Koszyk 0

Opowieść o rodzinnych sekretach i odnajdywaniu utraconej miłości

Bradfordowie od wielu pokoleń uchodzą za królów bourbona. Dzięki ogromnemu majątkowi od lat cieszą się prestiżem i prowadzą uprzywilejowany styl życia w rozległej posiadłości Easterly, gdzie panuje staranny podział klasowy. Na piętrze rezydencji mieszkają członkowie dynastii, przynajmniej z pozoru pławiący się w szczęściu i wysmakowanych przyjemnościach. Na parterze zaś znajdują się pomieszczenia dla personelu, niestrudzenie pracującego nad utrzymaniem fasadowego raju Bradfordów. Te dwa światy istnieją obok siebie, ale nie dają się ze sobą pogodzić.

Lizzie King, naczelna ogrodniczka, przekroczyła tę granicę, o mało nie niszcząc tym sobie życia. Wbrew zdrowemu rozsądkowi zakochała się w Tulanie, synu marnotrawnym Bradfordów. Ich gorzkie rozstanie stanowiło dla niej dowód, że słusznie się tego związku obawiała. Teraz, po dwóch latach przebywania z dala od Easterly, Tulane znów przybywa do domu, a wraz z nim wraca cała przeszłość. Nikt nie pozostanie obojętny: ani jego piękna i bezwzględna żona, ani starszy brat, pogrążony w odmętach goryczy, a już na pewno nie rządzący silną ręką patriarcha – człowiek niemający zasad moralnych ani skrupułów, skrywający natomiast wiele strasznych tajemnic. W miarę jak w rodzinie narastają konflikty, cała posiadłość wraz z mieszkańcami wpada w wir przemian. Żeby je przetrwać, trzeba mieć głowę na karku.

J.R. Ward jest autorką ponad dwudziestu powieści, w tym kolejnych części serii o Bractwie Czarnego Sztyletu, świętującej triumfy na liście bestsellerów „New York Timesa”. Na całym świecie ukazało się już ponad piętnaście milionów egzemplarzy jej książek, które wydano w dwudziestu pięciu krajach. J.R. Ward mieszka na Południu USA wraz z rodziną.

„Przygotujcie się na najbardziej grzeszną przyjemność tego lata. To pełna dramatyzmu opowieść o rodzinnych sekretach i odnajdywaniu utraconej miłości, a także zaciętej rywalizacji między cudownie ujmującymi bohaterami i rozkosznie podłymi draniami. Zachwyć się niezwykłą scenerią stanu Kentucky, wyszukanymi strojami i smakiem najlepszej amerykańskiej whisky. Przyjrzyj się, jak niezwykle przedstawione są związki między przedstawicielami klasy uprzywilejowanej i zwykłymi, uciśnionymi śmiertelnikami. Włóż słomkowy melonik i dołącz do towarzystwa celebrującego wyścigi konne”.
Susan Wiggs, autorka z listy bestsellerów „New York Timesa”

„Przednia zabawa, wprost zapierająca dech w piersiach! J.R. Ward przenosi się z mrocznego i zmysłowego świata walecznych wampirów do zakamarków rezydencji rodu należącego do elity stanu Kentucky. Jej nowi bohaterowie walczą równie zaciekle jak przedstawiciele wampirzego bractwa, a konsekwencje ich działań bywają równie groźne. Po prostu nie mogłam się oderwać!”.
Lisa Gardner, autorka z listy bestsellerów „New York Timesa”

Fragment książki

Nad leniwie płynącą rzeką Ohio unosiła się mgła, niczym
Boże tchnienie, a drzewa rosnące przy drodze biegnącej wzdłuż
rzeki od strony Charlemont przybrały tak wiele odcieni wiosennej
zieleni, że aby je ogarnąć, człowiek musiałby dysponować szóstym
zmysłem. Błękit nieba był przytłumiony i matowy (na Północy
takie zjawisko obserwuje się wyłącznie w lipcu), a choć minęło
dopiero wpół do ósmej, temperatura przekroczyła już dwadzieścia
stopni.

Był pierwszy tydzień maja – najważniejsze siedem dni w kalendarzu,
z którymi nie mogły się równać ani Boże Narodzenie,
ani Święto Niepodległości, ani sylwestrowe hulanki.

W sobotę miały się odbyć sto trzydzieste dziewiąte derby
w Charlemont. Co oznaczało, że wszystkich mieszkańców stanu Kentucky
ogarniało czystej krwi wyścigowe szaleństwo.

Lizzie King właśnie zbliżała się do zjazdu z autostrady prowadzącego
do jej pracy. Już od trzech tygodni funkcjonowała na
pełnej adrenalinie, a na podstawie doświadczeń z lat poprzednich
wiedziała, że ten gorączkowy nastrój nie opuści jej aż do
czasu, gdy w sobotę wszystko zostanie uprzątnięte. Tyle dobrego,
że przynajmniej jechała, jak zwykle, w stronę przeciwną niż
wszyscy zmierzający do centrum, więc pokonywała trasę dość
szybko. Dojazd zajmował jej czterdzieści minut w każdą stronę,
ale nawet w godzinach szczytu nigdy nie tkwiła w koszmarnych
korkach typowych dla Nowego Jorku, Bostonu czy Los Angeles
(co przy jej obecnym stanie umysłu groziłoby atakiem apopleksji).
Na te czterdzieści minut składało się dwadzieścia osiem minut
podróży przez pola Indiany, następnie sześć minut mozolnego
przebijania się przez most i rozjazdy, a na koniec jeszcze sześć do
dziesięciu minut trasy biegnącej wzdłuż rzeki, w stronę przeciwną
do głównego nurtu ruchu ulicznego.

Czasem miała nieodparte wrażenie, że w tę samą stronę co
ona jadą wyłącznie samochody pozostałych pracowników Easterly.
No właśnie, Easterly.

Usytuowana na najwyższym wzgórzu aglomeracji Charlemont
posiadłość rodziny Bradfordów (Bradford Family Estate, w skrócie
BFE) obejmowała rezydencję o powierzchni niemal dwóch tysięcy
metrów kwadratowych, trzy ogrody w stylu francuskim, dwa
baseny oraz widok na pełną panoramę hrabstwa Washington. Na
terenie posesji stało też dwanaście domków pracowników obsługi,
jak również dziesięć budynków gospodarczych. Do posiadłości
należała też w pełni wydajna farma o powierzchni ponad czterdziestu
hektarów, stajnia na dwadzieścia koni, którą przerobiono
na centrum biznesowe, a także dziewięciodołkowe pole golfowe.

Oświetlone. Na wypadek gdyby ktoś nagle o pierwszej w nocy zapragnął
poćwiczyć precyzję uderzeń.

Z tego, co słyszała, tę ogromną posiadłość rodzina Bradfordów
otrzymała w roku 1778, podczas wojny o niepodległość,
gdy jej pierwszy reprezentant przybył tu z Pensylwanii z oddziałami
podpułkownika George’a Rogersa Clarka i sprowadził
tym samym do powstającego właśnie stanu zarówno własne
ambicje, jak i rodzinną tradycję wyrobu bourbona. A teraz, po
niemal dwustu pięćdziesięciu latach od tego zdarzenia, klasycystyczną
rezydencję na wzgórzu otaczała posiadłość o rozmiarach
niedużego miasteczka, a obsługę całości zapewniały siedemdziesiąt
dwie osoby, zatrudnione w pełnym lub niepełnym wymiarze
godzin.

Każdy z pracowników musiał się dostosować do iście feudalnych
zasad oraz systemu kastowego jakby żywcem wyjętego z serialu
Downton Abbey – choć w porównaniu z tutejszym rygorem
zasady narzucane przez hrabinę wdowę Grantham mogłyby się
wydawać nieco zbyt postępowe. Lepszym porównaniem byłoby
chyba panowanie Wilhelma Zdobywcy.

Jeśli więc na przykład (oczywiście to sytuacja czysto hipotetyczna,
rodem z telewizyjnego serialu) tutejsza ogrodniczka zakocha
się w jednym z synów tego szacownego rodu, wówczas...
Nawet jeśli jest ona wysokiej klasy specjalistką uznaną w całym
kraju i posiada dyplom architektury krajobrazu Uniwersytetu
Cornell oraz należy do dwuosobowego zespołu zarządzającego
wszystkimi ogrodami posiadłości, to po prostu nie ma mowy.
Trochę jak w filmie Sabrina – tylko bez happy endu.

Lizzie zaklęła i włączyła radio z nadzieją, że uciszy w ten
sposób swoje rozszalałe myśli. Niewiele to jednak pomogło. System
głośników zainstalowany w jej toyocie yaris lepiej by się
sprawdził w domku dla Barbie – przez kółeczka zamieszczone
w drzwiach miała niby płynąć muzyka, ale tak naprawdę był
to pic na wodę. W każdym razie dochodzące teraz z tych rozetek
piskliwe brzęczenie wiadomości nie działało kojąco.

Zaraz zresztą zagłuszyło je wycie syren karetki nadjeżdżającej
z tyłu. Lizzie ostro przyhamowała i zjechała na pobocze. Gdy
migoczący, hałaśliwy pojazd ją wyminął, wróciła na drogę prowadzącą
zamaszystym łukiem wzdłuż rzeki. I oto ona: wspaniała biała
rezydencja Bradfordów, wznosząca się wysoko ku niebu królewska,
symetryczna bryła opleciona promieniami porannego słońca.

Lizzie wychowała się w miasteczku Plattsburgh w stanie Nowy
Jork, w otoczeniu jabłoniowego sadu.

Co, do diabła, strzeliło jej do głowy, kiedy dwa lata temu wpuściła
do swojego życia Lane’a Baldwine’a, najmłodszego syna tego
rodu? I dlaczego wciąż, choć minęło tyle czasu, rozważa najrozmaitsze
szczegóły z tym związane? Przecież nie jest pierwsza, która dała mu się oczarować
i uwieść...

Lizzie zmarszczyła brwi i pochyliła się nad kierownicą.
Karetka jechała teraz zboczem wzgórza, w stronę rezydencji.
Klonowa aleja rozbłyskiwała czerwono-białymi smugami światła.

– O Boże... – szepnęła Lizzie, wstrzymując oddech.
Żeby tylko nie chodziło o tę osobę, która nasuwała jej się na myśl...
Ale bez przesady, nie można przecież mieć aż takiego pecha.
I czy to nie żałosne, że właśnie w ten sposób o tym myśli,
zamiast się przejąć losem osoby, której coś się stało, może zachorowała
lub straciła przytomność?

Minęła zamykającą się właśnie bramę z kutego żelaza ozdobioną
rodowym monogramem, a następnie, jakieś trzysta metrów
dalej, skręciła w prawo.

Jako osoba zatrudniona w rezydencji miała obowiązek korzystać
z bramy dla personelu – od tej zasady nie było wyjątków.
Jak by to bowiem wyglądało, gdyby przed rezydencją zauważono
pojazd o wartości poniżej stu tysięcy dolarów...?

Uznała, że zrobiła się już zbyt zgryźliwa. Jak skończy się to
derby, musi sobie zrobić wakacje, zanim wszyscy dookoła uznają,
że przechodzi menopauzę o dwie dekady za wcześnie.

Terkoczący niczym maszyna do szycia silnik samochodu
zwiększył obroty, gdy wjechała na prostą drogę otaczającą wzgórze.
Najpierw dotarła do pola przygotowanego pod zasiew kukurydzy,
na którym porozrzucano już nawóz. Następnie zaś minęła
ogród kwiatowy, gdzie kwitły pierwsze byliny i rośliny jednoroczne
– główki młodych piwonii były już całkiem spore, a barwą
przypominały rumieńce na policzkach naiwnej panienki. Dalej
stały storczykarnie oraz szkółki sadzonek, za nimi budynki gospodarcze
pełne sprzętów rolniczych i ogrodowych, a na samym końcu
rzędy trzy- i czteropokojowych domków utrzymanych w estetyce
lat pięćdziesiątych, w jednym i tym samym, przeciętnym stylu –
niczym puszki na mąkę i cukier ustawione na kuchennym blacie.

Lizzie wjechała na parking dla personelu i wysiadła z samochodu,
zostawiając w nim przenośną lodówkę, kapelusz i torebkę,
w której miała krem z fi ltrem.

Podbiegła do głównego budynku gospodarczego, a następnie
przez niezabudowane wejście po lewej stronie wkroczyła do
ciemnego wnętrza, gdzie unosił się zapach benzyny i oleju. Gabinet
Gary’ego McAdamsa, głównego zarządcy, znajdował się nieco
z boku. Mleczne szyby pozwalały dostrzec, że w środku pali się
światło i ktoś się przemieszcza.

Weszła bez pukania. Mocno pchnęła cienkie drzwi i znalazła
się środku, nie zwracając uwagi na półnagie panienki z kalendarza
Pirellego.

– Gary...
Sześćdziesięciodwuletni zarządca odkładał właśnie słuchawkę
telefonu, którą trzymał w swojej niedźwiedziej łapie. Jego ogorzała
od słońca twarz o skórze grubej jak kora drzewa wyglądała wyjątkowo
ponuro. Wystarczyło, że spojrzał na nią znad zabałaganionego
biurka, a już wiedziała, po kogo przyjechała karetka – zanim
jeszcze wypowiedział imię tej osoby.

Lizzie zakryła twarz dłońmi i oparła się o framugę.
Współczuła oczywiście rodzinie, ale nie potrafiła się powstrzymać
przed odnoszeniem tej tragedii do samej siebie. Najchętniej
poszłaby gdzieś zwymiotować.

Jeden jedyny człowiek, którego miała nadzieję już nigdy nie
zobaczyć, przyjedzie teraz do domu.
Właściwie mogłaby już chyba włączyć stoper.

Nowy Jork

– No już, przecież wiem, że mnie pragniesz.
Jonathan Tulane Baldwine ominął wzrokiem biodro oparte
o stół przy jego stosie żetonów do pokera.

– Stawiajcie, chłopaki.
– Hej, do ciebie mówię – znad trzymanego przez niego w dłoniach
wachlarza z kart wyłoniła się para ledwie częściowo zakrytych
sztucznych piersi. – Czeeść...
Lane uznał, że musi zacząć udawać zainteresowanie czymkolwiek
innym. Szkoda tylko, że kawalerkę usytuowaną w samym
środku śródmiejskiego wieżowca urządzono w stylu czysto funkcjonalnym.
A po co miałby się gapić w twarze tych niedobitków,
którzy wytrwali przez osiem godzin, odkąd zaczęli grać? Jedyną
wartością, jaką reprezentowali, była umiejętność ciągłego podbijania
stawki. O wpół do ósmej rano nie chciało mu się już męczyć
oczu próbami odgadywania wysyłanych przez nich sygnałów, nawet
jeśli miałoby to pozwolić mu uniknąć natarczywych zaczepek.

– Czeeeść...
– Daj sobie spokój, skarbie, on nie jest zainteresowany –
mruknął któryś z graczy.

– Przecież mną każdy się interesuje!
– Ale nie on – zawyrokował Jeff Stern, rzucając na stół żetony
o wartości tysiąca dolarów. – Prawda, Lane?
– Jesteś gejem? Czy on jest gejem?
Lane przełożył królową kier na miejsce obok króla kier, a przy
niej położył waleta. Miał ochotę popchnąć na podłogę te paplające
sztuczne cycki.

– Dwóch z was jeszcze nie postawiło.
– Ja pasuję, Baldwine. To zbyt dużo jak na mnie.
– Ja wchodzę, jeśli ktoś mi pożyczy tysiaka.

Jeff rzucił wzrokiem na Lane’a siedzącego po drugiej stronie
stolika pokrytego zielonym suknem.

– I znów zostaliśmy sami, Baldwine – powiedział.
– Chętnie przejmę twoją kasę – mruknął Lane, wyrównując
karty w dłoni. – Twoja kolej.
Dziewczyna znów się nad nim pochyliła.

– Ale masz świetny południowy akcent.
Jeff zmrużył oczy za szkłami okularów w przezroczystych
oprawkach.

– Zejdź z niego, laleczko.
– Nie jestem głupia – mruczała. – Dobrze wiem, kim jesteś
i ile masz forsy. Piję waszego bourbona.
Lane wyprostował się i zwrócił do durnia, który sprowadził tę
przeszkadzajkę.

– Billy? No naprawdę...
– Dobra, dobra. – Facet, który wcześniej chciał pożyczyć tysiaka,
podniósł się z krzesła. – I tak słońce już wstało. Idziemy!
– Ale ja chcę zostać...
– Nie ma mowy, koniec. – Billy wziął za ramię panienkę z rozdętym
ego i poprowadził ją do drzwi. – Zabiorę cię do domu. A on
nie jest tym, za kogo go bierzesz. Na razie, łajdaki!
– A właśnie, że jest! Widziałam zdjęcia w gazetach!
Zanim jeszcze drzwi się zamknęły, wstał kolejny zawodnik,
całkiem już spłukany.

– Ja też spadam. Przypomnijcie mi, że mam już nigdy z wami
nie grać.
– Nie mam zamiaru – oświadczył Jeff, unosząc w górę dłoń. –
Pozdrów ode mnie żonę.

– Możesz ją sam pozdrowić, jak się spotkamy przy szabacie.
– Co, znowu?
– Jak co piątek. Skoro ci się nie podoba, to po co wciąż do nas
zaglądasz?
– Darmowe żarcie. Prosta sprawa.
– Jasne, bo potrzebujesz jałmużny.
No i zostali sami. Na stole, obok popielniczki pełnej kiepów,
leżały żetony o wartości dwustu pięćdziesięciu tysięcy dolarów
i dwie talie kart. No i nie było już sztucznych cycków.

– Twoja kolej – powiedział Lane.
– On chyba chce się z nią ożenić – mruknął Jeff, rzucając na
środek stołu kolejne żetony. – Znaczy Billy. Masz tu dwadzieścia
tysięcy.
– Powinien odwiedzić psychiatrę. – Lane przyjął stawkę swojego
kolegi ze studiów, a następnie ją podwoił. – Żałośni są, oboje.
– Mogę cię o coś spytać? – zagadnął Jeff, opuszczając karty.
– Byle o nic trudnego. Jestem pijany.
– Kręcą cię?
– Żetony? – Gdzieś w kącie rozległ się dzwonek komórki. –
Pewnie. Możesz ich wrzucić trochę więcej...

– Nie, kobiety.
– Słucham? – Lane podniósł wzrok znad kart.
Stary kumpel oparł łokieć o zielone sukno i pochylił się w jego
stronę. Krawat gdzieś mu przepadł już na samym początku
gry, a śnieżnobiała krochmalona koszula zrobiła się miękka i luźna
niczym koszulka polo. Wzrok miał jednak uważny i przenikliwy.

– Nie będę się powtarzał. Wiem, że to nie moja sprawa, ale
słuchaj: ile już czasu minęło, odkąd tu przyjechałeś? Prawie dwa
lata. Śpisz na mojej kanapie, nie pracujesz, co zresztą mogę zrozumieć,
zważywszy na twoje pochodzenie. Ale żeby tak żadnych
kobiet, żadnych...
– Za dużo myślisz, Jeff .
– Mówię poważnie.
– To stawiaj!
Komórka ucichła. Ale Jeff nie miał zamiaru zamilknąć.

– Czasy studenckie są już dawno za nami. Wszystko się
zmienia.
– Najwyraźniej nie wszystko, skoro dalej śpię na twojej kanapie.
– Co się z tobą dzieje, stary?
– Umarłem z nudów, czekając, aż postawisz zakład albo się
wycofasz.
– To jeszcze dwadzieścia tysi – mruknął Jeff, rzucając na stół
stos czerwonych i niebieskich żetonów.
– I o to chodzi! – Komórka znów się rozdzwoniła. – Przyjmuję.
I podbijam do pięćdziesięciu. O ile się przymkniesz.
– Jesteś pewien?
– Że masz się przymknąć? O, tak.
– Agresywna gra w pokera z bankierem inwestycyjnym takim
jak ja? Trzeba choć trochę wierzyć stereotypom. Jestem chciwy
i umiem świetnie liczyć. W odróżnieniu od ludzi twojego pokroju.
– Mojego pokroju?
– Ludzie tacy jak wy, Bradfordowie, nie wiedzą, jak się zarabia
pieniądze. Nauczono was tylko, jak je wydawać. W przeciwieństwie
jednak do większości tego rodzaju dyletantów wasza rodzina
ma przynajmniej stały dopływ gotówki. Chociaż właśnie dlatego
nie musieliście się niczego uczyć. Nie jestem więc pewien, czy na
dłuższą metę to wam służy.
Lane wrócił myślami do przyczyn, dla których w końcu na
dobre opuścił Charlemont.

– Sporo się już nauczyłem, możesz mi wierzyć.
– Gorzko to brzmi.
– Nudzisz mnie. Mam tryskać entuzjazmem?
– Dlaczego nie jeździsz do domu na święta? Boże Narodzenie,
Święto Dziękczynienia, Wielkanoc...
Lane złożył karty i odwrócił je na stole figurami do dołu.

– Jakoś już, cholera, nie wierzę w Świętego Mikołaja ani w za-
jączka wielkanocnego, a indyk jest przereklamowany. O co ci
chodzi?
Nie powinien zadawać tego rodzaju pytań. Zwłaszcza po całej
nocy spędzonej przy pokerze i alkoholu. A już szczególnie facetowi
takiemu jak Jeff, organicznie niezdolnemu do mówienia
nieprawdy.

– Martwi mnie, że jesteś taki samotny.
– Chyba sobie kpisz!
– Jestem jednym z twoich najstarszych kumpli, tak? Jeśli ja ci
tego nie powiem prosto w twarz, to kto to zrobi? I nie rzucaj mi
się. Sam sobie wybrałeś na wiecznego współlokatora nowojorskiego
Żyda, a nie jednego z tych licznych sztywniaków z Południa,
którzy chodzili z nami na tę kretyńską uczelnię. Więc się pierdol.
– Gramy czy nie?
– Odpowiedz mi na jedno pytanie. – Jeff zwęził źrenice, wbijając
w niego przenikliwy wzrok.
– No dobra, muszę się poważnie zastanowić, dlaczego właściwie
nie zdecydowałem się nocować u Wedge’a albo Chenowetha.
– Ha! Nie dałbyś rady znieść żadnego z tych typów przez dłużej
niż dobę. No, chyba że w stanie upojenia, który zresztą towarzyszy
ci stale od trzech i pół miesięcy. A to dla mnie kolejna
niepokojąca okoliczność.
– Stawiaj! Już! Na litość boską...
– Dlaczego...
Komórka rozdzwoniła się po raz trzeci. Lane wstał i przemaszerował
do barku, na którym obok jego portfela leżał rozświetlony
telefon. Nawet nie spojrzał, kto dzwoni. Odebrał tylko dlatego,
że w przeciwnym razie mógłby kogoś zamordować.

W słuchawce rozległy się trzy słowa, wypowiedziane męskim
głosem z południowym akcentem:

– Twoja mamunia umiera.

Podczas gdy ich sens pomału docierał do jego mózgu, wszystko
dookoła zadrżało, ściany zaczęły się zacieśniać, podłoga falowała,
a sufit opadał mu na głowę. Wspomnienia całkiem go osaczyły,
a alkohol w żyłach nijak nie osłabiał ich zmasowanego ataku.

Nie – pomyślał Lane. Nie teraz. Nie dziś rano.
Z drugiej strony czy kiedykolwiek byłby odpowiedni czas?
„Nigdy, przenigdy” zdawało się jedynym terminem do zaakceptowania.
Usłyszał z oddali swój głos, mówiący:

– Będę na miejscu przed dwunastą.
Po czym się rozłączył.
– Lane? – Jeff wstał z krzesła. – Jasna cholera, nie zemdlej mi tu.
Za godzinę mam być na giełdzie, a muszę jeszcze wziąć prysznic.
Lane patrzył z oddali, jak jego własna ręka sięga po portfel.
Włożył go razem z telefonem do kieszeni spodni, po czym ruszył
w stronę drzwi.

– Lane! Dokąd ty się, kurwa, wybierasz?!
– Nie czekaj na mnie – rzucił Lane, otwierając drzwi.
– Kiedy wracasz? Ej, Lane, co jest, do diabła?
Stary dobry kumpel wciąż coś do niego mówił, Lane jednak po
prostu wyszedł, pozwalając, żeby drzwi się za nim zamknęły. Na
końcu korytarza pchnął kolejne, stalowe, prowadzące na betonową
klatkę schodową i zaczął zbiegać na dół. Po całym budynku niosło
się dudnienie jego kroków. Ścinając zakręty, wybrał znajomy numer
telefonu, a gdy uzyskał połączenie, powiedział:

– Mówi Lane Baldwine. Proszę odrzutowiec na lotnisko Teterboro,
teraz. Lecę do Charlemont.
Po chwili przerwy znów rozległ się w słuchawce głos asystentki
jego ojca:

– Mamy dostępny samolot, proszę pana. Rozmawiałam z pilotem.
W tej chwili przygotowywany jest plan lotu. Gdy dotrze pan
na lotnisko, proszę się skierować...
– Wiem, gdzie jest nasz terminal – przerwał Lane, wpadając
do marmurowego holu. Skinął portierowi i ruszył w stronę obrotowych
drzwi. – Dzięki!
To tylko szybki wypad, mówił sobie, gdy już się rozłączył i łapał
taksówkę. Przy odrobinie szczęścia do wieczora, najpóźniej
do północy, wróci na Manhattan i będzie dalej grać na nerwach
Jeff owi.

Jakieś dziesięć godzin. Góra piętnaście.
Przecież musi się zobaczyć ze swoją mamunią. Tak zawsze
robią chłopcy z Południa.

Trzy godziny, dwadzieścia dwie minuty i ileś tam sekund później
Lane patrzył przez owalne okienko jednego z nowiutkich odrzutowców
biznesowych Embraer Lineage 1000E, należących do
Bradford Bourbon Company. Leżące w dole Charlemont wyglądało
jak makieta z klocków lego, z wyraźnie oddzielonymi sektorami
bogactwa i biedy, handlu i rolnictwa, gospodarstw i szos – wszystko
zdawało się płaskie, dwuwymiarowe. Przez chwilę próbował
sobie wyobrazić, jak ten teren mógł wyglądać w roku 1778, gdy
jego rodzina tu się osiedliła.

Lasy, rzeki, Indianie, dzika przyroda.
Jego przodkowie przybyli tu z Pensylwanii przez przełęcz
Cumberland niespełna dwieście pięćdziesiąt lat temu. A on teraz
krąży nad miastem na wysokości trzech tysięcy metrów, podobnie
jak pewnie z pięćdziesięciu innych bogaczy w różnych samolotach.

Tyle tylko, że on nie przyjechał tu, żeby obstawiać konie, pić
na umór i szukać seksu.

– Mogę panu dolać bourbona nr 15, zanim wylądujemy? Obawiam
się, że będziemy musieli chwilę poczekać, bo jest sporo lotów.
To może potrwać.
– Dziękuję. – Wychylił do końca zawartość kryształowej szklaneczki,
aż kostki lodu opadły mu na górną wargę. – Świetne wyczucie
czasu.
No dobra, może jednak trochę sobie popije.

– Z przyjemnością.

Stewardesa w dopasowanym kostiumie odeszła, oglądając się
za siebie, żeby sprawdzić, czy wodzi za nią wzrokiem. Jej wielkie
błękitne oczy jaśniały pod kotarą sztucznych rzęs.

Kiedyś jego życie seksualne zależało głównie od uprzejmości
nieznajomych – zwłaszcza podobnych do niej blondynek, z takimi
właśnie nogami, biodrami i piersiami.

Ale to już przeszłość.

– Proszę o uwagę – rozległ się nad jego głową głos kapitana. –
Gdy otrzymali wiadomość, że to pan jest na pokładzie, dali nam
pierwszeństwo, więc za chwilę będziemy lądować.

– Bardzo miło z ich strony – mruknął Lane.
Stewardesa wróciła. Sposób, w jaki otwierała butelkę, pozwalał
sobie wyobrazić, jak rozpina mężczyźnie spodnie: prężyła całe
ciało, odkręcając nakrętkę i wyciągając korek. Następnie zaś nachyliła
się, napełniając szklankę, tak że mógł spokojnie przyjrzeć
się jej biustonoszowi.

Tyle starań na nic.

– Starczy – wyciągnął rękę. – Dziękuję.
– Czym jeszcze mogę panu służyć?
– Dziękuję, już nic nie potrzeba.
Nastąpiła chwila milczenia. Dziewczyna najwyraźniej nie nawykła
do sytuacji, w której jej zaloty są ignorowane. Być może
chciała mu uprzytomnić, że mają już mało czasu.

Po chwili jednak uniosła dumnie podbródek.

– Dobrze, proszę pana.
Dała mu w ten sposób do zrozumienia, żeby szedł do diabła.
Zarzuciła włosami i odeszła kołyszącym się krokiem, bujając pupą,
jakby chciała się zamachnąć i wymierzyć komuś cios.

Lane uniósł w górę szklankę i zatoczył nią kółko, mieszając
złoty płyn. Nigdy nie angażował się szczególnie w rodzinne interesy
– to należało do kompetencji jego starszego brata Edwarda,
przynajmniej do czasu. Nawet jednak trzymając się nieco z boku,
wiedział, że nr 15, najpopularniejszy, sztandarowy produkt rodzinnej
firmy, świetnie się sprzedawał. Nazywano go wręcz Wielkim
Wyrównywaczem, ponieważ przynosił tak ogromne zyski,
że przyćmiewały wszelkie możliwe straty poniesione w wyniku
wewnętrznych lub zewnętrznych błędów, pomyłek czy wahań rynkowych.

Podczas gdy samolot kołował nad lotniskiem, zbliżając się do
lądowania, przez owalne okienko wpadł promień słońca – prosto
na składany orzechowy stolik, kremowe skórzane obicie fotela,
głęboki błękit jego dżinsów i miedzianą sprzączkę mokasynów
od Gucciego.

W końcu oświetlił też bourbona w szklance, wydobywając rubinową
poświatę z bursztynowego płynu. Pociągając kolejny łyk,
Lane poczuł słoneczne ciepło na zewnętrznej części dłoni i lodowy
chłód pod palcami trzymającymi kryształową szklankę.

Według przeprowadzonego niedawno badania sektor produkcji
bourbona osiągał sprzedaż w wysokości około trzech miliardów
dolarów rocznie. Więcej niż ćwierć tej kwoty, a może nawet jedną
trzecią, generowała ich firma. Tylko jedno przedsiębiorstwo w stanie
Kentucky było od nich większe – znienawidzona Sutton Distillery
Corporation. Resztę rynku dzieliło między sobą ośmiu
czy dziesięciu pomniejszych producentów. Bradford Bourbon
Company stanowiła jednak prawdziwy klejnot pośród kamieni
półszlachetnych – to ich produkty wybierali najbardziej wymaga-
jący koneserzy.

Jako lojalny konsument musiał iść z duchem czasu.

Płyn w szklance zafalował, co zdradzało początek schodzenia
do lądowania. Wrócił myślami do chwili, w której po raz pierwszy
skosztował rodzinnego produktu.

Zważywszy, jak się to potoczyło, powinien na resztę życia zostać
abstynentem.

– Daj spokój, przecież jest sylwester. Nie zachowuj się jak dzidzia!
Jak zwykle to od Maxwella wszystko się zaczęło. Z czwórki rodzeństwa
Max był największym rozrabiaką. Zaraz za nim plasowała się
ich młodsza siostra Gin. Najstarszego, Edwarda, najbardziej z nich
wszystkich zasadniczego, w ogóle nie zaproszono na tę imprezę, a Lane,
który znajdował się gdzieś pośrodku zarówno, jeśli chodzi o wiek,
jak i skłonność do pakowania się w tarapaty, został zabrany na siłę,
ponieważ Max nie lubił rozrabiać bez widowni – a dziewczęce towarzystwo
się nie liczyło.

Lane zdawał sobie sprawę, że to naprawdę kiepski pomysł. Jeśli
mieli pić alkohol, powinni zabrać butelkę ze spiżarni na górę, gdzie istniała
niewielka szansa, że zostaną nakryci. Ale pić tu, w salonie, pod
karcącym wzrokiem Elijaha Bradforda, który patrzył na nich z portretu
nad kominkiem?

Głupota...

– To co? Mówisz, że nie weźmiesz ani łyka, kaleko?
No tak, Max zawsze przezywał go kaleką (Lame), bo to przecież
taka niesamowicie śmieszna gra słów: Lane – Lame, ha, ha.
W pomarańczowej poświacie rzucanej przez lampy zewnętrzne
Max posyłał mu wyzywające spojrzenie, jakby stał w blokach startowych
z pistoletem gotowym do strzału.

Lane zerknął na butelkę w ręku brata. Miała wyszukaną etykietkę
z eleganckim napisem „Rodzinna Rezerwa”. Wiedział, że jeśli nie
podejmie wyzwania, już nie uwolni się od docinków Maxa.

– Ale chcę go wypić ze szklanki – oświadczył. – Takiej prawdziwej.
Z lodem.
Bo przecież tak właśnie pił ojciec. A poza tym Lane’owi nie przyszło
do głowy nic innego, co mogłoby opóźnić całą procedurę.

– No tak... – Max zmarszczył brwi, jakby dopiero teraz uświadomił
sobie, że nie przemyślał kwestii podania trunku.
– A ja nie potrzebuję szklanki – siedmioletnia Gin oparła dłonie na
biodrach i utkwiła spojrzenie w Maksie. W swojej maleńkiej koronkowej
24

koszuli nocnej wyglądała jak Wanda z „Piotrusia Pana”, a zdeterminowany
wyraz twarzy nadawał jej wygląd zawodowego zapaśnika. –
Chcę łyżkę.

– Łyżkę? – zdziwił się Max. – O czym ty mówisz?
– Przecież to lekarstwo, no nie?
Max odrzucił głowę w tył i zaczął się śmiać.
– Co ty...
Lane zakrył mu usta dłonią.
– Cicho! Chcesz, żeby nas złapali?
Max uwolnił się z uścisku.
– I co mi zrobią? Spuszczą mi lanie?
No cóż, właśnie tak by się stało, gdyby ojciec ich nakrył lub
dowiedział się od kogoś o ich sprawkach. Choć dostojny William
Baldwine zdecydowaną większość ojcowskich obowiązków cedował
na innych, wymierzanie sprawiedliwości paskiem wykonywał
osobiście.

– Zaraz, zaraz. A może ty właśnie chcesz, żeby cię złapali, co? –
spytał cicho Lane.

Max odwrócił się w stronę ozdobnego mosiężnego wózka na napoje.
Był to antyk, jak niemal wszystko w całej rezydencji, a w każdym
z jego czterech rogów wygrawerowano rodzinny monogram. Wózek
miał wielkie koła o cienkich obręczach oraz szklane półeczki, a na
nich – dla każdego coś miłego, czyli cztery różne rodzaje rodzinnych
bourbonów, sześć kryształowych szklanek oraz srebrne wiaderko
z lodem, który kamerdyner stale wymieniał.

– Masz swoją szklankę – powiedział Max, podtykając mu jedną
z nich. – Ja tam piję z butelki.
– A gdzie moja łyżka? – dopytywała Gin.
– Możesz ode mnie wziąć łyka – szepnął Lane.
– Nie. Chcę swoją własną...
Ich wymiana zdań szybko się zakończyła, bo Max właśnie wyciągnął
z butelki korek, który poszybował w górę i trafił prosto w kryształowy

żyrandol wiszący pośrodku sufitu. Rozległ się brzęk szkła, a cała trójka
zamarła.

– Ani słowa! – powiedział Max, zanim ktokolwiek miał szansę
wygłosić jakiś komentarz. – A ty będziesz pił bez lodu.
Bourbon gulgotał, gdy Max zdecydowanym ruchem nalewał go
do szklanki Lane’a, aż była tak pełna jak podawana dzieciom do po-
siłku szklanka mleka.

– A teraz do dna! – zakomenderował Max, zbliżając butelkę do
ust i odchylając głowę w tył.
Ten pokaz animuszu nie trwał zbyt długo: po jednym łyku Max
zaczął kaszleć tak głośno, że zbudziłby umarłego. Lane czekał, aż
brat się wykaszle albo całkiem udusi, i wbijał wzrok w swoją szklankę.
W końcu uniósł jej kryształową krawędź do ust i ostrożnie upił
maleńki łyczek.

Ogień. Czuł, że pali go ogień sięgający aż do żołądka. Gdy z siarczystym
przekleństwem wypuszczał powietrze z ust, miał wrażenie, że
zaraz buchnie z nich płomień, jak z paszczy smoka.

– Moja kolej – odezwała się Gin.
Trzymał mocno szklankę, żeby siostra nie mogła jej chwycić. Tymczasem
Max próbował wypić drugi, a potem trzeci łyk.
Gin ledwo co pociągnęła ze szklanki, a właściwie zamoczyła tylko
usta i zaraz odsunęła się ze wstrętem.

– Co wy tu robicie?!
Żyrandol nad ich głowami nagle rozbłysnął światłem, a cała trójka
aż podskoczyła. Lane ledwo złapał szklankę, która wymsknęła mu
się z rąk, tak że jej zawartość zalała mu przód piżamy z wyhaftowanym
monogramem.

Na progu salonu stał Edward z wyrazem wściekłości na twarzy.

– Co wy, do diabła, tutaj wyprawiacie? – wrzasnął, po czym ruszył
w ich stronę i wyrwał szklankę z rąk Lane’a i butelkę z dłoni
Maxa.
– Tylko się bawiliśmy – wymamrotała Gin.
– Idź do łóżka, Gin. – Edward odstawił szklankę na wózek, a trzymaną
w ręku butelką wskazał siostrze wyjście. – Marsz do łóżka, w tej
chwili!
– Buu, dlaczego?
– Chyba że chcesz, żebym z tobą też się policzył.
Nawet mała Gin potrafiła przyjąć tak postawione warunki.
Przygarbiona ruszyła w stronę zwieńczonego łukiem wyjścia, szurając
kapciami po orientalnym dywanie.

– Wejdź schodami dla personelu – syknął jeszcze Edward. – Jak
ojciec coś usłyszy, to zejdzie głównymi schodami.
Serce Lane’a zaczęło walić jak młotem. Poczuł ucisk w żołądku –
choć nie był pewien, czy bardziej przez to, że zostali złapani, czy przez
wypity bourbon.

– Ona ma siedem lat – powiedział Edward, gdy Gin już się oddaliła.
– Siedem lat!
– Wiemy, ile ma lat...
– Przymknij się, Maxwell. Po prostu się przymknij. – Edward
wbijał w brata wściekłe spojrzenie. – Jeśli chcesz przesrać sobie życie,
proszę bardzo. Ale nie wciągaj w to gówno brata i siostry.
Groźnie brzmiące słowa. Przekleństwa. I zachowanie godne kogoś,
kto mógłby ich zmiażdżyć.
Ale przecież Edward zawsze wydawał się dorosły, nawet zanim
jeszcze oficjalnie wkroczył do świata nastolatków.

– Nie muszę się ciebie słuchać – odszczeknął się Max, ale nie miał
już tyle animuszu. Głos mu słabł, a spojrzenie opadało ku podłodze.
– Owszem, musisz.
Przez chwilę wszyscy milczeli.
– Przepraszam – powiedział Lane.
– O ciebie się nie martwię. – Edward pokręcił głową. – Tylko o niego.
– Przeproś, Max, no już! – szepnął Lane.
– Nie.
– To nie ojciec, wiesz?
– Ale zachowuje się jak on – mruknął Max, rzucając w stronę
Edwarda wściekłe spojrzenie.
– Tylko dlatego, że sam nad sobą nie panujesz.
Lane wziął Maxa za rękę.
– On też chce przeprosić. Chodźcie, idziemy, zanim ktoś nas usłyszy.
Trochę musiał go ciągnąć, ale w końcu Max poszedł z braćmi bez
dalszych komentarzy. Walka się zakończyła, próba niezależności została
ukrócona. Przeszli już na środek mrocznego holu wyłożonego
czarno-białym marmurem, gdy Lane kątem oka dostrzegł jakąś postać
na końcu korytarza.

W zalegającej tam ciemności ktoś się poruszał.

Ktoś zdecydowanie większy od Gin.

Lane szybkim szarpnięciem pokierował brata do tonącej w mroku
sali balowej po drugiej stronie holu.

– Cii...
Przez wejście prowadzące do salonu patrzył, jak Edward odwraca
się w stronę wózka, żeby poszukać korka od butelki. Chciał go jakoś
ostrzec, ale...

W progu salonu stanął ich ojciec. Jego wysoka postać całkowicie
zasłoniła im Edwarda.

– Co ty tu robisz?! – spytał William Baldwine.
Niemal te same słowa, wypowiedziane tym samym tonem, tylko
grubszym głosem.
Edward spokojnie się odwrócił, trzymając w dłoni butelkę. Na środku
wózka stała wciąż niemal pełna szklanka Lane’a.

– Może mi odpowiesz? – naciskał ojciec. – Co ty tutaj robisz?
Już po nas – pomyślał Lane. Jak tylko Edward mu opowie, cośmy
tu z Maxem wyprawiali, ojciec dostanie furii.
Stojący obok brata Max cały drżał.

– Nie powinienem był tego robić – szepnął.
– Gdzie twój pasek? – spytał ojca Edward.
– Odpowiedz na moje pytanie.
– Właśnie odpowiadam. Gdzie twój pasek?
Nie! – myślał Lane. Nie, to przecież my!
Ojciec ruszył w stronę najstarszego syna. W świetle abażuru połyskiwał
jedwabny szlafrok z monogramem, w kolorze świeżej krwi.

– Do ciężkiej cholery, synu, powiesz mi wreszcie, co tu robisz
z moim bourbonem?
– To bourbon Bradfordów, tato. Wżeniłeś się w tę rodzinę, pamiętasz?
Ojciec uniósł dłoń do piersi. Ciężki złoty sygnet, który nosił na
lewej dłoni, błysnął, jakby szykował się do akcji i czekał na bliższy
kontakt ze skórą. Po chwili zaś Edward otrzymał elegancki, potężny
cios wierzchem dłoni. Uderzenie było tak mocne, że jego trzask poniósł
się echem aż do sali balowej.

– A teraz spytam cię ponownie: co tu robisz z moim bourbonem? –
wycedził ojciec, podczas gdy Edward łapał równowagę, trzymając się
za twarz.

Edward przez chwilę ciężko dyszał, a potem się wyprostował. Drżał
na całym ciele, co było widać po falującej piżamie, ale stał mocno na
nogach.

Odchrząknął i powiedział zachrypniętym głosem:

– Świętowałem Nowy Rok.
Po bladym policzku płynęła strużka krwi.
– W takim razie nie będę ci psuł zabawy – mruknął ojciec, wskazując
pełną szklankę Lane’a. – Wypij to.
Lane zamknął oczy. Zbierało mu się na wymioty.

– Pij!
Odgłosy krztuszenia się i charczenia zdawały się nie mieć końca,
Edward jakoś jednak zdołał opróżnić szklankę zawierającą niemal
ćwierć butelki bourbona.

– A tylko spróbuj to zwymiotować! – warknął ojciec. – Ani mi
się waż...

Lane wrócił do teraźniejszości dopiero wtedy, gdy koła samolotu
uderzyły o płytę lotniska. Bez szczególnego zdziwienia przyjął
fakt, że szklanka w jego ręku drży, zresztą wcale nie z powodu
lądowania.

Odłożył ją na stolik i potarł dłonią czoło.

Nie był to bynajmniej jedyny raz, kiedy Edward za nich cierpiał.

Ani nie było to najgorsze, co przeżył. Nie, najgorsze miało nadejść
wiele lat później, w dorosłym życiu. Dopiero wówczas udało
się dokonać czegoś, do czego wcześniej nie zdołały doprowadzić
rodzicielskie zaniedbania.

Z Edwarda został już teraz ledwie wrak człowieka – i to nie
tylko w sensie fizycznym.

Boże, z tak wielu powodów Lane nie chciał wracać do Easterly.
Wiele z nich nie miało nic wspólnego z kobietą, którą kochał, ale
utracił.

Musiał jednak przyznać... że Lizzie King wciąż stanowiła najważniejszy
punkt na tej długiej liście.

Opublikowano dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marginesy

Poldark Cztery łabędzie 1 Poldark Cztery łabędzie Winston Graham
31,14 34,99
Rabat 11% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Czereśnie zawsze muszą być dwie Polecamy 1 Czereśnie zawsze muszą być dwie Magdalena Witkiewicz
30,87 36,90
Rabat 16% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Czerwień jarzębin 1 Czerwień jarzębin Katarzyna Michalak
32,84 36,90
Rabat 11% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Nie oddam dzieci! 1 Nie oddam dzieci! Katarzyna Michalak
31,06 34,90
Rabat 11% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Życie motyli 1 Życie motyli Katarzyna Ryrych
31,06 34,90
Rabat 11% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Droga do serca 1 Droga do serca Diana Palmer
32,92 36,99
Rabat 11% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Rozwiązły książę 1 Rozwiązły książę Virginia Henley
25,13 35,90
Rabat 30% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Tajemnice nocy 1 Tajemnice nocy Kat Martin
10,79 12,90
Rabat 16% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Księga skandali 1 Księga skandali Julia London
10,79 12,90
Rabat 16% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Rycerz swojej pani 1 Rycerz swojej pani Christina Dodd
30,03 35,90
Rabat 16% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Pamiętnik Asty 1 Pamiętnik Asty Barbara Vine
27,55 29,00
Rabat 5% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Niespełniona 1 Niespełniona Virginia Henley
10,79 12,90
Rabat 16% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Jak zdobyć diuka 1 Jak zdobyć diuka Julia London
10,79 12,90
Rabat 16% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Szkoła żon 1 Szkoła żon Magdalena Witkiewicz
28,36 33,90
Rabat 16% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Pamiętnik 1 Pamiętnik Nicholas Sparks
23,42 28,00
Rabat 16% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Królowie bourbona 1 Królowie bourbona J.R. Ward
33,38 39,90
Rabat 16% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Nadzieja 1 Nadzieja Danielle Steel
35,42 39,80
Rabat 11% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Ósmy cud świata 1 Ósmy cud świata Magdalena Witkiewicz
27,68 36,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Leśna Polana 1 Leśna Polana Katarzyna Michalak
27,68 36,90
Rabat 25% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Pracownia dobrych myśli 1 Pracownia dobrych myśli Magdalena Witkiewicz
32,84 36,90
Rabat 11% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Kochanka 1 Kochanka Danielle Steel
33,38 39,90
Rabat 16% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Poldark Cztery łabędzie 1 Poldark Cztery łabędzie Winston Graham
31,14 34,99
Rabat 11% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Piętno 1 Piętno Sierra Cartwright
26,18 34,90
Rabat 25% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Pierwsza na liście 1 Pierwsza na liście Magdalena Witkiewicz
30,87 36,90
Rabat 16% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Zemsta i przebaczenie Tom 2. Otchłań nienawiści 1 Zemsta i przebaczenie Tom 2. Otchłań nienawiści Joanna Jax
29,20 34,90
Rabat 16% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Po prostu bądź 1 Po prostu bądź Magdalena Witkiewicz
30,87 36,90
Rabat 16% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni