Koszyk 0

Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami powieść pokazuje świat, jakiego nie znamy

Kilkunastoletnia Soraya mieszka w Syrii. Gdy wybucha wojna domowa, ginie jej brat, rodzinny dom zamienia się w gruzy, a dziewczyna wraz z matką i rannym ojcem musi uciekać. Trafia do obozu dla uchodźców w Turcji – pobyt jednak zamienia się w piekło. Aby ratować córkę, ojciec decyduje się wydać ją za mąż. Dopiero w drodze do przyszłego męża Soraya dowiaduje się, że będzie drugą żoną ponaddwukrotnie starszego od siebie mężczyzny. Pierwsza żona i jej trzy córki nie ukrywają swojej nienawiści. Soraya czuje się jak w pułapce. Jednak czas płynie, a świeżo poślubiony małżonek nie ustaje w zabiegach o jej względy. Dziewczyna zaczyna dostrzegać, że jest kochana, uczy się, jak sama może kochać, jej ciało budzi się do miłości… I wtedy po raz kolejny, z dnia na dzień, sama w obcym kraju, bez dokumentów, bez pieniędzy, Soraya musi podjąć decyzję, która zaważy na całym jej życiu…

Oparta na faktach powieść pokazuje świat, jakiego nie znamy – a raczej znamy tylko z migawek telewizyjnych. Napisana barwnym językiem, pełna emocjonujących opisów, przenosi nas w miejsca, o których istnieniu słyszymy, ale nie wiemy nic o tym, jak wygląda od środka życie tych, którzy w dramatycznych okolicznościach ruszyli drogą bez powrotu.

Fragment książki

Śmiercionośna wiosna

– Soraya... Soraya... Soraya...
Kobiecy głos powtarzający jej imię był jak lina ratunkowa
opuszczona w głąb wyschniętej studni, w której
Soraya czekała na śmierć.

Chwyciła tę linę i zdobyła się na ostatni wysiłek, by
się wydostać. Przypominała sobie ogłuszającą eksplozję,
bezdenną otchłań, jaka otworzyła się w jej piersi, opadanie
w smolistą pustkę. Później niczego nie widziała, nie
słyszała ani nie czuła. Poddała się i po ogromnym wysiłku
zapadła w sen, pogrążyła w morzu nieświadomości.

Zaczęły nadchodzić fale... Walczyła, by się ocknąć,
niczym ptak wyrywający się z grzęzawiska, bijący pokrytymi
błotem skrzydłami, byle tylko się uwolnić... Pragnienie
życia zwyciężyło. Soraya zatrzepotała powiekami,
zbliżyła się do krawędzi studni. Wreszcie pierwszy promień
słońca musnął jej ciało i nastąpiło przebudzenie.

Otworzyła oczy i zobaczyła wilgotną kurtynę mgły.
Kiedy mgła zniknęła, Soraya dostrzegła muchę skręcającą
się w agonii na poplamionym białym sufi cie. Słyszała
pełne cierpienia brzęczenie owada coraz bliższego śmierci,
a sama wracała do życia. Zobaczyła też kobietę, która
powtarzała jej imię: mniej więcej czterdziestoletnią pielęgniarkę
w czarnym czadorze i okularach ze szkłami grubości
denka butelki. Soraya uśmiechnęła się z wdzięcznością.
Wokół krzątały się niewyraźne postacie, zewsząd
dochodziły jęki rannych, w powietrzu unosił się fetor

– zrozumiała, że naprawdę wróciła do świata żywych.
– Przeszłaś straszne rzeczy – usłyszała głos pielęgniarki.
Chciała odpowiedzieć, ale jakiś kamień przygniatał jej
piersi. Obawiała się wypuścić powietrze, aby wraz z nim
nie uszła z niej dusza. Pielęgniarka patrzyła na nią, oczekując
reakcji.

– Gdzie... Gdzie ja jestem?
– W Himsie, w przychodni. Teraz jest tu szpital.
– Co z moją rodziną?
– Zajęliśmy się nią. W wasz dom uderzył pocisk, jesteś
ranna. Nie martw się, wszystko będzie dobrze, spróbuj
odpocząć.
Po tych słowach pielęgniarka, podobna do gigantycznej
mrówki, odeszła i Soraya została sama. Leżała zdezorientowana
na twardym materacu. W głowie kłębiły jej
się pytania: „Jak długo tu przebywam? W jakim jestem
stanie? Co się stało z moją rodziną? Kiedy mnie wypuszczą?
Co to za ludzie?”.

Umieszczono ją w najdalszym zakątku dawnego Miejskiego
Ośrodka Zdrowia w Himsie. Po wybuchu wojny
przychodnię przekształcono w szpital i codziennie opatrywano
w nim dziesiątki osób. Przekręciła głowę w lewo.
Na łóżku obok leżał młody mężczyzna okryty poplamionym
krwią prześcieradłem. Miał poszarpaną ciemną
brodę i chyba odniósł rany w walkach. Soraya pomyślała

o swoim bracie. Mężczyzna był nieprzytomny, nie ruszał
się. Odwróciła oczy, by uniknąć kontaktu wzrokowego,
gdyby się ocknął. Wyprostowała się, a plecy zabolały jak
chory ząb. Znajdowała się w długiej, wąskiej sali. Rzędami
ustawiono tu około dwudziestu łóżek z rannymi
– mężczyznami i kobietami. Blade, żółtawe światło zimowego
słońca wpadało przez okna, połyskiwało, przebija-
jąc się przez torebki do kroplówek wiszące na stojakach
przy niemal każdym chorym.
Pacjenci krążyli między pokrytymi rdzą, niemiłosiernie
skrzypiącymi łóżkami. Znoszone kapcie i zabłocone
buty leżały w nieładzie na podłodze. Obok kilkorga
rannych siedzieli zasmuceni krewni, inni pacjenci leżeli
pozostawieni sami sobie. Im dłużej Soraya wpatrywała
się w ich twarze, tym bardziej znajomo wyglądali. Rozpoznała
w nich ofiary tego samego okrutnego losu.

Po drugiej stronie sali niepozorna staruszka z pomarszczoną
twarzą i wymykającymi się spod hidżabu
siwymi kosmykami wbiła wzrok w podłogę. Szukała czegoś,
czym mogłaby zająć myśli, zanim jej cicha agonia
dobiegnie końca. Siedząca przy niej dziewczyna, pewnie
córka, w skupieniu czytała Koran.

Przy drzwiach leżał na brzuchu mężczyzna z amputowaną
ręką. Co pewien czas wydawał jęk, głowę odwrócił
od obandażowanego kikuta. Może nie chciał dopuścić do
świadomości faktu, że już nie ma ręki, i unikał konfrontacji
z nową rzeczywistością? Może jęczał nie z bólu, lecz
dlatego, że nie mógł się pogodzić z okaleczeniem? Soraya
zastanawiała się, co robił, zanim tu trafił. Czy wojna zabrała
mu nie tylko rękę, lecz także marzenia, które snuł
wcześniej?

Naprzeciwko mężczyzny kuliło się dziecko, chyba
siedmioletnie. Płakało od chwili, kiedy Soraya odzyskała
przytomność. Skupieni na własnym cierpieniu dorośli
nie zwracali uwagi na to zawodzenie albo po prostu go nie
słyszeli. Soraya nie widziała rodziców dziecka, więc podejrzewała
najgorsze. Pocisk sprawił, że dziecko leżało
opuszczone i zalane łzami.

Wszystkie głowy zwróciły się w stronę pielęgniarza
w zielonym stroju, który nadchodził ze strzykawką
w ręce. Miał znużony wyraz twarzy, wyglądał trochę jak
duch. Chorzy nie spuszczali go z oka, bo nie wiedzieli, do
kogo podejdzie. Pielęgniarz skierował się ku mężczyźnie
bez ręki. Rozległy się krzyki:

– Panie pielęgniarzu, niech pan podejdzie!
– Błagam, tak strasznie mnie boli!
– Umieram!
Z chłodnym profesjonalizmem pielęgniarz wbił igłę
w pośladek mężczyzny, potem, głuchy na błagania, przeszedł
między rzędami łóżek i opuścił salę. Nadzieja zgasła.
Głowy okolone brudnymi, matowymi włosami opadły na
poduszki. Soraya nie czuła, by coś ją łączyło z resztą chorych.
„Wyglądają, jakby tkwili tu od wieków” – pomyślała.
Nie chciała się zastanawiać, ile czasu spędzi w tym miejscu.

Środki przeciwbólowe przestały działać jakieś pół godziny
później, bo poczuła pieczenie w dolnych partiach
ciała. Zabrakło jej jednak odwagi, by od razu unieść prześcieradło
i zobaczyć. A jeśli jest cała we krwi, jak ten mężczyzna
obok? Albo gorzej – straciła nogę? Nie pamięta
przecież, co się działo po wybuchu. Od kiedy otworzyła
oczy, tylko przygląda się otoczeniu. W jakim stanie jest
jej ciało? Był jeden sposób, żeby się dowiedzieć...

Najpierw obejrzała spoczywające na prześcieradle
dłonie i ramiona. Były nienaruszone. Mogła też wygiąć
plecy i unieść ręce. Ale co się kryje pod prześcieradłem?
Ostrożnie poruszyła dużym palcem jednej stopy. Przed
oczami przemknęło jej wspomnienie: tuż przed wybuchem
malowała paznokcie białym lakierem. Poruszyła
wszystkimi palcami naraz. Miała czucie w każdym z nich.
Teraz nogi. Uniosła prawą, wydała jej się ciężka. Uniosła
lewą, chyba jeszcze cięższą. Podciągnęła obie, szczęśliwa,
że to też może zrobić. Teraz brzuch. Kilka razy głęboko zaczerpnęła
powietrza. Na razie miała wrażenie, że wszystkie
kończyny i organy są nienaruszone. Mimo to ciągle
obawiała się zajrzeć pod prześcieradło. Czytała kiedyś, że
nawet po utracie ręki albo nogi człowiekowi się zdaje,
że może nimi poruszać, jakby były na swoim miejscu. „Do
diabła! – mruknęła. – Nie mam czasu na takie myślenie”.

Ujęła w brudne palce skraj prześcieradła. Najpierw
uniosła je tylko odrobinę, potem nieco wyżej i jeszcze
trochę... Poniżej bandaży spowijających klatkę piersiową
zobaczyła nagi biały brzuch. I krew zaschniętą w pępku.
Dalej ciągnęły się skaleczenia i siniaki sięgające obrażeń,
które wydawały się poważniejsze. Uniosła prześcieradło
ciut wyżej: zobaczyła skórę poczerniałą i miejscami pozdzieraną,
poparzoną, pokrytą błotem. Mimo wszystko
poczuła ulgę, widząc, że nogi ma całe.

Oględziny przerwało jej pojawienie się wysokiego lekarza
około pięćdziesiątki. Koszmarna symfonia żałosnych głosów
rozbrzmiała na nowo, tym razem donoś niej.
Każdy pragnął przyciągnąć jego uwagę. Lekarz stanął na
środku sali, wyglądał jak policjant kierujący ruchem.
Uniósł dłoń, by uciszyć zawodzenie.

– Zbadam wszystkich po kolei – oświadczył zdecydowanie
– więc się uspokójcie!
Nie tracąc czasu, zajął się pacjentem leżącym naprzeciwko
Sorayi.
Chłód przepełniający jej ciało ustępował. Nie była już
tak oszołomiona jak po przebudzeniu. Wreszcie będzie
mogła z kimś porozmawiać, dowie się więcej. Pieczenie
w nogach mijało. Przymknęła oczy i spokojnie czekała na
swoją kolej. Nie zdawała sobie sprawy, że powieki ciążą
jej coraz bardziej. Nie czuła, że rozluźniają się mięśnie
twarzy. Nie czuła także delikatnego mrowienia u nasady
włosów. Zapadła w sen.

Dopiero po kilku godzinach obudziły ją jęki i chrapanie
innych pacjentów. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz.

„Jestem głupia! Zasnęłam jak jakaś idiotka!”.

Był środek nocy. Soraya prychała z wściekłości.
Ominęło ją badanie. Straciła jedyną okazję porozmawiania
z kimś, kto mógł cokolwiek jej wyjaśnić. Znów
tkwiła we mgle niepewności. Chciała tylko jednego:
odtworzyć to, co się działo, gdy w dom trafi ł pocisk,
co czuła wtedy i zaraz potem. Wzięła głęboki wdech
i zmusiła pamięć do wysiłku, jakby szukała drogi w labiryncie
zasnutym pajęczynami. Słyszała strzały oddawane przez
obrońców uśpionego miasta. Wspomnienia
powróciły.

To była zwyczajna niedziela. Każdy zajmował się swoimi
sprawami. Ona siedziała w kącie salonu przy maszynie
do szycia. Dwa lata wcześniej dostała ją od ojca,
Heysema, na zakończenie szkoły. Przeczytała wtedy instrukcję
słowo po słowie i stopniowo przećwiczyła opisane
tam czynności. Jej matka, Haya, co chwila pojawiała
się w salonie ze ściereczką do kurzu, po czym znikała
w kolejnym pokoju. Wszyscy wiedzieli, że sprząta dla
zabicia czasu. Nie przejmowała się tym, że jest niedziela,
a mąż ciągle ją o coś pyta, szykując się do drzemki.
Robiła porządki tak, żeby wszyscy to widzieli i żeby czuli
się winni. Bo i po cóż innego, skoro dwa dni wcześniej
odkurzyła cały dom?

Soraya poszła do pokoju rodziców po igłę i nici do
maszyny. Mimo zimowego chłodu okno było tam szeroko
otwarte. Wszystkie serwety z toaletki i komody zostały
zdjęte, podobnie jak stojące na nich przedmioty. Na wielkim
łóżku ujrzała wciąż zgrabną sylwetkę matki. Haya
uniosła głowę, by sprawdzić, kto przyszedł. Soraya poczuła
się jak uderzona obuchem w głowę, kiedy dostrzegła
pustkę w jej oczach. Pierwszy raz w życiu zobaczyła nie
matkę, lecz nieszczęśliwą kobietę. Przyglądała się jej
zaskoczona. Kiedy była dzieckiem, matka piekła jej bułeczki
z serem, bawiła się z nią lalkami o jasnych lokach,
stroiła ją w zabawne sukieneczki, całowała i wąchała jej
włosy. Codzienność sprawiła, że szczęście znikło, a została
szmatka, którą ścierała kurze. Matka zobojętniała
na wszystko i teraz nawet nie spytała, po co Soraya przyszła.
Opuściła głowę na poduszkę i zakryła oczy szczupłą,
zmęczoną dłonią.

Soraya wyjęła igłę i nici z szufl ady czerwono-białej
toaletki i pospiesznie wróciła do maszyny. Z trudem poruszała
rękami, które zrobiły się dziwnie ciężkie. Kiedy
zobaczyła matkę w takim stanie, uszła z niej cała energia.
Zmarszczyła brwi i rozmyślała. Co tu było do rozumienia?
Machina społeczna niewoląca ludzi – zwłaszcza kobiety –
uczyniła z matki bezwolny trybik. Czego matka pragnęła,
kiedy była młoda? Jakie marzenia jej odebrano? Kto je
zniszczył? I w jaki sposób? Dlaczego ona, Soraya, nie zrozumiała
wcześniej, że matkę przygnębia właśnie to i że
dzień tygodnia nie ma z tym stanem nic wspólnego? Krążyła
tam i z powrotem. Myślała o niej i o sobie. W ich kraju
kobieta musi być tylko dobrą żoną i matką, żyć w czterech
ścianach domu. Co z tego, że marzy, by zostać krawcową?

Ogarnęło ją zniechęcenie. Powlokła się do swojego
pokoju. Ciało jej ciążyło – jak zrzucić to jarzmo?! Biały
gołąb trzepotał skrzydłami o szybę, chcąc dostać się do
środka przez nowe okno w jej świadomości i umościć się
tam. Osunęła się na łóżko przytłoczona brzemieniem,
które miała dźwigać do końca życia. Teraz rozumiała, że
bezustanne szukanie zajęcia, ciągłe robienie porządków,
odgłosy wody płynącej w łazience, światło zapalanych
w dzień lamp, przygotowywanie posiłków na co dzień
i od święta dowodzą czegoś innego – przede wszystkim
tego, jak nieszczęśliwe są uwięzione w domach kobiety.
Gapiła się na nieliczne drobinki kurzu na parapecie. Najwyższa
pora pogodzić się ze smutną prawdą: nigdy nie
zostanie krawcową.

Śniade dzieciaki machają rękami i ostro przeklinają,
uganiając się za piłką na pylistym boisku pod oknem.

Soraya ma dwadzieścia lat, skończyła szkołę średnią
dla dziewcząt. Wbrew rzeczywistości snuła marzenia.
A rzeczywistość skurczyła się tak bardzo, że można było
ją opisać w zaledwie kilku zdaniach. Od trzech lat spotyka
się z Emirem. Pobiorą się, kiedy on zacznie pracować
w sklepie z tkaninami należącym do jego ojca i zaoszczędzi
nieco pieniędzy. Po kilku latach na świat przyjdą
dzieci. Jeśli Soraya znajdzie trochę czasu dla siebie,
wieczorami, po oporządzeniu domu, dzieci i męża, będzie
mogła usiąść przy maszynie i oddać się swojemu
„hobby”. Marzenia ulatywały niczym ptak zrywający się
z najdelikatniejszej gałązki kruchego drzewka, jakie nosiła
w sobie. Przygnębienie przyszło zaledwie kilka godzin
przed znacznie większym nieszczęściem.

– Goooool!!! – Zaskoczyły ją wrzaski dobiegające
z boiska.
Ojciec wrócił z myjni. Dbał o ich szmaragdowozielony,
wciąż jeszcze niespłacony samochód. Teraz rozpoczął
coniedzielny rytuał ablucji pod prysznicem. Jego
zwyczaje przez lata nie zmieniły się ani trochę. Wstawał
około dziewiątej, wkładał dres i szedł do pobliskiej kafejki,
gdzie przy śniadaniu złożonym z jajek i kiełbasek
przeglądał gazety. Po posiłku zamawiał kawę i czytał do
południa. Potem albo jechał umyć samochód i przy okazji
podyskutować z obsługą myjni o polityce, albo ruszał
do centrum handlowego po zakupy dla domu. Resztę
dnia spędzał w salonie przed telewizorem. Na przemian
zapadał w sen i się budził, jego pochrapywania brzmiały
jak odgłos pracującej piły.

Dzisiaj wyjątkowo długo stał pod prysznicem przed
popołudniową drzemką. Lekko fałszując, pogwizdywał,
co miało dowodzić – zwłaszcza jemu samemu – jak bardzo
jest zadowolony.

W tym momencie krzyki dzieci przyciągnęły Sorayę
do okna, w tym momencie Haya usnęła, wciąż z dłonią
na oczach, w tym momencie Heysem skropił włosy
szamponem pachnącym grejpfrutem i w tym momencie
ogłuszająca eksplozja wypełniła wszystko czernią... Świat
zniknął.

Soraya wzdrygnęła się, przypomniawszy sobie chwilę
wybuchu. Wróciła do rzeczywistości. Jest w szpitalu,
wśród dziesiątek innych rannych. Czy tamto wydarzyło
się naprawdę? Odwróciła głowę w lewo i napotkała spojrzenie
młodego mężczyzny z sąsiedniego łóżka. Miał
spokojny, miękki głos.

– Cześć.
– Cześć – odpowiedziała.
– Wszystko w porządku?
– Nie wiem.
– Za to ja wiem. Jestem tu od tygodnia. Ciebie przywieźli
wczoraj.
– Wczoraj? Nic nie pamiętam.
– Tak bywa, kiedy człowiek jest nieprzytomny. Powinnaś
być wdzięczna.
20

– Za co?
– Że odnaleźli cię pod gruzami i przywieźli tutaj.
Mężczyzna był w gorszym stanie niż ona. Właściwie
za co ma być wdzięczna? Nawet nie wie, co jej jest. Dobrze
jednak było z kimś porozmawiać.

– Chyba też sporo przeszedłeś. Co ci się stało?
– Walczyłem, zostałem ranny, ale wydobrzeję. Z innymi
jest gorzej. Nie mam co narzekać. Wielu moich
towarzyszy zginęło.
Soraya nie odpowiedziała. Nie miała pojęcia, czy ma
przyznać mu rację. Milczeli.

– Kiedy patrzę na ciebie, zaczynam się martwić o brata
– odezwała się po chwili. – Też walczył. Nazywa się Mohammad,
Mohammad Nomari. Może go znasz?
Ze szczeliny między przednimi zębami młodego mężczyzny
wydobyło się przeciągłe chrapnięcie, stłumione
innymi odgłosami wypełniającymi salę. Soraya westchnęła
rozczarowana.

Śniadanie składające się z sera, oliwek i chleba pospiesznie
rozdawała pacjentom ta sama pielęgniarka,
która poprzedniego dnia obudziła Sorayę. Dziewczyna
od rana była pełna energii, niecierpliwie czekała na swoją
kolej, wręcz promieniowała chęcią życia. Nagle z korytarza
dobiegł przejmujący krzyk, jeżący włosy na głowie.
Jakiś mężczyzna właśnie dowiedział się o śmierci kogoś
bliskiego. Wszyscy zamilkli. Gdy pielęgniarka postawiła
przed Sorayą jej porcję, ta chwyciła ją za nadgarstek, by
siostra nie oddaliła się równie pospiesznie, jak odchodziła
od innych chorych.

– Niech pani zaczeka – błagała. – Muszę wiedzieć, jak
długo tu zostanę.
Pielęgniarkę zaskoczyła siła dziewczyny, która cały poprzedni
dzień spała kamiennym snem. Była zła, że tak
bezceremonialnie ją zatrzymano.

– Lekarz cię zbada. Ja tu nie decyduję.
– Wie pani, co z moją rodziną?
– Są w szpitalu publicznym. Ciebie przywieziono tutaj,
bo tam zabrakło miejsc. Nie martw się, mama i ojciec
czują się dobrze.
– A brat? Jest z nimi?
Oddzielone grubymi szkłami spojrzenie na chwilę
uciekło w bok. Soraya poluźniła chwyt. Nie wiedziała, dlaczego
pielęgniarka milczy. Nie zrozumiała pytania? Nie zna
odpowiedzi? Nie podobał jej się wyraz twarzy pielęgniarki.

– Mojego brata, Mohammada, nie było w domu podczas
wybuchu. Wie pani, co się z nim stało?
– Odnalazł spokój. Zajął godne miejsce w gronie męczenników.
Czy dobrze słyszy? Poczuła drżenie podbródka, szybko
zamrugała. Nie przyjmowała do wiadomości słów,
które właśnie padły.

– Co pani wygaduje! Pytam o mojego brata Mohammada
Nomariego. Dwadzieścia trzy lata, ciemne włosy,
wysoki... Syn szewca Heysema Nomariego. Mieszkamy
niedaleko kawiarni. O kim pani mówi?!
Myśli bezładnie wirowały jej w głowie. Czekała, aż pie-
lęgniarka powie coś, co zatrze słowa wypowiedziane przed
chwilą. Ta jednak milczała. Poprzedniego dnia przekazała
dużo złych wiadomości i zdążyła się nauczyć, że najlepiej
zostawić ludzi samych ze smutną prawdą. Uwolniła
się z uścisku zimnej, spoconej dłoni Sorayi i odeszła.

Dziewczyna leżała z otwartymi ustami. Na kilka sekund
zawisła w pustce. Kiedy odzyskała świadomość,
zwymiotowała. Czuła przepełniający ją, narastający w całym
ciele ogień. Był jak lawa burząca się w wulkanie.
Wydała rozpaczliwy krzyk, oczy wszystkich zwróciły się
na nią. Dyszała, a z jej spierzchniętych ust wypływały
kolejne fale wymiocin.

– Mój brat, mój brat... – powtarzała.
Słowa rozdzierały jej mózg niczym sztylet. Paraliżowały.
Wyła i skowyczała jak ranione zwierzę. Palące łzy
ciekły jej po twarzy. Choć zaciskała powieki, wciąż widziała
twarz brata, zawsze tak pełnego energii. Ten obraz
ją prześladował, nie mogła go odegnać. Inni pacjenci
spuścili głowy zmieszani, jakby byli winni tej śmierci.

Soraya przyszła na świat w domu, w którym rodzina
Nomarich mieszkała od półwiecza. Jej brat był od niej
trzy lata starszy. „Kiedy się urodziła, wyglądała tak brzydko,
że nikt z nas nie mógł na nią patrzeć – wspominała
matka. – Gdy akuszerka wzięła ją ode mnie i położyła na
łóżku, tylko jej brat się na to odważył”. Później Mohammad
traktował Sorayę jak zabawkę. Męczył ją, straszył
i łaskotał, kiedy akurat miał ochotę. Resztę czasu spędzał
w swoim pokoju, niemal nie odchodząc od komputera.
Matkę martwiło ogromne przywiązanie Mohammada
do przyjaciół. „Jest jak sierota – powtarzała. – Przyjaciele
zastępują mu rodzinę, są mu bliżsi od nas”. Rzeczywiście,
dla przyjaciół Mohammad zrobiłby wszystko. Przecież
do opozycji trafił właśnie dzięki nim. Przez minione
dwa lata wygłaszał w domu tyrady wymierzone w Asada.
Pewnego razu, gdy Soraya z rodzicami oglądała telewizję,
Mohammad wmaszerował do salonu. Kiedy oczy wszystkich
zwróciły się ku niemu, zaczął przeklinać Asada najgorszymi
słowami. Skończył, odwrócił się na pięcie i wyszedł,
jakby nic się nie stało, a oni spoglądali na siebie,
nie wiedząc, jak zareagować.

Mohammad najgłośniej z całej rodziny Nomarich
krytykował reżim partii Baas. Heysem okazywał niechęć
wobec Asada, najwyżej przeklinając przy kolacji, podczas
oglądania wiadomości. Jako młody człowiek pewnie był
nieco bardziej przeciwny dyktaturze, ale nic więcej. Rodzina
Nomarich, jak wiele syryjskich rodzin, przystała na
status obywateli drugiej kategorii. Większość mieszkańców
kraju, od pracujących w handlu po służbę cywilną

– mimo licznych upokorzeń – wybrała drogę najmniejszego
oporu i pogodziła się z sytuacją. Żeby w trudnej
syryjskiej rzeczywistości zapewnić byt rodzinie, Heysem
Nomari urabiał sobie ręce po łokcie w odziedziczonym po
ojcu zakładzie szewskim. Nie miał zamiaru ryzykować
wszystkiego, na co tak ciężko zapracował. Jednak Mohammad
w niczym nie przypominał ojca.
Pierwsze głosy sprzeciwu wobec korupcji i łamania
praw człowieka przez Asada przetoczyły się przez Hims
jak cichy szept. Mężczyźni wystawali przed sklepami,
obracali w palcach sznur modlitewny, popijali herbatę.
Kobiety spotykały się w domach, jadły słodycze i gromadziły
złote monety. Po latach polityka znów wtargnęła
do codziennego życia. Arabska wiosna, która wybuchła
w grudniu 2010 roku, sprawiła, że Hims ogarnęło podniecenie.
Młodzi ludzie – nastolatki, studenci – chodzili
od drzwi do drzwi, zapowiadając nadejście arabskiej wiosny
także w Syrii. Wspominali o upadku Asada, mówili,
że życie nareszcie się odmieni, kiedy powstanie rząd reprezentujący
interesy wszystkich obywateli. Ludzie byli
zdumieni. „A niby skąd to wiecie?” – pytali niespodzianych
gości. Przygotowani na podobną reakcję młodzi
ludzie wyciągali telefony z ogromnymi wyświetlaczami.
Wchodzili na forum internetowe, gdzie opozycja relacjonowała
najświeższe wydarzenia, i odczytywali pytającym
wszystko słowo po słowie. I ci, którzy nawet nie zakładali,
że zobaczą koniec Asada, zaczynali w to wierzyć. Nadzieja
rosła w sercach. Czasem pani domu zapraszała przybysza
na obiad i podczas posiłku wszyscy z przejęciem
słuchali jego słów. Głośno zanosili modły: Inszallah, inszallah...
Wiara w rewolucję niosła się z domu do domu,
rozprzestrzeniała się po mieście. Każdego dnia jakiś młody
człowiek powiększał szeregi opozycji, przekonany, że
jego obowiązkiem jest przyczynić się do zmiany.

Wszystko stało się jasne 15 marca 2011 roku, kiedy
w mieście Dara zorganizowano wielką demonstrację
anty rządową. Siły Asada odpowiedziały przemocą, doszło
do aresztowań, więźniów torturowano. Młodzi
opozycjoniści w całej Syrii patrzyli w lustro, sprawdzali,
jak prezentują się z bronią. Odbicie reagowało aprobu
jącym kiwnięciem głową. Skończyło się spiskowanie za
zamkniętymi drzwiami, nadeszła pora, by otwarcie walczyć
z wrogiem. Uzbrojona młodzież zalewająca ulice
we wszystkich zakątkach Syrii była lepiej zorganizowana,
niż zakładał reżim. Gdy przebudzili się młodzi, Asad
rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę operację militarną
wymierzoną w miasta, które zbuntowały się przeciw niemu.
Czołgi, żołnierze i ciężka artyleria szybko pojawiły
się na ulicach Himsu.

Wszyscy stali się nerwowi: mężczyźni jadący do pracy,
dzieci w autobusach szkolnych, kobiety niespokojnie
zerkające zza firanek. Uniesienie, z jakim oglądali w telewizji
relacje z arabskiej wiosny, zamieniło się w strach.
Odświętny nastrój wyparował jak kamfora. Odgłosy
wystrzałów, początkowo przyjmowane jak zapowiedź
nieszczęścia, wkrótce stały się elementem normalnego
życia, podobnie jak powiązane z nimi smutne wieści. Codziennością
były informacje o tym, że syn sąsiada zginął
w starciach, że sklepikarz dołączył do opozycji i walczy,
że reżimowe bojówki pobiły kobietę na ulicy. Nie koniec
na tym: do miasta zajrzała bieda. Zaczęło się od trudności
w zaopatrzeniu, brakowało żywności, wkrótce skończyły
się leki. Narastało napięcie. Nad Himsem gromadziły się
czarne chmury, echa walk rozbrzmiewały coraz głośniej.
Pojawiały się i dobre informacje. Strony internetowe donosiły,
że wielu żołnierzy związanych z siłami Baas przeszło
na stronę opozycji.

Przez szybę w drzwiach widać było strzelającego na
wiwat Mohammada. Nawet Haya, której nadzieje gasły
i która wcześniej nie interesowała się polityką, dzieliła ten
radosny nastrój. W domu razem z Mohammadem głośno
przeklinała Asada: „Upadnie jak wszyscy dyktatorzy! Czeka
go taki sam los!”. To zdanie dodawało jej otuchy, broniło
ją przed rozpaczą, którą później dostrzegła w niej Soraya.

Nadszedł czas wyboru: albo Hims ugnie się przed
narastającym okrucieństwem reżimu, albo dołączy do
opozycji odnoszącej błyskawiczne zwycięstwa w całej
Syrii. Miasto wybrało drugie rozwiązanie. Rebelianci nie
złożyli broni i atakowali siły rządowe z jeszcze większą
zajadłością. Walki się nasiliły, opór stawiany przez buntowników
stał się najpoważniejszym problemem władz.

Informacja, która pojawiła się w internecie 4 czerwca
2011 roku, przyniosła radość mieszkańcom Himsu.
Żołnierze syryjscy otworzyli ogień do tłumu idącego
w kondukcie pogrzebowym w mieście Dżisr asz-Szugur.
Rozwścieczeni demonstranci spalili budynek, z którego
padły strzały, zabijając ośmiu policjantów. Opanowali
posterunek i przejęli znajdującą się tam broń. Potem zaczęli
przejmować kontrolę nad okolicą.

Na twarzy Mohammada odbijały się błękitne i białe
światła monitora, kiedy w uniesieniu dwukrotnie odczytywał
informację. Skoczył na równe nogi i uściskał matkę.
Soraya i Heysem wymienili pełne lęku spojrzenia. Soraya
nie mogła się zdecydować, czy ona i ojciec są tchórzami,
czy też Mohammad i matka wierzą w mrzonki.

Walki w Dżisr asz-Szugur przykuły uwagę całej Syrii.
Śledzono rozwój sytuacji minuta po minucie. Wpatrywano
się w tę otwartą ranę, która wkrótce zaczęła gnić.
Starcia słabły, w całym kraju rosło napięcie. Kilka dni
po owych wydarzeniach wszystkim ośrodkom sprzyjającym
opozycji, także Himsowi, odcięto prąd i wodę. Niewidzialna
ręka wcześniej stopniowo pozbawiała miasto
podstawowych towarów, a teraz sprawiła, że pogrążyło się
w pełnym obaw mroku. Asad karał Hims. Po oblężonym
mieście krążyły przerażające pogłoski, mieszkańcy nie
mieli dokąd uciec. Nie zniechęciło to ani Mohammada,
ani jego przyjaciół. Przeciwnie – napełniło ich jeszcze
większym gniewem. Walki nie ustawały, rosła liczba zabitych.
Ludzie pozamykali się w domach, dzieci płakały,
wszyscy przeczuwali, że nadchodzi potworne, niewyobrażalne
nieszczęście.

Soraya wiedziała o wszystkim, co wydarzyło się wcześniej.
Nie wiedziała natomiast, co dokładnie stało się
3 lutego 2012 roku, najkrwawszego dnia w dziejach Himsu.
Artyleria, czołgi i karabiny maszynowe armii syryjskiej
zabiły wtedy ponad dwieście osób, a raniły tysiące.
Większość ofiar, podobnie jak rodzinę Nomarich, atak
zaskoczył w domu, przed telewizorem, przy szyciu, pod
prysznicem, podczas drzemki. Mohammad schronił się
w domu przyjaciela. O tym, co się stało, dowiedział się,
czyszcząc broń. Od razu pobiegł sprawdzić, co z jego rodziną.
Kiedy zobaczył, że z domu zostały jedynie gruzy,
oszalał z wściekłości. Wycelował w pierwszego żołnierza,
którego zobaczył. W odpowiedzi na pojedynczy strzał został
zasypany gradem kul i osunął się na pokryty ptasimi
odchodami chodnik przy placu Hims. W tym czasie jego
bliscy walczyli o życie w zawalonym domu.

Po wiadomości o śmierci brata Sorayę ogarnęła zwie-
rzęca rozpacz. Nawet z pozoru chłodna pielęgniarka
wyglądała na poruszoną. Poszła do dyżurki i napełniła
strzykawkę środkiem uspokajającym, w owym czasie będącym
w Himsie prawdziwym luksusem. Po zastrzyku
udręczona twarz Sorayi zaczęła się odprężać, dziewczyna
znów zapadła w sen. Gdy się ocknęła, przy łóżku zobaczyła
matkę. Nieuczesaną, w brudnym ubraniu, o twarzy
pokrytej głębokimi zmarszczkami – nigdy nie widziała
jej w takim stanie. Mimo to była jak słońce wschodzące
nad pełnym rozpaczy światem i przyniosła falę szczęścia.
Szybko jednak powróciła gorzka rzeczywistość.

– Mamo, dobrze się czujesz?
– Wiesz już, co spotkało twojego brata, prawda?
Soraya nie odpowiedziała. Matka tak bardzo kochała
Mohammada. Ostatnio przypominali dwa ciała z jedną
duszą. Jak dalej żyć? Soraya ogromnie współczuła Hayi.
Odwróciła głowę i przygryzła wargę, żeby się nie rozpłakać.
Milczały. Soraya miała ściśnięte gardło.

– Mohammad został męczennikiem – nie mogła wytrzymać
ciszy.
– Tak, męczennikiem. Pogrzeb odbył się wczoraj. Ojciec
jeszcze nie odzyskał przytomności. Jest w ciężkim
stanie. Ma uszkodzony kręgosłup. Grozi mu paraliż.
Sama musiałam pochować syna.
– I co my teraz poczniemy, mamo?
– Dziś rano odwiedzili mnie przyjaciele twojego brata.
Mówili, że dłużej nie da się tu żyć. Będzie tylko gorzej.
Radzą nam uciekać do Turcji. Możemy tam się zatrzymać
w obozie. Dostaniemy wszystko, co niezbędne do życia.

– A potem?
– Nie wiem. Wiem tylko, co dzieje się teraz. W szpitalu
mają zostawić wyłącznie pacjentów w stanie krytycznym,
resztę wypiszą. Turcja to nasza jedyna nadzieja.
– Co z innymi?
– Wuj wyjechał wczoraj do prowincji Hatay z całą rodziną.
Zostawili wiadomość w szpitalu, chcą, żebyśmy do
nich dołączyli. Zobaczymy. Oby tylko ojciec się ocknął.
Musimy ruszać natychmiast.
– Bardzo z nim źle?
– Według lekarzy powinniśmy być szczęśliwi, że żyje.
Ale nie będzie chodzić.
Głos matki brzmiał dziwnie. Robiła wrażenie pijanej
lub oszołomionej. Zachwiała się, wstając. Było jasne, że
również dostała środek uspokajający.

– Pójdę już, kochanie. Powinnam być przy ojcu. Jest
wielu rannych, więc moje łóżko oddali komuś innemu.
Jutro cię wypiszą. Przyjdź do nas. Po wyjściu ze szpitala
będziemy musiały same się nim zająć, zmieniać mu
opatrunki.
Miała zastygłą twarz. Nachyliła się i złożyła na policzku
córki pocałunek, muśnięcie lekkie niczym dotknięcie płatków
zwiędłego kwiatu. Odeszła, poruszając się jak automat.
Soraya nie miała pojęcia, co matka zrobi, jak będzie
dalej żyła.

Następnego dnia lekarz poinformował Sorayę, że jej
stan zdrowia poprawił się na tyle, że wypisze ją wieczorem.
Sucho nakazał zmieniać opatrunki, zwłaszcza tam,
gdzie mogło wdać się zakażenie, i wręczył jej receptę.

Czuła się, jakby trafiła do innego świata. Jakby wcześniej
nie widziała recepty, nie była w aptece ani nie przyjmowała
lekarstw. Wszystko wydawało się jej obce. Co
człowiek robi po wyjściu ze szpitala? Dokąd idzie? Nie
miała pojęcia. To przypominało sen. Niczym lunatyczka
przemierzała ulice miasta, nie wiedząc, co ma robić dalej.
Ruszyła w stronę szpitala publicznego. Normalne życie
skończyło się w Himsie już dawno, więc po podziurawionych
ulicach nie kursowały autobusy. Zatrzymała nadjeżdżający
samochód. W opustoszałym mieście ci nieliczni,
którzy nie uciekli, wspierali się w potrzebie.

– Salam alejkum!*
– Alejkum salam!
– Czy możecie mnie podwieźć do szpitala publicznego?
– Oczywiście, wsiadaj!
Jechali dziesięć minut, z niedowierzaniem przypatrując
się Himsowi. Miasto zostało doszczętnie zniszczone.
Dawną główną ulicę, wzdłuż której stały dwu- i trzypiętrowe
domy, pokrywały zapylone zwały gruzu. Tylko od
czasu do czasu przemykała między nimi jakaś niewyraźna
sylwetka. Sklepy, niegdyś dające utrzymanie całym
rodzinom, przypominały wybebeszone ciała, z których
wnętrzności wydarto i rzucono na ulicę. Sorayę zaskoczył
widok, jaki ujrzała za zakrętem. Szkielety uszkodzonych
pociskami budynków wznosiły się ku niebu, tworząc
surrealistyczne rzeźby. Wśród nich stał meczet ze zburzonym
minaretem. Panele słoneczne i metalowe pręty
przypominały, że kiedyś żyli tu ludzie.

– Wielki Boże! Możesz w to uwierzyć? Nie ma Himsu!
Wszystko zniszczone! – rozpaczał mężczyzna prowadzący
samochód.
Jego żona wybuchła długo powstrzymywanym szlochem.
Soraya opuściła szybę, brakowało jej tchu. Powietrze
pachniało spalenizną.

– Gdzie mieszkacie? – nie mogła powściągnąć cieka-
wości.
– Jesteśmy z Damaszku. Tu mieszka mój brat. Dowiedzieliśmy
się, że został ranny, więc przyjechaliśmy.
Trudno uwierzyć w to wszystko...
Musiała zobaczyć, w jakim stanie jest jej dom. Czy
wypada poprosić, by zawieźli ją i tam? Nie miała nic do
stracenia.

– Możesz mi zrobić uprzejmość?
– Oczywiście, mów.
– W niedzielę w nasz dom uderzył pocisk. Wszyscy
zostaliśmy ranni. Przez pewien czas leżałam w szpitalu,
nieprzytomna. Zanim spotkam się z rodzicami, chciałabym
zobaczyć, co z domem. Jeśli nie spieszy ci się, czy
moglibyśmy tamtędy przejechać?
Mężczyzna spojrzał na zalaną łzami żonę. Pokiwała
głową, więc skręcił we wskazanym kierunku. Gdy zahamował,
Soraya wyskoczyła z auta.

Sześciopiętrowe budynki, niegdyś przypominające
apetyczne torty, teraz były tak bure, że prawie nie różniły
się kolorem od ciemnoszarego nieba. Prawa strona ich
domu została równo odcięta od dachu po parter, pozostała
z niej jedynie sterta gruzu i szkła. Druga część, w której
mieszkała rodzina Nomarich, jeszcze stała. Szyby powypadały,
z mieszkań wysypały się sprzęty i w nieładzie
leżały teraz na chodniku. Soraya zauważyła niebieską deskę
klozetową. Czyja to? Stała z rozdziawionymi ustami,
patrząc na mieszkanie na trzecim piętrze. Z daleka mogła
wyglądać jak dziewczynka, która przybiegła pod okno
i pyta mamę, czy może się jeszcze trochę pobawić. Nie
mieli już domu. Brat zginął. Nie wrócą do punktu, w którym
ich życie zostało przerwane, lecz zaczną je od nowa
w jakimś nieznanym miejscu. Nikt nie będzie zadowolony.
Szukanie ratunku w Turcji przypominało wejście do
tunelu, na którego końcu nie paliło się żadne światełko.
Klakson wyrwał ją z zamyślenia. Pora ruszać dalej.

W szpitalu ujrzała wielu zrozpaczonych ludzi. Każdy
opłakiwał swojego Mohammada. W brudnym holu
panował zamęt. Ludzie zachowywali się jak zwierzęta,
wyli, awanturowali się, atakowali personel, błagali i płakali.
W recepcji usiłowała się dowiedzieć, gdzie może
znaleźć rodziców, ale jej pytanie wydawało się zupełnie
nieważne w porównaniu ze sprawami oszalałych krewnych
innych pacjentów. Miała wrażenie, że nigdy nie nadejdzie
jej kolej.

Szukając cierpliwie i z uporem, w końcu zobaczyła
ojca. Opuściła go cała energia, leżał płasko jak pusty worek.
Pocisk go zniszczył, tak jak zniszczył ich mieszkanie.
Ojciec stanowił podporę całej rodziny, ale teraz nie
można było na niego liczyć. Wyglądał jak pożałowania
godne dziecko. Soraya głęboko odetchnęła i ucałowała
jego dłonie. On wbił w nią wzrok i milczał.

– Co robimy? – zwróciła się do siedzącej przy łóżku
matki.
Nieruchoma Haya patrzyła tępo w przestrzeń. Soraya
czekała, mając nadzieję, że matka odpowie. Oczekiwanie
przeciągało się.

– Mamusiu... – ponagliła.
Głębiej spojrzała matce w oczy. Przypomniała sobie,
jaki wyraz miały lata wcześniej, kiedy Haya siedziała podekscytowana
na skraju łóżka w marnym hotelu, gdzie zatrzymali
się na wakacje. Wtedy były pełne nadziei i życia.
Teraz widziała w nich tylko śmierć.

– Zaraz opuszczamy szpital – odpowiedział w końcu
Heysem. – Jestem sparaliżowany od pasa w dół. Kawałek
cegły uszkodził mi kręgosłup. Nic nie można na to poradzić.
Przyjaciele twojego brata załatwili taczkę i dzisiaj
dowiozą nas do granicy. Córko, musimy się przygotować
na skrajną nędzę. I jeszcze ten cewnik! – Uniósł brzeg
poplamionej koszuli szpitalnej, odsłaniając kateter przymocowany
do uda. Soraya odwróciła wzrok, udając, że nie widzi brązowych
plam na bieliźnie ojca. Skrajna nędza... Tak miało
się nazywać ich nowe miejsce zamieszkania, to był synonim
nowego życia.

Meltem Yılmaz jest turecką dziennikarką i powieściopisarką. Karierę dziennikarską rozpoczęła w 2008 roku. W swoich artykułach zawsze staje po stronie wykluczonych: narkomanów, bezdomnych, dzieci samobójców, uchodźców i azylantów, bitych kobiet, osób LGBT, prostytutek i niepełnosprawnych. Soraya to jej literacki debiut, którym zainteresował się już świat filmu.

Opublikowano dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marginesy

Mały Książę 1 Mały Książę
18,32 21,90
Rabat 16% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Kula i krzyż (CD) 1 Kula i krzyż (CD) Gilbert Keith Chesterton
23,72 29,00
Rabat 18% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Jedz módl się kochaj (CD) 1 Jedz módl się kochaj (CD) Elizabeth Gilbert
24,45 29,90
Rabat 18% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Dżuma (CD MP3) 1 Dżuma (CD MP3) Albert Camus
20,36 24,90
Rabat 18% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Doktor Jekyll i pan Hyde 1 Doktor Jekyll i pan Hyde Robert Louis Stevenson
9,84 11,90
Rabat 17% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Cicho sza 1 Cicho sza Lisa Scottoline
33,44 38,00
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Zaprzysiężeni. Smoczy łeb 1 Zaprzysiężeni. Smoczy łeb Robert Low
35,11 39,90
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Uratuj mnie 1 Uratuj mnie Guillaume Musso
29,04 33,00
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Tajemnice zamku 1 Tajemnice zamku Lucinda Riley
31,68 36,00
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
7 lat później... 1 7 lat później... Guillaume Musso
29,92 34,00
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Wrócę po Ciebie 1 Wrócę po Ciebie Guillaume Musso
29,92 34,00
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Rok don Camilla 1 Rok don Camilla Giovannino Guareschi
24,82 30,00
Rabat 17% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Witajcie w Murderlandzie Wyprzedaż 1 Witajcie w Murderlandzie Molay Frederique
6,90 9,99
Rabat 31% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Biesy 1 Biesy Fiodor Dostojewski
61,51 69,90
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Dziedzictwo rodu Poldarków. Fala gniewu Nowość 1 Dziedzictwo rodu Poldarków. Fala gniewu Winston Graham
26,24 34,99
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Był sobie pies 1 Był sobie pies W. Bruce Cameron
35,11 39,90
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Tulipanowa gorączka 1 Tulipanowa gorączka Deborah Moggach
24,68 32,90
Rabat 25% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Dziesięć płytkich oddechów 1 Dziesięć płytkich oddechów K.A. Tucker
29,93 39,90
Rabat 25% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Zanim się pojawiłeś 1 Zanim się pojawiłeś Jojo Moyes
27,92 34,90
Rabat 20% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Wilk stepowy 1 Wilk stepowy Hermann Hesse
28,95 33,00
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Obca 1 Obca Diana Gabaldon
27,21 32,90
Rabat 17% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Byłam służącą w arabskich pałacach 1 Byłam służącą w arabskich pałacach Laila Shukri
28,95 35,00
Rabat 17% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Światło, którego nie widać 1 Światło, którego nie widać Anthony Doerr
35,19 39,99
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Syn 1 Syn Philipp Meyer
41,28 49,90
Rabat 17% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Złodziejka książek 1 Złodziejka książek Markus Zusak
29,93 39,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu 1 O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu Haruki Murakami
18,74 24,99
Rabat 25% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Na ratunek 1 Na ratunek Nicholas Sparks
29,57 33,60
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni