Koszyk 0

Poruszająca opowieść o ambicji, pożądaniu i tęsknocie

"Pragnienie" to wspaniała i poruszająca opowieść o ambicji, pożądaniu i tęsknocie, które czynią nas ludźmi – pióra Richarda Flanagana, laureata Nagrody Bookera, autora "Ścieżki Północy ", "Księga ryb Williama Goulda", "Klaśnięcie jednej dłoni".

Jest rok 1841. W odległej kolonii karnej na Ziemi Van Diemena bosa aborygenka pozuje do portretu w sukni z czerwonego jedwabiu. Ma na imię Mathinna i jest przybraną córką gubernatora wyspy, Sir Johna Franklina oraz jego żony, Lady Jane. Jest też obiektem cywilizacyjnego eksperymentu, który ma wykazać, czy wiedza, chrześcijaństwo i rozum mogą być narzucone barbarzyństwu, instynktowi oraz pożądaniu. Kilka lat później, gdzieś na Arktyce, ginie Sir John Franklin wraz załogą i dwoma statkami podczas ekspedycji, której celem ma być odkrycie mitycznego Przejścia Północno-Zachodniego, drogi morskiej z Europy do wschodniej Azji wiodącej przez Archipelag Arktyczny. Anglia jest wstrząśnięta podawanymi przez ekipę poszukiwawczą doniesieniami o przypadkach kanibalizmu, a dla najsłynniejszego pisarza tych czasów, Karola Dickensa, losy Franklina stają się lupą, przez którą przygląda się lodowatym głębinom własnego życia.

Fragment książki
Protektor uważał, że gubernatorska inspekcja w Wybalenna
rozpoczęła się wyjątkowo pomyślnie. Na plaży było pełno
Aborygenów, którzy powitali gubernatora — sir Johna Franklina
— i jego świtę po wylądowaniu, podskakując i pląsając
wylewnie, a także wydając okrzyki dzikiej radości. Nie było
to może zbyt eleganckie ani cywilizowane, zostało jednak
dobrze przyjęte. Lady Jane Franklin wzruszyła zwłaszcza
drobna czarna dziewczynka, tańcząca w czasie dziecięcego
przedstawienia przygotowanego na powitanie gości na czystym
białym piasku. Dziewczynka miała na szyi całkiem ładny
naszyjnik i nosiła przewieszoną przez ramię dużą skórę
z białego kangura. Wyróżniała się nie z powodu prostego,
chociaż uderzającego kostiumu, niskiego wzrostu czy wielkich
ciemnych oczu. Chodziło raczej o jej specyficzną, ale
trudną do określenia postawę.

Lady Jane nie mogła mieć dzieci; kiedy naciskano ją w tej
kwestii, mówiła przyjaciołom, że nigdy nie stanowiło to dla
niej brzemienia, lecz w pewien dziwny sposób niosło raczej
ulgę. Był to po prostu wykręt, który jednak, jak zwykle,
z czasem właściwie stał się prawdą. Lady Jane zaczęła unikać
dzieci, a kiedy się postarzała — liczyła już sobie czterdzieści
siedem wiosen — jej stosunek do problemu potomstwa przekształcił
się w ogólny niepokój. W dzieciach było coś, czego
jej brakowało i co w głębi serca uważała za przerażające. Jak
gdyby im było ich więcej, tym bardziej ubywało lady Jane.
Jak gdyby tym bardziej umierała, im bardziej one żyły.

Ich krzyki i śmiech rozbrzmiewały bowiem nazbyt głośno
w pustych salach wspomnień gubernatorowej. Nigdy nie
zapomniała, jak w młodszych latach sir John wypytywał ją,
dlaczego jest taka blada, a ona ze wstydu i strachu nie była
w stanie mu powiedzieć, że wypłynęła z niej mała czerwona
plamka. Zamknęła książkę, podniosła na niego wzrok i powiedziała,
że mimo wszystko zgadza się z Wordsworthem,
że w samotności zawsze można znaleźć wzniosłość.

— Czyż nie tak? — spytała łamiącym się głosem.
Odpowiedział, że tak. Zawsze się z nią zgadzał. Kolejne
ciąże kończyły się gwałtownie. Tworzyła życie, lecz ono ją
opuszczało. Nikt o tym nie wiedział. O życiu lady Jane nic
się nie mówiło. W „Timesie” nie było nekrologów. Żadnego
współczucia, rozmów, żałobnej czerni. Rozpacz nie miała się
gdzie podziać, tylko w jej sercu. A potem było już za późno:
jej ciało się zmieniło. Dlatego teraz, patrząc na tę małą
aborygeńską dziewczynkę na plaży, zdumiała się, poczuła
bowiem, jak z jej barków znika nieznośny ciężar, a wzbiera
w niej nienazywalne uczucie.

Dziewczynka spóźniała się nieznacznie w stosunku do
innych dzieci, lady Jane zauważyła jednak, że w pewien sposób
przyciąga to uwagę do niej i jej tańca, właściwie zatem
tylko podkreśla jej występ. Gubernatorową ogarnęła nagle
przemożna chęć, by dotknąć tego dziecka.

— No popatrz tylko — zwróciła się do swojego leciwego,
korpulentnego męża — prawie chce się objąć to małe dzikie
zwierzątko i je pogłaskać.

Była to nieoczekiwana uwaga dla nich obojga. Lady Jane
postanowiła nie pozwolić, by takie uczucia napełniały ją
strachem. Z jej punktu widzenia ta mała na szczęście właściwie
nie była dzieckiem, ponieważ była dzikuską, i na szczęście
właściwie nie była dzikuską, ponieważ była dzieckiem.

Zakładając, że małżonka gubernatora bardziej interesuje
się rzeczami martwymi niż ludźmi, Protektor wyjaśnił,
że naszyjnik dziewczynki zrobiony jest z setek maleńkich
jasnozielonych muszelek, nawleczonych na kilka jardów
oposowego ścięgna, które zostało kilkakrotnie owinięte wokół
jej szyi. Gdy dodał, że naszyjnik należał niegdyś do jej
zmarłej przed kilkoma laty matki, a skóra białego kangura
była własnością ojca, który zmarł zaledwie przed tygodniem,
lady Jane wzruszyła się jeszcze bardziej.

— Kochana sierotka — powiedziała.
— Leda — powiedział Protektor. — Na imię jej Leda.
Ma siedem lat. Jest najmłodsza na wyspie.
— A jak pan sądzi, panie Robinson, jakie jajo — uśmiechnęła
się lady Jane — zostawi po sobie ta Leda dla przyszłych
pokoleń?
— Jajo? — spytał Protektor, nieco zdezorientowany. —
Mówiłem o dziewczynce, nie o kurze.

— Powinien ją pan chronić przed łabędziami — oświadczyła
lady Jane, pozwalając sobie na żarcik.
— Nie rozumiem, szanowna pani — odpowiedział Protektor,
którego znajomość mitologii klasycznej właściwie nie
wykraczała poza imiona zawarte w wyświechtanym egzemplarzu
Carswell’s Classical Names & Almanac.
— Leda… — powiedziała lady Jane.
— Tak — uśmiechnął się Protektor. — Antyczna piękność.
— Starożytni wierzyli, że aby zgwałcić piękną Ledę, Zeus
przybrał postać łabędzia.

— Ach tak, to wspaniała opowieść, oczywiście — zaśmiał
się Protektor, do głębi przerażony mitem, śmiałym sposobem
wyrażania się lady Jane, a przede wszystkim tym, że wykazał
się taką ignorancją. — Ci boscy starożytni! — westchnął. —
Takie historie! Swoją drogą — dodał szybko, kiedy dzieci,
które skończyły już tańczyć, przebiegały obok nich — my
wolimy nazywać ją Mathinna.
Lady Jane zazwyczaj nie spoufalała się z dziećmi, teraz
jednak wyciągnęła rękę i chwyciła Mathinnę za ramię.
Dziewczynka zaczęła się odwracać z szerokim uśmiechem,
aż wreszcie zobaczyła białą kobietę, która ją zatrzymała.

— Pięknie tańczysz — stwierdziła lady Jane.
I nagle zawstydzona dziwną spontanicznością swojego
zachowania, puściła ramię Mathinny. Dziewczynka uciekła,
a Protektor zaczął mówić o nowym cmentarzu, który gubernator
z małżonką mieli obejrzeć. Połączenie uniesienia
z tragedią w sercu tak małego dziecka zaintrygowało jednak
lady Jane.

Litość, kiedy już się na nią zdobywała, stanowiła dla
niej poważne i straszliwe uczucie. A może po prostu wolała
obserwować dzieci, niż oglądać cmentarz. W każdym razie
z takiego czy innego powodu uparła się, by powróciły i odtańczyły
jeszcze jeden taniec.

Przyglądając się Mathinnie po raz drugi, poczuła, że rozumie
tę dziewczynkę. Wyobraziła sobie jej rozpacz, potrzeby,
marzenia. Gdy potem wspinali się pod górę na cmentarz,
narzuciła wściekle szybkie tempo, pozostawiając zasapanego
sir Johna dość daleko w tyle. Biegający między nimi Protektor,
chociaż odczuwał ulgę na myśl, że oboje wspierają go
w jego dziele, spostrzegł, że lady Jane myślami błądzi gdzie
indziej. Medytowała nad tańczącą Mathinną i nad tym, że
poruszała się tak powoli, wyraziście oraz przejmująco.

— Można by wręcz powiedzieć — zwróciła się do sir
Johna, kiedy ją wreszcie dogonił przy cmentarnej bramie —
że jej ciało myśli.
Tymczasem ciało sir Johna nie sprawiało wrażenia, że
odznacza się żywą inteligencją bardziej niż wypielęgnowana
dynia. Mimo to lady Jane od dawna wyczuwała, że w jej
małżonku kryje się jakiś mechanizm, duch albo namiętność,
które czekają tylko, żeby je uruchomić. Początkowo w myślach
nazywała sir Johna Niedźwiedziem, bo tak go sobie
właśnie wyobrażała: jako wielkiego niedźwiedzia w stanie
hibernacji. Byli już jednak przeszło dziesięć lat po ślubie,
a ona ciągle czekała, żeby się obudził, i trzepotała się wokół
jego wybitności niczym ćma.

Równie drobna jak on duży, lady Jane może uchodziłaby
za piękną, gdyby zdecydowała się podkreślać walory
swojej urody. Wyglądało jednak na to, że raczej nie dba
o nie. I nawet jeśli niezupełnie tak było, to niewątpliwie
jej natura pozostawała w nieustannej sprzeczności sama ze
sobą. Pragnienie przystosowania się do otoczenia i uzyskania
jego aprobaty, które odziedziczyła po matce, córce
zubożałego szlachcica, szło w niej o lepsze z energią i wiarą
w siebie, które przejęła od ojca, właściciela młyna z Northern
Midlands. Podobnie jak jej matka lady Jane wyszła
za mąż, by podnieść swój status społeczny, i zgodziła się
poślubić podstarzałego polarnika, którego w tamtym czasie
londyńska socjeta traktowała jako ważną osobistość
i największego podróżnika od czasów Drake’a i Raleigha.
Podobnie jak jej ojciec przekonała się, że nudziarstwo sir
Johna było niczym węgiel: dobre tylko wtedy, kiedy można
było je wykorzystać jako paliwo napędzające jakiś złożony
mechanizm.

Rozmawiała z nim o historii, pejzażach, malowniczych
ruinach i zawrotach głowy, które zaczęły jej dokuczać, kiedy
w dzieciństwie wśród nieprzebranych tłumów, złożonych
z przedstawicieli najniższych warstw społecznych Londynu,
oglądała przejazd konduktu pogrzebowego lorda Byrona.
Wydało się jej wtedy, że spada i będzie spadać dalej w nieskończoność.
Sir John w odpowiedzi robił żonie wykład o raportach nawigacyjnych,
zarządzeniach admiralicji, zorzach polarnych i o tym,
jak pyszne są ozory reniferów, kiedy się je odpowiednio przyrządzi,
bo skórka schodzi z nich wówczas jak skarpeta.
Nie łączyło ich nic poza szacunkiem
dla wszelkich rytuałów. Bez względu na to, co lady Jane
sądziła o perspektywie zjedzenia czegoś, co mogło zalatywać
brudnymi nogami, podobała jej się mężowska powaga,
chociaż niesłusznie brała ją za osiągnięcie, w którym może
mieć swój udział.
Sir John od początku okazał się jednak ucieleśnieniem
nudy i jeśli trudno było pogodzić aurę romantyzmu, otaczającą
jego nazwisko, z apatią, w jaką można było popaść
w jego towarzystwie, to z czasem stało się jasne, że można
go zmienić i że to ona może zostać główną twórczynią jego
reputacji. Lady Jane postanowiła więc, że będzie zarówno
jego muzą, jak i stworzycielką.

Jej aspiracje wynikały z tego samego źródła co wstydliwość
i energia: były dziedzictwem po ojcu. Od pierwszych
dni małżeństwa zniechęcała sir Johna do stosunków intymnych.
Brzydziła się go, dźwięków, które wydawał, jego ciała
i twarzy, ponieważ przypominał jej o wszystkim, o czym
przez całe życie starała się nie tylko nie pamiętać, ale co
usiłowała wręcz wypalić w sobie i zastąpić doświadczeniami
niejako wyższego rzędu. Od czasu do czasu sir John
się zapominał i ulegał swoim najniższym instynktom:
w takich sytuacjach lady Jane uważała się za chodzący przykład
tolerancji wobec owej ohydnej zwierzęcości, którą jest
mężczyzna. Znosiła powtarzające się nieporadne, nudne
zbliżenia, palcówki muzyka głuchego na reakcje kobiecego
ciała. Z czasem zaczęła uważać mężczyzn za istoty słabsze —
chociaż oczywiście zdeprawowane — i niewolniczo oddane
niepohamowanym animalnym żądzom, co w jej przypadku
tchnęło tym większą ironią, że nigdy nie doprowadziły one
do narodzin dziecka.

Mimo wszystko wierzyła w swojego męża. Nie miała wyboru,
zaczęła się już starzeć, a poza tym po swoim pierwszym
rozczarowaniu jego nudziarstwem i brakiem ikry przekonała
się, że jest nieoczekiwanie uległy i daje się ciągnąć drogą,
jaką wyznaczały jej ambicje i namiętności. Zdała sobie sprawę,
że główną zaletą sir Franklina jest wytrwałość. To właśnie
ona pozwoliła mu przetrwać koszmar Arktyki w czasie
jego słynnych wypraw z 1819 i 1821 roku i to ona sprawiała,
że zgadzał się bez sprzeciwu czy też komentarzy na wszystkie
jej marzenia i plany. Był jej tańczącym niedźwiedziem.

Z tej przyczyny nie opierał się przed różnymi propozycjami
żony, takimi jak wytępienie węży na Ziemi Van Diemena,
za których skóry mieliby płacić — z własnej kieszeni —
po szylingu za sztukę. Zrezygnowali z tego pomysłu dopiero,
kiedy zubożeli o sześćset funtów, węży na wyspie nadal było
pełno, a tymczasem pojawił się i porządnie okrzepł nieznany
wcześniej zawód hodowcy tych gadów. Sir John zgodził się
też odwiedzić aborygeńską osadę na Flinders Island, chociaż
zupełnie go nie interesowała. Lady Jane oświadczyła, że krajowcy
z Ziemi Van Diemena są naukowym kuriozum, równie
nadzwyczajnym jak zebra kwagga, biegająca swobodnie po
Ménagerie du Jardin des Plantes. Teraz zaś orszak gubernatora
zasiadał do obiadu w domku Protektora, słuchając
wspaniałych i — co trzeba dodać — dość rozwlekłych opowieści
gospodarza o jego historycznej misji koncyliacyjnej.

— Jego było królestwo wielkich gór i dzikich rzek — mówił
Protektor, gdy uprzątano talerze z drugim daniem, czyli
pieczoną walabią. — Lasy i majestatyczne plaże w zachodniej
części Ziemi Van Diemena.
Wydawało mu się, że chwile ciszy mają ogromne znaczenie,
i nauczył się zatrzymywać na sobie uwagę przy stole,
zarówno popadając w milczenie, jak i przemawiając, brał
jednak uprzejmość gości za narastający zachwyt. Powiódł
spojrzeniem po zebranych przy obiedzie wybitnych osobistościach
— sir John, lady Jane, pół tuzina ich pachołków
i sługusów — a także jego dwór: syn, żona i katecheta, Robert
McMahon, ubierający się w najgorsze łachy od tragicznego
utonięcia swojej ciężarnej żony, która zginęła, schodząc ze
statku w czasie straszliwej burzy. Protektor zastanawiał się,
czy któreś z nich ma choćby najmniejsze pojęcie, jaka to
ciężka praca, stworzyć tak wspaniałą tragedię i postawić samego
siebie w jej centrum.

— Bo był to król, rozumieją państwo… — powiedział
w końcu, podnosząc rękę, by tym bardziej podkreślić swój
uroczysty głos, mówił bowiem o miejscach i ludziach jak
gdyby od dawna zaginionych w innej epoce, w średniowieczu,
w czasach najazdów normańskich, gdy topory wikingów
lśniły w porannym słońcu u ujścia rzeki, w światach
tylko słabo wyczuwanych w kłębowisku mitów i podniosłych
zdań. I chociaż wszyscy wiedzieli dobrze, że mówi o ludziach
i wydarzeniach sprzed mniej niż dekady, to zdawał
sobie sprawę, że chodzi już o inną epokę, dla której był zarówno
Normanem, jej ostatecznym niszczycielem, jak i Bedą,
jej jedynym kronikarzem.

— I zamierzał pan takich upadłych imperatorów zmienić
tu w silnych rolników? — spytała lady Jane. — Czy takie rzeczy
są możliwe z punktu widzenia nauki, panie Robinson?
Protektor zaczął to, co określał mianem „misji przyjaźni”,
z mglistą nadzieją, której właściwie nie było nawet warto
nazywać ambicją. Opanowało go pragnienie, którego na dobrą
sprawę nie był w stanie zrozumieć, a kiedy zgasło, nie
potrafił pojąć, co się stało. Jeden świat się skończył, drugi
zaczął, a on nie przemieszczał się już przez stary świat w zadziwieniu,
bo utkwił w Wybalenna, w nowym koszmarze,
z którego nie mógł uciec. Uśmiechnął się. Wyciągnął ręce
przed siebie.

— O takich sprawach decyduje Bóg, szanowna pani. Jak
nauka mogłaby Mu się sprzeciwić? Poza tym — ciągnął —
ten człowiek był bardzo do mnie przywiązany. Poznałem go
w 1830 roku.
Powiedział to takim tonem, jak gdyby chodziło o jakiś
nowy modny klub londyński. Ale wspomniany monarcha
nie siedział w ciemnym kącie Ateneum w sercu największego
miasta świata. I nie był znany jako Król Romeo, chociaż
takie miano miał nadać mu Protektor w innym czasie i świecie,
w tej absurdalnej, odwróconej do góry nogami, skundlonej
imitacji Anglii. Opowieść, którą snuł dalej, mówiła o odwadze
i szlachetności, o dziecinnym lęku, jakim odznaczają
się dzicy, i o ocalonej w końcu rodzinie, prawdziwa historia
Króla Romea wyglądała jednak całkowicie inaczej.

Dawniej Romeo nazywał się Towterer. Stał na kamiennym
usypisku na zboczu bezimiennej góry, wznoszącej się
pośrodku wielkiego, nieoznaczonego na mapach pustkowia.
Oczywiście nie znał map. A gdyby mu nawet jakąś pokazano,
pomyślałby, że to idiotyzm — bo przecież mieszkał nie
na wyspie, ale w świecie, w którym czas i rzeczywistość
są nieskończone, a prawdę przekazują święte opowieści.
Był wysokim, potężnie zbudowanym, ostrożnym i czujnym
mężczyzną. Nosił przewieszoną przez ramię skórę białego
kangura. Wzdłuż odległej grani przyszli ku niemu ludzie,
których przybycia się obawiał, ale których postanowił się
nie bać. Święte opowieści nie zapowiadały żadnej tragedii,
a poza tym Towterer ufał swojemu sprytowi.

Dawniej Protektor nie był Protektorem. Chociaż kilku
ludzi nadało mu inny przydomek — Mediator — większość
białych znała go jako George’a Augustusa Robinsona, które
to nazwisko czarni swoim zwyczajem skrócili do Gustera.
I to właśnie kiedy śnił o sobie jako o Mediatorze, chociaż
nazywano go Gusterem, przyszedł na tę górę w towarzystwie
swoich oswojonych czarnych, żeby porozmawiać z Towtererem.

Zimny deszcz siekł mocno, ludzi Robinsona oblazło robactwo,
a ich kiepskie nastroje pogłębiała jeszcze paskudna
choroba. Od miesiąca wędrowali po tej zdumiewającej ziemi,
zamierzając dotrzeć do najdalszych plemion, lecz nie schwytali
ani jednego krajowca. Wyrąbywali przejścia przez zimne
lasy deszczowe, tracili orientację w chmurnych ogrodach
wiszących mchów, zdobiących wstęgami niebo, szli po wielkich
plażach ogłuszanych gniewnym oceanem, wznoszącym
się i opadającym jak płynne pasmo górskie, wspinali się na
skalne granie, cierpiąc ból samotności w obliczu otaczającego
ich ze wszystkich stron bezmiaru. Ale dopiero teraz,
gdy powitali tego wysokiego Aborygena, wydawało się, że
niepomyślny los wreszcie się od nich odwrócił.

Towterer zachował ostrożność w odpowiedzi, mówił
niewiele, Robinsona i jego ludzi powitał jednak gościnnie.
Zaprowadził ich do wąwozu, potem wzdłuż strumienia i na
leśną polanę, na której stała wioska, typowa dla plemion
zachodnich, złożona z kilku krytych strzechą kopulastych
chat, mogących pomieścić do dwudziestu osób. Mimo to
grupa Towterera liczyła tylko — albo aż — trzydzieści osób,
zależy, jak na to spojrzeć. Być może, myślał Robinson, przybyły
tu już roznoszone przez białego człowieka plagi, siejące
spustoszenie wśród krajowców na zasiedlonym wschodzie
i będące obrzydliwym zwiastunem jego przybycia.

Deszcz zelżał, a potem całkowicie przestał padać, chmury
odsłoniły nocne niebo usiane gwiazdami i zatrzeszczało
wielkie ognisko. Tubylcy zaczęli obmacywać Robinsona
po całym ciele, by sprawdzić, czy ma kości i czy nie jest
duchem. Zmusili go, żeby poczernił sobie twarz, jak gdyby
dzięki temu łatwiej przyszło go im zaakceptować. Potem
wszyscy czarni, zarówno dzicy, jak i oswojeni, zaczęli tańczyć
i śpiewać w środku lasu. W końcu Robinson dał się
przekonać ich pochlebstwom i dołączył do nich, chociaż
wstydził się i tańczył niezgrabnie. Przez południowy nieboskłon
przepłynęła jutrzenka, fale czystego ducha, mętne
wstęgi czerwonego i zielonego światła, toczące się przez
świat. Towterer zaczął nalegać, by Robinson się rozebrał.
Przytłoczony logiką, której nie pojmował, biały zdjął ubranie.

Na chwilę osaczyła go przerażająca myśl, że tego właśnie
naprawdę w życiu pragnął. Skakał, tupał i fruwał nago,
pogrążony w dziwnym zatraceniu pod gwiazdami Południa.
Czy to była jego prawdziwa nagroda, a nie pieniądze, które
by otrzymał, gdyby przyprowadził ze sobą wszystkich tutejszych
krajowców?

Wspominał później tę sytuację jako absurd, ale wtedy,
kiedy skakał i krzyczał, kiedy błyskały płomienie, a on czuł
ich niepokojący żar na swoich nagich udach i w kroczu, nie
wiedział, co się z nim dzieje, nie umiał tego opisać. Tamtej
nocy wlał się w niego wszechświat, Robinson był otwarty
na wszystko, żył dla innych ludzi i dla siebie w sposób, którego
nigdy wcześniej nie doświadczył. Czuł, że wisi między
gwiazdami i górami, lasami i ogniskiem. Taniec był oszałamiający,
figlarny i ekscytujący. To nie miało sensu. Przekraczało
jego rozumienie. Przez chwilę — być może jedyną taką
w swoim życiu — poczuł, że jest wolny i wcielił się w coś,
co go przekraczało.

To nie mogło trwać długo.

Kiedy wrócił do namiotu i zobaczył swoje pełnomocnictwo,
wystawione przez gubernatora Arthura, włożone między
pierwsze kartki dziennika, nagle sobie przypomniał,
czego się od niego oczekuje i kim naprawdę jest. Przybył tu
z bardzo konkretnego powodu i jego podróż nie mogła się
zakończyć inaczej niż pojmaniem miejscowych krajowców
i sprowadzeniem ich do świata, w którym Robinsona witano
tylko nieznacznie bardziej gościnnie niż ich. A robił to
wszystko po to, aby wywyższyć siebie i swoją rodzinę, żeby
zrobić karierę i zyskać sławę jako człowiek ważny i szanowany,
mile widziany na salonach wytwornego towarzystwa,
w świecie, w którym nikt nie tańczył nago i nikt się przed
nikim nie otwierał; przeciwnie, tam wszyscy starali się raczej
zamykać siebie i wszystko dokoła.

Poczuł, że jest skazany na zagładę, podobnie jak jego
współtowarzysze w tańcu.

A kiedy takie myśli zmąciły mu rozum, głowa Robinsona
zrobiła się cięższa. Jego umysł, w którym ładu pilnowała
religia, mógł traktować taki bezład tylko jako herezję. W głowie
miał pełno idei, o których wiedział, że są nie tylko bluźniercze,
ale i szatańskie. Zastanawiał się, czy Bóg istnieje
jedynie jako ostateczna bariera, która oddziela człowieka od
jego duszy. Potem zostało mu już wyłącznie wspomnienie
dziwnych śpiewów i szalonego czerwonego światła ogniska,
igrającego na skórze ich wszystkich, a później zapadł
w sen.

Obudził się nagle przed świtem, zdając sobie sprawę
z czyjejś nieprzyjemnej obecności. Usiadł, instynktownie
się odwrócił i ujrzał siedzącą za jego plecami u wejścia do
namiotu młodą Aborygenkę, która najwyraźniej nad nim
czuwała. Spróbował ją przepłoszyć, a wtedy dziewczyna
długim patykiem wskazała jego plecak, gdzie miał schowane
trzy pistolety.

Wiedzieli o tym od początku.

Jak bardzo żałował, że nosił przy sobie broń! Zrozumiał,
że mu nie ufają, bez względu na to, jak często deklarował
dobre intencje i niechęć do brania jeńców, bez względu na
to, ile dawał im herbaty i chleba, a nawet na to, że zrzucił
ubranie i dołączył do nich w lubieżnym nagim tańcu.
Nigdy nie zamierzał używać broni wobec nich, bo widział,
jaką katastrofalną porażką kończy się podobne postępowanie.
Te pistolety były wyłącznie do samoobrony, do użytku
w skrajnej ostateczności.

Jego metody były inne — perswazja i zdrowy rozsądek —
za jego argumentami i tak zawsze stali bowiem ludzie z bronią.
Po co grozić i strzelać do tubylców, skoro inni mogą to
zrobić za ciebie? Grupa Robinsona była zaledwie jednym
z wielu zespołów przeczesujących busz w poszukiwaniu
Aborygenów, lecz tylko jego oddział obiecywał życie, a nie
śmierć, prawda?

Z nadejściem poranka kobiety z plemienia Towterera
zniknęły. Towterer powiedział, że poszły łowić ryby, ale
choć zapadł już zmrok, jeszcze nie wróciły. Krajowiec nadal
uważnie słuchał argumentów Robinsona, jak gdyby zniknięcie
połowy jego plemienia nie było niczym ważnym.
Z pomocą tłumacza, swojego aborygeńskiego porucznika,
Czarnego Ajaksa, Robinson powiedział Towtererowi, że Aborygeni
nie mogą wygrać tej wojny i że proponuje im ostatnie
i jedyne realistyczne wyjście: azyl na wyspach w Cieśninie
Bassa w zamian za ich ziemie. Na wyspach dostaną żywność
i wszystko, co dobre ze świata białych: ubrania, schronienie,
herbatę, mąkę i Boga. Był tak przekonujący, że uwierzył
niemal samemu sobie. Drugiej nocy las znowu rozbrzmiał
echem aborygeńskich śpiewów i tańców, a Robinson znów
zasnął i znowu raptownie zbudził się przed świtem.

Tym razem jednak tubylcy nie postawili wartownika
w jego namiocie. Dzicy czarni zniknęli w mroku nocy co do
jednego, nie budząc nawet krajowców Robinsona. Ludzie
Towterera nie chcieli dać się zniewolić, choćby nie wiadomo
ilu kłamstwom.

Kiedy trzy lata później Robinson wrócił na południowy
zachód, wszystko się zmieniło. Schwytał tych czarnych, którzy
uniknęli zagłady w czasie wojny, i wysłał ich do obozu
jenieckiego na Flinders Island, z którego potem wyrosło miasto
Wybalenna. Na wolności w najdalszej głuszy pozostało
tylko niewielu Aborygenów. Władze uważały za absolutnie
konieczne, żeby ich też stamtąd wyprowadzić i w ten sposób
raz na zawsze pozbyć się zagrożenia, jakie mogły dla nich
stanowić powtarzające się zbrojne powstania czarnych.

Robinson powiedział swoim oswojonym krajowcom, że
odtąd aby osiągnąć ostateczny cel, mogą używać siły. Jego
niewielki biały oddział wyciągnął broń, czarni utwardzali
zaś ostrza swoich dzid w ogniu. W czasie burzy, która wydawała
się nie mieć końca, Czarny Ajaks wyruszył na południe
z grupą Aborygenów, a Robinson czekał na niego, wydawszy
mu rozkaz, którym było tylko jedno słowo:

— Towterer.

Bo Robinson nie zapomniał wodza z południowego zachodu
ani jego ostrożnych, sprytnych uników. W przeciwieństwie
do innych przywódców plemiennych Towterer
nie był uległy, nie dał się oszukać i nie okazał się na tyle głupi,
by zaatakować białych albo uciekać. Był dość odważny,
żeby nawiązać z nimi przyjazne kontakty, i dość przebiegły,
aby po cichu odejść.

Tydzień później Czarny Ajaks i jego ludzie wyłonili się
z szarzyzny deszczu ze śniegiem, prowadząc ośmiu dzikich
Aborygenów. Towterera między nimi nie było, ale na ramieniu
Ajaksa wisiało nosidełko ze świeżej kangurzej skóry. Tubylec
podszedł do Robinsona i przesunął nosidełko na pierś.
W szarej, powleczonej krwią skórze leżało maleńkie dziecko,
niepotrafiące jeszcze nawet raczkować. Była to córeczka
Towterera.

Czarny Ajaks opowiedział o tym, jak jego zbrojni urządzili
w czasie burzy zasadzkę na Towterera i nielicznych
niedobitków z jego plemienia. Twierdził, że Towterer porzucił
dziecko, by uciec ze swoją żoną, Wongerneep.

Robinson zanotował tę nieprawdopodobną historię Czarnego
Ajaksa w dzienniku, ale w nią nie uwierzył. Był pewien,
że Ajaks porwał dziecko na przynętę, chcąc zwabić Towterera
w pułapkę. Podziwiał przebiegłość swojego porucznika
i odniósł się z szacunkiem do jego talentów dyplomatycznych,
które kazały mu wymyślić bajeczkę o porzuconej
córce.

Następnego dnia wypogodziło się niedługo przed świtem:
brudne chmury pierzchły, pozostawiając za sobą intensywnie
błękitne, chociaż chłodne niebo. Zmienili się też
ludzie Towterera, stali się gburowaci i niespokojni. Obawiając
się, że mogą uciec, Robinson rozkazał swoim ludziom ich
otoczyć: oswojeni tubylcy stanęli wokół nich z uniesionymi
dzidami, a biali z naładowaną bronią. Pod taką zbrojną strażą
nieszczęsnych współplemieńców wodza odprowadzono
do tymczasowego obozu w Hell’s Gates.

Robinson musiał ich zastraszyć i cierpiał z tego powodu.
Rozbolała go głowa, a na widok jeńców żołądek podchodził
mu do gardła.

„Darzę tych ludzi niezmiennie największym współczuciem”
— zapisał tego wieczoru w swoim dzienniku.

Chciał się pomodlić, lecz kiedy odłożył pióro, poczuł
w spodniach coś ciepłego i śliskiego i zrozumiał, że zrobił
pod siebie. Był słaby, umysł miał jednak jasny i spokojny.
Postanowił, że nie będzie nic jadł, póki biegunka nie minie;
potem ruszy na południe i sam wyłapie ostatnich tubylców.
Wiedział, że to nie będzie trudne. Przecież miał ich dziecko.

Dwa dni później, wyruszywszy o świcie ze swoim synem
i czterema oswojonymi krajowcami, wędrował po ścieżkach
wypalanych przez Aborygenów w lasach i na torfowiskach.
Zaledwie półtora dnia później, kiedy na płaskowyżu dostrzegli
Towterera i Wongerneep, Robinson kazał swojemu
oddziałowi położyć się na ziemi, a sam zbliżył się do poszukiwanych
tylko w towarzystwie czarnoskórej kobiety, która
była jego tłumaczką.

Towterer traktował Robinsona zupełnie inaczej niż w czasie
pierwszego spotkania. Wyglądało na to, że nie posiada
się z radości na jego widok, i oświadczył, że uważa go za
starego, drogiego przyjaciela. W końcu zapytał o swoją córkę.
Powiedział, że ma na imię Mathinna.

— Już się uczy modlić — odparł Robinson. — Czeka ją
naprawdę świetlana przyszłość.
Towterer powiedział, że szanuje Robinsona pod każdym
względem, na równi z członkami swojej rodziny. Wymyślił
sobie nową ideę równości, żeby jakoś wytrzymać zniewo
lenie, a może nawet z nim walczyć. Choć była to iluzja, można
było również uznać ją za próbę zniwelowania straszliwie
wysokiej ceny, jaką miał zapłacić za odzyskanie uprowadzonej
córki.

— A ja szanuję ciebie i twoją rodzinę co najmniej w takim
samym stopniu — odrzekł Robinson. — Tak bardzo, że
chciałbym, żebyś poszedł ze mną i odnalazł dziewczynkę,
potem zaś razem moglibyśmy wyruszyć w cudowną podróż
i zacząć nowe życie.
W wylewnym zachowaniu wodza było coś wymuszonego,
Robinson dostrzegł w nim jednak także pewien autentyzm:
zrozumienie, że odtąd będą się do siebie odnosić
właśnie w ten nowy sposób. Towterer chciał bowiem odzyskać
córkę i z pewnością nie był głupi, a Robinson chciał
dostać Towterera i był dla niego jedyną drogą prowadzącą
do dziecka. Biały człowiek poczuł, że jego żołądek wreszcie
się uspokaja.

Burzliwego poranka cztery dni później pchany ciepłym,
północnozachodnim
wiatrem pojawił się wreszcie pod pełnymi
żaglami bryg „Gulliver”, wynajęty do przewozu schwytanych
przez Robinsona krajowców do rozrastającej się tubylczej
osady na odległej Flinders Island.

„Darzę tych ludzi niezmiennie…” — zaczął pisać tej
nocy w dzienniku Protektor, wyglądając z namiotu na żałosne
resztki plemienia oczekujące na wygnanie z ojczyzny.
Przerwał jednak i wykreślił to zdanie. „Przyb. kap. Bateman.
5 ppoł. Wiatr ppz.” — zaczął jeszcze raz.

Bateman powiedział mu, że w ciągu trzynastu dni w osadzie
na Flinders Island zmarło trzynastu krajowców. Robinson
odnotował to w dzienniku, lecz nie zapisał komentarza
kapitana.

— Padają jak muchy.

Kapitan wyraził zdumienie, słysząc o nieustających sukcesach
Robinsona, który miał wyraźnie lepszy humor i czuł
się lepiej, bo nie bolały go już żołądek ani głowa. Zapomniał

o tańcu pod gwiazdami południowego nieba.
„Powiedzenie veni, vidi, vici dobrze do mnie pasuje” —
napisał.
Śmierć Wongerneep, która nastąpiła rok po ich przyjeździe
do Wybalenna, zamiast przygnębić jej córkę, odniosła
dziwnie przeciwstawny skutek: mała zrobiła się bardziej
przyjacielska, ożywiona i bardziej zainteresowana tym, co
robią inni. I to pomimo wielkiej wściekłości, w jaką wpadł
Protektor, kiedy się dowiedział, że zamiast sprawić żonie
chrześcijański pochówek na cmentarzu, Towterer zaniósł
jej ciało na szczyt Flagstaff Hill i zbudował tam stos, na którym
spalił zwłoki. Mathinna patrzyła, jak dym unosi się ku
gwiazdom i wprawia księżyc w drżenie, kiedy na dole jej
matka paliła się i obracała w popiół.

Od tamtej pory dziewczynka ciągle wydawała się kręcić
dorosłym pod nogami, jak gdyby w poszukiwaniu nowej
matki, ale chociaż była jeszcze taka mała, wiedziała już, że
lepiej być pomocną, niż sprawiać kłopoty. I tak wyrosła na
pełne życia dziecko, które wydawało się nie podlegać narastającemu
przygnębieniu i apatii, ogarniającym osadę Wybalenna,
i słuchała opowieści ojca o świecie, w którym czas
i rzeczywistość są nieskończone, a cała wiedza pochodzi ze
świętych opowieści.

— I ten czarnuch, panie Robinson — zapytał sir John —
ten Tutteraramadżig czy jak mu tam… Powiadasz pan, że
było w nim coś majestatycznego?

W odpowiedzi Protektor, który zakończył okrojoną opowieść
o spotkaniu z Towtererem, właściwie nie ujawniając
w niej nic, co się naprawdę zdarzyło, wstał, podszedł do kredensu
i wziął drewniane pudełko koloru słomy, wyglądające
jak pudło na kapelusze.

Niczym najświętszy sakrament wniósł szkatułę w krąg
zalewającego stół światła kandelabrów.

— To jest drewno z Ziemi Van Diemena, z sosny huon —
powiedział. — A pudełko zrobił pod moim nadzorem Marek
Antoniusz.

Krzesła zaszurały po drewnianej podłodze, gdy biesiadnicy
zadrżeli niczym czułki przestraszonego anemona morskiego
i raptownie przysunęli się bliżej, by lepiej zobaczyć
to cudo.

— Wyglądał jak Saracen — powiedział Protektor — a nosił
się jak Saladyn.
Podniósł wieko. Goście przy stole wpatrywali się bez słowa
w trudny do rozpoznania kształt, formujący się i rozpływający
w jakby tłustych cieniach, który wreszcie przybrał
niewątpliwie postać ludzkiej czaszki.

— Przedstawiam wam Króla Romea, ostatniego z królów
z Port Davey.
Po kilku chwilach szeptów lady Jane, zachwycona swoim
darem, a jeszcze bardziej opowieścią o jego pochodzeniu —
która czyniła „ich czaszkę”, jak teraz o niej myślała, jednym
z najwspanialszych okazów wśród pamiątek po przedstawicielach
rasy aborygeńskiej — podziękowała Protektorowi za

„taki wyjątkowy prezent” i ożywiła się.

— I to właśnie Król Romeo — spytała — był ojcem tej
ładnej dziewczynki, którą widzieliśmy tańczącą dziś po południu?
— Tak jest — odparł Protektor.
— A zatem ta kochana mała nie ma matki, ojca ani żadnej
rodziny?
— Ma rodzinę, szanowna pani, ale nie bliską. Tubylcy
podchodzą do tych spraw w sposób bardziej swobodny,
a jednocześnie bardziej skomplikowany niż my. Dla nas rodzina
jest jak sznur, dla nich zaś koronka.
— Ale jest sierotą.
— Wedle naszego rozumienia: tak — odrzekł Protektor.
— Nikt nie może wątpić w to, że wykonuje pan tu dobrą
robotę, panie Robinson — stwierdziła lady Jane, głośniej,
bo na zewnątrz rozszczekał się jakiś pies, a potem drugi
i kolejne, aż wreszcie zaczęła ujadać cała niezliczona, jak
mogło się wydawać, populacja miejscowych, na wpół zagłodzonych
kundli. — Czy można jednak przedstawić lepszy
dowód wartości pańskich dokonań, niż podnieść któregoś
z tych ludzi do wyższej klasy i rangi? — Zwróciła się do
męża. — Nie uważasz, sir Johnie?! — zakrzyknęła.
Jej zdziwiony małżonek mruknął, że się zgadza, psy
przestały przeraźliwie szczekać, a potem sir John już nieco
pewniejszym tonem oświadczył, że byłby to duchowy eksperyment
wart zachodu zarówno dla nauki, jak i dla Pana Boga.

— Jeżeli rzucimy boskie światło na zatracone dusze, ci
ludzie staną się warci nie mniej niż my — powiedział. —
Najpierw jednak trzeba wyprowadzić ich z ciemnoty i uwolnić
od jej barbarzyńskich wpływów.
Przed przyjazdem lady Jane poprosiła na piśmie o taki
właśnie okaz na potrzeby nauki — o czaszkę człowieka należącego,
jak to określiła, do „ginącej rasy” — i Protektor z radością
spełnił jej prośbę. Lecz kiedy obcinał głowę swojemu
przyjacielowi, a potem rozbierał ją, gotował i preparował,
myśląc z radością, że trafi w ręce takich wspaniałych ludzi,
żywo interesujących się nauką, ani trochę nie spodziewał się
prośby, która właśnie padła przy jego stole. Podano następne
danie, pieczone czarne łabędzie, a lady Jane oznajmiła,
że pragnie zaadoptować jakieś miejscowe dziecko — takim
tonem, jak gdyby chodziło o ostatnią potrawę z długiego
jadłospisu.

— Będziemy ją traktować jak własną córkę — powiedziała
gubernatorowa.
— Wybiorę dla państwa… — zaczął Protektor.
— Źle mnie pan zrozumiał — odparła lady Jane, uśmiechając
się słodko. — My już wybraliśmy.
I wymieniła imię dziecka, którego pragnęła bardziej od
innych, imię tej dziewczynki, którą obserwowała w tańcu,
przystrojoną w skórę białego kangura.

— Ją — powiedziała. — Mathinnę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Opubikowano dzięki uprzejmowści Wydawnictwa Literackiego

Szczęście na widelcu. Powieść w pięciu daniach 1 Szczęście na widelcu. Powieść w pięciu daniach Meredith Mileti
33,00 39,90
Rabat 17% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Jeszcze jeden dzień Wyprzedaż 1 Jeszcze jeden dzień Mitch Albom
23,03 32,90
Rabat 30% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Rok don Camilla 1 Rok don Camilla Giovannino Guareschi
24,82 30,00
Rabat 17% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Witajcie w Murderlandzie Wyprzedaż 1 Witajcie w Murderlandzie Molay Frederique
6,90 9,99
Rabat 31% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Dżuma 1 Dżuma Albert Camus
24,81 29,00
Rabat 14% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Kraina Chichów 1 Kraina Chichów Jonathan Carroll
31,26 32,90
Rabat 5% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Na Zachodzie bez zmian 1 Na Zachodzie bez zmian Erich Maria Remarque
29,83 33,90
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Uśmiech Lisy Wyprzedaż 1 Uśmiech Lisy Donna Jo Napoli
9,90 34,90
Rabat 72% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Huśtawka oddechu 1 Huśtawka oddechu Herta Muller
33,00 39,90
Rabat 17% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Spokojne czasy 1 Spokojne czasy Lizzie Doron
20,67 24,99
Rabat 17% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Dziewczyna z sąsiedztwa 1 Dziewczyna z sąsiedztwa Elizabeth Noble
24,81 29,99
Rabat 17% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Tata@home Wyprzedaż 1 Tata@home Elke Ahlswede
9,90 32,00
Rabat 69% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Życie do góry nogami 1 Życie do góry nogami Jill Smolinski
33,16 34,90
Rabat 5% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Siedem kobiet 1 Siedem kobiet Rebecca Miller
16,53 19,99
Rabat 17% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Bezpieczna przystań 1 Bezpieczna przystań Nicholas Sparks
27,44 34,30
Rabat 20% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Agonia dźwięków 1 Agonia dźwięków Jaume Cabré
35,11 39,90
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Wybór 1 Wybór Nicholas Sparks
28,00 35,00
Rabat 20% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Śmierć przewodnika rzecznego 1 Śmierć przewodnika rzecznego Richard Flanagan
33,68 44,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Rok 1984 1 Rok 1984 George Orwell
7,49 9,99
Rabat 25% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Zaklinacz koni 1 Zaklinacz koni Nicholas Evans
24,73 29,90
Rabat 17% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Nowy wspaniały świat 1 Nowy wspaniały świat Aldous Huxley
14,99 19,99
Rabat 25% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Był sobie pies 1 Był sobie pies W. Bruce Cameron
33,00 39,90
Rabat 17% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Cień góry 1 Cień góry Gregory David Roberts
49,55 59,90
Rabat 17% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Genialna przyjaciółka 1 Genialna przyjaciółka Elena Ferrante
31,35 37,90
Rabat 17% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Odpływ 1 Odpływ Lars Saabye Christensen
33,68 44,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Czarodziejska góra 1 Czarodziejska góra Thomas Mann
61,66 64,90
Rabat 5% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Tulipanowa gorączka 1 Tulipanowa gorączka Deborah Moggach
28,95 32,90
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni