali – śmiałam się, że jako agenta 007 – Mikołaja do rzeźnika. Gdy przeczytałam, że rzeźnik otworzył drzwi Mikołajowi, pomyślałam: „Boże, zaraz zabije Mikołaja”. (śmiech) Ale tak się nie stało. Rzeźnik odczuwał przed Mikołajem ogromny respekt, chciał go poczęstować szynką, baleronem; Mikołaj był twardy i chciał tylko to, co znajdowało się w solance. Rzeźnik się przestraszył i uciekł, a Mikołaj wskrzesił chłopców. Skończyłam czytać, po czym zapewniłam moje biedne dziecko, że Mikołaj nie ma nic wspólnego z przetwórstwem mięsnym. (śmiech)

Straszna opowieść.

To był horror. Teraz się z tego śmieję, ale wtedy do śmiechu mi nie było. Musiałam wyjaśnić synowi, co to jest solanka, co to znaczy konserwować. Po tym doświadczeniu nauczyłam się, żeby sprawdzać, co zamierzam przeczytać dziecku. Książkę, której nie znam, staram się przejrzeć, dzięki temu udało mi się uniknąć czytania bajeczki, w której smok kąpał się w krwi królewien wcześniej przez niego pożartych. Trzeba uważać.

Kto kształtował pani gusty czytelnicze?

W dużej części rodzice. Domowi zawdzięczam to, że byłam tak bardzo rozczytanym dzieckiem. Jak byłam mała, nie było takiego wyboru książek jak dzisiaj. Nie wszystkie tytuły można było kupić. Mam starszą siostrę. W naszym domu był taki zwyczaj, że gdy któraś z nas skończyła trzy lata, była zapisywana do biblioteki. Nie pamiętam swojej pierwszej wizyty, ale na pewno – tak jak późniejsze – potraktowałam ją jak wielką przygodę. Wchodziłam do biblioteki i nagle otwierał się przede mną świat książek, wyboru. Sama wyciągałam z półki i musiałam zdecydować, którą zabrać do domu, bo nie można było wziąć wszystkich. Potem nagle odkrywało się ulubionych autorów i po nich się wracało. Na tej samej zasadzie opierałam wychowanie córki i syna. Moje dzieci właściwie od urodzenia chodziły ze mną do biblioteki. Sama nadal lubię to robić, przeglądać półki, bo nie wszystko można kupić. Co nie oznacza, że wszystkie książki chciałabym mieć u siebie w domu. No i brak miejsca wymusza na mnie konieczność dokonywania wyborów.

A biblioteka to ogromne możliwości.

Naprawdę ogromne. W domu mieliśmy tylko kilka książek Jana Grabowskiego. To pisarz, którego chyba każdy kojarzy, bo w zestawie lektur szkolnych jest jego „Puc, Bursztyn i goście”. Ja go uwielbiałam, ponieważ pisał o zwierzętach; moją ulubioną książką Jana Grabowskiego był „Puch kot nad koty”. Znałam ją na pamięć, wszyscy domownicy również znali ją na pamięć. Nie przeszkadzało to w tym, że bardzo chciałam, żeby wciąż mi ją czytano, ale nie miałam jej w domowej biblioteczce, więc trzeba było ją wypożyczać. Dopiero niedawno dowiedziałam się, że kiedy jako dziecko przychodziłam do biblioteki, stawałam przed panią Elą i grzecznie pytałam, czy jest „Puch kot nad koty”, stojąca za mną mama machała rękami i szeptała: nie. (śmiech) Dzięki temu, że czytano mi wieczorami i kiedy byłam chora, książka była przygodą, nie wyobrażam sobie dnia bez czytania. Nie wyobrażam sobie, że może istnieć dom, w którym się nie czyta. Bo miłość do książek wynosi się z domu. Nie chodzi o naukę czytania, ale o rozsmakowanie, pobudzenie wyobraźni. Gdyby mi jej nie pobudzono, nie byłabym pisarką.

Kiedy zaczęło się to pani pisanie?

Wtedy kiedy uświadomiłam sobie, że nie muszę się godzić na to, co jest w książkach. Nie podobały mi się niektóre zakończenia. Byłam bardzo wyczulona na los zwierząt i strasznie płakałam, gdy im się coś działo. Trwało to do tego momentu, kiedy uświadomiłam sobie, że wcale nie muszę się z tym godzić i wymyślałam inne rozwiązania. Jeszcze nie znałam literek, ale już wtedy zaczęłam bawić się pisaniem, nie pisząc.

Wymyślając historie.

Tak. Bo czym jest pisanie? To opisywanie pewnych historii, które w dużym stopniu kształtujemy, tworzymy, pokazujemy rzeczywistość taką, jaką chcemy pokazać czytelnikowi.

Literek się pani nauczyła i w 2005 r. ukazała się drukiem pani pierwsza książka. Jak do tego doszło?

Kiedy pytano mnie w szkole, kim zostaniesz, jak dorośniesz, odpowiadałam, że będę pracowała w zoo albo będę pisać książki. Jeżeli chodzi o zoo, niezbyt mi się udało, ale jak wspomniałam: dwa koty, pies, dwójka dzieci, mąż – takie małe prywatne się uzbierało (śmiech), natomiast z pisaniem było tak, że bardzo chciałam, ale nie wierzyłam, że może mi się udać. Nie wiem, czy jakakolwiek książka by wyszła, gdyby nie to, że zaczęłam pracować jako dziennikarka lokalnej gazety w Otwocku. Opisywałam wydarzenia kulturalne. Na fali popularności „Bridget Jones” i „Nigdy w życiu!” Katarzyny Grocholi wydawca stwierdził, że chciałby mieć w gazecie krótkie humorystyczne felietony i zaproponował mi ich pisanie. Zgodziłam się, ale postawiłam sprawę jasno, że nie będę pisała o singielkach i osobach rozwiedzionych. Byłam mężatką i młodą mamą, nie pamiętałam, jak to jest nie mieć rodziny i nie wyobrażałam sobie, jak to jest być osobą, która stoi na zakręcie. Żyłam tu i teraz, zaczęłam pisać teksty o młodym małżeństwie z córeczką – tak się dziwnie złożyło, że moja córka miała dokładnie tyle lat, ile dziewczynka z tekstów, więc mogłam jej powiedzenia wpleść w swoje opowieści. Gdy powstało już trochę odcinków, pomyślałam, że gdybym dopisała jeszcze kilka, powstałaby zwarta całość i miałabym tę swoją pierwszą, co prawda cienką, ale jednak, książkę. Zrobiłam to i... wrzuciłam tekst do szuflady. Leżałby w niej do dzisiaj, gdyby nie mój mąż, który był człowiekiem dużo większej wiary niż ja. Wydrukował w dwóch egzemplarzach i zawiózł do dwóch wydawnictw, jedno odmówiło, drugie przyjęło. Na każdym spotkaniu z przyjaciółmi opowiadana jest anegdotka o tym, że jak pan redaktor z Prószyńskiego zadzwonił do mnie z wiadomością, że są zainteresowani współpracą, trzymając telefon przy uchu, kłaniałam się w pas. (śmiech) Tak się zaczęło. To było spełnienie wielkiego wieloletniego marzenia. Taka uskrzydlona, uszczęśliwiona, że teraz będę mogła robić to, czego pragnęłam, napisałam kolejną książkę, która została odrzucona. Napisałam jeszcze jedną i też została odrzucona.

Co pani wtedy pomyślała?

Że to był tylko przypadek. Coś się raz udało, ale niekoniecznie musi udać się po raz kolejny, i może powinnam poszukać innej drogi życiowej i zawodowej. Od tamtego momentu uważam, że w naszym życiu nic nie dzieje się bez przyczyny, że wszystko, co nas spotyka, jest po coś. Mieliśmy pewne problemy, nie rodzinne, ale finansowe. Firma zaczęła źle prosperować. Nie było różowo. Napisałam sobie książkę, dla siebie, bez myśli o wydawcy i czytelnikach, za co serdecznie przepraszam. Była to książka zaklęcie, która miała mnie utwierdzić w przekonaniu, że warto walczyć, bo musi się udać. Tak powstało „Uroczysko”. Jeżeli ktoś przeczyta pierwsze rozdziały, w których Majce zamarza rosół w przedpokoju, to wątek autobiograficzny. Mi też zamarzał, bo mieszkaliśmy w takich warunkach.

„Uroczysko” trafiło na półki w księgarniach.

Tak. Jak już napisałam tę książkę, pomyślałam: co mi szkodzi ją wysłać do wydawnictwa. Odpowiedź pozytywną otrzymałam w ciągu dwóch tygodni. Śmieję się, że wypisałam sobie ten kawał lepszej przyszłości. Zaklęcie zadziałało. Teraz mam takie marzenie i życzenie, żeby to zaklęcie przyniosło szczęście wszystkim, którzy sięgają po tę powieść.

Miała już pani wtedy pomysły na kolejne części cyklu?

Właściwie nie wyszłam poza Malownicze. Wtedy jednak nie miałam pomysłu na to, co będzie dalej. Ba, ja nawet nie wiedziałam, czy napiszę kolejną książkę. „Uroczysko” napisałam dla siebie; ta książka powstała z potrzeby i na potrzebę chwili. Nie wiem, czy Malownicze dalej by się pojawiało, gdyby nie pewne spotkanie. Umówiłam się z przyjaciółką w kawiarni w W-wie. Przyjaciółka się spóźniała. W pewnym momencie otworzyły się drzwi kawiarni i stanęła w nich starsza pani. Bardzo szczególna starsza pani. W kapeluszu z woalką, koronkowych rękawiczkach i ze starannym makijażem. Jakby przeniesiona z dawnych czasów. Nie mogłam od niej oderwać oczu. Patrząc na nią, stwierdziłam, że kogoś takiego koniecznie muszę mieć tylko dla siebie. W ten sposób w moim życiu pojawiła się Leontyna z „Sezonu na cuda”. Żadnej innej bohaterki już tak nie zobaczyłam. Kiedy kończyłam „Sezon ...”, poczułam, że bardzo lubię Malownicze i jego mieszkańców, więc chętnie tu wrócę. No i napisałam sobie kolejne książki.

Jak szuka pani pomysłów na swoich bohaterów?

Ci, którzy tworzą, muszą być bacznymi obserwatorami. Nie możemy przechodzić przez życie, nie widząc tego, co się wokół nas dzieje. Skąd czerpię pomysły? Albo ktoś opowie coś tak interesującego, że ta opowieść zapada się we mnie, rośnie, zaczyna ujawniać nowe wątki. Albo jestem np. na spotkaniu autorskim i nagle ktoś jakoś tak inaczej spojrzy, uśmiechnie się lub powie zdanie, które wcale nie musi być szczególne, ale dla mnie jest wyjątkowe. Właśnie w ten sposób zaczynają powstawać i postacie, i powieści.

Dwie ostatnie – „Tajemnica bzów” i „Nadzieje i marzenia” – wyglądają trochę inaczej niż te pierwsze.

Rzeczywiście, bo są w nich bardziej rozbudowane wątki historyczne. W „Tajemnicy...” jest przedwojenny Lwów. Każde miejsce, które opisałam, sprawdziłam. Ponieważ nie mogłam do takiego Lwowa pojechać, zgromadziłam całą kolekcję przedwojennych pocztówek i książek z fotografiami. Jak zaczynałam pracę nad historią mojej Leośki, miałam o Lwowie trzy książki i wydawało mi się, że to wystarczy. Gdy kończyłam, te książki zajmowały już trzy półki. Lwów okazał się moją wielką miłością, wciąż coś przybywa i zawsze czegoś nowego się dowiaduję.

Dlaczego Lwów?

Bardzo lubię słuchać opowieści o dawnym życiu. Fascynujące jest dla mnie to, że ktoś chce mnie wpuścić do swojego świata, do którego w inny sposób już nie można dotrzeć, bo tego świata już nie ma, zabrała go wojna. Jak słuchałam tych najróżniejszych opowieści, dotarło do mnie, że o żadnym innym mieście nie mówi się z tak wielką tęsknotą i zaangażowaniem emocjonalnym. Dodatkowo, dziadek mojego męża mieszkał w przedwojennym Lwowie. Stwierdziłam, że to wyjątkowe miasto i warto tam umieścić Leontynę i całą jej rodzinę. Kiedy zdecydowałam, że akcja „Tajemnicy...” będzie się tam rozgrywać, nie wyobrażałam sobie, że Lwów będzie występował w tej powieści tylko jako nazwy ulic. Chciałam, żeby to miasto grało, śpiewało, smakowało, pachniało. Żyło. Miałam kilka nagranych i spisanych rozmów z ludźmi, którzy ten Lwów pamiętali i podzielili swoimi wspomnieniami. Resztę doczytywałam. Właśnie te wspomnienia bardzo mi pomogły. Mam nadzieję, że udało mi się oddać tamto życie i klimat, ale nie mi to oceniać, bo nie mam wystarczającego dystansu do swojej pracy. Wiem natomiast, że kilka czytelniczek pojechało do Lwowa z „Tajemnicą...” jako przewodnikiem po mieście, zwiedzało go z Leontyną, szukało jej miejsc. Oczywiście nie wszystkie można znaleźć, bo niektóre nie przerwały wojny.

Dotknęła pani historii.

I okazało się, że rewelacyjnie się w tym czuję. „Tajemnica...” zakończyła się wojną i powstaniem w-wskim. To było dla mnie wielkie wyzwanie, bo miałam świadomość, że piszę o tym, co naprawdę się wydarzyło. Opierałam się tylko na wspomnieniach ludzi, którzy tę wojnę przeżyli. Nic nie koloryzowałam. Co istotne, to pierwsza książka, podczas pracy nad którą uświadomiłam sobie, że jako autor nie wszystko mogę. Bo może się wydawać, że autor panuje nad swoimi bohaterami i jest w stanie nimi w stu procentach kierować. Już wcześniej przekonałam się, że postacie żyją własnym życiem, niekoniecznie tym, które im wcześniej wymyśliłam. W „Tajemnicy...” bardzo polubiłam jednego z bohaterów i bardzo chciałam go ocalić. Nie mogłam. On musiał zginąć, bo inaczej posypałaby mi się fabuła. Historia odgrywa też istotną rolę w „Nadziejach i marzeniach”, gdzie stworzyłam dwa plany czasowe – tu i teraz Malownicze oraz podróż w czasie, która zaczyna się w  1840 r. i kończy podczas powstania styczniowego.

Nie mylą się pani miejsca, bohaterowie, wątki?

Byłam zmuszona do tego, żeby wszystko rozpisywać. Ponieważ akcja dzieje się w jednym miasteczku, nawet jeśli pojawiają się nowi bohaterowie, starzy nie znikają. Muszę pamiętać, kto jest kim. Mam więc zeszyt, w którym zapisuję, kto z kim i dlaczego. Kto jest kogo dziadkiem, ciotką i wujkiem; kto, kiedy i dlaczego przyjechał; co robił... Dotyczy to też wątków historycznych, które muszę rozpisać, żeby wszystko się ładnie składało w czasie i nie okazało się, że pomyliłam się o 20 lat. Ostatnio mąż zrobił drzewo genealogiczne moich bohaterów. Staram się, żeby nie było pomyłek. Nie zawsze mi się to udaje. Dużo problemów przysporzyła mi rodzina Kraśniaków. Najpierw miałam kłopot z córką. Zapomniałam, jak to dziewczę miało na imię, a potrzebowałam tej informacji do sceny. Na szczęście mam bloga, rozpaczliwa prośba do jego czytelników, 10 minut i już wiedziałam, że córka ma na imię Kaśka. To samo było z jej matką, bo Kraśniakowa funkcjonowała w moich myślach jako Kraśniakowa, ale w „Nadziejach...” miałam do rozpisania dużą scenę z jej udziałem i nie mogłam używać tylko nazwiska. Zaczęłam kartkować książki o Malowniczyem, ale jest ich sporo. Termin goni, więc sięgnęłam po sprawdzoną metodę wpisu na blogu i sukces: Kraśniakowa ma na imię Wiesława. Do końca życia będę o tym pamiętać i nie muszę tego nigdzie zapisywać.

A wspomniane wcześniej pomyłki?

Po wydaniu jednej z książek dostałam takiego e-maila: „przepraszam, ale czy Jagoda nie powinna już urodzić?”. Powinna, tylko że ja zupełnie zapomniałam, że ona jest w ciąży. (śmiech) Takie rzeczy też się zdarzają. Oczywiście robię wszystko co w mojej mocy, żeby tych pomyłek nie było, ale jestem tylko człowiekiem i czasami coś mi umyka.

Zawsze można liczyć na czytelników.

Są niesamowici, wszystko wyłapią, wszystko pamiętają. Jestem pełna podziwu dla nich.

Jak długo trwa proces tworzenia kolejnej powieści?

Książki, które nie wymagają pracy ze źródłami, są łatwiejsze. Chociaż muszę przyznać, że jeśli powieść opiera się na historii, ta historia podsuwa już pewne wydarzenia. Każda wymaga innego zaangażowania. Na realizację pomysłu potrzeba mi około 6, 7 miesięcy. Nie oznacza to, że pracuję tylko nad jedną książką. Pisząc jedną, z reguły mam już pomysł na kolejną. „Tajemnica...” – od pomysłu poprzez zbieranie informacji do napisania – zabrała mi 9 miesięcy. Fakt faktem, że ja nie jestem tylko rzemieślnikiem, ja się tym pisaniem bawię, fascynuję. Gdy jakiś temat mnie wciągnie, zgłębiam go. Kocham grzebanie w książkach, odnajdywanie szczegółów, odkrywanie rzeczy, o których nie miałam pojęcia. Gdybym nie pracowała nad „Nadziejami...”, nie dowiedziałabym się, że w okresie walki z zaborcą był gatunek fasoli, którego uprawianie było zabronione. Nie wolno jej było sadzić, bo miała plamkę w kształcie orła w koronie. Za uprawę groziły kary. Tej fasoli nie umieściłam w „Nadziejach...”, ale na pewno gdzieś ją wykorzystam.

Gdy już zaczyna pani pisać...

Wiem, że mam bardzo zdyscyplinowane koleżanki. Np. Krysia, której trochę zazdroszczę, ma ten dzień ustalony, siada, pracuje i nic jej nie oderwie. A ja? Najpierw wydaje mi się, że jest jeszcze dużo czasu, nie ma co się spieszyć, na pewno zdążę. Przychodzi moment, kiedy już muszę usiąść do biurka i solidnie popracować. Otwieram laptop, włączam nowy dokument, miga kursor. Miga szyderczo i mówi: „już nigdy niczego nie napiszesz, ani jednej literki”. (śmiech) Siedzę, patrzę na tę stronę nieco onieśmielona, sfrustrowana. Rozglądam się dookoła, widzę psa. Taki smutny, niewybiegany. Godzina nikogo nie zbawi. Zamykam laptop i idę z psem na spacer. Wracam i obiecuję sobie, że już jutro na pewno zacznę pisać. Tak jest zawsze przed nową powieścią. Przy jednej pies był tak wybiegany, że gdy brałam smycz do ręki patrzył na mnie z grozą w oczach. Miałam wrażenie, że mówi: oszalałaś, znowu spacer? Przy innych piekłam ciasta, przy jeszcze innych sprzątałam mieszkanie, a nienawidzę tego robić, więc ogromnej determinacji wymagało ode mnie, żeby zamiast robić to, co lubię, pucować mieszkanie. Zaczęłam się zastanawiać, czy wszystko ze mną w porządku. I pewno myślałabym nad tym do dzisiaj, gdybym nie trafiła na tekst pani Stefanii Grodzieńskiej o źródłach energii. Opisała, jak siada do maszyny do pisania, wkręca kartkę, spogląda przez okno, widzi, że sąsiedzi się wyprowadzają, więc biegnie, żeby pomagać. Wraca i przypomina sobie, że ma suwak niewszyty w spódnicę. Biegnie do pasmanterii, stoi w kolejce, przepuszcza starszą panią, kupuje suwak, wszywa ze śpiewem na ustach, zastanawiając się: „jak ja do tej pory mogłam myśleć, że nie lubię szyć”. Tekst kończy się zdaniem: Ile rzeczy można zrobić, byle tylko nie robić tego, co się powinno. Pewien typ widocznie tak ma, ja do tego typu należę, więc pogodziłam się z tym, że ten okres musi być. Ale w momencie gdy go przejdę, siądę i zaczynam pisać, najtrudniejsze jest dla mnie pierwsze 50, 60 stron. Słowa ze mną nie współpracują pomimo tego, że już powinny, bo to przecież kolejna książka. Wydawało mi się, że przy każdej następnej będę te słowa miała bardziej oswojone, więc będzie mi łatwiej i prościej. Wcale to tak nie wygląda. Gdy usiłowałam zrozumieć, czemu tak się dzieje, doszłam do wniosku, że chyba dlatego, że ja też muszę się wciągnąć w historię. Mam pewne założenia, wiem, od czego zacząć, ale nie jest tak, że cała jestem w tej historii. Muszę poznać jej bohaterów, zrozumieć motywy ich działania, zobaczyć, jakimi są ludźmi. W trakcie pisania postacie potrafią pokazać, kto naprawdę rządzi. Dopiero po tej 50, 60 stronie, kiedy ta historia zaczyna we mnie żyć, pisze mi się dużo łatwiej. Wtedy rano, mniej więcej o dziewiątej, siadam i piszę do 16. Wstaję, jem obiad przygotowany przez męża, bo mnie wtedy zupełnie nie ma w domu, a gdyby mąż nie był tak zaangażowany, jak jest, nie mogłabym pracować tak, jak pracuję. Robię małą przerwę i wracam do pisania, do 21, 22. Tak jest przez intensywne dwa miesiące, a potem wszystko wraca do normy. Oczywiście dni nie wyglądają identycznie, bo mam rodzinę, dzieci; syn wraca ze szkoły, trzeba go wysłuchać, przytulić, czasem wyjść na spacer nawet wtedy, kiedy termin wisi toporem nad głową.

 

Te pierwsze strony naprawdę tak trudno się pani pisze?

Bardzo. Muszę się z historią zżyć, ale równocześnie mam świadomość, że początek jest niesamowicie istotny. Nigdy nie zgodzę się sama ze sobą na rozpoczęcie, które do końca mi nie odpowiada, w związku z tym „Tajemnica...” miał 9 początków. Dopóki nie okazało się, że to ten właściwy, że słowa gładko płyną, był przerabiany. Zmaganie się z pierwszymi zdaniami to naprawdę straszny wysiłek.

Wróćmy do momentu, gdy ukazała się pani pierwsza książka. Co się czuje, gdy widzi się własne nazwisko na okładce?

Szczęście. Niesamowite. I ma się takie wrażenie, trochę nierzeczywiste, że to właśnie to, na co czekało się przez całe życie. Można tego szczęścia dotknąć, a ja jeszcze mam zwyczaj wąchania książki, więc też powąchać. Pocieszam się, że nie jestem jedyna i nie trzeba tego leczyć. Dodam, że było to szczęście osoby niedoświadczonej. Wtedy zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, co to oznacza. Spełniłam swoje wielkie marzenie, otworzyły się przede mną nowe drogi. Zupełnie nie interesowały mnie listy bestsellerów. Wyszła moja książka, trafiła do ludzi. Dostałam niewielką zaliczkę, bo był to debiut. Pamiętam, jak zastanawiałam się, co będzie, jeżeli ta zaliczka nie pokryje wydatków. Potem cieszyło mnie, że ktoś tę książkę przeczytał. Absolutnie nie interesowała mnie ta inna, marketingowa strona. I to było piękne. Przy „Uroczysku” ktoś mi pokazał w Empiku, że ma znaczek bestseller. Pomyślałam: „fajnie, to chyba dobrze”. Dopiero później zaczęłam sprawdzać te listy bestsellerów, bo pisanie oprócz tego, że było spełnieniem mojego marzenia, stało się też moim zawodem. To, jak się sprzedaję, jest wyznacznikiem tego, czy nadal jestem czytana, czy mogę spokojnie pisać kolejną książkę. Bardzo uważnie czytam wszystkie recenzje, bo staram się zobaczyć, co czytelnikom się podoba, a co nie budzi ich entuzjazmu. W ten sposób się uczę i w ten sposób mogę cokolwiek poprawić, dlatego nie zgadzam się z twierdzeniem, że krytyka jest niepotrzebna. Konstruktywna krytyka jest bardzo potrzebna. Przecież my nie piszemy dla siebie, w tej chwili piszemy już dla czytelnika i to jego zdanie jest tak naprawdę wiążące, najistotniejsze. To on jest najważniejszy. Wydawca pomaga, by czytelnik mógł wziąć książkę do ręki, i jest to ważne, ale najważniejsze jest to, czy my jesteśmy czytane. Bez czytelników by nas nie było. Ich zdanie jest niesamowicie ważne. Dziś wszystko wygląda zupełnie inaczej niż na początku. Z każdą książką mam poczucie coraz większej odpowiedzialności. Gdy kończę kolejną powieść i wiem, że za chwilę się ona ukaże, odczuwam ogromną radość i równie ogromny stres. Bo nie jestem już osobą, która zaczyna, mam swoich czytelników, którzy mają konkretne oczekiwania. Co będzie, jeżeli nagle okaże się, że zawiodłam? Boję się, ale nigdy nie chciałabym tego strachu przestać odczuwać. Nie można być zbyt pewnym siebie, bo wtedy człowiek przestaje słuchać i być wyczulony na wszystkie sygnały, które płyną z zewnątrz.

Przyznała pani, że nie ma w niej zawodowej zawiści. Może jednak była taka książka, po przeczytaniu której pomyślała pani: dlaczego to nie ja ją napisałam?

Trochę inaczej. Mam książki, które otwieram, czytam i mówię: „matko, jak ja bym tak chciała”. Nie wiem, czy można to rozważać w kategoriach zazdrości, bo nie chciałabym nic nikomu zabierać, chciałabym móc. Np. Piotr Adamczyk napisał „Dom tęsknot”, czytałam i myślałam: „gdzie ja, mały żuczek, muszę jeszcze dużo popracować”. Ale to dobrze, bo jest o co walczyć nad czym pracować i o czym marzyć. A marzenia trzeba mieć, żeby miało się co spełniać.

Rozmawiał(a): Agnieszka Święcicka

Nienasycenie. Tom 5 1 Nienasycenie. Tom 5 M.S. Force
31,62 37,80
Rabat 16% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Tajemnicza kobieta 1 Tajemnicza kobieta Amanda Quick
33,29 39,80
Rabat 16% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Rozwiązły książę 1 Rozwiązły książę Virginia Henley
10,79 12,90
Rabat 16% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Tajemnice nocy 1 Tajemnice nocy Kat Martin
10,79 12,90
Rabat 16% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Ładny gips Wyprzedaż 1 Ładny gips Maja Kotarska
9,11 32,00
Rabat 72% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Druga szansa 1 Druga szansa Joanna Rakowicz
25,01 29,90
Rabat 16% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Księga skandali 1 Księga skandali Julia London
10,79 12,90
Rabat 16% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Szafirowe kłopoty 1 Szafirowe kłopoty Christina Dodd
26,69 31,90
Rabat 16% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Cieszę się twoim szczęściem 1 Cieszę się twoim szczęściem Lucinda Rosenfeld
25,01 29,90
Rabat 16% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Rycerz swojej pani 1 Rycerz swojej pani Christina Dodd
10,79 12,90
Rabat 16% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Jak zdobyć diuka 1 Jak zdobyć diuka Julia London
10,79 12,90
Rabat 16% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Fiora i papież Wyprzedaż 1 Fiora i papież Juliette Benzoni
12,90 34,90
Rabat 63% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
W objęciach diabła 1 W objęciach diabła Catherine Coulter
10,79 12,90
Rabat 16% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Leśna Polana Polecamy 1 Leśna Polana Katarzyna Michalak
23,99 36,90
Rabat 35% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Anioł do wynajęcia 1 Anioł do wynajęcia Magdalena Kordel
26,18 34,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Jestem żoną szejka 1 Jestem żoną szejka Laila Shukri
26,25 35,00
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
November 9 1 November 9 Colleen Hoover
29,93 39,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Przeznaczeni 1 Przeznaczeni Katarzyna Grochola
29,93 39,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Warleggan 1 Warleggan Winston Graham
26,24 34,99
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Zostaw mnie 1 Zostaw mnie Gayle Forman
28,50 38,00
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Słowik 1 Słowik Sophie Hannah
29,52 36,90
Rabat 20% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Sezon na cuda 1 Sezon na cuda Magdalena Kordel
26,18 34,90
Rabat 25% Przedsprzedaż, Premiera 11.01.2017 r.  
Sisi. Samowolna cesarzowa 1 Sisi. Samowolna cesarzowa Allison Pataki
29,99 39,99
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Wezbrane wody 1 Wezbrane wody Danielle Steel
29,93 39,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Sisi. Cesarzowa mimo woli 1 Sisi. Cesarzowa mimo woli Allison Pataki
29,99 39,99
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka 24h!
Jeremy Poldark 1 Jeremy Poldark Winston Graham
22,49 29,99
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka 24h!