Koszyk 0

Cudowna i zabawna jazda bez trzymanki przez meandry współczesności

Damian Baxter żyje samotnie w wielkim domu. Jest bogaty. Bardzo bogaty. Jest także śmiertelnie chory.

Dręczy go pytanie: czy pozostawił dziedzica? Gdy tuż przed czterdziestką się ożenił, był bezpłodny, ale co z jego związkami i przelotnymi romansami z młodości?

Poszukiwania cofają nas do lat sześćdziesiątych – do niezwykłego świata swingującego Londynu, do wystawnych przyjęć i wspaniałych balów, do świata dziewcząt debiutujących w wielkim świecie i ich przystojnych towarzyszy. Do świata, który zmieniał się z dnia na dzień – ale nie zawsze tak, jak oczekiwano.

Niezwykła opowieść o czasie i o tym, co czas robi z nami, powieść, w której nostalgia przeplata się z humorem najwyższej próby.

Książka inteligentna, a zarazem przejmująca, zabawna, fascynująca i pełna wdzięku, z pewnością należy do obowiązkowych lektur tego roku.


Fragment

Londyn to dla mnie dzisiaj miasto nawiedzone, a duchem, który
w nim straszy, jestem ja sam. Gdy przemierzam ulice, chodząc
za swoimi sprawami, każda aleja, zaułek i plac szepcze mi o innej,
wcześniejszej epoce mojego życia. Najkrótszy spacer przez Chelsea
lub Kensington prowadzi mnie obok jakichś drzwi, niegdyś otwartych
dla mnie na oścież, gdzie teraz byłbym kimś obcym. Widzę siebie
znów młodego, jak wyruszam na poszukiwanie zapomnianych
już dzisiaj igraszek, wystrojony w coś przypominającego ludowy
strój z jakiegoś bałkańskiego kraju rozdartego wojną. Te powiewa-
jące spodnie dzwony, te falbaniaste koszule z piłkarskimi kołnierzami
– co nam strzeliło do głów? I widzę, jak w ślad za moją dawną,
szczuplejszą personą podążają widma nieobecnych – rodziców, ciotek
i babek, stryjecznych dziadków i kuzynów, przyjaciół i dziewczyn
– których już nie ma i nie będzie w tym niewielkim kawałku
życia, jaki mi jeszcze pozostał. Powiadają, że człowiek zaczyna się
starzeć, kiedy przeszłość wydaje mu się bardziej realna od teraźniejszości,
przyznaję więc, że czuję, jak minione dekady zaciskają
palce na mojej wyobraźni, podczas gdy nowe wspomnienia są szare
i wyblakłe.

Co znakomicie wyjaśnia, dlaczego, mimo zaskoczenia, byłem
odrobinę zaintrygowany, kiedy wśród rachunków, podziękowań
i próśb o wsparcie, jakie codziennie piętrzą się na moim
biurku, znalazłem list od Damiana Baxtera. Z pewnością się go
nie spodziewałem. Ostatni raz widziałem Damiana niemal czterdzieści
lat temu i od tamtej pory nie miałem z nim kontaktu. Być
może to dziwne, jednak życie spędziliśmy w innych światach i chociaż
Anglia pod wieloma względami uchodzi za kraj niewielki,
to wciąż jest dostatecznie duża, żeby przez ten czas nasze drogi
się nie przecięły. Ale istniał też inny powód mojego zaskoczenia,
znacznie prostszy.

Nienawidziłem go.

Od pierwszego rzutu oka poznałem, kto napisał ten list. Pismo
na kopercie było znajome, choć zmienione, niczym twarz ukochanego
dziecka dotknięta nieubłaganym upływem czasu. Lecz nawet
jeśli kiedykolwiek wspominałem Damiana, to z pewnością nie
przyszłoby mi na myśl, że cokolwiek na świecie mogłoby go skłonić,
by do mnie napisał. Albo żebym ja napisał do niego. Muszę
od razu zaznaczyć, że nie poczułem się dotknięty niespodziewaną
przesyłką. Bynajmniej. Zawsze to miłe dostać wiadomość od starego
przyjaciela – choć w moim wieku jeszcze większą ciekawość,
jeśli jakąś w ogóle, wywołuje wiadomość od starego wroga. Wróg,
inaczej niż przyjaciel, czasem powie nam o przeszłości coś, czego
sami nie wiemy. A Damian, choć nie przejawiał aktywnej wrogości,
był moim byłym przyjacielem, co oczywiście znacznie pogarszało
sprawę. Rozstaliśmy się skłóceni, w chwili wściekłej, niekontrolowanej
furii, całkiem świadomie podsycanej ogniem palonych mostów,
i każdy z nas poszedł w swoją stronę, nie podejmując próby
naprawienia szkód.

List był szczery, tyle muszę przyznać. Anglicy starają się unikać
„niezręcznych” sytuacji, spowodowanych wspomnieniami o ich
dawnych grzeszkach. Zazwyczaj wszelkie przykre epizody z prze-
szłości zbywają od niechcenia ogólnikami typu: „A pamiętasz ten
straszny wieczór u Jocelyn? Jak myśmy w ogóle dali radę to przeżyć?”.
Albo, gdy incydentu naprawdę nie da się tak rozładować, wolą
udawać, że w ogóle się nie zdarzył. Zagajenie: „Szkoda, żeśmy się
tak długo nie widzieli”, najczęściej można przetłumaczyć jako: „Nie
mam ochoty ciągnąć tego sporu. To było całe wieki temu. Dajmy
sobie z tym spokój, dobrze?”. Jeśli rozmówca się zgadza, również
sformułuje odpowiedź w sposób podobnie wypierający prawdziwe
uczucia: „Tak, tak, musimy się spotkać. Co porabiałeś po odejściu
z Lazarda?”. To w zupełności wystarczy, by oznajmić, że nieprzyjemności
się skończyły i można podjąć normalne stosunki.

W tym wypadku jednak Damian zrezygnował z tej powszechnej
praktyki. W istocie jego szczerość miała charakter zgoła latynoski:

„Przypuszczalnie po tym wszystkim, co się stało, nie oczekiwałeś,
że kiedykolwiek się jeszcze odezwę, niemniej byłbym ci ogromnie
wdzięczny, gdybyś zechciał mnie odwiedzić – pisał spiczastym
i wciąż trochę gniewnym charakterem pisma. – Wprawdzie
nie widzę, dlaczego miałbyś to zrobić po naszym ostatnim spotkaniu,
ale ryzykując zarzut dramatyzowania, powiem, że nie zostało
mi zbyt wiele życia i wyświadczysz przysługę umierającemu, co
być może ma dla ciebie znaczenie”. Przynajmniej nie można mu
było zarzucić, że kluczy ogródkami. Przez chwilę udawałem przed
sobą, że jeszcze się zastanawiam, ale oczywiście od razu wiedziałem,
że do niego pójdę – że muszę zaspokoić ciekawość i z rozmysłem
wrócę do krainy młodości. Albowiem pojawiając się w moich
myślach, Damian, z którym nie miałem kontaktu od lata 1970 roku,
nieuchronnie przypomniał mi, jak dalece i boleśnie zmienił się mój
świat, podobnie, na dobrą sprawę, jak świat nas wszystkich.

Wiem oczywiście, że to bardzo groźne, ale przestałem już
walczyć ze smutnym przeświadczeniem, że sceneria, w której dorastałem,
była znacznie słodsza niż obecna. Dzisiejsza młodzież,
broniąc, co zrozumiałe, swojej własnej epoki, zazwyczaj lekceważy
naszą pamięć o złotym wieku, kiedy to klient miał zawsze rację,
pomoc drogowa kłaniała się kierowcom, a policjanci salutowali nam
na powitanie. Chwała Bogu, że czołobitność się skończyła, powiadają,
ale czołobitność była częścią świata ładu i stabilizacji – świata,
który, gdy patrzę wstecz, wydaje mi się ciepły, wręcz dobry. Gdyż
dobroci Anglii sprzed pół wieku brakuje mi chyba najbardziej. Ale
znów czego właściwie mi żal, tej dobroci czy mojej młodości?

– Nie bardzo rozumiem, kto to jest ten cały Damian Baxter. Dlaczego
on jest taki ważny? – zapytała Bridget, gdy tamtego wieczoru
siedzieliśmy w domu, jedząc zbyt drogą i niedogotowaną rybę kupioną
u przymilnego lokalnego Włocha na Old Brompton Road. –
Nigdy nie słyszałam, żebyś o nim mówił.
List Damiana dostałem właściwie nie tak dawno temu, kiedy
wciąż jeszcze mieszkałem przy Wetherby Gardens, w dużym, wygodnym
mieszkaniu na parterze, dobrze położonym względem
tego i owego, i świetnie umiejscowionym w stosunku do kultury
„na wynos”, która przez ostatnie kilka lat tak nas opanowała. Był to,
na swój sposób, całkiem elegancki adres i z pewnością nie mógłbym
sobie pozwolić na ten lokal, gdyby nie fakt, że rodzice już dawno
go na mnie przepisali, ostatecznie porzucając Londyn. Ojciec usiłował
się temu sprzeciwiać, skapitulował jednak, gdy matka, dość
nierozważnie, uparła się, że „muszę od czegoś zacząć”. Tak więc
skorzystałem na ich szczodrobliwości, co więcej, zamierzałem tu
nie tylko zacząć, ale i zakończyć. Prawdę mówiąc, od czasów mojej
matki nie zmieniłem wiele w tym mieszkaniu i wciąż było tu
pełno jej rzeczy. Rozmowę toczyliśmy przy jej okrągłym stoliku
pod oknem i podejrzewam, że chyba całe wnętrze – urocze mebelki
z okresu Regencji, portret kędzierzawego chłopięcego przodka
nad kominkiem – sprawiałoby wrażenie bardzo kobiecego, gdybym
nie umacniał swej męskości, demonstrując całkowity i ostentacyjny
brak zainteresowania jego urządzeniem.

W chwili incydentu z listem Bridget FitzGerald była moją najnowszą...
miałem zamiar napisać „dziewczyną”, ale nie jestem pewny,
czy po pięćdziesiątce jeszcze miewa się „dziewczyny”. Z drugiej
strony, człowiek już za stary na „dziewczynę” wciąż jeszcze jest za
młody na „towarzyszkę życia”, jakie więc określenie byłoby właściwe?
Współczesny język skradł nam tak wiele słów, których następnie
zaczął nadużywać, że często, szukając czegoś odpowiedniego,
odkrywamy, że szafa jest pusta. „Partner”, jak wie każdy, kto nie
pracuje w mediach, to termin tyleż zużyty, co niebezpieczny. Nie
dawno przedstawiłem dyrektora fi rmy, której jestem właścicielem,
jako swego partnera, i dopiero po pewnym czasie pojąłem, dlaczego
ludzie sądzący, że mnie dobrze znają, obrzucają mnie dziwnymi
spojrzeniami. „Druga połowa” brzmi jak kwestia z sitkomu o sekretarzu
klubu golfowego, a do „mojej kochanki” jeszcze nie doszliśmy,
chociaż przypuszczalnie niewiele nas od tego dzieli. Tak czy inaczej
Bridget i ja pokazywaliśmy się razem na mieście, choć jako para
byliśmy trochę niedobrani – ja, powieściopisarz i półcelebryta, i ona,
bystra irlandzka bizneswoman, specjalizująca się w nieruchomościach,
która spóźniła się na swój wielki romantyczny rejs i w końcu
wylądowała w jednej łódce ze mną.

Moja matka nie byłaby zadowolona, ale moja matka nie żyła i teoretycznie
wypadła z gry, chociaż nie jestem pewny, czy dezaprobata
rodziców, żywych czy umarłych, kiedykolwiek przestaje nas dosięgać.
Oczywiście niewykluczone, że za grobem złagodniała, ale raczej
w to wątpię. Może powinienem był posłuchać jej pośmiertnych
wskazówek, nie da się bowiem ukryć, że nie mieliśmy z Bridget wiele
wspólnego. Trzeba jednak przyznać, że była inteligentna i przystojna,
chyba bardziej niż na to zasługiwałem, a ja czułem się samotny
i miałem dosyć telefonów od znajomych zapraszających
mnie w niedzielę na obiad. Nieważne – w każdym razie odnaleźliśmy
się nawzajem i chociaż technicznie żyliśmy oddzielnie, gdyż
Bridget miała własne mieszkanie, to przez parę lat truchtaliśmy wespół
całkiem zgodnie. Nie była to, ściśle biorąc, miłość, ale było to coś.

W pytaniu Bridget dotyczącym listu Damiana rozbawił mnie
właścicielski ton. Zawsze go używała, mówiąc o mojej przeszłości,
o której z definicji nie mogła wiedzieć nic albo prawie nic.
Sformułowanie: „Nigdy nie słyszałam, żebyś o nim mówił”, może
oznaczać tylko jedno: gdyby ten facet był ważny, to coś byś o nim
powiedział. Albo, co gorsza, powinieneś był coś powiedzieć. Stanowi
to część popularnej fantazji, że kiedy się z kimś jest, to zyskuje
się prawo, żeby wiedzieć o nim wszystko w najmniejszych szczegółach,
co rzecz jasna jest całkowicie niemożliwe. „Nie mamy żadnych
tajemnic” – mówią wesołe młode twarze w filmach, podczas gdy,
jak dobrze wiemy, całe nasze życie jest pełne tajemnic, często skrywanych
przed samymi sobą. W tym wypadku Bridget niepokoiło
to, że skoro ten Damian był dla mnie kimś ważnym, a nigdy o nim
nie wspomniałem, to jakie jeszcze inne ważne rzeczy przed nią
zataiłem? Na swoją obronę mogę tylko powiedzieć, że również jej
przeszłość – tak jak moja i nas wszystkich – była, w rzeczy samej,
zamkniętą szkatułką. Czasem pozwalamy komuś do niej zerknąć,
lecz zwykle pokazujemy tylko to, co na wierzchu. Mroczniejsze
strumienie naszej pamięci wolimy pokonywać w pojedynkę.

– Przyjaźniliśmy się w Cambridge – odparłem. – Poznaliśmy
się na drugim roku, mniej więcej wtedy, kiedy pod koniec lat sześćdziesiątych
zaliczałem londyński Sezon*. Przedstawiłem go kilku
dziewczynom. Przygarnęły go i przez jakiś czas biegaliśmy razem
po Londynie.
– Bawidamki – powiedziała z mieszanką humoru i drwiny.
– Cieszę się, że moje wczesne lata zawsze przywołują uśmiech
na twoje wargi.
– Więc co się stało?
– Nic się nie stało. Po studiach nasze drogi się rozeszły, nie
ma o czym mówić. Po prostu każdy poszedł w swoją stronę. – Mówiąc
to, oczywiście kłamałem.
Przyjrzała mi się; najwyraźniej usłyszała więcej, niż zamierzałem
powiedzieć.

– Zakładam, że jeśli do niego pójdziesz, to będziesz chciał iść sam.
* Sezon, londyński Sezon – nawiązujące do osiemnastowiecznej tradycji
coroczne wydarzenie w życiu towarzyskim angielskich klas wyższych;
okres rautów, przyjęć i balów, na który przedstawiciele arystokracji i bogatego
ziemiaństwa przyjeżdżali z rodzinami do stolicy. Sezon zaczął tracić
swój tradycyjny charakter już po I wojnie światowej, a od lat pięćdziesiątych
dwudziestego wieku nie miał już charakteru oficjalnej uroczystości związanej
z dworem królewskim (wszystkie przypisy w książce pochodzą od tłumacza
lub redakcji).
– Tak. Pójdę sam – odparłem bez dalszych wyjaśnień, ale muszę
uczciwie przyznać, że o nic więcej nie pytała.
Kiedyś sądziłem, że Damian Baxter to mój wynalazek, jednak
takie przekonanie świadczy jedynie o braku doświadczenia. Wszyscy
wiedzą, że najgenialniejszy magik świata potrafi wyciągnąć królika
z kapelusza tylko wtedy, gdy królik w ogóle tam jest, niechby
jak najlepiej schowany. Jeśli więc Damian – co uznałem za swoją
zasługę – odniósł jakiś sukces, to dlatego, że autentycznie posiadał
zalety, dzięki którym ten triumf był możliwy, a nawet nieunikniony.
Niemniej nie wierzę, że jako młody człowiek zdołałby, przynajmniej
w tamtych czasach, zabłysnąć towarzysko bez pewnej pomocy.
I ja mu jej udzieliłem. Może właśnie z tego powodu jego
zdrada wzbudziła we mnie tak palącą niechęć. Starałem się, jak
mogłem, robić dobrą minę do złej gry, niemniej cios był bardzo
bolesny. Trilby zdradziła Svengalego*, Galatea zniszczyła marzenie
Pigmaliona.

„Każdy dzień i każda pora będzie odpowiednia – donosił list. –
Już nie wychodzę i nie przyjmuję gości, więc jestem całkowicie
do Twojej dyspozycji. Jak zobaczysz, mieszkam całkiem blisko
Guildford. Samochodem droga zajmuje do półtorej godziny, ale
pociągiem jest szybciej. Daj mi znać, a załatwię, żeby wskazano Ci
drogę, albo wyślę kogoś po Ciebie na stację, jak wolisz”. W końcu
przestałem więc udawać, że się waham, i odpisałem, proponując
obiad dnia takiego i takiego oraz podając, którym pociągiem przyjadę.
Potwierdził, jednocześnie zapraszając mnie na noc. Ponieważ,
podobnie jak Jorrocks**, z reguły wolę „kimać tam, gdzie wcinam”,
przyjąłem propozycję i rzecz została ustalona. A zatem pewnego
przyjemnego czerwcowego wieczoru wyszedłem przez barierkę
z peronu w Guildford.

* Trilby, Svengali – bohaterowie powieści George’a du Mauriera Trilby
z 1895 roku.
** Mr. Jorrocks – komiczny bohater opowiadań Roberta Smitha Surteesa
(1805–1864), mówiący londyńską gwarą.
Właśnie rozglądałem się niepewnie, spodziewając się jakiegoś
przybysza z Europy Wschodniej, trzymającego nagryzmoloną fl amastrem
karteczkę z moim błędnie napisanym nazwiskiem, gdy
ujrzałem, że zbliża się do mnie szofer w liberii – lub ktoś o wyglądzie
aktora grającego rolę szofera w odcinku serialu Poirot – który
uniósłszy czapkę z daszkiem, przedstawił się cicho i uniżenie, po
czym zaprowadził mnie na placyk przed dworcem, gdzie na miejscu
dla niepełnosprawnych stał nielegalnie zaparkowany nowiuteńki
bentley. Piszę „nielegalnie”, mimo że na szybie widniała wyraźna
naklejka, bo jak sądzę, nie rozdaje się ich tylko po to, by goście wysiadający
z pociągu nie zamoczyli nóg i nie dźwigali walizek zbyt daleko.
Ale, z drugiej strony, każdemu czasem należy się jakiś bonus.

Wiedziałem, że Damianowi się powodzi, chociaż nie pamiętałem
już, gdzie i jak zrobił majątek, bo nie mieliśmy wspólnych kumpli
i obracaliśmy się w całkiem różnych kręgach. Pewnie widziałem
jego nazwisko na liście „Sunday Timesa” albo na stronach fi nansowych
gazety. Nie sądzę jednak, bym do tego wieczoru zdawał sobie
sprawę, jak dobrze jest sytuowany. Gdy pędziliśmy po wąskich drogach
Surrey, wśród strzyżonych żywopłotów, świeżo fugowanych
murków, trawników przypominających stoły bilardowe i lśniących,
wypielonych żwirowanych podjazdów, było dla mnie coraz bardziej
jasne, że wjeżdżamy do Królestwa Ludzi Bogatych. Żadnych zrujnowanych
filarów przy bramach, żadnych pustych stajni i stróżówek
o cieknących dachach. Tu nie wchodziła w grę tradycja czy
miniona świetność, lecz żywa obecność pieniądza.

Mam w tej kwestii pewne doświadczenie. Jako umiarkowanie
wzięty pisarz ocieram się – jak mawiała moja niania – o „różnych
takich”, ale nie mogę udawać, że kiedykolwiek należałem do tego
towarzystwa. Tak zwani bogacze, których znam, to na ogół właściciele
nie nowo powstałych fortun, lecz takich, które ocalały – ludzie
bogaci, ale niegdyś znacznie bogatsi. Tymczasem domy, które
mijałem, należały do Nowych Pieniędzy, a to całkiem co innego.
Ich aura, wrażenie bezpośredniej mocy, jest niesłychanie ożywcza.

Rzecz osobliwa, ale nawet dzisiaj w stosunku do nuworyszów istnieje
w Wielkiej Brytanii pewien snobizm. Jak można się spodziewać,
tradycyjna prawica zadziera wobec nich nosa, niemniej, paradoksalnie,
dorobkiewicze spotykają się również z potępieniem intelektualnej
lewicy. Nawet nie próbuję zrozumieć, jak to się ma do wiary
tych ostatnich w równość szans. Być może w swoich przekonaniach
przestali już dążyć do syntezy i kierują się w życiu sprzecznymi
odruchami, co w pewnym stopniu robimy wszyscy. Jednak nawet
jeśli w młodości sam zawiniłem takim brakiem wyobraźni, to teraz
kompletnie się z niego wyzwoliłem. Obecnie darzę bezwstydnym
podziwem kobiety i mężczyzn, którzy zrobili kasę, podobnie jak podziwiam
każdą osobę, która widząc, jaką przyszłość zaprojektowano
dla niej już w chwili narodzin, nie waha się podrzeć tych planów na
strzępy i obmyślić dla siebie coś lepszego. Ludzie, którzy wszystko
zawdzięczają tylko sobie, mają większe szanse znaleźć taki sposób
życia, jaki im naprawdę odpowiada. Chwała im za to i chwała ich kosztownemu
światu. Oczywiście w wymiarze osobistym fakt, że należał
do niego również Damian Baxter, straszliwie działał mi na nerwy.

Dom, który wybrał jako scenografię dla swej glorii, nie był
wszakże pałacem podupadłego szlachcica, lecz jednym z tych pokazowo
cnotliwych, sielskich labiryntów w stylu arts and crafts,
pełnym zakamarków wprost z filmów Disneya, które jako symbol
dobrej starej Anglii są tak samo nieprzekonujące jak wówczas, na
przełomie XIX i XX stulecia, kiedy to wyszły z pracowni Lutyensa*.
Otaczał go ogród, tarasowany, wystrzyżony, pocięty schludnymi, zadbanymi
ścieżkami, ale na tym chyba kończyły się nawiązania do
starodawnej ziemiańskiej tradycji; Damian najwyraźniej nie zdecydował
się na taki model. To nie był dwór, który rozsiadł się w zaciszu,
otoczony polami uprawnymi. To był po prostu dom sukcesu.

* Sir Edwin Landseer Lutyens (1869–1944), słynny angielski architekt, nawiązywał
do tradycyjnych stylów i koncepcji architektonicznych, projektował
m.in. wiejskie rezydencje wraz z założeniami ogrodowymi.
Co powiedziawszy, przyznam, że choć nie był w tradycyjnym
sensie arystokratyczny, to robił wrażenie czegoś z lat trzydziestych,
jakby zbudował go za brudne pieniądze jakiś spekulant z czasów
I wojny światowej. Wprowadzony przez szofera klimat powieści
Agathy Christie podtrzymał kamerdyner, który z niskim ukłonem
otworzył mi drzwi, a także pokojówka w czarnej sukni, w falbaniastym
fartuszku, która mignęła mi, gdy szedłem w stronę schodów
z jasnego dębu – chociaż ona wyglądała nieco bardziej frywolnie,
jakbym nagle znalazł się na planie musicalu Gershwina. Dziwne
poczucie nierealności całej tej przygody pogłębiło się jeszcze, gdy
zostałem zaprowadzony do swego pokoju przed spotkaniem z gospodarzem.
Taki schemat zawsze wywołuje lekki dreszczyk grozy.
Ciemno odziany sługa, który staje w drzwiach i mamrocze: „Zechce
pan zejść do bawialni, sir, kiedy pan będzie gotowy”, bardziej pasuje
do spotkania w celu odczytania testamentu niż do towarzyskiej
wizyty. Ale sam pokój był bardzo ładny. Ściany pokrywał błękitny
adamaszek, z którego uszyto również kotary przy łóżku. Meble
były porządne, po angielsku solidne, a obrazki na szkle w chińskim
stylu, zawieszone między oknami, wyglądały naprawdę uroczo,
nawet jeśli całość nieodparcie przywodziła na myśl elegancki
prowincjonalny hotel, a nie wiejską posiadłość. To odczucie ostatecznie
potwierdziła sensacyjna wręcz łazienka – z ogromną wanną,
prysznicem walk-in, lśniącymi kurkami na rurach sterczących
wprost z podłogi i mnóstwem olbrzymich, nowiuteńkich puszystych
ręczników. Jak wiemy, nawet dzisiaj rzadko spotyka się takie
detale w prywatnych domach na prowincji. Ogarnąłem się trochę
i zszedłem na dół.

Jak można było przewidzieć, bawialnia była przepastna, z łukowatym
sklepieniem i aż nazbyt sprężystym dywanem, który wymieniono
bardzo niedawno. Nie był to futrzak świeżo upieczonego
właściciela klubu ani cienki, staroświecki kobierzec przedstawiciela
wykwintnej socjety, ale gładki, elastyczny, a przede wszystkim nowy
dywan. Wszystko w tym pokoju zostało zakupione za ludzkiej pamięci,
najwyraźniej przez jedną osobę. Nie można tu było dopatrzeć
się miszmaszu, zbieraniny przedmiotów w najrozmaitszym guście
tak charakterystycznej dla wiejskich rezydencji, gdzie zawartość tuzina
domów i połączone kolekcje czterdziestu zbieraczy z ostatnich
dwustu lub trzystu lat wrzucane są do jednego pomieszczenia. A tu
było w porządku. W istocie było znakomicie: meble pochodziły
głównie z początków osiemnastego wieku, obrazy z nieco późniejszej
epoki, wszystko lśniące czystością, wszystko w doskonałym stanie.
Po tym, co widziałem w sypialni, zacząłem się zastanawiać, czy
Damian zatrudnia kogoś do zakupów, jakąś osobę, której zadaniem
jest nadanie spójności jego życiu. Tak czy inaczej, w tym pokoju nie
wyczuwało się żadnej konkretnej osobowości – ani gospodarza, ani
właściwie niczyjej. Pokręciłem się tu i tam, rzucając okiem na ob
razy, nie bardzo wiedząc, czy mam stać czy usiąść. Prawdę mówiąc,
mimo całego splendoru panował tu nastrój opuszczenia; węgiel
płonący na kominku nie był w stanie rozproszyć nieco wilgotnej
atmosfery, jakby pokój sprzątnięto, ale nikt go od dawna nie używał.
Nie było też kwiatów, co zawsze uważam za bardzo znamienne;
nic żywego, przez co perfekcja wydawała się trochę banalna,
nacechowana sterylną martwotą. Nie potrafiłem sobie wyobrazić,
żeby w tworzeniu tego wnętrza jakąś rolę odgrywała kobieta ani tym
bardziej, broń Boże, jakieś dziecko.

Od drzwi dobiegł mnie hałas.

– Mój drogi – powiedział głos, wciąż z tym lekkim wahaniem,
prawie zająknięciem, które pamiętałem tak dobrze. – Mam nadzieję,
że nie czekałeś długo.
Jest taki moment w Dumie i uprzedzeniu, gdy Elizabeth Bennet
dostrzega swoją siostrę, która wróciła z niegodziwym Wickhamem,
ocalona dzięki wysiłkom pana Darcy’ego od niechybnej sromoty.

„Lydia wciąż była Lydią” – brzmi jej komentarz. No więc Damian
Baxter wciąż był Damianem. To znaczy – barczysty, przystojny młodzieniec
o gęstych lokach i beztroskim uśmiechu gdzieś zniknął,
zastąpiony przez przygarbioną postać, która najbardziej przywodziła
na myśl doktora Manette’a*, mimo to dosłyszałem głębokie,
wyostrzone poczucie wyższości, zamaskowane specyfi cznym, nieśmiałym
tonem, i natychmiast rozpoznałem dawny, protekcjonalny
gest wyciągniętej do mnie kościstej dłoni. Uśmiechnąłem się.

– Jak miło cię widzieć.
– Tak?
Spojrzeliśmy na siebie uważnie, obaj zdumiewając się zasięgiem
zmian – a także ich brakiem – jakich wzajemnie dopatrzyliśmy
się w swoich twarzach.

Z bliska zobaczyłem, że kiedy pisał, że jest umierający, była to
szczera prawda. Nie tylko postarzał się przedwcześnie; był chory,
bardzo chory, najwyraźniej na drodze bez powrotu.

– A to ciekawe. Chyba jednak mogę tak powiedzieć.
– Cóż, chyba możesz. – Skinął na kamerdynera, który trzepotał
się przy drzwiach. – Mogę prosić trochę szampana? – Nie zdziwiło
mnie, że po czterdziestu latach nadal ujmuje swoje polecenia w formę
lękliwych pytań. Byłem starym weteranem tej sztuczki. Wzorem
wielu osób, które jej próbują, Damian wyobrażał sobie, jak sądzę,
że sugeruje ona uroczą niepewność, drżące, lecz szlachetne pragnienie,
żeby było dobrze. Pragnienie, jakiego – wiedziałem to na
pewno – nie odczuwał gdzieś od 1967 roku, a wątpię, czy również
wtedy przychodziło mu do głowy. Jednak służący, do którego się
zwrócił, najwyraźniej uznał – z pewnością słusznie – że nikt nie
żąda od niego odpowiedzi i po prostu poszedł po wino.
Kolację, która przebiegała w nastroju dość sztywnym i stonowanym,
podano w jadalni, bez powodzenia łączącej wpływy Williama
Morrisa i Liberty** oraz blichtr znany ze wzgórz Hollywoodu. Wyso
* Doktor Alexandre Manette – postać z powieści Charlesa Dickensa Opowieść
o dwóch miastach, genialny lekarz, który spędził osiemnaście lat jako
sekretny więzień w Bastylii.
** Styl Liberty – popularne, zwłaszcza we Włoszech, określenie secesji, od
nazwy londyńskiej firmy Liberty and Co., produkującej m.in. tkaniny z drukowanymi
secesyjnymi wzorami.
kie, wielodzielne okna, ciężki rzeźbiony kominek z kamienia i kolejne
połacie sprężystego dywanu składały się na całość osobliwie
płaską i pozbawioną wyrazu, jakby stół i krzesła z niewiadomych
przyczyn umieszczono w pustej, ale kosztownej kancelarii adwokackiej.
Za to jedzenie – którego Damian, niestety, nie był w stanie
docenić – było przepyszne, a wybrane przez niego margaux dało
nam obu dużo przyjemności. Jednakże z konieczności musieliśmy
rozmawiać dość zdawkowo, bo milczący kamerdyner – dowiedziałem
się już, że nazywa się Bassett – nie opuszczał nas ani na
chwilę. Przypomniałem sobie, jak jedna z moich ciotek, wspominając
czasy przedwojenne, opowiadała, że zdumiewały ją rozmowy
przy stole, których była świadkiem, zupełnie nieskrępowane
obecnością służby. Sekrety polityczne, plotki rodzinne, prywatne
uchybienia, wszystko to wylewało się z bulgotem ku uciesze słuchających
bacznie lokajów, którzy – nawet jeśli nie publikowali
memuarów, jak to się zdarza w naszej bardziej chciwej i nieobyczajnej
epoce – zapewne ubarwili później niejeden wieczór w miejscowym
pubie. Niezrównana wiara tamtego pokolenia we własny
styl życia to coś, co utraciliśmy na zawsze. Czy nam się to podoba,
czy nie – a mnie właściwie się podoba – z biegiem czasu zyskaliśmy
świadomość człowieczeństwa ludzi, którzy nas obsługują.
Dla każdego, kto urodził się po roku 1940, wszystkie ściany
mają uszy.

Tak więc paplaliśmy o tym i owym. Zapytał o moich rodziców, a ja
zapytałem o jego. Mój ojciec w zasadzie dość go lubił, matka jednak,
ze swym bardziej niezawodnym instynktem przetrwania, od razu
wyczuła kłopoty. W każdym razie tymczasem umarła, podobnie jak
rodzice Damiana, więc nie za bardzo było o czym mówić. Potem
nastąpiły wspomnienia o różnych wspólnych znajomych z tamtego
okresu, toteż przed odejściem od stołu zdążyliśmy omówić potężny
katalog rozczarowań zawodowych, rozwodów i przedwczesnych
zgonów.

Wstając, Damian zwrócił się do Bassetta:

– Sądzisz, że moglibyśmy wypić kawę w bibliotece? – Jak zwykle
pytał cicho, jakby odmowa w ogóle wchodziła w rachubę. Ciekawe,
pomyślałem, co by się stało, gdyby ktoś potraktował serio jedno z jego
nieśmiałych poleceń? „Nie, sir. Obawiam się, że teraz jestem trochę
zajęty. Może później zdołam panu przynieść trochę kawy”. Chciałbym
to chociaż raz zobaczyć. Lecz kamerdyner doskonale rozumiał,
co jest grane, poszedł więc wykonać zawoalowany rozkaz, a tymczasem
my z Damianem przenieśliśmy się do najładniejszego pokoju,
jaki tu dotychczas widziałem. Biblioteka urządzona była tak, jakby
któryś z poprzednich właścicieli, być może sam Damian, w całości
zakupił księgozbiór ze znacznie starszego domu, w komplecie
z ciemnymi, lśniącymi półkami i parawanem o prześlicznie
rzeźbionych kolumienkach. W delikatnym kominku z różowawego
marmuru pełgał ogień, rozpalony na nasze przybycie na stalowym,
błyszczącym ruszcie, i ciepły odblask płomieni na skórzanych
oprawach oraz kilka znakomitych obrazów – między innymi duży
pejzaż morski, bodajże Turnera, oraz portret dziewczyny pędzla
Lawrence’a – nadawały pomieszczeniu przytulną atmosferę, której
brakowało gdzie indziej. Oceniłem Damiana niesprawiedliwie. To
ewidentnie brak zainteresowania, a nie brak gustu, sprawił, że inne
pokoje wyglądały tak nudno. Tutaj toczyło się jego prawdziwe życie.
Przyniesiono drinki i kawę, po czym wreszcie zostaliśmy sami.

– Świetnie sobie radzisz – powiedziałem. – Moje gratulacje.
– Dziwisz się?
– Nieszczególnie.
Skinął potakująco głową.
– Jeśli chodzi ci o to, że zawsze byłem ambitny, to owszem,
przyznaję się.
– Chodzi mi raczej o to, że nigdy nie przyjmowałeś odmowy
do wiadomości.
Pokręcił głową.

– Tego bym nie powiedział – odrzekł. Nie byłem pewny, co ma
na myśli, lecz nim zacząłem drążyć temat, odezwał się ponownie.
– Wiedziałem, kiedy przegrywam, nawet wtedy. Jeśli sytuacja nie
rokowała powodzenia, godziłem się z porażką i szedłem dalej. To
musisz przyznać.
Nic podobnego.

– Bzdura – odparłem. – W żadnym wypadku tego nie przyznam.
Być może w późniejszym życiu dorobiłeś się pewnych zalet,
tego nie potrafię stwierdzić. Ale kiedy cię znałem, byłeś nienasycony
i zupełnie nie umiałeś przegrywać, o czym sam wiem najlepiej.
Damian był wyraźnie zaskoczony. Być może zbyt wiele czasu
spędzał z ludźmi, którym w ten czy inny sposób płacił, żeby
się z nim zgadzali, i zapomniał już, że może być inaczej. Upił łyczek
brandy, po chwili jednak pokiwał głową.

– No cóż, jakkolwiek było, teraz przegrałem. – I w odpowiedzi
na moje milczące pytanie wyjaśnił: – Mam nieoperowalnego raka
trzustki. Nie da się nic zrobić. Lekarz daje mi jakieś trzy miesiące życia.
– Oni się często mylą.
– Oni mylą się czasem. Ale nie w moim przypadku. Kilka tygodni
w jedną czy w drugą stronę, ale to wszystko.
– Och. – Pokiwałem głową. Nie bardzo wiem, jak powinienem
reagować na tego rodzaju deklaracje, gdyż ludzkie potrzeby potrafi ą
ogromnie się różnić. Wątpiłem, by Damian spodziewał się po mnie
jęków, szlochów bądź propozycji terapii alternatywnych opartych
na diecie makrobiotycznej, ale nigdy nic nie wiadomo. Czekałem.
– Nie sądź, że się miotam i pomstuję na niesprawiedliwość losu.
Moje życie na swój sposób dobiegło naturalnego końca.
– To znaczy?
– Miałem, jak podkreślasz, sporo szczęścia. Dobrze żyłem. Podróżowałem.
Nie ma nic, czym chciałbym się nadal zajmować zawodowo,
a to już coś. Wiesz, co robiłem?
– Właściwie nie.
– Zbudowałem firmę software’ową. Jedni z pierwszych dostrzegliśmy,
jaki to ma potencjał.
– To się wam udało.
– Właśnie. To brzmi nudno, ale bawiłem się świetnie. W każdym
razie sprzedałem interes i nie zamierzam zaczynać następnego.
– Tego nie możesz wiedzieć. – Nie mam pojęcia, po co tak powiedziałem,
bo oczywiście to akurat wiedział doskonale.
– Nie narzekam. Sprzedałem przedsiębiorstwo fajnej, dużej
firmie amerykańskiej. Zapłaciła mi tyle pieniędzy, że mógłbym postawić
na nogi całe Malawi.
– Ale nie zamierzasz wydać ich w ten sposób.
– Nie, raczej nie.
Zawahał się. Byłem niemal pewien, że zbliżamy się do tak zwanego
clou mojego przyjazdu, lecz najwyraźniej nie potrafi ł posunąć
się dalej. Pomyślałem, że spróbuję się sprężyć i przyśpieszyć sprawę.

– A twoje życie osobiste? – zapytałem przyjaźnie.
Zadumał się.
– Właściwie nie istnieje. Nic, co byłoby godne tej nazwy. Coś na
pocieszenie od czasu do czasu, ale od wielu lat nic ponadto. W ogóle
nie jestem towarzyski.
– Byłeś, kiedy cię znałem. – Poczułem się obezwładniony myślą
o „czymś na pocieszenie od czasu do czasu”. A to dopiero! Postanowiłem
trzymać się z dala od wszelkich prób wyjaśnienia.
Ale nie musiałem podejmować dalszych działań; Damian się
rozkręcił.

– Jak wiesz, nie podobał mi się świat, do którego mnie wprowadziłeś.
– Spojrzał na mnie wyzywająco, lecz widząc, że nie mam
nic do powiedzenia, ciągnął dalej: – Jednak, paradoksalnie, kiedy
go opuściłem, odkryłem, że rozrywki mojego starego świata też
przestały mi się podobać. Po jakimś czasie w ogóle zrezygnowałem
z imprezowania.
– Ożeniłeś się?
– Raz. Niedługo to trwało.
– Przykro mi.
– Niepotrzebnie. Ożeniłem się tylko dlatego, że osiągnąłem
wiek, kiedy czymś dziwacznym było nie mieć żony. Miałem trzydzieści
sześć albo trzydzieści siedem lat i ludzie na mój widok zaczynali
unosić brwi. Oczywiście byłem głupi. Należało poczekać
jeszcze pięć lat: moi znajomi zaczęliby się rozwodzić i nie byłbym
jedyną małpą w cyrku.

– Znałem ją?
– O, nie. Uciekłem z waszej paczki i zapewniam cię, że nie pragnąłem
do niej wracać.
– My również nie mieliśmy najmniejszej chęci cię oglądać –
powiedziałem. W tym wszystkim było coś, co powitałem z ulgą.
Wzajemna antypatia wreszcie się ujawniła i od razu poczułem
się swobodniej, niż odgrywając przez cały wieczór jakąś komedię
pseudoprzyjaźni. – Poza tym, nie masz pojęcia, jaka jest moja paczka.
Nie wiesz o mnie nic. Tamtego wieczoru moje życie zmieniło się
tak samo jak twoje. Było wiele sposobów, żeby czterdzieści lat temu
wyrwać się z londyńskiego Sezonu.

Nie zaprotestował.

– Oczywiście masz słuszność. Przepraszam. Ale naprawdę
nie mogłeś poznać Suzanne. Kiedy ją spotkałem, prowadziła centrum
fitness pod Leatherhead. – Milcząc, przyznałem w duchu, że
to mało prawdopodobne, bym na swojej drodze natrafił na byłą
panią Baxter. Damian westchnął ze znużeniem. – Starała się, jak
mogła. Nie chcę źle o niej mówić. Ale nie istniało nic, co by nas
mocniej wiązało. – Zawahał się. – Ty w końcu się nie ożeniłeś,
prawda?
– Nie. Nie ożeniłem się. W końcu. – Zabrzmiało to bardziej
szorstko, niż zamierzałem, ale chyba nie był zaskoczony. Temat był
bolesny dla mnie, a niewygodny dla niego – przynajmniej powinien
być, do cholery. Postanowiłem wrócić na pewniejszy grunt.
– Co się stało z twoją żoną?
– Och, ponownie wyszła za mąż. Za całkiem miłego faceta.
Prowadzi firmę sprzedającą odzież sportową, więc przypuszczalnie
mają ze sobą więcej wspólnego niż my, gdy byliśmy małżeństwem.
– Jakieś dzieci?

– Dwaj chłopcy i dziewczynka. Chociaż nie wiem, co się z nimi
dzieje.
– To znaczy, z tobą.
Pokręcił głową.
– Nie, wspólnych dzieci nie było. – Tym razem jego milczenie
robiło wrażenie bardzo głębokiego. Po chwili dokończył myśl: – Ja
nie mogę mieć dzieci. – Wypowiedź tę, pozornie ostateczną, wygłosił
tonem dziwnie nieostatecznym, niemal jakby stosował ów
importowany z Australii pytajnik, obcy i zbędny, którym młodzież
ostatnio kończy każde zdanie. – Chcę powiedzieć – ciągnął – że nie
mogłem ich mieć, już kiedy brałem ślub.
Urwał, jakby dając mi czas na przetrawienie tego osobliwego
stwierdzenia. O co u licha mu chodziło? Chyba nie był wykastrowany,
kiedy składał kierowniczce centrum fitnessu propozycję małżeństwa?
Ponieważ sam poruszył temat, nie miałem skrupułów, chcąc
dowiedzieć się więcej, ale jak się okazało, odpowiedział mi, zanim
zdążyłem o cokolwiek zapytać.

– Chodziliśmy do różnych lekarzy, a oni powiedzieli, że mam
zero plemników w spermie.
Nawet w naszym współczesnym, chaotycznym społeczeństwie
sensowna reakcja na taką uwagę wymaga pewnego wysiłku.

– Co za rozczarowanie – bąknąłem w końcu.
– Tak. Owszem. Rozczarowanie, i to wielkie.
Ewidentnie wybrałem złe określenie.
– Nie dało się nic zrobić?
– Właściwie nie. Snuli hipotezy, jak do tego doszło, ale nikt nie
sądził, by to dało się odwrócić. I tyle.
– Mogłeś spróbować czegoś innego. Teraz nauka jest taka po-
mysłowa. – Nie potrafiłem się zmusić, żeby przedstawić problem
bardziej konkretnie.
Potrząsnął głową.

– Nie umiałbym wychowywać cudzego dziecka. Suzanne kiedyś
próbowała mnie przekonać, ale nie mogłem na to przystać. Po
prostu nie widziałem sensu. Jeśli dziecko nie jest twoje, to czy to
nie przypomina zabawy lalkami? Owszem, to są żywe lalki. Ale
wciąż lalki.

– Wiele osób nie zgodziłoby się z tobą.
– Wiem – przytaknął. – Suzanne do nich należała. Nie rozumiała,
dlaczego musimy być bezdzietni, skoro to nie jej wina, i trudno
nie przyznać jej racji. Chyba już w chwili, gdy wychodziliśmy od
lekarza, wiedziałem, że się rozstaniemy. – Wstał, żeby nalać sobie
kolejnego drinka. Zapracował na to.
– Rozumiem – odrzekłem, by zapełnić czymś ciszę, trochę obawiając
się dalszego ciągu.
Istotnie, kiedy znów przemówił, jego głos brzmiał bardziej stanowczo
niż przedtem.

– Dwóch specjalistów uznało, że to może być skutek przebytej
w dorosłym wieku świnki.
– Myślałem, że to mit, którym straszy się pobudliwych młodzieńców.
– To się zdarza, chociaż bardzo rzadko. Choroba, zwana przyusznicowym
zapaleniem jąder. Zwykle mija bez śladu, ale od czasu
do czasu jest inaczej. Nie przechodziłem świnki jako dziecko i nie
byłem świadomy, bym kiedykolwiek się nią zaraził, ale po zastanowieniu
przypomniałem sobie, że kilka dni po powrocie z Portugalii
w lipcu 1970 roku okropnie rozbolało mnie gardło. Dwa tygodnie
leżałem w łóżku i gruczoły rzeczywiście mi spuchły, więc
może to prawda.

Poruszyłem się w fotelu i upiłem ze szklanki kolejny łyk. Moja
obecność tutaj zaczęła zyskiwać swoisty, nieprzyjemny sens. Poniekąd
namówiłem Damiana na wyjazd do Portugalii z grupą przyjaciół.
Bóg mi świadkiem, rzecz była bardziej skomplikowana, lecz
miałem również konkretny powód: nasza ówczesna koleżanka prosiła,
bym przyjechał z Damianem, bo martwiła się, że jedzie za
mało mężczyzn. Jak się okazało, skutki były katastrofalne. I co, teraz
chciał mnie obwiniać o to, że jest bezpłodny? Zaprosił mnie do
siebie, żebym przyznał się do błędu? Żebym powiedział, że w tamten
weekend wyrządziłem mu taką samą krzywdę jak on mnie?

– Nie pamiętam, żeby ktoś tam był chory – powiedziałem.
On jednak pamiętał.
– Dziewczyna tego faceta, do którego należała willa. Ta neurotyczna
Amerykanka z wyblakłymi włosami. Jak ona miała na imię?
Alice? Alix? Przez cały nasz pobyt narzekała, że boli ją gardło.
– Masz znakomitą pamięć.
– Miałem dużo czasu na myślenie.
Obraz wybielonej słońcem willi w Estorilu, który od czterdziestu
lat wypierałem ze świadomości, nagle wypełnił moje myśli.
Rozgrzana biała plaża poniżej tarasu, pijane kolacje, wibrujące seksem
i podtekstami, wspinaczka do nawiedzonego zamku w Cintrze,
kąpiele w szepczących błękitnych wodach, wyczekiwanie na wielkim
placu katedralnym w Lizbonie, żeby zobaczyć ciało Salazara...
Wszystkie ówczesne doznania rozkwitły jaskrawym, barwnym technikolorem
– wakacje z rodzaju tych, które stanowią pomost między
dorastaniem i dorosłością, ze wszelkimi niebezpieczeństwami tej
podróży, wakacje, po których wraca się do domu zupełnie innym,
niż się wyruszyło. W samej rzeczy, wakacje te odmieniły moje życie.
Kiwnąłem głową.

– No cóż, pewnie tak.
– Oczywiście, jeśli taki był powód, to mogłem spłodzić dziecko
wcześniej.
Mówił z przejęciem, lecz nie potrafiłem traktować tego poważnie.

– Nawet ty nie miałbyś na to czasu! Mieliśmy po dwadzieścia
jeden lat! W dzisiejszej epoce każda trzynastolatka z bloku może
zajść w ciążę, ale wtedy było inaczej. – Uśmiechnąłem się pokrzepiająco,
ale nie patrzył na mnie. Stał przy urodziwym bureau plat*
* Bureau plat (franc.) – rodzaj osiemnastowiecznego biurka z dwiema lub
najwyżej trzema szufladami i płaskim blatem, wykorzystywanego głównie
do pisania i przechowywania korespondencji.
pod obrazem Lawrence’a i otwierał szufladę, z której następnie wyjął
kopertę i podał mi ją. Miała swoje lata; stempel pocztowy, chyba
„Chelsea, 23 grudnia 1990”, z trudem dało się odcyfrować.

– Proszę, przeczytaj.
Ostrożnie rozłożyłem kartkę. List był w całości napisany na
maszynie, bez ręcznego nagłówka i podpisu. Zaczynał się „Drogi
Gnojku”. Uroczo. Spojrzałem na Damiana, unosząc brwi.

– Czytaj, czytaj.
Drogi Gnojku, już prawie Święta. Jest późno, jestem po wódce,
więc wreszcie mam odwagę ci napisać, że przez ciebie
od dziewiętnastu lat żyję w kłamstwie. Codziennie patrzę
na to moje kłamstwo i widzę, że to wszystko twoja wina.
Nikt nigdy nie pozna prawdy, pewnie prędzej ten list spalę,
niż go wyślę, ale chcę, żebyś wiedział, jaki skutek miało
twoje łajdactwo i moja słabość. Nie potrafię cię przekląć, to
niemożliwe, ale nigdy nie wybaczę ci tego, jak potoczyło się
moje życie. Żaden człowiek nie zasługuje na coś takiego.

Tekst był podpisany „Głuptak”.

Wpatrzyłem się w kartkę.

– A jednak go wysłała – powiedziałem. – Ciekawe, czy miała
taki zamiar.
– Może ktoś inny wziął kopertę ze stolika w holu i wysłał bez
jej wiedzy.
Uznałem, że to wielce prawdopodobne.

– To musiał być dla niej szok.
– Jesteś pewien, że to „ona”?
Skinąłem głową.
– A ty nie? „Żyję w kłamstwie”, „twoje łajdactwo i moja słabość”.
Nie brzmi to szczególnie po męsku. Podoba mi się, że podpisała
się „głuptak”, to mi przypomina teksty niektórych piosenek z naszej
młodości. W każdym razie zakładam, że łajdactwo, o którym
mowa, ma związek z jakimś romansem; raczej nie pisał tego ktoś
rozczarowany złą lokatą pieniędzy. A zatem autor musi być kobietą,
prawda? Chyba że twoje życie zboczyło na nowe, wcześniej nieprzetarte
szlaki?

– Tak, musi być kobietą.
– No więc właśnie – uśmiechnąłem się. – Podoba mi się, że nie
potrafi cię przekląć. To zupełny Keats, no wiesz, ten wers z poe matu
Izabella albo doniczka bazylii: „Samotnie płacze za niespełnionym
szczęściem”.
– Więc, twoim zdaniem, co to znaczy?
Nie pojmowałem, jak można mieć jakiekolwiek wątpliwości.
– To chyba żadna zagadka – powiedziałem. Ale czekał, więc
sformułowałem to jasno. – Wygląda na to, że kogoś zapłodniłeś.
– Tak.
– I przypuszczalnie oszukałeś ją, przysięgając dozgonną miłość,
aby ją skłonić, by zdjęła ubranie.
– Bardzo jesteś surowy.
– Tak? Nie miałem takiego zamiaru. Sam często próbowałem tej
sztuczki, jak wszyscy chłopcy w tamtych czasach. „Słabość” wskazuje,
że w jej wypadku ci się udało. – Jednakże pytanie Damiana, co
znaczy ten list, trochę mnie zastanowiło. Czyżby uważał, że sprawy
nie przedstawiają się tak prosto? – Ale dlaczego pytasz? Można
to interpretować inaczej? Ta kobieta kochała się w tobie, więc jej
życie jest kłamstwem, bo wyszła za kogoś innego, chociaż wolała
być z tobą. Czy tak właśnie sądzisz?
– Nie. W zasadzie nie. Czy napisałaby po dwudziestu latach,
gdyby tylko o to jej chodziło?
– Niektórym te rzeczy przychodzą wolniej niż innym.
– „Codziennie patrzę na moje kłamstwo”, „nikt nigdy nie pozna
prawdy”. Jakiej prawdy? – zadał to pytanie tonem wskazującym, że
odpowiedź nie budzi wątpliwości. Z czym się zgadzałem.
Pokiwałem głową.

– Mówiłem: zaszła z tobą w ciążę.
Wydawał się niemal uspokojony, że nie widzę innego możliwego
znaczenia, jakby poddawał mnie próbie.

– I urodziła to dziecko – ciągnął.
– Na to wygląda. Chociaż już samo to czyni z całej sprawy swego
rodzaju anachronizm. Ciekawe, czemu się go nie pozbyła.
Damian spojrzał na mnie wyniośle i parsknął lekceważąco. Była
to jego firmowa specjalność, którą pamiętałem aż za dobrze.

– Zapewne aborcja była niezgodna z jej zasadami. Niektórzy
mają jakieś zasady.

Teraz z kolei ja parsknąłem.

– Nie zamierzam słuchać twoich pouczeń w tym względzie –
odparłem, co zupełnie słusznie pominął milczeniem. Wszystko to
zaczęło mnie irytować. Dlaczego robiliśmy z tego taką aferę? – No
więc dobrze. Urodziła to dziecko. I nikt nie wie, że ty jesteś ojcem.
Koniec pieśni. – Spojrzałem na starannie przechowaną kopertę. –
Bo to był koniec, czy tak? Czy było coś jeszcze? Później?

Skinął głową.

– Właśnie tak sobie wtedy pomyślałem. Że to wstęp do jakiejś...
bo ja wiem... próby wyłudzenia?
– Wyłudzenia?
– Tak to określił mój adwokat. Poszedłem z tym do niego. Zrobił
sobie kopię listu i kazał mi zaczekać, aż ona znów się skontaktuje.
Powiedział, że to wyraźna przygrywka do żądań fi nansowych i że
powinniśmy przygotować jakiś plan. W tamtych czasach prasa trochę
o mnie pisała, nieźle mi się powodziło. Prawdopodobnie dotarło
do niej, że jej dziecko ma bogatego tatusia i przyszła pora, żeby
zdobyć łatwą kasę. Mój potomek miał wtedy jakieś dwadzieścia lat...
– Dziewiętnaście – wtrąciłem. – Żyła w kłamstwie od dziewiętnastu
lat.

Przez chwilę patrzył na mnie zaskoczony, po czym znów pokiwał
głową.

– No dobrze, dziewiętnaście, i właśnie wchodził w dorosłe życie.
Bardzo by mu się przydało trochę gotówki. – Spojrzał na mnie. Nie
miałem nic do dodania; zgadzałem się z adwokatem, jego wersja
trzymała się kupy. – Coś bym jej dał – rzekł Damian obronnym
tonem. – Byłem na to całkowicie przygotowany.

– Ale już nie napisała.
– Nie.
– Może umarła.
– Może. Chociaż to nieco melodramatyczne. A może, jak mówisz,
list został wysłany przez pomyłkę. W każdym razie więcej się
nie odezwała i cała sprawa trochę się rozmyła.
– Więc czemu teraz do niej wracamy?
Nie odpowiedział od razu. Wstał i podszedł do kominka po drugiej
stronie pokoju. Ujął stosowny przyrząd i w głębokim skupieniu
zaczął poprawiać płonące polano, które wysunęło się z paleniska.

– Rzecz w tym – rzekł w końcu, wciąż wpatrzony w płomienie,
choć przypuszczalnie mówił do mnie – że chcę odnaleźć to dziecko.
Wydało mi się to wysoce nielogicznie. Jeśli chciał postąpić „jak
należy”, to dlaczego nie zrobił tego osiemnaście lat temu, kiedy to
miałoby jakiś sens?

– Czy aby nie odrobinę za późno? – zapytałem. – Odgrywanie
tatusia nie byłoby łatwe, nawet gdy dostałeś ten list, ale teraz to
„dziecko”, kobieta lub mężczyzna, ma już przeszło trzydzieści lat. To
dorosła osoba, która jest tym, kim jest; za dużo, by ją ukształtować.
Ale to najwyraźniej nie miało żadnego znaczenia. Damian
w ogóle mnie nie słuchał.

– Chcę je odnaleźć – powtórzył. – Chcę, żebyś ty je odnalazł.
Głupio byłoby udawać, że na tym etapie nie zorientowałem się
jeszcze, dokąd to wszystko zmierza. Ale zadanie bynajmniej nie
napawało mnie entuzjazmem. Nie byłem też wcale pewny, czy się
go podejmę.

– Dlaczego ja?
– Zanim cię poznałem, spałem tylko z czterema dziewczynami.
– Urwał. Lekko uniosłem brwi. Każdy mężczyzna z mojego
pokolenia byłby pod wrażeniem. Kiedy go poznałem, miałem lat
dziewiętnaście i nie pamiętam, bym zdążył posunąć się do czegoś
więcej niż pocałunek skradziony na potańcówce. Ale on jeszcze nie
skończył. – Ze wszystkimi czterema utrzymywałem znajomość aż
do wczesnych lat siedemdziesiątych i stanowczo to nie była żadna
z nich. Potem trochę balowałem z tobą na mieście i miałem spore
wzięcie. Do Portugalii pojechaliśmy ze dwa lata później. A potem
byłem już bezpłodny. Poza tym, spójrz, jak ona pisze, spójrz na ten
papier, przeczytaj sformułowania. To kobieta wykształcona...

– I komediantka. I pijaczka.
– Co nie przeszkadza, że mogła pochodzić z wyższej sfery.
– Tym bardziej! – Ale jego teoria dała mi do myślenia. – A okres
między londyńskim Sezonem a Portugalią?
Pokręcił głową.

– Głównie dziwki i ze dwie znajome z dawnych czasów. Z których
żadna przed tamtym latem nie miała dziecka. – Westchnął
ciężko. – Tak czy inaczej, człowiek żyje w kłamstwie, tylko jeśli ma
coś do stracenia. Coś, co warto zachować, coś, dla czego prawda
byłaby zagrożeniem. Napisała do mnie w 1990 roku, kiedy klasy
wyższe i średnie stanowiły ostatnią redutę przywiązujących wagę
do legalnych narodzin. Każda normalna osoba już dawno puściłaby
farbę. Włożył w tę wypowiedź (oraz w poprawianie ognia) tyle wysiłku,
że wyraźnie osłabł i z jękiem osunął się na fotel. Nie żałowałem go.
Wręcz przeciwnie. Niedorzeczność jego żądania uderzyła mnie nagle z całą mocą.

– Ja nie należę do twojego życia. Nie mamy ze sobą nic wspólnego.
Jesteśmy całkiem różnymi ludźmi. – Nie chciałem go obrazić.
Po prostu nie rozumiałem, dlaczego w ogóle mam ponosić odpowiedzialność
za to wszystko. – Może znaliśmy się kiedyś, ale teraz
to już minęło. Czterdzieści lat temu kilka razy poszliśmy razem na
jakieś tańce. I pokłóciliśmy się. Z pewnością są jacyś ludzie, z którymi
jesteś znacznie bliżej, niż kiedykolwiek byłeś ze mną. Niemożliwe,
żebym był jedyną osobą, która może się tego podjąć.
– Ależ jesteś. Te kobiety pochodziły z twojego środowiska,
nie z mojego. Nie mam przyjaciół, którzy by je znali, a nawet wiedzieli,
że istnieją. Skoro zaś o tym mowa, w ogóle nie mam innych
przyjaciół. Na mój gust było to zbyt wyrachowane.

– A więc nie masz żadnych przyjaciół, bo ja z pewnością się
do nich nie zaliczam. – Naturalnie od razu pożałowałem tych słów.
Wierzyłem, że Damian rzeczywiście umiera, więc karanie go za
rzeczy, których nie dało się cofnąć, nie miało najmniejszego sensu,
bez względu na to, czego bym sobie życzył.
On jednak się uśmiechnął.

– Masz rację. Nie mam przyjaciół. Jak sam doskonale wiesz, nie
jest to ten rodzaj związku, który potrafiłbym zrozumieć lub podtrzymać.
Jeśli ty mi odmówisz, to nie mam już do kogo się zwrócić. Nie
mogę nawet wynająć detektywa. Tylko ktoś wtajemniczony może
uzyskać informację, która jest mi potrzebna. – Już chciałem zasugerować,
żeby w takim razie sam się tego podjął, lecz spojrzałem
na jego drżące, wynędzniałe ciało i słowa zamarły mi na ustach.
– Zrobisz to? – zapytał po krótkiej przerwie.
W tym momencie byłem całkiem pewny, że naprawdę nie
chcę się tego podjąć. Nie tylko ze względu na niezręczny, drażliwy
i czasochłonny charakter całej sprawy, lecz także dlatego, że
im dłużej o tym myślałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku,
że nie mam ochoty dłubać ani w jego, ani w swojej przeszłości.
Epoka, o której mówił, minęła. Minęła dla nas obu. Właściwie nie
utrzymywałem kontaktów z żadnym znajomym z tamtych czasów,
do czego – o czym dobrze wiedział – on sam również się przyczynił.
Co byśmy zyskali, grzebiąc się w tym wszystkim? Postanowiłem
po raz ostatni odwołać się do lepszej strony jego natury. W końcu
nawet ludzie pokroju Damiana Baxtera w pewnym stopniu ją posiadają.

– Damian, zastanów się. Naprawdę chcesz wywrócić czyjeś życie
do góry nogami? Ten mężczyzna czy kobieta wie, kim jest, i układa
sobie życie najlepiej, jak umie. Czy to pomoże jemu albo jej,
kiedy się dowie, że jest kimś innym, kimś nieznanym? Gdy straci
zaufanie do rodziców lub nawet z nimi zerwie? Chcesz to mieć na
sumieniu?

Spojrzał na mnie przeciągle.

– Zostawiam po sobie majątek, który po potrąceniu wszystkich
podatków wyniesie ponad pięćset milionów funtów. Zamierzam
ustanowić swoje dziecko jedynym spadkobiercą. Jesteś gotów wziąć
na siebie odpowiedzialność za odebranie mu należnej schedy? Czy
chcesz to mieć na swoim sumieniu?
Naturalnie zachowałbym się dziecinnie, gdybym udawał, że to
diametralnie nie zmienia całej sprawy.

– Jak miałbym się do tego zabrać?
Rozluźnił się.
– Dam ci spis wszystkich dziewcząt, z którymi spałem w tamtych
latach i które do kwietnia 1971 roku urodziły dziecko.
Znów mi zaimponował. Spis dziewcząt, z którymi spałem w tym
samym okresie, z dziećmi lub bez, zmieściłby się na odwrocie wizytówki.
Jego działania były niezwykle precyzyjne i dziwnie beznamiętne.
Dotąd sądziłem, że wymieniamy swego rodzaju ogólnofi lozoficzne
uwagi, teraz jednak pojąłem, że doszliśmy do tak zwanych
konkretów. Najwyraźniej zauważył moje zdziwienie.

– Moja sekretarka poczyniła pewne postępy. Nie ma sensu, żebyś
kontaktował się z osobami, które wówczas nie miały dzieci. –
Oczywiście miał rację. – Wydaje mi się, że spis jest kompletny.
– A dziewczyny, z którymi spałeś, ale wtedy nie urodziły dzieci?
– Nimi nie będziemy się martwić. Nie ma sensu dodawać sobie
roboty. – Uśmiechnął się. – Sporo odsialiśmy. Kilka innych, z którymi
spałem, też urodziło wcześniej dzieci, w tej sprawie jednak
przytoczę słowa matki cesarzowej Eugenii, która zapytana o ojca
swej imperialnej córki, odparła: Les dates ne correspondent pas*. –
* Les dates ne correspondent pas (franc.) – daty się nie zgadzają.
Zaśmiał się, uspokojony, że jego plan zmierza do realizacji. – Chcę,
żebyś wiedział, że traktuję to bardzo poważnie i że istnieje realna
możliwość, że nazwisko tej osoby fi guruje w spisie.

– Więc jak mam się do tego zabrać?
– Po prostu się z nimi skontaktuj. Z jednym wyjątkiem mam
wszystkie aktualne adresy.
– Czemu nie poprosisz, żeby zrobiły test DNA?
– Kobieta tego typu nigdy by się na to nie zgodziła.
– Tak ich nie lubisz, że widzisz wszystko przez romantyczną
mgiełkę. Przypuszczalnie zgodziłaby się każda z nich. A z pewnością
zgodziłyby się ich dzieci, gdyby znały powód.
– Nie. – Nagle znów zrobił się bardzo stanowczy. Dostrzegłem,
że mój komentarz go rozdrażnił. – Nie chcę, żeby sprawa nabrała
rozgłosu. Tylko moje dziecko ma wiedzieć, że go szukam. Kiedy
dostanie pieniądze, samo zadecyduje, czy ogłosić, skąd i dlaczego
je ma. Dopóki to nie nastąpi, wszystko odbywa się dla mojej prywatnej
satysfakcji, nie do konsumpcji publicznej. Wystarczy, że test
zrobi ktoś, kto nie jest moim dzieckiem, a tydzień później przeczytamy
o tym w „Daily Mail”. – Potrząsnął głową. – Może zrobimy im
test na końcu, ale dopiero wtedy, kiedy wybierzesz mi kandydatów
na potomków.
– Ale przypuśćmy, że któraś z tych kobiet urodziła dziecko potajemnie
i oddała je do adopcji?
– Nie zrobiła tego. Przynajmniej nie zrobiła tego matka mojego
dziecka.
– Skąd wiesz?
– Bo wtedy nie patrzyłaby codziennie na swoje kłamstwo.
Nie miałem nic więcej do powiedzenia, przynajmniej dopóki
się nie zastanowię, co Damian zrozumiał bez dalszej dyskusji.
Chwiejnie podniósł się na nogi.

– Teraz idę spać. Od miesięcy nie kładłem się tak późno. Spis
znajdziesz w kopercie w swoim pokoju. Jeśli zechcesz, możemy do
tego wrócić jutro rano, zanim wyjedziesz. Ryzykując, że nazwiesz
to prostactwem, powiem jeszcze, że w kopercie znajdziesz także
kartę kredytową na pokrycie wszystkich kosztów, jakimi zechcesz
mnie obciążyć w trakcie poszukiwań. Nie będę kwestionował użytku,
jaki z niej zrobisz.

Ostatnie zdanie szczególnie mnie rozzłościło, gdyż celowo
zostało sformułowane w taki sposób, żebym docenił jego wielkoduszność.
Ale zlecenie nie miało nic wspólnego z wielkodusznością.
Było to ohydne wymuszenie.

– Na razie się nie zgodziłem – powiedziałem.
– Mam nadzieję, że się zgodzisz. – Przy drzwiach przystanął. –
Czy jeszcze się z nią widujesz? – zadał pytanie, pewny, że nie musi
bliżej określać osoby, której dotyczyło. Nie mylił się.

– Nie. Właściwie nie. – Zastanawiałem się przez pełną bólu
chwilę. – Bardzo rzadko, na przyjęciach, ślubach lub innych takich.
Ale tak naprawdę, to nie.
– Nie jesteście wrogami?
– Och, nie. Uśmiechamy się. Nawet rozmawiamy. Z pewnością
nie jesteśmy wrogami. Nie jesteśmy niczym.
Zawahał się, jakby niepewny, czy podążać tą ścieżką.

– Wiesz, że byłem szalony.
– Tak.
– Ale chcę, żebyś zrozumiał, że ja też o tym wiem. Zupełnie
oszalałem. – Urwał, jakby spodziewając się po mnie jakiejś stosownej
reakcji. Ale żadnej reakcji być nie mogło. – Czy to coś pomoże,
jeśli powiem, że mi przykro? – zapytał.
– Nieszczególnie.
Skinął głową, przyjmując to do wiadomości. Obaj wiedzieliśmy,
że nie pozostało nic więcej do powiedzenia. – Zostań na dole tak
długo, jak zechcesz. Napij się jeszcze whisky, obejrzyj książki. Niektóre
mogą cię zainteresować.

Ale ja jeszcze nie skończyłem.

– Dlaczego czekałeś do tej pory? – zapytałem. – Dlaczego nie
poszukałeś informacji od razu, kiedy dostałeś ten list?
Zawahał się i zamyślił, a światło wpadające z holu przez otwarte
drzwi pogłębiło zmarszczki na jego zniszczonej twarzy. Przypuszczalnie
tysiąc razy dziennie zadawał sobie to samo pytanie.

– Nie wiem. Nie do końca. Może nie byłem w stanie znieść
uczucia, że ktoś rości sobie do mnie jakieś prawa. Nie wiedziałem,
jak zdołam odnaleźć i zidentyfikować tę osobę, nie dając jej równo-
cześnie pewnej władzy nad sobą. I nigdy tak naprawdę nie chciałem
dziecka. Dlatego zapewne nie bardzo słuchałem błagań mojej żony.
Nie miałem takich ambicji. Nie wydaje mi się, żebym nadawał się
na ojca.
– Tymczasem teraz jesteś gotów całkiem obcej osobie przekazać
fortunę, za którą można śmiało wybudować niewielkie przemy-
słowe miasteczko. Dlaczego? Co się zmieniło?
Damian zastanawiał się przez chwilę, po czym leciutko westchnął,
unosząc i opuszczając chude ramiona. Marynarka, niegdyś
leżąca na nim nienagannie, zwisała luźno z jego wynędzniałego
ciała.

– Umieram i nie mam żadnej wiary – rzekł po prostu. – To
moja jedyna szansa na nieśmiertelność.
Po czym zniknął, a ja zostałem, by w samotności podziwiać
jego bibliotekę.

Opublikowano dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marginesy

Mały Książę 1 Mały Książę
18,32 21,90
Rabat 16% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Kula i krzyż (CD) 1 Kula i krzyż (CD) Gilbert Keith Chesterton
23,72 29,00
Rabat 18% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Jedz módl się kochaj (CD) 1 Jedz módl się kochaj (CD) Elizabeth Gilbert
24,45 29,90
Rabat 18% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Dżuma (CD MP3) 1 Dżuma (CD MP3) Albert Camus
20,36 24,90
Rabat 18% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Doktor Jekyll i pan Hyde 1 Doktor Jekyll i pan Hyde Robert Louis Stevenson
9,84 11,90
Rabat 17% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Cicho sza 1 Cicho sza Lisa Scottoline
33,44 38,00
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Zaprzysiężeni. Smoczy łeb 1 Zaprzysiężeni. Smoczy łeb Robert Low
35,11 39,90
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Uratuj mnie 1 Uratuj mnie Guillaume Musso
29,04 33,00
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Tajemnice zamku 1 Tajemnice zamku Lucinda Riley
31,68 36,00
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
7 lat później... 1 7 lat później... Guillaume Musso
29,92 34,00
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Wrócę po Ciebie 1 Wrócę po Ciebie Guillaume Musso
29,92 34,00
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Rok don Camilla 1 Rok don Camilla Giovannino Guareschi
24,82 30,00
Rabat 17% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Witajcie w Murderlandzie Wyprzedaż 1 Witajcie w Murderlandzie Molay Frederique
6,90 9,99
Rabat 31% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Biesy 1 Biesy Fiodor Dostojewski
61,51 69,90
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Dziedzictwo rodu Poldarków. Fala gniewu Nowość 1 Dziedzictwo rodu Poldarków. Fala gniewu Winston Graham
26,24 34,99
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
Był sobie pies 1 Był sobie pies W. Bruce Cameron
35,11 39,90
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Tulipanowa gorączka 1 Tulipanowa gorączka Deborah Moggach
24,68 32,90
Rabat 25% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Dziesięć płytkich oddechów 1 Dziesięć płytkich oddechów K.A. Tucker
29,93 39,90
Rabat 25% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Zanim się pojawiłeś 1 Zanim się pojawiłeś Jojo Moyes
27,92 34,90
Rabat 20% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Wilk stepowy 1 Wilk stepowy Hermann Hesse
28,95 33,00
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Obca 1 Obca Diana Gabaldon
27,21 32,90
Rabat 17% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Byłam służącą w arabskich pałacach 1 Byłam służącą w arabskich pałacach Laila Shukri
28,95 35,00
Rabat 17% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Światło, którego nie widać 1 Światło, którego nie widać Anthony Doerr
35,19 39,99
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Syn 1 Syn Philipp Meyer
41,28 49,90
Rabat 17% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Złodziejka książek 1 Złodziejka książek Markus Zusak
29,93 39,90
Rabat 25% Dostępny Szybka wysyłka od 24h!
O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu 1 O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu Haruki Murakami
18,74 24,99
Rabat 25% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni
Na ratunek 1 Na ratunek Nicholas Sparks
29,57 33,60
Rabat 12% Dostępny Wysyłamy w 3-6 dni