Koszyk 0

Jej szokującą Pasażerkę sfilmował Andrzej Munk. Wywiad z Zofią Posmysz

Trafiła do Auschwitz, mając niespełna dziewiętnaście lat. Ponad siedemdziesiąt lat po wojnie zdecydowała się po raz pierwszy opowiedzieć całą swoją historię. Zofia Posmysz mówi o tym, skąd czerpała wewnętrzną siłę, choć była świadkiem niewyobrażalnego. I jak to się stało, że ponownie zaufała życiu. Zofia Posmysz – więźniarka Auschwitz, Ravensbrück i Neustadt-Glewe. Przeżyła eksperymenty medyczne i marsz śmierci. Po wojnie była dziennikarką Polskiego Radia, autorką słuchowiska W Jezioranach. Swoje obozowe doświadczenie zamieniła w literaturę najwyższej próby. Jej szokującą Pasażerkę sfilmował Andrzej Munk. Michał Wójcik –dziennikarz i historyk, współautor książek Ptaki drapieżne. Historia Lucjana „Sępa” Wiśniewskiegooraz Made in Poland o żołnierzu Kedywu Stanisławie Likierniku. Już w marcu w serii proza.pl wznowienie poruszającej powieści Zofii Posmysz Wakacje nad Adriatykiem.

– Czyli pani wyszła z tego Królestwa? – Mnie się udało. Tak, mnie to się udało. Żeby przeżyć, trzeba przestrzegać reguł obozowej gry. Nie można dać się uderzyć – bo nie przestaną bić. Trzeba wyglądać w miarę zdrowo – inaczej wezmą na rewir. I przede wszystkim należy wiedzieć, jak rozmawiać z oprawcami. Bo nawet kat ma słabości. A ofiara nie zawsze jest bezbronna.

Fragment książki

SPOTKANIE CZWARTE
TRUDA I LORA

To był kurs zwykłym pociągiem. Jakby wieźli nas do pracy. Swoją drogą, to też dobry temat
na opowiadanie. Pasażerskim do Auschwitz.

Osobowym do piekła.

Podmiejskim do lagru. Ponieważ nie był to bydlęcy wagon, pociąg zatrzymał się na dworcu,
w mieście. Niemcy się nie krępowali, może uważali, że tak będzie taniej. Transportować nas bez eskorty. Nie stanowimy przecież żadnego zagrożenia. Było nas pięćdziesiąt kobiet. Gdy dojechaliśmy na dworzec, nabrałam otuchy.

Otucha u bram Oświęcimia?

Rano, to było 30 maja 1942 roku, drzwi celi na Helclów się otworzyły. Weszła strażniczka i powiedziała, że mamy się ubrać, przygotować. Bo wyjeżdżamy. Po śniadaniu będzie zbiórka i jedziecie – powiedziała. Nie wrzeszczała, zwyk ła informacja. Spytałam ją dokąd. Odpowiedziała, że do Oświęcimia. Na twarzach koleżanek od razu dostrzegłam grozę. Jakby  to słowo było zaklęciem wypuszczającym złego dżina z butelki. Na mnie to nie zadziałało. Nie przestraszyłam się, już o tym mówiłam. Pomyślałam, że tam nic gorszego już nie może mnie spotkać. Co może być gorszego od gestapo? Podróż była wygodna, miejsca siedzące. Maj, ładnie za oknami. Mieliśmy dwóch znudzonych strażników. Na dworcu jak na dworcu: ruch umiarkowany, przechodnie się spieszą. Przejęli nas esesmani. Już ustawili w czwórki, w kolumny. Idziemy. I doszliśmy do bramy z napisem: „Arbeit macht frei”. I tu znowu pomyślałam sobie: Nie jest tak źle. Ja przecież mogę pracować. Nawet bardzo ciężko. Pracowałam już w kasynie, robiłam to dobrze, byłam chwalona. Szanowano moją pracę. Nie boję się, mogę harować nawet bardzo ciężko-uznałam. Może zwolnią mnie po paru miesiącach. Przecież nie zostałam skazana. Nic o żadnym wyroku nie  wiedziałam. Najgroźniejsze przestępstwa to posiadanie radia, broni, aktywna działalność w podziemiu. A ja? Nic z tych rzeczy. Stoję przed bramą. Biorę głęboki wdech, i marsz.

Pierwsze wrażenie?

Miałam na sobie to, co w chwili aresztowania. Tymczasem tu, a weszliśmy od razu do części kobiecej obozu męskiego, kobiety w pasiakach. Jak jakieś klony, wszystkie jednakowe. Wszystkie w chustach na głowie. Włosów nie widać. To pierwsze spostrzeżenie. Poza tym samo miejsce. Drzewka były wtedy małe, rachityczne, teraz są pięknie rozrośnięte; wtedy nie zasłaniały czerwieni budynków. To wszystko wydało mi się schludne i zadbane. Dawne koszary. Najpierw była rejestracja, spisano nasze dane. Każda dostała numer i przyszywała sobie łatę z numerem na pasiaku. Wtedy jeszcze nie tatuowano numerów.

…7566.

Numer jak numer. Mój optymizm został trochę zachwiany, gdy nas skierowano do łaźni, która w rzeczywistości łaźnią nie była, bo w tej części obozu męskiego, wydzielonej na obóz dla kobiet, nie było budynku łaźni. To była jakaś hala, może wielka pralnia. Z czymś w rodzaju betonowych, prostokątnych kadzi. Były już wypełnione wodą. Ale to nie była woda bieżąca i nie została nalana specjalnie dla nas. To mnie nieco zaniepokoiło. Dostałyśmy po
małym kawałku mydła. Ciemnobrązowa kostka, w ogóle nieprzypominająca mydła. Jakaś utwardzona olejem grudka piachu. Nastąpiło rozbieranie. Zdejmowanie ubrania wśród kobiet, których się nie zna, nie idzie szybko. Dziewczyny się ociągały. Ale w końcu nagie zaczęły wchodzić do tych cembrowin. Woda momentalnie stała się mętna i brązowa od tego mydła. Postanowiłam, że nie wejdę do tej brei. Nie zauważyłam, że przyglądają mi się funkcyjne.

Kapo.

Jeszcze wtedy nie znało się tego terminu. Wtedy to były anwajzerki. Nie pierwszy raz widziały taką scenę, wiedziały, co to oznacza. Dekowałam się gdzieś z tyłu. I tylko patrzyłam, jak tu przemknąć do grupy „umytych”. Jakże byłam naiwna! Oczywiście dopadła mnie anwajzerka Niemka, dostałam po twarzy i zostałam wepchnięta do basenu. I tak dobrze, że na tym się skończyło. Przy wyjściu już czyhała esesmanka. Patrzyła, co się dzieje. Gdyby włączyła się do akcji, byłabym naznaczona. Pierwsze uderzenie ma w obozie status piętna. To piętno z czasem procentuje. Nie dziś, to jutro, nie jutro, to pojutrze. Obrzęk zawsze wymaga ciągu dalszego. Potem w komandzie karnym więźniarka raz uderzona, raz naznaczona – umierała. Bo nigdy nie kończyło się na jednym uderzeniu. Ale wybiegam w przyszłość. I to bardzo. Na razie myć się odechciało panience!

Czyli kąpiel się odbyła.

Kąpiel? Tak, taka była wtedy kąpiel. Miałam po niej brązową skórę. Brudną. Z cembrowiny wyszłam… już jako więźniarka. Do tej pory byłam tylko aresztowana. Już nie odebrałyśmy naszej garderoby, ale dostałyśmy pasiaki i chodaki, koszmarne drewniane trepy. Każda para ładnie zapakowana, chyba były holenderskie. Skierowano nas do bloku VIII. I tu znowu zastrzyk optymizmu. Po pierwsze, blokową była Polka – Stefania Starostka. Pomyślałam, że nie będzie źle. Dogadamy się! To była kobieta z pierwszego tarnowskiego transportu. Po drugie, w bloku jest waszraum i toalety, bo przecież to były budynki przedwojennych koszar. Potem, gdy w Brzezince do latryn latało się nieraz kilkanaście metrów, myślałam: Jaki tam w głównym lagrze był komfort! Wchodząc do bloku, każda z nas dostawała koc, miskę i łyżkę. No i chustę na głowę. Chyba jeszcze ścierkę do wycierania. Sienniki na pryczach były. Poduszek nie było. Zanim zrozumiałam, gdzie, co i jak, zanim się rozgościłam, już musiałam skoncentrować się na ciele. Dały o sobie znać trepy. Te holendry. Boże mój, jaka to była tortura! Trepy wymyślono pewnie po to, aby w nich nie biegać. Ale tu w obozie dostałyśmy je chyba, żeby nie uciec. Były ciężkie, niewygodne i potwornie raniły stopy. Po dniu chodzenia nogi nam krwawiły, nie dali nam żadnych skarpetek. Następnego dnia, wracając z pracy, szłyśmy na bosaka, niosłyśmy te trepy w rękach.

Onuce?

Ale z czego? W pasiakach nie było też kieszeni. Przekonałam się wówczas, jak proste rzeczy mogą ułatwiać życie. Brak kieszeni bardzo je komplikuje. Gdzie schowasz chleb? Po godzinie od „zameldowania” był apel. Esesmanka nas policzyła. Zapisała. A potem wieczorem blokowe wybrały dziewczy ny, które poszły do kuchni po kolację. To był chleb i coś, co mi nawet smakowało. Kwark. Rodzaj serka w opakowaniu. Coś niby camembert. Można było pokrajać i zrobić kanapkę. Jeden kilogramowy bochenek był dzielony na trzy kawałki. Z tego można było zrobić trzy pajdy. I to miało starczyć na kolację i na śniadanie. Blokowa ostrzegała, żeby nie zjadać naraz wszystkiego. Ale byłyśmy przecież głodne i chyba tylko ja zostawiłam sobie kawałek chleba na rano.

Pamięta pani pierwszą noc?

Zasnęłam kamiennym snem i obudziłam się, czując na ciele ogień. Miliony pcheł. I już do rana nie zmrużyłam oka. O wpół do czwartej pobudka. Ciemno i zimno. Środek nocy! Apel dopiero o piątej. Do tej pory należało się uporać ze wszystkimi potrzebami i czynnościami. O wpół do szóstej przychodziła aufzejerka i liczyła stan bloku, czy któraś nie poszła na rewir, ile zmarło, ile się uchyla od pracy, symulując chorobę.

Pierwszego dnia liczyła już trupy?

Nie w mojej grupie, ale na bloku było przecież kilkaset kobiet. Każdego ranka ktoś nie stawał do apelu. Proszę się nie dziwić. Tego pierwszego dnia niosłyśmy już z pola cztery kobiety. Padły z wyczerpania. Nie miały śniadania, za dnia był upał. To specyfika tamtego klimatu. W Auschwitz było albo bardzo gorąco, albo lodowato.  W ciągu dnia nic do picia, prócz zupy na obiad. No i ciężka praca.  Wokół obozu rozciągały się pola należące niegdyś do polskich rolników, czyli Interessengebiets. Tereny te zostały przez Niemców przejęte, wysiedlono z nich właścicieli. Polacy zdążyli je jeszcze zaorać jesienią poprzedniego roku. Do czasu kiedy się pojawiliśmy, pola leżały odłogiem. Ciężkie skiby ziemi przez ten czas skamieniały. Dosłownie. Ziemia w okolicach Oświęcimia jest tłusta, żyzna. Ciężka. I te skiby należało rozdrabniać. To było nasze zadanie.

Jak?

Dostałyśmy motyki na metrowych styliskach. Należało dziabać.Proszę to sobie wyobrazić: wielkie pole, na przestrzeni od kilkuset metrów do kilku kilometrów kwadratowych, setki  kobiet,  pochylonych,  dziabiących tę ziemię. To była mordercza praca. Dosłownie mordercza. Bolały nie tylko ręce, plecy, nogi. Bolała głowa, potwornie. Mózg od tego walenia chlupał w czaszce. Na szczęście to Landwirtschaftkommando było podzielone na dziesiątki. Każda dziesiątka miała anwajzerkę.  Wśród nich była jedna Polka. I ona tak rozumiała swoją funkcję, że zamiast nas poganiać i zmuszać do pracy,  cichuteńko za naszymi plecami ostrzegała. Na przykład, że zbliża się esesman, Kommandoführer*. Ten czuwał nad całością. Stale przechodził, kontrolował. Ona z kolei pilnowała nas. Gdy tylko przeszedł dalej, mówiła: Dziewczynki, odpocznijcie sobie! No, to odpoczywałyśmy, wsparte o te styliska. Na chwilę, na kilka oddechów. Z kolei gdy zawracał, natężała głos: Bewegen! Ruszajcie się. Macht schneller! Potem się dowiedziałam, że to była Monika Galicyna, żona przedwojennego polskiego wysokiego oficera. Dziabałyśmy do pierwszej po południu. Przyjeżdżała ciężarówka z kotłami z zupą. Wtedy ustawiałyśmy się z miskami w kolejce i zaczynało się wydawanie tego posiłku. Miskę – pamiętam, że były czerwone, emaliowane – nosiło się na sznurku, przewieszoną przez dziurę u pasa. Łyżkę też. Która zgubiła łyżkę albo jej ukradziono, sama musiała ukraść komuś innemu.

Kiedy pojawił się permanentny głód?

Oj, szybko. Drugiego dnia. Może trzeciego. Ale ja ciągle żyłam nadzieją, że to jest tymczasowe, że to się musi skończyć. Po kilku dniach robota na tym naszym odcinku była skończona, bruzdy rozbite, pojawiły się brony. Przyjechał więzień z koniem zaprzężonym do brony i zaczął powoli to pole wyrównywać. W chwili gdy przesuwał się koło mnie, zagadnęłam, jak długo tu jest. I on tak półgębkiem odparł, że dwa lata. Pomyślałam, znowu optymistycznie, że można wytrzymać aż tyle. Dwa lata, długo. Gdy z powrotem przechodził, znowu się odezwałam: Za co pana wzięli? On, że za nic, z łapanki. Okazało się, że był z Warszawy. Wiedziałam, co to łapanki, bo przecież w Krakowie też były. Pomyślałam, że skoro już dwa lata siedzi za nic, to niedobrze. Bo długo bez winy. Wkrótce potem zemdlałam. Nie znoszę upałów, a ten był nie do zniesienia. Żadnego płynu i tylko chustka na głowie. Upadłam. Pewnie rzuciła się na mnie anwajzerka, tego nie pamiętam. Nie pamiętam również, czy mnie biła. Chyba nie, bo jeśli to była pani Monika, to zapewne perswadowała.  Abym chwilę odpoczęła, a potem wróciła do pracy. Ale ja straciłam przytomność na dobre i wieczorem koleżanki musiały mnie do obozu nieść. Parę słów o noszeniu więźniarek. Dźwiganie nieprzytomnych to był koszmar. Wiem, bo wcześniej sama nosiłam te, które straciły przytomność. Albo trupy. Z motyk robiło się tragi, czyli nosze. I kładło się na nie ciało. Pod ramiona można było brać te kobiety, które jeszcze powłóczyły nogami. Bezwładne ciało jest niesforne. Nie leży tak, jakbyśmy chcieli. Nie pomaga. Nie było na nie dobrego sposobu. A czasami trzeba było dźwigać kogoś cztery kilometry.  Zupełnie nie pamiętam, jak dziewczyny mnie niosły. Ocknęłam się dopiero przy bramie, gdy usłyszałam słowa: Mein Gott, so jung! Mój Boże, taka młoda! Nade mną pochyliła się esesmanka. Nie wiem, czy mnie obudziło to, że zatrzymała się cała kolumna, czy ten ludzki odruch, ta troska w głosie. I znowu optymistyczny wniosek: to jednak była esesmanka. Zatem są wśród nich ludzie nie całkiem wyzuci z człowieczeństwa. Przecież ona to powiedziała ze współczuciem. Ale potem był kolejny dzień, znowu na polu, znowu to dziabanie. Pamiętam, że koncentrowałam się na tym, aby wytrzymać każdą następną chwilę. Nie cały dzień! Aż tak długo nie sięgałam w przyszłość. Wytrzymać jeszcze kwadrans, jeszcze pół godziny. Najgorsze, że pracowałyśmy w ciszy, nie można było rozmawiać. Przecież w rozmowie czas leci szybciej.

Mimo to próbowała pani kogoś zagadnąć? Poznać kogoś bliżej?

Wtedy nie. Może byłam w szoku, może nie miałam śmiałości. Poza tym w dziesiątki
dobierały nas anwajzerki. Do kilku słabszych fizycznie kobiet ze dwie silniejsze. I one
nadawały tempo.

Solidarność więźniów to mit?

Walkę o chwilę wytchnienia toczy się w pojedynkę. Potem miałam koleżanki, naturalnie. Ale na początku wchodzenie w ten świat lagrowy jest powolne, brak zaufania jest dominujący. Nie ma się czemu dziwić. To jest samotny bój. Poza tym na początku nikt nie zna reguł. Ta nauka przychodzi z czasem. Powoli. Chłonie się atmosferę, wyciąga wnioski. Każde wydarzenie jest nauką. Jeśli boli, to kolejny ruch, kolejną czynność wykonasz inaczej. Pamiętam, że ważną nauczką na początku było, gdy zobaczyłam dziewczynę na drutach. Poszła na druty… Tak się mówiło.

Z waszego komanda?

Nie, nawet nie wiem, z jakiego bloku. Po prostu rano wychodziłyśmy do pracy i w przerwie między blokami zobaczyłam odcinek ogrodzenia. Na drutach w takiej dziwnej pozie wisiała więźniarka. Nie wiem kto, nigdy się nie dowiedziałam. To były pierwsze zwłoki, jakie widziałam. Wstrząs. Nie rozmawiałam o tym z nikim. Taki widok nie dodawał otuchy, może dlatego nie chciałyśmy o tym rozmawiać. Ale – pamiętam – pomyślałam, że ona pokazała drogę. Chcesz być wolny, idź na druty. Szybka śmierć. Pomyślałam wtedy, że akurat to mnie nie dotyczy. Bo przecież śmierć mnie tu nie spotka. Wkrótce przyszło pierwsze zwątpienie. To było wtedy, gdy z naszego komanda uciekła więźniarka.

Kiedy?

Trzy tygodnie po przyjeździe. Wtedy pracowałyśmy nad rzeką Sołą, wycinając szuwary w krzakach. Lżejsza praca, nie tak gorąco. I nie było tylu osób do pilnowania. Esesmani nie zachodzili na brzeg. Anwajzerki dawały wytchnąć. Można było przysiąść. Można było kawałek cienia znaleźć pod drzewem. Do dziś nie mogę ustalić, gdzie to było konkretnie. Tam nad brzegiem stał pałacyk. Nie dworek, bo nie było żadnych zabudowań gospodarczych, tylko coś w rodzaju pałacyku. Piękny, piętrowy. Pytałam po wojnie w muzeum, nikt nie wie, gdzie to było. Drzwi były otwarte, okna powybijane. Ale bryła bardzo ładna. To się stało gdzieś tam. Dziewczyna przeszła przez Sołę na drugi brzeg i uciekła. Może w tym czasie esesmani gdzieś się zabawiali, nie wiem. Była chwila nieuwagi, uciekła.

Mogła to być Janina Nowak. Właśnie jej ucieczka była bezpośrednim powodem skazania waszego komanda na Strafkompanie*.

Co ciekawe, złapali ją osiem miesięcy później. Wróciła do obozu. Nie została przykładnie ukarana śmiercią. Wiem, że przeżyła obóz i mieszkała potem w Łodzi. Cud. Bo przecież później złapanych uciekinierów karano śmiercią. Ale wracam do tego dnia. Dopiero wieczorem, gdy liczyli nas przed odejściem komanda do obozu, zorientowali się, że coś jest nie tak. Brakuje kogoś. Znowu liczyli, coraz bardziej nerwowo. Wszczęli alarm. Nie pozwolono nam się rozejść ani siadać. Godziny pełne grozy. My już wiedziałyśmy, że będzie kara zbiorowa. Że odpowiemy za ten zuchwały czyn.

Jak?

Dziesiątkowanie. Co dziesiąta do rozstrzelania. Skąd się to wiedziało? Przeciekały wiadomości z obozu męskiego. Człowiek szybko się uczy. Czekamy. Słychać płacz, pochlipywanie. Te gorączkowe pytania: Dlaczego my? Co mamy wspólnego z ucieczką? W końcu przyjechał konno jakiś oficer, coś powiedział Kommandoführerowi.

Tym jeźdźcem był sam komendant obozu Rudolf Höss. Więźniarka komanda Antonina Piątkowska zeznała po wojnie, że zjawili się też Grabner, szef oddziału politycznego, Palitzsch, Fritzsch i kilku innych.

Tego nie wiedziałam. Ale widać było, że ta ucieczka to dla nich ważne wydarzenie. W końcu nastąpił wymarsz. Pomyślałam z ulgą: jeszcze nie teraz. Wchodzimy do obozu, nie pozwalają nam rozejść się do bloków. Wciąż nie wiemy, co dalej. Wreszcie rozkaz: wymarsz do Bud. Od razu. A Budy to podobóz, kilka kilometrów za głównym obozem. Obóz Strafkompanie, w skrócie SK. Dopiero potem usłyszałam, że odbyły się konsultacje z Berlinem. I uratowało nas to, że uciekinierką była więźniarka kryminalna, a nie polityczna. Podobno po raz pierwszy Niemcy nie zastosowali dziesiątkowania. Litościwi.

Dwieście kobiet.

Wtedy nam ścięto włosy. Dopiero wtedy. Ale my byłyśmy tak otępiałe, że to na żadnej z nas nie zrobiło silnego wrażenia.

W literaturze obozowej ścinanie włosów to jeden z kluczowych momentów dehumanizacji. Kobiety broniące swojego człowieczeństwa próbowały walczyć z tego rodzaju nagością, nosząc na głowach chusty. Z czasem wykształciły się różne sposoby wiązania chust. Co za tym idzie – powstała moda. Zdaniem badaczki problemu Karoliny Sulej dbanie o wygląd stało się kobiecą formą oporu*.

Moda? Wtedy? Nic z tych rzeczy. Przecież nie było luster. Bez lustra nie ma mody. Może potem powstała w Birkenau moda. Ale nie w Budach! W Budach za takie objawy ekstrawagancji można było stracić chustę razem z włosami. Nie miałyśmy siły, aby dbać o takie sprawy. Jedno przychodziło nam łatwo: czułyśmy smród, jaki od nas bił. W karnej kompanii nikt się nie mył. Esesmani zakwaterowali nas w budynku przedwojennej szkoły, bardzo porządnej nawet. W wielkiej sieni rozłożone zostały sienniki, tam spała większość SK. Moja część spała na górze, na strychu. To o tyle gorsze, że dalej od chleba, dalej od zupy. O tyle lepsze, że dalej od zbrodniarek, które nas pilnowały.

Trudy i Lory. To bohaterki pani opowiadania Zengerin, które ukazało się w prasie „branżowej”, a potem w tomie opowiadań Ten sam doktor M.

Pamiętam, że redakcja „Zeszytów Oświęcimskich”, które zaczęło wydawać muzeum w Oświęcimiu, nie chciała tego opowiadania zamieścić. Potem się dowiedziałam, że to jak na standardy naukowego czasopisma było „za mocne”, zbyt realistyczne. Truda i Lora były anwajzerkami. Niemieckie kryminalistki, kierowały naszą pracą. Tak zwane asocjale z czarnymi winklami*.

Była i trzecia: Toni. Uratuje pani życie.

Tak. Potem. Wesoła dziewczyna.

Prostytutki?

Zorientowałam się, kim są, z ich rozmów. Nie krępowały się. Wymieniały się informacjami, ilu miały klientów, ile brały za numer, wszystko przetykane przekleństwami. Żadnych hamulców. Wieczorami, już w obozie, na strychu – snuły opowieści. Rechotały. Prym wiodła złotowłosa Lora, istota zwyrodniała. I chciałabym to podkreślić, że nie wynikało to z tego, że była prostytutką. Nie, przecież wśród nas też były więźniarki z czarnymi winklami. Ale one dostosowały się do reszty, do gimnazjalistek, studentek, do członkiń ruchu oporu. Zachowywały się zupełnie inaczej. Godnie, po ludzku. Przecież gdy zachorowałam na tyfus, jedna z nich przynosiła mi na rewir jakiś płyn do picia. Czasem nawet herbatę. Leżałam na bloku, pewnie bym zmarła. A ona, zupełnie bezinteresownie, mi pomagała. Wracam do kompanii.

Seweryna Szmaglewska napisała, że do SK można było trafić za najdrobniejsze przewinienie. Z katalogu „win”, które wymienia, wynika, że w zasadzie SK była kolejną formą represji. „W obozie trzeba umrzeć, stosując się ściśle do wszelkich zakazów, albo ustawicznie zasługiwać na kary, popełniając wykroczenia. Każda próba ratowania życia może łatwo zaprowadzić do SK”.

Ja potem zrozumiałam, że Strafkompanie to była moja inicjacja. Tak naprawdę dopiero po Budach, w Birkenau, uświadomiłam sobie, że jestem już doświadczonym więźniem, kimś zasługującym wśród innych więźniarek na szacunek. „Stary numer” to ktoś „lepszy”.

Czym się różniła karna kompania od normalnego komanda?

Głód był większy, bo okradała nas niemiecka obsada podobozu w Budach. Poczynając od blokowej, a na anwajzerkach kończąc. Te nasze porcje, pożal się Boże, i tak były małe. A tu dodatkowo jeszcze były obcinane. I nie było dodatku dla ciężko pracujących: Schwerarbeiterzu lage. W głównym obozie te komanda, które pracowały poza drutami, dostawały raz w tygodniu dodatek. Jedna trzecia bochenka i większa porcja margaryny, czy kwarku. To był zastrzyk siły. Tak nam się wydawało. A w Budach jedzenie było znacznie uboższe. Pamiętam zupę, rodzaj barszczu białego. To była biała woda. Ile w tym było kalorii? Tyle co nic. Najpierw pracowałyśmy przy sianokosach. Ciężka praca, ale można było podołać. Można było się ukryć, schować za wozem, oprzeć się i chwileczkę odsapnąć. Potem, gdy sianokosy minęły, skierowano nas do lasu. Kopałyśmy rowy. Po co rowy w lesie? Nie mam pojęcia. Koszmarna praca, bo wycinanie grubych korzeni motykami i łopatami to trudne wyzwanie nawet dla mężczyzn. I ja wtedy zaczęłam sobie coś nucić.

To było dozwolone?

Nie. Ale ja cichutko. To były godzinki. Pamiętam je z wakacji, pieśni maryjne. Nucił je dziadek, gdy krzątał się rano przy obrządku. Budził mnie tym śpiewem. I wtedy, stojąc w tym rowie, słysząc śpiew ptaków, sama zaczęłam śpiewać. Zapomniałam się. Usłyszała to Toni, zaszła od tyłu i zapytała: A co ty śpiewasz? Przestraszyłam się. Odpowiedziałam, że to jest modlitwa. Bist du katholisch? Czy jesteś katoliczką? Co miałam odpowiedzieć? Ich bin. Popatrzyła i powiedziała, że mam dobry głos. Pominęła to, że śpiewam pieśni religijne. A przecież nie można było manifestować wiary. I tak się zaczęła nasza znajomość. Toni prosiła mnie kilka razy, abym jej coś zaśpiewała. Robiłam to.

W opowiadaniu pojawia się Ema. Proponuje tytułowej Zengerin, że nauczy ją kilku niemieckich piosenek. Ema jest chora na flegmonę.

To prawdziwa postać. Rzeczywiście chorowała na owrzodzenie nóg. Potworne. Guzy były pełne ropy, pękały i ta ropa spływała jej do sabotów. Przy każdym kroku to pryskało do góry. Ona strasznie cierpiała. I cuchnęła. Zginęła, tak jak w opowiadaniu. Uwierzyła esesmanowi i skorzystała z transportu do szpitala. Zamiast do szpitala pojechała do gazu.

Tak się kończy opowiadanie.

Przed wojną mieszkała na ulicy Dietla. Zawsze gdy jestem w Krakowie i tamtędy przejeżdżam, zastanawiam się, które okno było jej. Nieszczęsna.

W Zengerin wylicza pani cztery plagi: głód, upał, chłód, mordercza praca.

No i biegunka. Najgorsze wtedy były dolegliwości tego rodzaju, fizjologiczne. Wszystkie cierpiałyśmy z powodu fatalnego wyżywienia na tak zwany durchfall. To krwawa biegunka. Esesmanki dawały nam odczuć, jak wyglądamy i jak śmierdzimy.

„Komando cuchnęło. Od przyjazdu do Oświęcimia z końcem maja nie dostałyśmy zmiany pasiaków ani bielizny. Reformy i koszule przepierałyśmy, jeśli nadarzyła się okazja obiadowania w pobliżu zbiornika wodnego, w czasie przerwy. Prało się bez mydła, za pomocą środków dostępnych w danym miejscu – żwiru lub piasku, gdy pracowałyśmy nad Sołą lub Wisłą, albo wiechci i wodnej trawy, jeśli przy stawach. To był akt duchowy, manifestacja woli życia. W drugim miesiącu pobytu w Budach przejawiała się ona już tylko w jednostkowych, odosobnionych zrywach, coraz zresztą rzadszych. Sił było tak mało, że ledwie starczyło ich na to, by wychodzić do latryny. Te nocne wędrówki ze strychu na dwór to były nieomal odyseje. Chore na biegunkę na ogół nie docierały do celu. Dawno zarzuciło się zapieranie plam po miesiączce na bieliźnie czy pasiakach. (Z czym zresztą, na szczęście, już tylko kilka miało kłopoty, dla większości w tym wypadku fizjologia okazała się miłosierna). Koszule od pasa w dół pokryte

skorupą durchfallowego kału znaczyły na sflaczałych łydkach czerwone krechy, które bardzo prędko zaczynały ropieć. Czasem któraś próbowała zaschnięty kał wykruszać. Lecz i to zdarzało się coraz rzadziej. Nawet na obmycie twarzy rano czy wieczorem nie było już nas stać. Pokrył je dziwny nalot, coś niby rodzaj mchu. Nie widziałyśmy tego. Nie czułyśmy swego smrodu. Dlatego może znosiłyśmy w swej sztubie (umowna nazwa odcinka między jedną belką sufitowej konstrukcji a drugą) obecność Emy z jej nogą, z której wypływały litry ropy, i cuchnącym siennikiem, rojącym się od ścierwników. Czasem tylko w nocy najbliższa sąsiadka Emy wrzeszczała: Schowaj girę, bo mi zalejesz koc!” To nie jest tylko literatura?

Esesmanka zatykała sobie nos na apelu i syczała przez zęby: Ludzie, jak wy śmierdzicie! Jak wy śśśmierdzicie! Nie. To nie jest wymyślone. Tego się nie da wymyślić. Chyba nie miałabym dość wyobraźni. Czy podobna wymyślić taką sytuację? Kilka tygodni po przybyciu do Bud zachorowałam. To nie był oczywiście wystarczający powód, aby nie iść do pracy. Zwlokłam się jakoś z siennika. Ale w ciągu dnia skręcało mnie z bólu, musiałam kilka razy
iść za potrzebą. To znaczy prosić, aby anwajzerki zgodziły się, bym poszła na stronę. Ale nie sama. Nie wolno było samej oddalić się nawet o kilka kroków. Każdy nasz ruch musiał kontrolować strażnik. I gdy ja szłam na stronę – także szedł ze mną. To było potwornie upokarzające.

Znowu zacytuję: „Tego dnia śpiewaczka miała ruchy wolniejsze, słabszy refleks. Nie zauważyła, że jest obserwowana. Męczył ją durch fall. By go opanować, przestała jeść. Mimo to biegunka nie ustępowała. Nieszczęściem chora nie umiała załatwić się publicznie. Jeszcze nie nauczyła się tej sztuki, nie nabyła zwierzęcego obyczaju. Musiała wychodzić na stronę, co w Budach było obwarowane specjalnymi rygorami – wymagało eskorty strażnika. Stał taki nad kucającą, patrzył na zegarek, prętem smagał po gołym tyłku: – Mach’doch schneller, Mensch. Przy śpiewaczce stał już szósty raz, co nie mogło mu się podobać. Zapamiętał ją i liczył. Nie po to w końcu odnosi się zwycięstwa na wszystkich frontach Europy, aby pilnować załatwiania się tych cuchnących kreatur. Tym bardziej, że ta nie miała potrzeby. Obserwował, co zostawia po sobie. To było tyle co nic”.

Wie pan, teraz to chce mi się z tego śmiać, ale wtedy to nie było śmieszne… Przełamanie własnego wstydu jest trudne. Bo przekracza się granicę, której w normalnej rzeczywistości się nie przekracza. Wtedy coś w człowieku pęka. I już nie ma odwrotu. Ze mną było chyba inaczej, zawsze się wstydziłam. Do końca. Nigdy nie było mi to obojętne.

Durchfall był śmiertelny?

Nie zawsze. Ale przeważnie. Zaczyna się od bólu brzucha, potem jest biegunka, której nie sposób zatrzymać, a potem, na samym końcu, krwawienie. Niektóre dziewczyny po kilku dniach nie miały już siły wstać. Specjalna furgonetka odwoziła je do szpitala. I tam umierały. Albo dobijano je zastrzykiem fenolu. To była potworna choroba. Nie wiadomo z czego. Z fatalnego jedzenia? Jakiegoś zakażenia bakteryjnego? Głód był taki, że dziewczyny próbowały jeść wszystko. Jakieś pędy, korzenie, jagody. Owoce jarzębiny. Nawet surowe ziemniaki. Piły wodę ze stawu. Ja nie. Już mówiłam, od małego byłam niejadkiem. To mnie uratowało.

To nie koniec plag. Pisze pani o tym w Wakacjach nad Adriatykiem. Zacytuję, to równie przejmujące świadectwo: „Odrażający dramat kobiecej fizjologii […] nie mogę nie widzieć, nie mogę nie patrzeć, krew spływa po wewnętrznej stronie ud gęsta i czarna, Ptaszka nie wie o tym, woda działa znieczulająco, nie wie, nie czuje nic, co zrobi, gdy spostrzeże, jak się zachowa, kiedyś pewnie miała w zwyczaju kłaść się z tym do łóżka. Nie ma we mnie litości, tylko zdumienie i zdumienie tym zdumieniem”.

Opisuję strażnika, który pilnował nas podczas pracy w stawie. On to widział. W normalnym świecie nigdy by tego nie oglądał. Cóż… Jest się bezradnym. Odwrócił głowę i powiedział: Eine Schweinerei! Co to za świństwo! Myślę, że to nie było pod adresem tej biednej dziewczyny. Ptaszki, mojej przyjaciółki. Uważam, że on to powiedział ze współczuciem. Przetłumaczyłam sobie to tak: Co to za świństwo doprowadzić tę biedną dziewczynę do takiego stanu. On nie był obrzydzony nami, ale sytuacją, której my nie byłyśmy winne. Tak to interpretowałam. Może na siłę szukałam optymistycznego wytłumaczenia. Nie wiem. To pomagało. Ten akurat strażnik nigdy nikomu niczego złego nie zrobił. Do SS trafiali przecież ludzie niekoniecznie z „przekonania”. Ten na pewno traktował służbę w Auschwitz jako pracę.

Ale przecież właśnie to jest straszne. Traktować obóz jako miejsce pracy, a esesmanów jako kolegów z korporacji.

Nie wiem, czy ci starsi mężczyźni wiedzieli, „zatrudniając się” jako strażnicy, w czym będą brali udział. Na nich też powoli spływało to znieczulenie.

Według badań tylko pięć procent esesmanów było zwyrodnialcami, a reszta? Okazywała współczucie?

Widzieli, że dzieje się z nami coś strasznego. Pewnego razu zaczepił mnie strażnik, Łotysz. Zapytał, ile dni już jestem w Budach. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że dopiero kilka. On na to, że się domyślił po kolorze mojej cery. Rzeczywiście była wtedy jeszcze blada. Biała. I wtedy on udzielił mi porady, z której się zresztą uśmiałam. Pokazywał mi to na migi, bo nie znał tego terminu po niemiecku.

Jakiego terminu?

„Wysiusiać się”. Poradził mi, abym siusiała na dłonie i przemywała twarz moczem. To powoduje, że można utrzymać „ludzki” kolor skóry. Bo przecież po miesiącu wszystkie miałyśmy już twarze czarne od brudu i głodu, opuchnięte. Zresztą wystarczyło tylko rzucić okiem, aby się zorientować, w jakim kto jest stanie. Generalnie, gdy tak dziś o tym myślę, to wszystkie w kompanii karnej byłyśmy na prostej drodze do śmierci. I ten los, ostatecznie
dopełniony lub nie, dał się z twarzy wyczytać.

„…już powlekała się szarością zgonu” – znalazłem u Szmaglewskiej takie określenie.

Obrzęk, zza którego trudno dostrzec wyraz oczu. Kolor szarozielony.

Nie zapytam, czy się pani zastosowała do tej rady Łotysza. Ale co z biegunką. Jak pani z tego wyszła?

Nie jadłam. I mimo biegunki trzymałam się. Cały czas mi się wydawało, że mój optymizm zwycięży. Choć zdarzył się incydent, który mógł zachwiać moją pewnością. Kilka dni wcześniej wracałyśmy do Bud i esesman dostrzegł na mojej twarzy wyraz, który mu się nie spodobał. Coś musiałam mieć w oczach. Nie wiem co. Satysfakcję, że żyję? Że jeszcze idę? Nie pamiętam. W każdym razie podszedł do mnie i podniósł mi brodę pejczem. Hier gibt’s
nicht zu lachen! Tu nie ma nic śmiesznego! Hier ist SK! Tu jest SK! – powiedział głośno, tak aby wszyscy słyszeli. I powtórzył to, patrząc w oczy wszystkim w swoim zasięgu: SK. Kein Sanatorium Auschwitz. Merkt euch! SK, a nie sanatorium Auschwitz. Zapamiętajcie to sobie!

Nie uderzył?

Wtedy nie. Pierwszy uderzył mnie Sowizdrzał. Tak go nazywam w opowiadaniu. Der Rottenführer. Miał na imię Hans. Rumiana, okrągła twarz. Sprytne, złośliwe oczka. Odstające, gackowate uszy. Trochę wyglądem przypominał przez to nietoperza. Słynął z morderczego ciosu. Chełpił się tym. Bił w skroń. Uderzył mnie, bo źle trzymałam grabie.

Tak uznał?

Może miał zły humor. Jeszcze mi tłumaczył, jak należy poprawnie trzymać. Patrzyłam na niego, ale nie rozumiałam. Przecież umiałam grabić, to potrafi każdy człowiek, który miał styczność z wsią. Dopiero potem doszłam do wniosku, że może miałam wtedy odciski na dłoniach i trzymałam te grabie jakoś inaczej. Jego zdaniem niewłaściwie. On to zauważył. Po tym ciosie straciłam na chwilę przytomność. Szczęśliwie dla mnie kończył się już dzień pracy. Sowizdrzał uderzył i wtedy rozległ się gwizdek na antreten, hasło do wymarszu. Miałyśmy wracać do obozu. To mnie uratowało. Inaczej by mnie dobił.  A tak momentalnie stracił mną zainteresowanie. Odwrócił się na pięcie, odszedł. Cud! Chciał wracać, może chciał się już napić wódki. Ale wtedy rzuciły się one: Truda i Lora. Zwietrzyły okazję. Dopadły do mnie, nawrzeszczały. Ale szybko odpuściły. Był sygnał do wymarszu. Dopiero następnego dnia zaczęły szukać pretekstu. Ja to czułam; czułam, że ciąg dalszy musi być. Że jeden cios Sowizdrzała to nie koniec. I wtedy uratowała mnie Toni.  Wzięła mnie do swojej dziesiątki. Gdyby nie to, toby mnie dopadły.

To jest niezwykłe odkrycie pewnej prawidłowości. Prawo Auschwitz. Cios raz zadany uruchamia lawinę. Uderzenie musi mieć ciąg dalszy.

Bo siniak, obrzęk, ślad po pobiciu – jest jak piętno. Tak jak drwale w lesie zaznaczają drzewa do ścięcia, tak w SK obrzęk prowokował do dalszego bicia. Więźniarka raz uderzona musiała w końcu umrzeć. Nie od razu. Lora i Truda już o to zadbały. Niedobitej ofiary nie zapominały. Miały prawdziwy dar wypatrywania gojących się ran. Inna sprawa, że pobita już inaczej się porusza, inaczej patrzy, inaczej się zachowuje. Boi się.

A strach działa jak płachta na byka. Lora i Truda „jak myśliwi tropią zranionego zwierza, idąc śladem posoki” – cytuję znowu Zengerin.

Tak, obrzęk prowokuje do dalszego bicia. One poczuły się sprowokowane. Sprowokowane efektami swoich wcześniejszych pobić. Skoro miałam siniaka, opuchlinę, to byłam naznaczona. Toni to oczywiście wiedziała. Znała te reguły. I nakazała, abym następnego dnia pracowała pod jej okiem, w jej dziesiątce. Z tego powodu doszło nawet do wymiany zdań między nimi, czegoś w rodzaju kłótni. Nie krzyczały, ale jedna drugiej nie chciała ustąpić. Toni wygrała, była ulubienicą Sowizdrzała.

I tu pojawia się drugie prawo Auschwitz. Truda i Lora chcą dokonać mordu, dokończyć dzieła. W opowiadaniu wygląda to tak, że podkręcają tempo pracy i czekają na efekty. Kto pierwszy pęknie. Jakaś kolejna więźniarka – w takim razie która? Może ta, która dostała lanie poprzednim razem? Może inna? Pierwsza odłoży grabie, stanie na chwilę, by rozprostować kości. „Wiedziałyśmy – napisała pani – jeśli nie znajdą tamtej, zaatakują pierwszą z brzegu. Bałyśmy się swych spojrzeń. Była w nich zgroza. Potem, po upływie kilku godzin, już i zbrodnia”.

Tak, zbrodnia zgody na czyjąś śmierć. Naszej zgody. Zgody ofiar.

Przecież złotowłosa Lora jej nie wymagała. Nie pytała was, czy może kogoś zabić.

Nie! Skąd! Nie pytała nikogo o zdanie. Ale aby oddalić śmierć od siebie, każda z nas godziła się w duchu, by śmierć zabrała kogoś innego. Byle nie mnie! Tę z lewej strony albo z prawej. Byle nie mnie!

Bohaterki opowiadania Zengerin wydają taką zgodę solidarnie. I bezgłośnie. Scena pobicia góralki to jeden z najbardziej przejmujących opisów zakatowania więźnia na śmierć w całej literaturze obozowej. Relacja, która ciągnie się niemiłosiernie przez trzy strony, zaczyna się od szokującego spostrzeżenia: „…zabijana nie chciała umrzeć i mord się przeciągał. Dlatego komando mogło nieco wytchnąć…”.

Była pora obiadu. Mężczyźni przywieźli zupę. Ustawiłyśmy się w kolejce. Tradycyjnie próbowałam stanąć na końcu. To była jedna z lekcji, którą odrobiłam. Wiedziałam, że zanim przyjdzie moja kolejka, kocioł będzie już tylko do połowy pełny. Wtedy nabierają z samego dna. Zupa jest najgęstsza. Przede mną stała kobieta. Góralka, silna, starsza ode mnie. Może miała ze trzydzieści lat. Dostała swoją zupę. Tego dnia było coś w rodzaju żuru. I przydziałowe kartofle. Dwa. Każda odeszła na stronę jeść. I po jedzeniu ta kobieta podeszła jeszcze raz do wydającej posiłek. Okazało się, że jeden z kartofli, który dostała, był czarny. Zepsuty. Chciała złożyć reklamację, poprosić o jakiś inny. Wtedy rzuciły się na nią Truda i Lora. Z wrzaskiem. A ona, ta zaskoczona góralka, jakby nic nie zrozumiała. Zaczęła się domagać zdrowego ziemniaka. Głośno i stanowczo. W dodatku po polsku, nie znała niemieckiego. To je rozwścieczyło. I to jest ten moment. Właśnie ten.

Moment czego?

Zwęszyły okazję.

Że będzie się działo?

Nie, że będzie śmierć. Że będzie koniec.

Już wtedy to wiedziały?

Od razu pojawił się Sowizdrzał. Uderzył kobietę. Ona upuściła miskę, ale się nie wywróciła. Uderzył jeszcze raz. Wtedy upadła. Zadowolony, stracił zainteresowanie, odszedł. Ale wtedy one zrozumiały, że wyrok zapadł, a Sowizdrzał oddał im inicjatywę.

Wreszcie mogą.

Wreszcie. To dzieje się przy świadkach. Stoimy tam wszystkie. Truda, rubaszna dziewoja, i złotowłosa Lora zaczynają spektakl. Jakby go wyczekiwały od dawna. Postanawiają popisać się swoją tężyzną. Że umieją bić. Już nie chodzi o nauczkę. Tu nie ma się czego uczyć. Teraz chodzi już o zew krwi. Mnie się wydawało, zresztą wydaje się tak do dziś, że to zabijanie na naszych oczach, dosłownie tuż obok – było jedną z największych zbrodni lagrowych. Bo co się dzieje, gdy na ofiarę spadają pierwsze ciosy? Czy ktokolwiek…

…proszę, niech pani na to teraz nie odpowiada! Zanim to pani zrobi, proszę posłuchać innego opisu, który mi przyszedł na myśl, gdy czytałem tę scenę w Zengerin. On również jest bezprecedensowy w polskiej literaturze. Rachela Auerbach, autorka dziennika z warszawskiego getta, opisała w nim coś w rodzaju pojedynku bezbronnej kobiety z chcącym ją zastrzelić niemieckim żandarmem: „Żydówka mocowała się z żandarmem. Żandarm zdjął z pleców karabin i najwidoczniej chciał kobietę zastrzelić, ale ona uchwyciła obiema rękami za lufę karabinu i krzycząc strasznym krzykiem, broniła swojego życia. Krzyczała ze strachu i rozpaczy, ale równocześnie znalazła jakieś niebywałe słowa śmiertelnego błagania o litość, o darowanie życia. Nie dając żandarmowi unieść karabinu, równocześnie gorącymi pocałunkami obsypywała szarpiące jego ręce, moczyła je łzami i … zmiękczyła je.  W pewnym momencie żandarm opuścił karabin do ziemi, odwrócił głowę, jakby nie chciał na kobietę patrzeć, i rzekł jej: Idź, Geh! Miotana bezprzytomnym wstrząsem dramatycznym kobieta nie odeszła jednak od razu; padła – najdosłowniej w świecie – padła do nóg żandarmowi i całowała go po butach, dziękowała za życie. Dopiero za chwilę jakoś się podźwignęła i chyłkiem pobiegła wzdłuż muru […]. A żandarm – otarł z czoła pot, zapalił papierosa”. Tej kobiecie się udało, zmieniła los. Cud! Pani w opowiadaniu Zengerin idzie o krok dalej…

…stało się bowiem coś równie niewyobrażalnego. Bo gdy zaczął się mord, czy ktokolwiek rzucił się na pomoc ofierze? Skąd! Stoimy i milczymy. Ja stoję i milczę. Nikt nikogo o nic nie błaga. Przeciwnie. Wreszcie mamy chwilę wytchnienia, możemy odpocząć. Ten mord trwał i trwał. Przeciągał się, słychać było reakcje katowanej, ale dla nas – przede wszystkim – przedłużała się przerwa w pracy. Bezcenne sekundy, kolejne minuty odpoczynku. Ta silna góralka opierała się dość długo. Nie tyle ona się broniła, ile Lora i Truda nie mogły, nie były w stanie jej zakatować.

I o ile u Auerbach kobieta oszukuje śmierć, o tyle góralka w Zengerin oszukuje tę śmierć dla was. Odciąga zło. Skupia na sobie.

Po to, abyśmy wreszcie mogły odsapnąć. Odpocząć jeszcze chwilę. Posłuchać skowronków.

A potem pojawia się wśród was refleksja: niech to się wreszcie skończy. „Musiało ich być dużo, może kilkaset? Wsłuchiwałyśmy się w ich dzwonienie, by nie słyszeć dochodzących z olszyny odgłosów podobnych do uderzeń cepem i jęków mordowanej. Człowiek w nas skomlał, by tam pójść, osłonić, nie pozwolić, trzeba było zająć go czymś, uspokoić. Za każdym razem, kiedy któraś z oprawczyń pojawiała się na łące, mówiłyśmy sobie »koniec«, z nadzieją, że będzie już cicho w olszynie, że ptasi harmider nad nami będzie znów tym, czym był z natury, to jest śpiewem ptaków, nie zaś akompaniamentem do morderstwa”. W opowiadaniu Zengerin zwróciła pani uwagę na coś niezwykle istotnego. Anwajzerki, bijąc na śmierć waszą koleżankę, próbują również w was samych dobić resztki człowieczeństwa.

Wydaje się, że taki był cel tego bezkarnego bicia. Zastraszyć nas, ale i zmusić do absolutnego braku reakcji. Normalnie człowiek by zareagował. Nie wiem jak, ale pewnie jakoś by próbował. Tu nie mogłyśmy drgnąć. Każda spuściła oczy i modliła się w duchu, aby kolejny cios był ostateczny. Góralka nie chciała umrzeć. I wtedy również nie umarła. Ta śmierć odbywała się na raty. Ona dogorywała jeszcze przez godzinę, może dłużej. A my musiałyśmy ją nieść do obozu. Zawiesiłyśmy ją sobie na drążkach. Uformował się jakby orszak. Wtedy Truda i Lora już doszły do siebie, nabrały znowu siły. Znowu zaczynają krążyć. Jak hieny, które zwęszyły krew. Bo ta przecież nie zakrzepła, jeszcze płynie. Mówiłyśmy im: Ist tot. Nie żyje. Ale góralka jeszcze żyła. Modliłyśmy się, aby była już „tot”. Rzęziła. Niosłyśmy ją powoli, chwiejąc się.

W opowiadaniu używa pani określenia: feretron. W tradycji katolickiej feretron to przenośny obraz religijny lub święta figura noszona przez wiernych na specjalnych drągach. W XVIII wieku narodziła się, prawdopodobnie w Kalwarii Wejherowskiej na Kaszubach, tradycja tańców feretronów. Polega na tym, że noszący wykonują specjalny układ, właśnie jakby taniec z czymś tak nieporęcznym jak ta lektyka. Różne ukłony i podrzuty mające na celu okazanie czci Bogu.

Nasz orszak z góralką na marach był tego karykaturą. Cztery słaniające się na nogach więźniarki niosą umierającą piątą.

I aby dopełnić ten obraz, po tym morderstwie zjawia się na koniu Cezar.

Kierownik gospodarstw rolnych przy obozie SS-Obersturmbannführer. Tak się nazywał: Caesar*.

Wszystko po to, aby się dopełniło. Morituri te salutant!

SPOTKANIE SZÓSTE
MGŁA
Stosy, stosy splątanych ciał. Pierwsze, co zobaczyłam po wyjściu z rewiru, to te stosy nagich kobiet. Kości obleczone skórą. Dziesiątki trupów.

To były ofiary tyfusu. Epidemia zdziesiątkowała obóz kobiecy. Z 28 tysięcy więźniarek Birkenau, które przybyły do obozu w roku 1942, przy życiu zostało jedynie 5367*. Wśród nich pani.

Wtedy już wiedziałam, że będę żyła. Miałam przecież gwarancję, że nie umrę bez sakramentu. A tutaj nie było żadnej szansy, abym go otrzymała. Wyszłam z rewiru o własnych siłach. Przed blokiem leżała góra nagich ciał. Po nich harcowały szczury. Żarłoczne. Obgryzały, nie dały się przepłoszyć. Coś niewyobrażalnie strasznego. Zaczynały od łona. Boże! Gdy na rewirze leżałam nieprzytomna, szczur ugryzł mnie w palec u nogi. Poruszyłam nogą, smyrgnął na dół. Buszowały po łóżkach, a gdy już ktoś umarł, to go obsiadały. Bywało, że więźniarki, które zmarły w nocy, miały wygryziony cały bok. Tego nie
można sobie wyobrazić, a cóż dopiero opisać.

Jak broniłyście się przed szczurami?

No właśnie: jak? Miałyśmy rozrzucać trutkę? Przecież nie było. Był za to w obozie esesman, który bawił się strzelaniem do nich.

Szmaglewska pisze, że to był Effinger.

Wydaje mi się, że Schulz. Arbeitsdienstführer Schulz. Strzelał. A nawet robił polowania z nagonką. Zapędzał więźniarki do zatykania dziur w bloku, stawał w drzwiach, a one napędzały mu szczury przed lufę. Gdy ustrzelił jakiegoś, bardzo był zadowolony. Szedł potem przez Lagerstrasse i niósł je za ogony. Wymachiwał nimi, bawił się. Trzeba było uważać, by się na niego nie natknąć. Bywało, że przywoływał więźniarkę do siebie, niewinnie zagadywał, a potem uderzał tymi szczurami w twarz. Kobiety dostawały histerii. Podobno jedna zwariowała. Szedł potem taki zachwycony sobą, podśpiewywał, gdyby miał róg, toby pewnie trąbił na zakończenie polowania. Był jak z baśni. Szczurołap.

Jak z baśni braci Grimm: Der Rattenfänger von Hameln. Szczurołap z Hameln.

Tylko z tego, co pamiętam, wezwany do Hameln szczurołap wyprowadził te bestie z miasta, grając im na flecie. A potem zemścił się na mieszkańcach. Bo nie dostał umówionej zapłaty. Zaczarował dzieci muzyką. W Birkenau Schulz zamiast instrumentu miał pistolet. I nie poradził sobie z plagą, tylko zabijał szczury dla zabawy. Śmiał się przy tym, jakby upolował lwa czy słonia. Gdy doszłam do siebie po tyfusie i durchfallu, przez pewien czas pracowałam jako pomoc na rewirze. Nosiłam trupy.

Była pani tragarzem zwłok?

Niedługo. Z tego okresu pamiętam scenę, która pokazuje obozowe paradoksy. Za rewirem był drewniany barak, rodzaj kostnicy, gdzie składowało się zwłoki przed wywózką do krematorium. Po jakimś kursie zauważyłam, że ktoś się w tym baraku schował. Okazało się, że jakaś para tam się kochała, wśród tych rąk i nóg, korpusów i głów. Kochali się, choć właściwszym określeniem byłoby: spółkowali. Gwałtownie, zachłannie, na stojąco. W takim miejscu, w takim otoczeniu! W tym było coś zwierzęcego.

Kiedy sobie pani uświadomiła, że Auschwitz to nie tylko obóz pracy i „anus mundi”? Że to przede wszystkim fabryka śmierci? Że sensem tej fabryki jest kres żydowskiej cywilizacji?

Właśnie wtedy, w roku 1943, po wyjściu ze szpitala, gdy przestałam pracować na rewirze. Wróciłam do mojego komanda, do kuchni. Pracowałam wtedy przy kotle. Przyjemna praca, mieszanie zupy. Przyszli dwaj więźniowie. Mieli oczyścić przewód kominowy. Ale co ciekawe – nie od góry, jak kominiarze, tylko od dołu. Majstrowali przy kotłach. Zamieniłam z nimi parę słów. Nawiązałam do napisu: „Arbeit macht frei”. A jeden z nich odpowiedział do rymu: …durch Krematorium drei. Czyli praca czyni wolnym przez krematorium III. Groza. Chyba jakoś wtedy.

To pewnie musiało być w czerwcu. Krematorium III w Birkenau zostało oddane do użytku 25 czerwca 1943 roku. Wydajność: tysiąc czterysta czterdzieści ciał na dobę. Bo wcześniej, 22 marca, zaczęło pracować krematorium IV, a następnie krematorium II – 31 marca i krematorium V – 4 kwietnia. Birkenau zmienia się w fabrykę.

Wiedzę zdobywało się z czasem. Dziś jest wszystko jasne. Ja do tego dochodziłam. Pamiętam to. Transportów było coraz więcej. Kominy dymiły całą dobę, dwie, nawet dłużej, bez przerwy. Dym był raz biały, innym razem czarny. Przeważnie jednak biały. A czasem z kominów buchał płomień. Zapisał to poeta w obozowej pieśni: „Płomieniem rzyga komin krematorium, odorem ciał palonych cuchnie w krąg”.

Coraz więcej dymu, jakby fabryka nabierała tempa. Zdawała sobie pani sprawę, jaka jest skala Zagłady?

Z początku nie. A potem zrozumiałam, że chodzi o masowe zabijanie dziesiątek i setek tysięcy ludzi. Magazyny puchły od zagrabionych rzeczy. I wszystko to cuchnęło. Coraz bardziej. I bardziej. Tu muszę opowiedzieć o czymś strasznym. W Brzezince i w tych okolicach panował specyficzny klimat. Albo było gorąco, albo zimno. Ale było też niezwykle wilgotno. I ta wilgoć działała na dym z krematorium jak utrwalacz. Taki dodatek, który powodował, że dym w swojej postaci utrzymywał się dłużej. Wżerał się w tę wilgoć i wisiał. Zupełnie jak mgła. Godzinami. To zjawisko najlepiej było widoczne rano, zaraz po pobudce. Pamiętam, że wstawałam jeszcze przed wszystkimi. Gdy wychodziłam z baraku, w takiej absolutnej ciszy, bo jeszcze lager spał, i szłam do latryny, atmosfera była zupełnie nieziemska. Bajkowa. Zaraz za drzwiami wchodziło się w mgłę. To była ciężka zawiesina. O prawie stałej konsystencji. Nie jestem chemikiem czy fizykiem i nie wiem, jak to wytłumaczyć. Ale gdy uszło się kilka kroków, to za plecami zostawał taki wycięty we mgle korytarz. On dopiero po chwili znikał.

Napisała pani w powieści Wakacje nad Adriatykiem: „Dym gęsty i biały palonego mięsa i kości zmieszany z mokrym śniegiem trwa przy ziemi, brodzę w nim, żywe jeszcze kości i mięso, przedzieram się przezeń, już nawet go nie czując,  do wszystkiego można się przyzwyczaić, są ludzie,  co życie całe mieszkają w pobliżu garbarń czy rzeźni, tutaj coś w tym rodzaju, to, że surowcem są ludzie, ma w końcu znaczenie naprawdę dla tych tylko, co idą pod nóż”.

Fetor. Fetor niewyobrażalny. Czasami dochodziło do jeszcze innego, dziwnego zjawiska fizycznego. Meteorologicznego. Była taka wilgoć, że dym z komina nie leciał w górę, ale opadał nad ziemię. I tak wisiał – jak mgła – między barakami. Wtedy to nie był tylko fetor. Po prostu jakby brakowało tlenu. To jest nie do opisania. I co jest koszmarne, często ten smród był nie do zidentyfikowania przez tych, którzy dopiero przyjechali. Oni pociągali nosami, rozglądali się na boki, szukali przyczyny. Może myśleli, że w tej fabryce produkuje się jakieś dziwne chemikalia. Tymczasem…

Próbowała to również opisać Zofia Kossak. Ona także zwróciła uwagę na grozę tego zjawiska. „Nad polem leżała mleczna, nieprzenikliwa mgła. Gęsto umieszczone lampy rzucały we mgle trójkątny snop światła, niby stożek, lub jasno oświetlony namiot. Niezliczone szeregi takich stożków widniały na prawo i na lewo, w przód i za torem […]. W przeciwnej stronie czerniał komin, czy też wieża. Nad szczytem jej unosił się czerwony odblask, niby łuna nad wielkim piecem hutniczym. Kobiety nie wiedziały jeszcze, że to krematorium, lecz uczyniło im się czegoś straszno. Jak gdyby zobaczyły uchylone wrota piekła. Było też coś niepokojącego w samym powietrzu, mglistym, ciężkim, dławiącym. W porównaniu z dusznotą wagonu, zdawało się ono rzeźwiące, był w nim jednak nieuchwytny jad, zaduch nieokreślony. – Czujesz? – pytały jedna drugą. – Czuję. – Co to może być? Nie wiem”.

Tak, piekło. Taką łunę w mroku może dawać latarnia morska, tu łuna oznaczała śmierć.

Piekło i szatański chichot. Znowu Z otchłani: „Gdy dym bywał czarny, władze lagrowe mówiły dowcipnie, że właśnie palą brunetki, gdy był jasny, że blondynki”.

Ta mgła wydzielała odór. Odór palonego mięsa. Jak w kuchni, gdy coś się przypali. Dziś myślę, że wdychając te ludzkie prochy, musiałyśmy się infekować.

Czym?

Chorobą. Szaleństwem. Na to nie było i chyba nie ma lekarstwa. Mam na myśli to, co działo się z nami po wojnie. Z tymi, które przeżyły. Bo od tyfusu się umierało, od durchfallu też. Fizycznie. A od tego fetoru w każdej z nas umierała jakaś część. Większa lub mniejsza. Umierał człowiek. My – tam w Birkenau – funkcjonowałyśmy tygodniami, miesiącami, latami. Wszystko funkcjonowało dookoła, wstawało słońce, my wstawałyśmy rano do pracy, budził się lager. Potem komanda szły za druty do pracy, przygrywała im orkiestra, potem wracały, szłyśmy spać. Rano to samo. Takie obozowe życie. Ale właśnie wtedy, gdy skojarzyłam te uporczywe mgły z ludźmi, że z nich one powstały, przypomniałam sobie, że Ptaszka podobnie tę rzeczywistość pojmowała. Bo to najpierw trzeba zrozumieć. Ogarnąć. Jakoś objąć…

Bohaterka powieści Wakacje nad Adriatykiem to postać autentyczna?

Zosia Jachimczak. Numer 7546. Ptaszeńka. Była starsza ode mnie. Po skończonym konserwatorium trafiła do SK w Budach. Tak jak ja. Chuda, drobna, delikatna. Zaprzyjaźniłyśmy się.

Dlaczego nazwała ją pani Ptaszka?

Widział pan kiedyś jaskółki, które obsiadły przewody wysokiego napięcia? Pazurki zawijają w taki śmieszny sposób dookoła drutu. Pamiętam, że gdy Zosia trzymała grabie, to te chude dłonie z długimi palcami wyglądały właśnie jak ptasie łapki. Z kulkami stawów obleczonymi cieniutką skórą. I to ona pierwsza zrozumiała, że Auschwitz to nie jest świat, który można ogarnąć ludzkim umysłem. Pewnego dnia wypowiedziała słowo: Królestwo. Że obóz to królestwo z baśni. Z baśni strasznej i dziwnej, nie z naszego świata.

A esesmani to rycerze z bajki.

Taka była jej wizja. Zakon Rycerzy Trupiej Czaszki. Stworzyła tę alegorię i muszę przyznać, że już wtedy – przed końcem 1942 roku – mnie to… no tak, zafascynowało. To, że w takim miejscu można mieć taką wyobraźnię, i to, że ona zanurzała się w tym wymyślonym świecie cała, uciekała do niego, kryła się w nim. Czy to było na granicy szaleństwa? Nie wiem. System był spójny, z drugiej strony u szaleńców struktury myślowe też są zazwyczaj spójne i logiczne. Ale może już gorączkowała? Fantazjowała. Popatrz, popatrz, Brunhilda idzie! – łapała mnie za rękę i pokazywała jakaś esesmankę. Albo gdy Mandl* jechała na koniu, taka wyprostowana, dumna, Ptaszka od razu rozpoznawała w niej Wielką Rycerkę. Podekscytowana opowiadała wtedy o Królestwie. To jej zawdzięczam ten pomysł. Sposób na wyrażenie Auschwitz.

Właśnie w takiej konwencji opisuje pani grozę obozu w Wakacjach nad Adriatykiem. To absolutnie prekursorskie spojrzenie na lagrową rzeczywistość. Swoją książkę, ze spójnym opisem tego systemu, opublikowała pani w 1970 roku. Czy nie bała się pani wrogiej reakcji innych byłych więźniarek? Że bajkę pani robi z obozu.

Ale tak właśnie było. Niewielu recenzentów zwróciło uwagę na to, o czym pan teraz mówi. A nawet pojawiły się głosy, że to jakieś niezrozumiałe rojenia. Tymczasem ta wizja obozu jako świata z bajki towarzyszyła mi od lat. Wydaje mi się, że Ptaszka widziała obóz w konwencji mitologicznej, bo jej ojciec był germanistą. Znał dzieje tych wszystkich Odynów i Zygfrydów. Dumnych bogów, mściwych herosów. Ptaszka mogła być tym karmiona w dzieciństwie. Dlaczego przełożyła te mity na rzeczywistość Auschwitz? Była wrażliwa, a w obozie bezbronna. Nie mogąc tej rzeczywistości pojąć, zrozumieć racjonalnie, uciekała do innego świata. Pamiętam, jak nagle się zmieniała na twarzy, gdy na przykład w deszczu dostrzegła esesmankę w pelerynie. One używały takich gumowych płaszczy, które zmieniały ich figury. Patrz! – wołała. - Gudrun! I już kojarzyła esesmankę z postacią mitologiczną. Obóz to było Królestwo. Wieże strażników to wieże zamkowe. Strażnicy na wieżach to rycerze. I psy też, psy-rycerze. Może to rozbrajało grozę, może łatwiej jej było tę lagrową rzeczywistość oswajać. Nie wiem, czy zwrócił pan uwagę, jak baśnie, które opowiadamy dzieciom, są okrutne. Mord za mordem, trup za trupem, obcięte głowy, podpalenia, porwania. Mimo to baśnie rozbrajają grozę życia. To jest ich funkcja.

Czy przez to mniej się bała?

Może podświadomie? Wkrótce umarła. Później o tym opowiem. Zapożyczyłam pomysł i zamieniłam na Imperium Trupiej Czaszki. Miałam niedawno wizytę niemieckich filmowców. To był reżyser, który wystawił Pasażerkę w teatrze w Karlsruhe. I okazało się w rozmowie, że on tak samo to widzi. Auschwitz jako baśń. Mówił, że stworzyłam w Wakacjach nad Adriatykiem wizję bez precedensu w literaturze. Niezręcznie mi to oceniać. Czy to jest prekursorskie? Nie wiem. Ale należy do Ptaszki, napiszmy to wyraźnie.

W tej baśniowej koncepcji mieszkańcy Królestwa należą do króla i rycerzy. Są ich własnością. Jak w czasach feudalnych.

I tak to w istocie było. Byłyśmy własnością SS.

Właśnie o to chcę zapytać. Słynna „piękna bestia” w mundurze SS, czyli Irma Grese, pewnego razu starła się z SS-Ober- sturmbannführerem Eduardem Wirthsem, który z kolei zarządzał w obozie głównym Auschwitz pracą lekarzy i sanitariuszy. Wirths zauważył, że Grese w brutalny sposób chłoszcze pejczem więźnia Tadeusza Pietrzykowskiego, znanego boksera. Doskoczył do niej i krzyknął: Schlagen Sie nicht meine Leute! Nie bij moich ludzi! Chodzi mi o ten przymiotnik: moich. Wirths uznał, że znany polski bokser, który ku uciesze obozowego SS brał udział w bokserskich walkach,
należy do niego*.

A mnie zastanawia, że jednak powiedział: ludzi. Bo dla wyższej kadry SS nie byłyśmy ludźmi. Po prostu. Byłyśmy organizmami, tworami, w naszej nomenklaturze: numerami, pasiakami, ale na pewno nie byłyśmy ludźmi. Byłyśmy „żywym mięsem”, w odróżnieniu od tego nieżywego, które ulatywało z komina.

Rzeczywiście, Wirths chyba się nieco zapomniał, ale wymsknęło mu się coś niezwykle istotnego. Potwierdził feudalny ustrój Królestwa.

To było czytelne od pierwszej chwili po przekroczeniu bramy obozu. Więzień nie miał osobowości. Dziś się mówi: osobowości prawnej. Nie dysponował żadną. Nie był sobą. Jego człowieczeństwo zostało zdegradowane. Już nie byłyśmy gatunkiem Homo…

W swojej prozie używa pani terminu „nieludzie”. Kiedy pojawiła się w pani myśleniu o Auschwitz taka figura, że w obozie nie ma ludzi? Są właśnie numery, pasiaki, jest nawet bydło, ale to nie są już ludzie. Swój pierwszy tekst – Znam katów z Belsen, który napisałam w 1945 roku do „Głosu Ludu” – podpisałam obozowym numerem. Potem to już była pewna konsekwencja. Aby pokazać czytelnikom świat Auschwitz, należało chyba właśnie zacząć od tego. Pokazać, że w obozie więźniowie dla funkcjonariuszy SS nie byli ludźmi.

Przywołam tu bardzo znamienne wydarzenie. Bo przecież od skuteczności tego zabiegu dehumanizacji więźniów zależało powodzenie projektu Auschwitz. Otóż Kurt Bundzus był dyplomowanym inżynierem elektrykiem. W 1943 roku przyjechał do Auschwitz jako pełnomocnik Siemens- -Schuckert-Werke AG w celu budowy zakładu produkcyjnego. W powojennym procesie funkcjonariuszy obozowych we Frankfurcie zeznał, że chciał w obozie sprawdzić kandydatów do pracy: „Pięćdziesięciu odpowiadało technicznym wymaganiom. Poprosiłem komendanturę, żeby więźniowie ci otrzymywali dodatkowe wyżywienie i dodatkowe koce oraz byli traktowani w sposób uprzywilejowany. Więźniowie ci powinni być starannie nawożeni”*.

Nawożeni. Jak gleba?

No właśnie. Pełnomocnik oskarżenia posiłkowego doktor Kaul żachnął się, że wyrażenie „nawozić” brzmi w tym kontekście dość strasznie. Proszę sobie wyobrazić, że Bundzus nie zrozumiał tej uwagi. Nie trafiła do niego. Dla niego więźniowie obozu, dwadzieścia lat po wojnie, nadal byli… czymś w rodzaju inwentarza na fermie. Nadal sądził, że Auschwitz to jakaś plantacja, coś w rodzaju hodowli. W tym akurat wypadku to była ferma taniej siły roboczej.

To jest widoczne na rysunkach Władysława Siwka albo Janiny Tollik. Tłumy nagich więźniarek i gdzieniegdzie wyprężona esesmanka. Nagie więźniarki, których kobiecość jest już ledwie dostrzegalna, są jak kurczaki na fermie. To taka nieopierzona masa. Pamiętam to. Rzeczywiście, w Budach, gdzie wszystkie byłyśmy wygolone, brudne i głodne, miałyśmy opuchnięte twarze – wyglądałyśmy jednakowo. Tłum prawie identycznych, otumanionych
ludzkich wraków. Bez osobowości.

Chrabąszcze. Alois Häfele, który kierował mordowaniem Żydów w samochodowych komorach gazowych w Chełmnie nad Nerem, podczas urlopu w Karlsruhe zwierzył się: „można do tego przywyknąć, obojętnie: kobieta czy mężczyzna, jest to właściwie tak, jakby się rozdeptywało chrabąszcza”*. Przy tych słowach szurał stopą.

Gdyby esesmani mogli, pewnie by nas wszystkich rozdeptali. Ale wie pan, co ich powstrzymywało?

Iskierka człowieczeństwa na dnie duszy?

Nie, nie to mi przychodzi na myśl. Coś innego. Moim zdaniem – regulamin. Gdyby nie on, zagoniliby nas do krematorium i skończyli tę męczarnię. Przecież oni też musieli się w Auschwitz męczyć.

To uczucie przebija z kart pamiętników komendanta Hössa. On w wielu miejscach pisze, że jego służba w obozie to ciężki kawałek chleba. I że jest zmęczony. Walczy bowiem od rana do wieczora z samymi przeciwnościami, walczy z własną nieudolną administracją. Że mozolnie pokonuje trudności, ale satysfakcji z tego żadnej nie ma.

Myślę, że dla wielu esesmanów praca w Auschwitz była udręką. No, ale służba nie drużba.

Jeszcze na chwilę wrócę do osoby Irmy Grese. Podczas procesu, mimo że postawiona w stan oskarżenia, nadal nie mówiła o więźniarkach jako istotach ludzkich: „Na początku, gdy jeszcze było ich mało i miały dość jedzenia, były zupełnie w porządku. Później, gdy miałam ich 20 do 30 tysięcy, zachowywały się jak zwierzęta. Za każdym rogiem czaiło się dwudziestu do trzydziestu więźniów, tylko czekających na możliwość zaatakowania roznoszących prowiant. Jeśli chodzi o warunki sanitarne, to z początku było zupełnie w porządku, lecz później, gdy obóz stał się przepełniony, było tak, jakby więźniowie myśleli, że każde miejsce jest dobre na latrynę”. Narzeka jak właściciel trawnika, któremu pies sąsiadki narobił na trawnik.

I co ciekawe, Irma Grese przerzuca tu winę na nas. To my nie potrafiłyśmy się zachować, to my załatwiałyśmy się gdzie popadnie, to my – jak zwierzęta – atakowałyśmy roznoszące prowiant. To też jest temat na książkę: wypranie mózgu sprawcy. Proces, w którym zdyscyplinowany funkcjonariusz staje się wyzutym z emocji trybikiem w maszynie. Mnie, przyznam, interesował ten odwrotny proces. Gdy esesman odnajdywał w sobie na powrót człowieka. Tak się stało z Anneliese Franz. Tak sądzę.

To główna bohaterka Pasażerki. Jeszcze do niej wrócimy. Ale teraz chciałbym zapytać o coś innego. Czy brała pani udział w „wielkim odwszeniu” latem 1943 roku. Wszystkie kobiety w obozie stały nago dwadzieścia cztery godziny przed barakami, bez prawa wejścia do bloków.

Pierwsza akcja odwszenia odbyła się na początku grudnia 1942 roku. Wtedy uchronił mnie od niej lekarz, jeden z komanda lekarzy pracujących w szpitalu w obozie kobiecym. Byłam w tym czasie chora. Doktor Mąkowski zdecydował, że mam zostać na bloku. Uratował mnie, bo byłam zbyt słaba, by to przeżyć. A w drugiej akcji odwszenia, w czerwcu 1943 roku, nie wzięłam udziału, ponieważ odbyła się tylko w obozie B1a. Nasz obóz B1b ominęła.

W opracowaniach wielkie akcje odwszenia bloków funkcjonują jako kolejne przykłady gwałtu na cielesności więźniarek. To wielogodzinne stanie nago w wielotysięcznym tłumie, to przeganianie więźniarek z jednego kąta obozu w drugi, ku uciesze esesmanów…

Wie pan, tych gwałtów było tak wiele, że ta konkretnie akcja w mojej świadomości nie jest jakoś szczególnie dotkliwa. Ale łatwo mi mówić, mnie to nie spotkało.

Przepraszam, że tak zadam to pytanie. Ale podejrzewam, że obóz kobiecy mógł być traktowany przez esesmanów również jako ferma o charakterze seksualnym. Mimo teorii czystości rasy niemieccy funkcjonariusze musieli was traktować też w ka- tegoriach erotycznych. Proszę posłuchać. Do Auschwitz w maju 1943 roku przybyła specjalna komisja śledcza, której zadaniem było wytropienie nadużyć popełnionych przez esesmanów. Georg Konrad Morgen, SS-Sturmbannführer, śledczy w Głównym Urzędzie Sądownictwa SS w Monachium, po wojnie przed sądem we Frankfurcie zeznał, że w Birkenau „doznał prawdziwego szoku”. W wartowni zastał esesmanów rozwalonych na kanapach, których obsługiwało pięć, sześć Żydówek o orientalnej urodzie, wszyscy mówili sobie po imieniu. „Podczas przeprowadzonej kontroli szafek na ubrania okazało się, iż w niektórych przechowywane były całe majątki w złocie, perłach, pierścionkach i dewizach w najróżniejszych walutach. W jednej lub dwóch szafkach znajdowały się narządy płciowe świeżo zaszlachtowanych byków, które miały służyć do podniesienia potencji seksualnej właścicieli. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem”*. Zapytam wprost, czy czuła się pani obiektem seksualnego pożądania?

Nie. Proszę pana, przecież istniał w kodeksie paragraf Rassenschande, hańba rasy. To nas chroniło.

Aczkolwiek nawet komendant Höss podejrzewany był o zabronione kontakty z więźniarką Eleonorą Hodys.

Podobno. Niewiele o tym wiem.

Czytałem, że to była jego kochanka. Niewolnica. Przeżyła wojnę. Mieszkała potem w RFN-ie. Z kolei Gerhard Palitzsch został oskarżony o intymne kontakty z łotewską Żydówką Werą Lucą.

Cóż, warunki do wykorzystywania nas esesmani mieli. Ale ja nie słyszałam nic o takich przypadkach.

Czy w takim razie to, że esesmani nie widzieli w was ludzi, powodowało, że zanikło u was, więźniarek, poczucie wstydu?

Wstyd? Najpierw jest wstyd z powodu wyglądu. I tak zwanego zmuzułmanienia. Nie zawsze udawało się wykruszyć zaschnięty kał z pasiaka. Dopiero gdy zaczęłam pracować w kuchni, przyczyna wstydu nieco się zmieniła. Wtedy przysługiwała mi już sauna, ciepła kąpiel, raz w tygodniu. Pamiętam, że któregoś razu w saunie pojawił się esesman. Ci rzeczywiście często przychodzili sobie popatrzeć. Ale nie chodzili oglądać tych wycieńczonych kobiet, tych szkieletów w pasiakach, tylko te lepiej wyglądające, z komand o lepszym statusie, dostające lepsze jedzenie. Takie kobiety były dla nich mniej odrażające. I pamiętam, przyszedł. Stanął w drzwiach sauny. Wezwał mnie: Komm hier! Tak mnie wyrwał, dosłownie spod prysznica. To był Hössler*. Musiałam do niego podejść całkowicie naga. Ile masz lat? – zapytał. Dwadzieścia. Pomyślał, pomyślał, taksował mnie wzrokiem. Skąd jesteś? Z Krakowa. Uśmiechnął się. I wtedy usłyszałam komplement. Sagt mal! Powiedz no. Czy tam wszystkie są takie ładne jak ty, czy jesteś jedyna?  Jak było mi strasznie wstyd! Raz,  że moja grupa z kuchni patrzyła na to, dwa, że stałam przecież na baczność, regulaminowo.

Krystyna Żywulska wspomina wręcz, że pijani esesmani przychodzili do jej bloku i wprost proponowali więźniarkom seks. Co ciekawe, udało im się zdusić w sobie obrzydzenie z powodów rasowych: „Wy jesteście przecież Aryjki […]. Płynie w nas ta sama krew, krew ludzi szlachetnych, umiejących kochać, nicht wahr? Co innego te verfluchte Jüdinnen, tam po drugiej stronie”.

Owszem, to się powtarzało. Przychodzili do naszej łaźni też inni esesmani, niżej stojący w hierarchii, niby kontrolując. Chodziło o to, by popatrzeć sobie chwilę. Na szczęście – tylko.

Kossak pisze o ataku szaleństwa anonimowej, odartej z godności kobiety. Naga rzuciła się na esesmanów, jednemu odgryzła nos, potem siadła na belce pod dachem i urągała Niemcom. Została zastrzelona.

Nie słyszałam o tym wypadku. Nie wiem, w jakim to było bloku. Ale co ciekawe, w obozie niewiele było przypadków utraty zmysłów. Raczej totalna adaptacja lub śmierć.

Chciałbym na koniec tego rozdziału jeszcze raz wrócić do książki Laksa. W Grach oświęcimskich przytacza rozmowę z SS-Unterscharführerem Joachimem Wolfem, który pełnił od 1943 roku w obozie B2d w Birkenau funkcję Blockführera i Rapportführera. Zdaniem Laksa ten łagodny esesman często zachodził do Musikstuby, by posłuchać muzyki i oderwać się od obozowej rzeczywistości. Co ciekawe, rozmawiał z więźniami- muzykami jak z ludźmi. Pewnego razu, a było to jeszcze przed lądowaniem aliantów w Normandii, ktoś zadał Wolfowi pytanie, czy Niemcy wygrają tę wojnę. Odpowiedział, że nie. Wtedy padła sugestia, że w takim razie świat będzie się musiał dowiedzieć, co Niemcy wyprawiali w takich miejscach jak Auschwitz. Wówczas  Wolf pozwolił sobie na chwilę szczerości. Powiedział, że nikt nie będzie zmuszał pokonanych do rachunku sumienia, bo przecież nikt po wojnie nie dowie się, co się działo w obozach. Zacytuję: „Zasadniczo, to jest według instrukcji samego Führera, ani jeden Häftling nie powinien wyjść żywy z żadnego obozu koncentracyjnego. Inaczej mówiąc, nie będzie nikogo, kto by mógł opowiedzieć światu, co się tu działo w ciągu tych kilku lat. Ale nawet gdyby się tacy świadkowie znaleźli – i właśnie na tym polega genialny plan naszego Führera – NIKT IM NIE UWIERZY. To on rozpoczął i przeprowadził w praktyce coś niezwykle prostego, ale co przerasta możliwości rozumowe niemieckiego cywilizowanego człowieka. Rozumiem, wam wszystkim wydaje się to potworne, niepojęte, barbarzyńskie – ale to dlatego, że należycie do innej rasy. Nawet jeżeli wojnę przegramy – co nie jest jeszcze pewne – nikt nam nie przedłoży rachunku. Co najwyżej kilka czołowych osobistości będzie się musiało usprawiedliwić. Wasz »sąd« – jeśli w ogóle do tego dojdzie – odbywać się będzie w ramach trybunału, który oprze się na przestarzałych formułkach prawnych, niemających zastosowania do naszych »zbrodni«. Wasi sędziowie będą zmuszeni do stwierdzenia własnej niekompetencji, ponieważ żaden »ludzki« sąd nie może karać samowoli samowolą. Niemcy wyjdą z tego obronną ręką i żyć będą wiecznie”.

Mam to skomentować?

Mogłaby pani?

Tak naprawdę to wiele lat czekałam na wezwanie do sądu. W jednej konkretnej sprawie.
W sprawie jednej konkretnej esesmanki.

Opublikowano dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak

Boskie. Włoszki, które uwiodły świat 1 Boskie. Włoszki, które uwiodły świat Andrzej Brzozowski
37,91 39,90
Rabat 5% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Plutopia 1 Plutopia Kate Brown
46,45 54,90
Rabat 15% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
W rajskiej dolinie wśród zielska 1 W rajskiej dolinie wśród zielska Jacek Hugo-Bader
37,99 44,90
Rabat 15% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości 1 Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości Swietłana Aleksijewicz
35,96 42,50
Rabat 15% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Tatuaż z tryzubem 1 Tatuaż z tryzubem Ziemowit Szczerek
29,53 34,90
Rabat 15% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Creme de la Kreml 1 Creme de la Kreml Wacław Radziwinowicz
33,83 39,99
Rabat 15% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Krym. Miłość i nienawiść 1 Krym. Miłość i nienawiść Maciej Jastrzębski
32,99 39,00
Rabat 15% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Wojny Putina. Czeczenia, Gruzja, Ukraina 2014 Wyprzedaż 1 Wojny Putina. Czeczenia, Gruzja, Ukraina 2014 Marcel H. Van Herpen
30,80 44,00
Rabat 30% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Jak podsłuchałem system. Ośmiorniczki czyli elita na widelcu 1 Jak podsłuchałem system. Ośmiorniczki czyli elita na widelcu Konrad Lassota
31,22 36,90
Rabat 15% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Zabójcy w imię Republiki 1 Zabójcy w imię Republiki Vincent Nouzille
35,91 39,90
Rabat 10% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Pajęczyna strachu 1 Pajęczyna strachu Ewa Ornacka Karolina Szymczyk-Majchrzak
32,31 35,90
Rabat 10% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Alpejscy wojownicy 1 Alpejscy wojownicy Bernadette McDonald
38,06 44,99
Rabat 15% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Człowiek to człowiek, a śmierć to śmierć 1 Człowiek to człowiek, a śmierć to śmierć Maria Stepan
33,76 39,90
Rabat 15% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Drapieżca. Wspomnienia pilota zdalnego zabójcy 1 Drapieżca. Wspomnienia pilota zdalnego zabójcy
33,83 39,99
Rabat 15% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Karbala 1 Karbala Piotr Głuchowski Marcin Górka
33,83 39,99
Rabat 15% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Jeszcze jeden oddech 1 Jeszcze jeden oddech Paul Kalanithi
26,18 34,90
Rabat 25% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
13 pięter 1 13 pięter Filip Springer
33,68 44,90
Rabat 25% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście 1 Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście Dariusz Kortko
38,06 44,99
Rabat 15% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Dziewięć twarzy Nowego Orleanu 1 Dziewięć twarzy Nowego Orleanu Dan Baum
37,43 49,90
Rabat 25% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy 1 Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy Paweł Reszka
37,91 39,90
Rabat 5% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Polacos. Chajka płynie do Kostaryki 1 Polacos. Chajka płynie do Kostaryki Anna Pamuła
33,76 39,90
Rabat 15% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Polska odwraca oczy 1 Polska odwraca oczy Justyna Kopińska
29,61 32,90
Rabat 10% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Białystok. Biała siła, czarna pamięć 1 Białystok. Biała siła, czarna pamięć Marcin Kącki
29,93 39,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Łzy księżniczki. Moje życie w najbogatszym i najbardziej opresyjnym królestwie świata 1 Łzy księżniczki. Moje życie w najbogatszym i najbardziej opr... Jean Sasson
35,91 39,90
Rabat 10% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Egipt: Haram Halal 1 Egipt: Haram Halal Piotr Ibrahim Kalwas
31,50 42,00
Rabat 25% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Na granicy zmysłów 1 Na granicy zmysłów Przemysław Kossakowski
29,93 39,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
W Paryżu dzieci nie grymaszą 1 W Paryżu dzieci nie grymaszą Pamela Druckerman
26,18 34,90
Rabat 25% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Życie po śmierci naprawdę istnieje. Historie o ludziach, którzy zajrzeli za zasłonę śmierci 1 Życie po śmierci naprawdę istnieje. Historie o ludziach, któ... Theresa Cheung
26,18 34,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!